Nasz dynowski dwór (moje wspomnienia z lat 1951-2006)

  Mam 5 lat, (1951), jest lato, zawsze ciepłe, pachnące maciejką i lewkoniami z ogródka Babci Kini, tego przed domem. Stary, choć starsi nazywają go nowym,  dom,  jest szczelnie wypełniony.

         Oprócz dwóch najukochańszych Babć,  Józi i Kini,  Dziadzia Kalunia,  również ukochanej Helci,  obojętnie patrzącej na świat Cioci Hani,  zaszytego w ogrodowy, trzcinowy fotel pradziadzia Stefana,  opartej o okno swego pokoju,  obrośniętego dzikim winem, prababci Emilki,  spędzającej dnie w zaciszu za domem pod lipami,  cioci Jańci -  jest w domu mnóstwo tych,  co przyjechali na lato:  wujostwo Walkowie z Bielska z małym Staszkiem,  ciocia Zosia z przyjaciółką Alinką z Krakowa, to jeszcze studentki,  ciocia Marylka Kunstetter z Lublina - no i my:  rozbrykana trójka z apteki:  moi bracia Marek i Marcin,  mają po 3 i 2 latka.

        Mam 5 lat, (1951), jest lato, zawsze ciepłe, pachnące maciejką i lewkoniami z ogródka Babci Kini, tego przed domem. Stary, choć starsi nazywają go nowym,  dom,  jest szczelnie wypełniony.

         Oprócz dwóch najukochańszych Babć,  Józi i Kini,  Dziadzia Kalunia,  również ukochanej Helci,  obojętnie patrzącej na świat Cioci Hani,  zaszytego w ogrodowy, trzcinowy fotel pradziadzia Stefana,  opartej o okno swego pokoju,  obrośniętego dzikim winem, prababci Emilki,  spędzającej dnie w zaciszu za domem pod lipami,  cioci Jańci -  jest w domu mnóstwo tych,  co przyjechali na lato:  wujostwo Walkowie z Bielska z małym Staszkiem,  ciocia Zosia z przyjaciółką Alinką z Krakowa, to jeszcze studentki,  ciocia Marylka Kunstetter z Lublina - no i my:  rozbrykana trójka z apteki:  moi bracia Marek i Marcin,  mają po 3 i 2 latka.
 
Pławimy się  w rozkoszach lata.  Po domu w „aptece”, gdzie trzeba być zawsze grzecznym,  nasz drugi dom, kochany dwór, pozwala nam na całkowity luz..

          Dziś jemy obiad pod starym dębem, a właściwie pod dwoma młodszymi, które zasądziły Babcie Józia i Kinia jako dziewczynki . Na trawie obrusy, a może jest i stół,  ale dokładnie pamiętam tylko jedno:  gdy Helci donoszącej półmiski z domu,  spadły w trawę ziemniaki , mały, grubiutki Staszek  powyjadał je szybko wszystkie. Słyszę jeszcze śmiech dorosłych i komentarze:  „ten to ma apetycik”.

         Innego dnia, wieczorem, siedzimy w zagajniku starych sosen, na starych, chyba przedwojennych ławeczkach. Przyszła elegancka babcia Wandzia. Razem z Rodzicami zabiorą nas niebawem do domu. Ale wieczór jest tak piękny, nie chcemy wracać.
        Do zagajnika przylega sad. W trakcie lata coraz bardziej złocisty od olbrzymich papierówek, złotoczerwonych orzechówek (naprawdę przypominały wielkie orzechy), słodziutkich koszteli nazywanych niezbyt elegancko „dupki”,  a nade wszystko  wspaniałych lipcowych ‘buraczków”. Zacząwszy,  nie można było skończyć obżerania się....

        W starej szopie leżą już pryzmy jabłek. Na sprzedaż. Ale ja tego nie rozumiem. A co nam zostanie?...
 
 

To zdjęcie i poniższe  pochodzą z  lat 1947i  48;  moje wspomnienia  są trochę  późniejsze, ale wszystko było takie same - i kochana babcia Józia i  stara szopa na jabłka. (1947)
 
 
Z Ciociami, Zosią i Tereską oraz Tatusiem , w  sadzie(1947).
 
