Losy dynowskiej apteki

„Aptekarskie” metody na ulżenie dolegliwościom codziennej egzystencji.

 

Apteka XIX-wiecznego miasteczka w Galicji miała się zawsze za przybytek zdrowia i skarbnicę wiedzy a także miejsce łączności z „całym światem”. Poniekąd miała rację – długo uczony magister był jednym z nielicznych w mieście osób z wyższym wykształceniem; zwykle, jako oficer rezerwy armii Najjaśniejszego Pana, dzierżawił pocztę; do niego wraz  z dostawami towaru spływały też najnowsze wieści. I wymieniał te nowiny z samym proboszczem i doktorem. A placówka też była traktowana wyjątkowo – „Panie aptykorzu,  a to będzie dobre ? Dobre, dobre, najlepsze.” I tak właśnie bywało. W każdej aptece jest wiele preparatów, które nie zawsze w swym okresie „przydatności do użytku” znajdą swojego nabywcę. Wyrzucić ? No nie, każdy towar ma swoja cenę i potencjalny zysk może przynieść. Co robił rasowy Aptekarz, taki właśnie przez duże A, w chwili gdy stwierdził ewidentne zaniedbanie rotacji swego leku ? A no, odkładał i czekał. Czekał na pacjenta, który przypuśćmy, ledwo przychodził do ekspedycji aptecznej, zwykle podpierając się kijem sękatym, i mówił: a dejcie co, bo strzymać nie moge, tak mie kulasami drze. Mądry Aptekarz otwierał szufladę przepastną, na samym dole rzeźbionej szafy aptecznej, zdobionej kolumnami zamawianymi u najlepszych stolarzy w samym Budapeszcie, i odnajdywał ziele „byle jakie”, którego już nikt nie potrzebował. I mówił tak: Dam wam coś ale to drogie będzie. Niech wasza kobita znajdzie garnek duży, zagotuje wody ze źródła, co na północnej stronie góry bije i wrzuci ten lek na wrzątek. A jak z ognia trochę przestygnie, to odlejcie połowę do wiadra, najpierw lewą nogę w to wiadro włóżcie i potrzymajcie aż ostygnie.  A potem wylejcie tą wodę ale pod stary krzak dzikiego bzu. I tak samo z prawą nogą zróbcie. Tylko zapłacić musicie jak za kopę jaj bo to lek mocny. Pomagało ? Jak jeszcze !Po pierwsze: drogie było, a zapłacone to musiało pomóc. Po drugie: chłop nigdy nóg bosych w ciepłej wodzie nie mył a tym bardziej nie grzał zreumatyzowanych stawów.. Po trzecie: aptekarz pomyślał zanim dał „lyk”, to jak ma nie pomóc. A aptekarz pozbywał się „niechodliwego” towaru i zdobywał sławę cudotwórcy w swojej okolicy. Tak bywało jeszcze w latach wcale nie tak odległych, ledwie trzydzieści, czterdzieści lat temu i nie „za górami, za lasami” a w odległości trzydziestu kilku kilometrów od Rzeszowa.

Sławna była apteka „pod Opatrznością” w Dynowie, budynek specjalnie stawiany był przez rodzinę Baranieckich  z myślą o aptece. Nie ma już apteki w tym miejscu chociaż nie była taka stara – Wojciech Okoński uzyskał zezwolenie na jej otwarcie w roku 1817. Rodzinny dom aptekarzy wraz z lokalem aptecznym powstał w końcu XIX wieku. Apteka miała duży ogród w swym otoczeniu, własną pasiekę i pole, na którym uprawiano wiele roślin leczniczych. Sławny był barometr apteczny, skonstruowany na miejscu przez rzemieślników dynowskich. Przedstawiał on pustelnię, z której „za pogody” pustelnik wychodził, nabożną książkę czytając. Gdy miało się na deszcz, pustelnik chronił się w swej chacie. Wielu aptekarzy pracowało w tej aptece, tak członków rodziny Baranieckich jak i wynajętych prowadzących, wiele też historii z jej dziejów opowiadał ostatni z rodziny – magister farmacji Kazimierz Baraniecki. I właśnie to on, nie tylko jako „aptykorz” ale także kierownik apteki PZF „Cefarm”, takich metod leczniczych używał, przynosząc niewątpliwa ulgę w powszechnych na tych terenach dolegliwościach chorych.  

                                                                                                                Lidia Maria Czyż