        Ogród jest ogromny. Nie ma jeszcze drogi, która go przecięła i bardzo zmniejszyła, nie ma domów Jasia Mazura i innych.
 
Kwiaty wokół to była duma Babci Kini (1948)
  i  droga na której dziś stoi dom Mazurów. 
 
Kończyła się drewnianą furtką. 

              Można gonić i gonić wśród trawy wyższej od nas, potykać się o wielkie kretówki, zbierać bukiet dzikich kwiatów i wtykać je do kubków na herbatę w kuchni u Helci: ”aby miała ładnie". Koło starego dębu jest najdziczej. To prawie las, a nieopodal, na dole czyściutka struga, gdzie są i raki...
Wuj Walek zbiera orzechy laskowe. Tłuczemy je kamieniami. Pycha.
 
 
Rodzinne wakacyjne popołudnie na gazonie
Od lewej stoją: Mamusia z Markiem, wujek Wlek z ciocia Tereską, Pradziadek Stefan i ciocia Zosia
Od lewej siedzą: Babcia Kinia, Prababcia Emilka, Dziadzio Kalunio, Babcia Józia z autorką
(rok 1948)

O czwartej trzeba wrócić na podwieczorek. Pamiętam niepowtarzalny zapach herbaty z mlekiem i wielkich krom chleba z konfiturą z owoców z ogrodu. Jakże byliśmy głodni...
               W stajni jest sporo krów. Ale najpiękniejsze to te, które sama pasie ciocia Hania. Mówi: ”zawsze lubiłam bydło” . Inne krowy leniwie łażą na pastwisku w pobliżu starej lipy, ciocia swoje trzyma na łańcuchu i wybiera dla nich najlepsze miejsca. Myślałam jak inne krowy , miedzy innymi najładniejsze : Wisnia i Pisanka, muszą tym od cioci Hani zazdrościć...
 
            Do starej studni zbliża się Pietrek Siry z parą koni. Stuk kopyt. Konie przychodzą,  aby się napić. Są świetnie utrzymane. Pietrek mówi do Babć: „proszę jaśnie pani”. Nie rozumiemy tego, ale i nie pytamy. Czujemy, że nie byłoby to stosowne...
                Zawsze omijamy z daleka fotel, na którym drzemie w białym kaszkiecie  Pradziadzio  Stefan Trzecieski.

                                           

 Mały Staszek Gołąb z Pradziadziem Stefanem

Nie bardzo wiemy  jaką rolę kiedyś tu pełnił,  ale  wiemy jedno, że nie możemy wrzeszczeć, ani nic do niego mówić,” bo może na was krzyczeć”, tak mówi nam ciocia Hania. Ale nie krzyczał nigdy. Zawsze spał, obojętny na wszystko wokół, na nas i cały świat. Wydawał się nam niesamowicie stary.

           Inaczej z Prababcią Emilką Paygertową.  Zawsze czatowaliśmy na jej przyjazne kiwnięcie z okna. Wtedy grzecznie wchodziliśmy do jej zaczarowanego pokoiku, mówiliśmy „dzień dobry prababci” i dostawaliśmy po kostce cukru. Opłacało się być grzecznym... 

 


Prababcia na spacerku,
towarzyszymy jej z Markiem i naszą przyjaciółeczką, Zosią Sieńkówną.(1951)

           Ciocia Jańcia Jaszczurowska, siostra Stefana Trzecieskiego, mieszkała na Przedmieściu. Nie wiemy gdzie i nie wiemy dlaczego tam. Ale nie pytamy. Dzieci akceptują świat taki jaki jest. Ciocia Jańcia jest też straszliwie stara, malutka, przygarbiona. Gdy przychodzi, siada w fotelu ogrodowym koło równie malutkiej Emilki i rozmawiają. Na nas nie zwracają uwagi. Ale my się tym nie martwimy.

     W kuchni, obok Helci, kręci się parę pomocnic. Jedna to gruba Mila, druga, to Zosia Trawka. Zosia płucze kiedyś sałatę w ciepłej wodzie. Babcia Kinia mówi oburzona: ”Zosiu, kto to widział?” Wiadro ciepłego jeszcze mleka ze stajni, przynosi Władka Gołkiewicz. Ma trochę za przymilny uśmiech: ”do kogo ta Marysieńka podobna?”

O problemach krowich konferuje namiętnie z ciocia Hanią. Mówi do cioci:” proszę panienki”.


 Marek jest już duży, bawimy się razem. Razem przepadamy za jabłkami.(1951)
 

        Czasami wieczorem Helcia pozwala nam iść ze sobą do kurnika, aby pozbierać jajka. Co za radość, gdy się je znajdzie w słomie. Wracaliśmy dumnie z kopiastym koszyczkiem, choć Helcia nie pozwalała nam samym go nieść. Ze zrozumiałych względów...
         Są momenty, gdy przez nasz gazon przechodzi ktoś obcy, z przedmieścia, aby skrócić sobie drogę do miasta.  Babcia Józia wtedy zawsze zachowuje się tak samo.  Pełna oburzenia wola głośno:” ty złodzieju, co tam masz, co tam szukasz”,  a potem spokojnie powraca do przerwanego wątku rozmowy.  Jakby się nic nie stało...Uważamy, ze tak trzeba, nie dziwiąc się niczemu.

Dorośli stale rozmawiają o tym jak to piękne było życie przed wojną.  Babcia Józia wspomina Sidorów,
 
 
 
Babcia Kinia – Rudniki.
 
 
 
Nic nam to nie mówi,  podobnie jak i garstka gruzów ze starego dworu, takiego co miał 200 lat, a zniszczonego w ostatnich dniach wojny.
 
 
 
  Ale przecież teraz też jest wspaniale, czy mogło być jeszcze lepiej??

          Pomiędzy resztkami fundamentów są inspekty, duma Babci Kini. Nawet udało się jej wyhodować tam melony. Mamusia się nimi zajada. Ale my wolimy jabłka!! Do inspektów nie wolno nam chodzić, a już tym bardziej zaglądać pod szyby.
 
    Czasami w domu robi się nadzwyczajny szum: przyjeżdżają ze Starejwsi  wujciowie, Adam i Stefanek.
 
 
 
 
      Rok 1948
 
          Wysocy, w czarnych sutannach, bardzo mądrzy.  Stefanek stale żartuje.  Pyta się mnie: „dlaczego tak  marszczysz nos”? Jak mu to wytłumaczyć?  Wolę uciec i czekać, aż sobie pojadą. Oni rzeczywiście wpadają na króciutko,  a po ich odjeździe autobusem w stronę Brzozowa,  obie Babcie maja czerwone oczy...
 
          Pod koniec lata dwór pustoszeje, goście odjeżdżają, a my zachodzimy do Babć podczas spacerów z nianią, Józią Kiełbasówną. 

          Podczas jednego, wiosną, spotykamy pędzącego z teczuszką z lekcji fizyki z liceum ,Dziadzia Kalunia: „Józiu, czy moja matka jeszcze żyje?” (chodziło o Emilię Paygertową). „ nie,  już  umarła”- odpowiada obojętnie Józia. Jakże było mi żal Dziadzia  kierującego się w stronę dworu. Miałam 6 lat, ale oburzała mnie obojętność Józi.

         Jest to wiosna 1952. Zaczynam oglądać korowód śmierci.

        Nic nie pamiętam z pogrzebu prababci Emilki poza jednym: widzę ogromny wieniec z liści dębu. Pracowały nad nim obie Babcie, Józia i Kinia, zawsze razem, zawsze zgodnie. Siedziały przy starej studni.
-„Czy będzie więcej wieńców?”- zapytałam ciekawsko
-„Jeden wystarczy”- odpowiedziała Babcia Józia
   
         W lecie czeka nas niespodzianka: Ciocia Tereska przyjeżdża z malutką córeczką, Elżunią. Szalałam z radości marząc o chwili zabawy z jedyną kuzyneczką, jaką miałam i mam dotąd ( niestety nigdy tego nie doczekałam: 6 lat to bardzo duża różnica. Ja zawsze byłam duża, a Elżunia mała, a potem nastąpiły dalekie wyjazdy, które nas rozłączyły).
 
         Elżunia była ślicznym i słodkim dzieckiem. Bawiłam się nią jak laleczką chyba przez 4 lata.
 
        Ciocia Tereska jest wesoła, zgrabna i pełna pomysłów. Postanowiła, naturalnie po obiedzie o 12 tej, wyruszać z dziećmi nad San ( czasami, aby spotkać tam wujcia Walka łowiącego od świtu ryby) .Ciocia uwielbiała kąpiel w Sanie.  Znakomicie pływała, podobnie jak i Ciocia Zosia.  Obie miały piękne kostiumy kąpielowe, pożerałam je oczami... Nasza Mamusia - odwrotnie.  Nigdy nie kąpała się.  Uważała to za fanaberie. Ale ulegała naszym błaganiom i wolno nam było z Ciocią chodzić na te niebotyczne wręcz wyprawy: 2 km wśród pól miedzami.
          Zapach Sanu..... czyściutka woda. Ostre kamienie, ciepły, przybrzeżny muł, stary Marynowski- przewoźnik do Bartkówki niczym Św. Krzysztof na krypie,  nasze radosne chlapanie się i wilczy apetyt z jakim pożeraliśmy przygotowane przez Helcię zapasy w koszyczku, przy okazji trzęsąc się w ręczniku Cioci, na kocu...

           Boczną ścieżką wśród zbóż, zdążał do Sanu i dziadzio Kalunio, on też, aby zażyć kąpieli. Pływał na plecach, za zakrętem rzeki, w zacisznym zakątku. Nie szukał zbyt intensywnie towarzystwa 6 wnucząt.
           Inaczej ciocia Hania. Wprawdzie też osobno i bez spoufalania się z nami, w staromodnym czarnym kostiumie pamiętającym zapewne lata 30 te,  wchodziła ostrożnie do wody i wykonywała przysiady.  Wiele, wiele razy i nic innego.  Mówiła, ze to dla zdrowia.  Potem liczyła i zapisywała,  ile to zażyła w sezonie kąpieli sanowych.  Szczyciła się bodajże siedemdziesiątką....
          Gdy już słońce mocno kryło się za daleką, kościelną dzwonnicą,  a my byliśmy po całych godzinach moczenia się, chlapania i wrzasków, nad Sanem pojawiał się i nasz biedny Tatuś ( czasami nawet zawrócony w środku drogi przez zapominalskiego pacjenta, o godzinach pracy apteki) . Koniecznie marzył o opaleniu się na murzyna,  ale jak, wieczorem?  Siadał na brzegu, zawijał rękawy koszuli,  czasami smętnie rzucał kaczki po wodzie płaskimi kamieniami,  których z zapałem mu szukaliśmy.
          Ale zbliżała się święta godzina kolacji, siódma; Tatuś wyciągał z butonierki zegarek ”wracamy, babcia czeka z kolacją”.  A wiec wracaliśmy,  ale teraz czas wlókł się niemiłosiernie:  byliśmy zmęczeni,  na dworze jeszcze bardzo ciepło,  perspektywa 2 kilometrów osłabiała w nas energię,  pchaliśmy się na wąskiej miedzy, czasami, o zgrozo,  deptaliśmy zboże w pogoni za bławatkiem, lub chrabąszczem . Najgorszą drogą  była ta  od Targowicy  kurz prowokował, aby szurać nogami.  Tatuś złościł się rytualnie:’ „będziecie bardziej brudni, niż przed wyjściem do Sanu".
         A w domu,  czyli aptece,  czekały na nas pyszne młode ziemniaki - amerykany z masłem i koperkiem i kwaśne mleko,  które można było krajać nożem.  Czy smak takiej letniej kolacji można jeszcze dziś z czymś porównać???
 
        Nastała ostra zima.  Wtedy wszystkie były ostre i śnieżne. Pojęcie ”chlapa " było związane tylko z marcem.   I właśnie tej ostrej zimy, 1953 r zmarł nasz senior naszego  rodu, Stefan Trzecieski.     Wcześniej kwękał miesiącami, spędzał dnie w futrze pod ciepłym piecem,  a noce pod.... prześcieradłem, tak, dziwactw nigdy mu nie brakowało. Nocami zamęczał też biedną babcię Kinię śpiącą obok,  wołaniem: „Kiniu, konam”,  ale wcale nie konał, tylko nudził. Żaliła się później rodzicom,  a ja podsłuchiwałam, jak zawsze, że czasami budził ją po kilkanaście razy.
        Ale w lutym już przestał wstawać i koniec wydawał się bliski. Będąc któregoś popołudnia na lekcji francuskiego,  babcia została zawołana, a ja wśliznęłam się za nią do ogromnego pokoju. Stara, siwa głowa na wysokich poduszkach,  zarośnięta twarz,  zamknięte oczy.  „Czy tacie czegoś potrzeba?”- zapytała babcia Kinia.  Pamiętam to pytanie i chrapliwa odpowiedź,  że nie. Gdy zmarł za parę dni,  bałam się wejść,  aby zobaczyć ciało w trumnie. Ciekawsko jednak podsłuchiwałam.  Tatuś mówił: „zrobiono mu za wąską trumnę. Leży ściśnięty”,  a mamusia:, „jaki to przystojny mężczyzna, nawet po śmierci”.
 

Wyprowadzenie trumny ze dworu (1953)
                                              
                                    
 Kondukt pogrzebowy zbliża sie do cmentarza
 
          Na pogrzeb nikt mnie nie zabrał,  chyba było za zimno.  Ale za trumną szedł tłum,  w chustach, wytartych płaszczynach, ot  powojenna bieda ( piszę to na podstawie malutkiego zdjęcia, które chyba zrobił mój przyszły teść, Józef Witkowski). Tych ludzi nie ściągnęła ani ciekawość, ani jakikolwiek konwenans - szli, aby w ten sposób podziękować  Zmarłemu za jego miłosierdzie.  Ale o tym dowiedziałam się znacznie później....
 
         Do dworu,  na pokoje po ‘tacie’,  wprowadzili się państwo Orłosiowie.  Wyrzuceni ( chyba jako źle widziani z powodu przedwojennej pracy: pan Orłoś był rządcą w majątku Skrzyńskich w Bachórzu )  z pokoiczyny w POMie, wygrali na loterii życia wielki los:  babcia Kinia wynajęła im dwa najlepsze pokoje domu. Dostali również bezpłatną obsługę w postaci pomocy przedobrej Helci i opiekę nad Klapsem. Tej roli podjął się z własnej woli Dziadzio Kalunio.  I tak biedny ,  zaniedbany emocjonalnie  Klaps,  rozpoczął rajskie życie: codzienne harce po polach... bez smyczy i stałego nawoływania..
         Pan Orłoś odzywał się wyłącznie podczas licytacji brydżowej, a i to półgębkiem: „pas”, „bez atu”, ‘dwa trefle’. Za to madame Sonia?, no cóż, mówiła za oboje.. Nie była lubiana, ale myślała, ze jest . Właściwie była powodem nieustannego konfliktu sumienia przedobrych gospodarzy.
 
         W sierpniu tegoż roku odbyły się w Warszawie święcenia, a potem  w Dynowie  prymicje wujcia Stefanka ( Adam wcześniej wystąpił, zaczął chodzić w szarym garniturze, na prymicje nie przyjechał, nie rozumieliśmy nic z tego).
        Prymicje to była największa feta mego dzieciństwa. Najpierw wieńce. Obie Babcie plotły olbrzymie węże z liści dębu, które potem, podczas procesji otaczały młodego celebransa, kilkunastu kapłanów i....... małą bielankę sypiącą kwiatki, czyli mnie. Wieńce niosły tzw. dziewczęta od „figur” na Boże Ciało.
 
 
 Procesja po Mszy Św. Po lewej ks. Pyś,
po prawej ks. Drelinkiewicz
 
   Do dworu zjechali wspaniali goście: Szczepańscy z Bytomia. (wujostwo Stefaneczka ze strony jegonieżyjącego  ojca. Hasia była bliźnią siostrą Michała Moysy).  Z zachwytem oglądałam polakierowane paznokcie cioci Hasi i wąchałam jej perfumy.  Nigdy wcześniej nie widziałam tak eleganckiej pani.  Ale dlaczego była taka smutna? Moje ukochane babcie o rękach spracowanych, pachnące najwyżej Przemysławką, ( w niedzielę), były szczęśliwe, płakały z radości.  Stary Szczepański, pan Staszek, kazano mi mówić do niego „wujciu”, bardzo mi się nie podobał, ale nie wiedziałam czemu. Stefunio, ich syn, był w tym towarzystwie ni przypiął ni przyłatał i to też dało się odczuć, ( wszyscy zdawali sobie to samo pytanie, po co Stefunio przyjechał?)  ale Władek, drugi syn Szczepańskich,  był sympatyczny i fajny.
        Poniższe nasze zdjęcie po obiedzie prymicyjnym pokazuje nas wszystkich, nawet panią Baczową.  Po co ona została zaproszona? Rozumiem Pysiów,  to rodzina ksiedza-przyjaciela,  lub starego ojca Dordę, profesora Stefaneczka, jezuitę,  ale pani Baczowa??
 
 
 
Stoją od lewej: Władek Szczepański, Tereska Gołąb, Władysław Ryba (rada parafialna), Zosia Nowakowska, Zosia Paygert, Orłosiowa, p. Baczowa,
Kazimierz Baraniecki, Kalunio Paygert,Hasia Szczepańska, Staszek
Szczepański, Stefunio Szczepański, Ks. Pyś, Ks. Drelinkiewicz, ojciec
ks. Pysia.
Siedza od lewej: Babcia Józia, Ciocia Hania, Małgosia Baraniecka,
Babcia Wańdzia Baraniecka, ks. Proboszcz Michał Bar, Stefanek, Babcia
Kinia, O. Dorda, Ciocia Jańcia Jaszczurowska, ks. Jan Śmietana.
Dzieci od lewej: Marek, Marcin i Marychna Baranieccy, Staszek i Elżunia
Gołąbowie.

        Obiad był wspaniały, stół - podkowa w pokoju państwa Orłosiów,  a przy nakryciu Stefaneczka,  wianuszek z nasturcji.  Czy ktoś to jeszcze pamięta???  Naturalnie nie wiem,  co się jadło,  ale pamiętam  masę księży, którzy nagle przyszli wspólnie.  Babcia Józia powiedziała: ”aż się czarno zrobiło od księży”. Dziękowałam Bogu, że nie kazano mi ich całować w rękę. A byli to: ks.ks.  Bar, Śmietana, Drylinkiewicz, Dorda, Pyś, no i nasz  kochany Stefaneczek - na długie lata przyjaciel wszystkich rozgałęzień familijnych         (wiązał nas węzłem małżeńskim, chrzcił, dzieci i wnuki, prowadził pogrzeby, do niedawna był zawsze z nami, prawdziwy przyjaciel).
 
        Oprócz wakacji, których  tylko w 1956 i 57  nie spędziliśmy we dworze, ale nad  morzem,  uroczym wspomnieniem tamtych lat były wigilie Bożego Narodzenia.
         Do dworu przychodziliśmy dopiero na deser,  czyli na  mrożoną czarna kawę,  majstersztyk Helci.  Do dziś pamiętam smak lodowatej, słodkiej śmietanki wypełniającej filiżankę nad czarną zimną kawą (naturalnie nikt z nas nie pił kawy; oddawaliśmy ją Mamusi, ale śmietankę wyżeraliśmy wszystkim)..
        Przychodziliśmy zaśnieżeni,  okutani,  a tu w pokoju Orłosiów, czyli u „taty”, ciepło,  wielki stół ozdobiony kandelabrami,  olbrzymią struclą na środku, świecącą choinką  na biurku pani Orłosiowej, snopami 4-ch zbóż w czterech kątach.  To było to!!. Niezapomniana atmosfera, z niczym nieporównywalna.  Nigdy i  nigdzie  nie przeżywałam tak nastroju świat jak we dworze, w pokoju „ taty”.....
        Prezentów nie było za wiele. Dostawały je dzieci en pasant, dorośli nawet o tym nie myśleli. Mówiło się i przeżywało coś innego, coś znacznie ważniejszego......
        Naturalnie podczas tych kaw mrożonych wspominano  dawne czasy, i Sidorów i Rudniki i dawne wilie w starym, dynowskim dworze.Chłonęliśmy te opowieści.
        A potem Dziadzio Kalunio wymykał się cichcem do swego pokoiku, aby posłuchać” Londynu” , a  ciocia Jańcia piskliwie rozpoczynała kolędowanie...  Wtórowaliśmy z zapałem, choć najbardziej znaliśmy: „ W dzień Bożego Narodzenia....”.  Przy stole siedzieli również i księża z plebani.  Proboszcz Michał Bar i katecheta Jan Śmietana - byli bywalcami domu bodajże od lat 20 tych. Traktowano ich z ogromna atencją, ale jak domowników. Gorzej było z młodymi wikarymi,  bardzo zażenowanymi,  tak dziwnym dla nich spędzeniem wilii.  Marzyli zapewne o domu ze swoją własną mamą.... Czułam to instynktownie, już jako małe dziecko.
        Najbardziej lubiliśmy ks. Korczykowskiego i Misia,  ale pamiętam też i Śmigla i Kokoszkę. Ks. Korczykowski robił dla nas myszkę z chusteczki do nosa i tak manewrował palcami, że myszka skakała. Szaleliśmy z radości i zachwytu.  Jak to robił?  Ja do dziś tego nie potrafię. Wtedy uważaliśmy to prawie za cud.
        Marzyłam o pasterce i byłam na niej już jako 7 czy 8 letnie dziecko. Naturalnie wyprosilam, bo Mamusia nie lubiła ani pasterki ani rezurekcji.
        Zachwycona,  słuchałam „Wśród nocnej ciszy...” która  nabożeństwo rozpoczynała,  raz po raz spoglądając na babcie Józię, która śpiewała, odmawiała różaniec i spoglądała do mszalika. Podziwiałam jej wszechstronność..... Naturalnie siedziałam z Babciami w stallach, czyli ławce kolatorskiej,  tam, gdzie obie  siedziały też jako dziewczynki 50 lat wcześniej.  Zastanawiałam się jak czują upływający czas, ale o to nie pytałam... Kościół nie był remontowany, ani przerabiany od wielu, wielu lat.    Był taki sam jak  wtedy,  gdy  małe Kinia i Józia przeżywały swoje dziecinne pasterki. I  ja , tak jak one,  wtedy patrzałam na wielkie dywany- arrasy z herbami okolicznej szlachty, która na kościół łożyła,  na namalowane przez ciocię Gabrielę Radzimińską antypedium pod ołtarzem, barokowe złocenia , gdzieś wysoko anioły odające pokłony Bogu, „wyszuraną” posadzkę...
           Wprawdzie to nie ksiądz Saustowicz odprawiał,  ten z  lat dziecinnych Babć, ale proboszcz Bar.

                                                        

 Ks. Gabriel Saustowicz, proboszcz dynowski z okresu dzieciństwa Babć
 
  Ale i on,  gdy błogosławił, trzymał monstrancję w welonie, który ofiarowała kościołowi  Babcia Wańdzia Baraniecka, jako wotum, jako młoda mężatka. To wiązało wspomnienia dawne z dzisiejszymi.....
             W kościele wszystko było stare, szacowne, takie same od zawsze. Pachniało kadzidłem i woskiem,   świece skwierczały. Stalle były powycierane, na herbach leżał  wieloletni, swojski,  kurz...

    

Ołtarz główny


Organy

         Ksiądz śpiewał po łacinie, organista, Gustek Potoczny, wspaniałym basem, odpowiadał  podobnie. Nic nie rozumieliśmy, ale przecież wszystkim wydawało się, że są w przedsionku raju. Kościół był ubity, w ogromnej części „Bartkowszczanami”. Zważywszy jaką drogę musieli ci ludzie przebyć, w trzaskającym mrozie, pokonując zamarznięty San?  Nie dodam komentarza.
    Nabożeństwo powoli kończyło się.  Głosy już lekko schrypiały od kolęd, nogi bolały... Pomimo to wszyscy myśleli zapewne co i ja: „jaka szkoda”!.
                    
       
Renesansowa brama kościelna

            Mijały lata. Ciocia Tereska przywoziła w wózeczku, na dynowskie wakacje, naszych kolejnych kuzynków: Pawełka i Rafała. Szaleliśmy z radości, że mamy się, z kim bawić, ż nas tak dużo...
Rafała zamęczaliśmy nadopiekuńczością. Dzielny zuch, że udało  mu się to przeżyć.....
 
          Nagle, w 1957 roku, wydarzyło się coś wyjątkowego: ciocia Zosia, nasza ukochana Ciocia, od zabaw, prezentów i wielkiego świata w Krakowie, postanowiła wyjść za mąż!!!! I to za kogo? Za Indianina z Peru!! Wczesnym latem mieli przyjechać, aby Abdon mógł się zaprezentować  Babci i Dziadziowi.
 
 
Abdon Yaranga z Markiem, Marychną i Marcinem Baranieckimi, w ogrodzie za apteka w Dynowie
(rok 1957)
 
           Akurat, gdy przyjechali, umierała na raka ciocia Jańcia  Jaszczurowska. Nie było właściwych leków, Tatuś ratował biedaczkę morfiną, ale jęczała tak, że nie można było tego ukryć przed inteligentną młoda  parą. Naturalnie jednak, że ukrywano, a oni udawali , że nic w nocy nie słyszą.
          Abdon przyjechał z adapterem na którym słuchaliśmy pieśni Immy Sumy, ( czy to się tak pisze??) indiańskiej śpiewaczki o głosie zawierajacym .....8 oktaw!!! Abdon był etnografem, przywiózł swoje znaleziska naukowe z Peru, patrzyliśmy na niego z półotwartymi ustami.... Jak to się miało do naszego świata??
          Myśleliśmy, że to ”porządny” Indianin, ( wielu ludzi z miasteczka przyszło nawet na sumę, choć zazwyczaj uczestniczyli w prymarji, aby Indianina  zobaczyć), a przyjechał przystojny, młody człowiek,  taki jak  inni dorośli, tyle, że mówiący po francusku. Byliśmy bardzo zawiedzeni,  ci z miasteczka - też. Dla dworskich babć język,  to nie była żadna trudność, nawet narzekały, że Abdon nie mówi dobrym akcentem, tylko tak z hiszpańska..                       
           Naturalnie nie było mowy o ”czarnej polewce”. Nasza rodzina, choć, nie demokratyczna, była zbyt dobrze wychowana...  My czuliśmy jednak, że tracimy ciocię Zosię. Mieliśmy wielki żal do przyszłego wujcia... I rzeczywiście, po cywilnym ślubie w Krakowie, wyjechała za narzeczonym na zawsze do Paryża. Nie ziściło się moje marzenie, aby nieść jej welon do ołtarza.........
 
          Po wyjeździe Młodych, umarła Ciocia Jańcia. Zabrakło dla niej miejsca w grobowcu Trzecieskich  na starym, szacownym, cmentarzu, a ponieważ nie zostawiła ani grosza, została pochowana w „ziemi” na nowym cmentarzu.              

Grób Cioci Jańci Jaszczurowskiej (2005)

          Na tym pogrzebie, który już doskonale pamiętam, byliśmy razem z Andrzejem, dziś moim mężem od..... 40 blisko lat, ale wtedy zaczynaliśmy tzw. „chodzenie” ze sobą, choć byliśmy jeszcze w podstawówce. Hm!!
 
 
Ostatnie zdjęcie rodzinne przed wyjazdem Cioci Zosi na staŁe do Paryża
Zdjęcie pod tytułem:  "Klaps z rodziną w tle" (1957)
 
 
         W 1962 r. zmarł Dziadzio Kalunio. Nie byłam na Jego pogrzebie  „studiując” w IX kl. liceum w Szymanowie. Ogromnie przeżyłam odejście Dziadzia, uroczego, eleganckiego pana z innej epoki niż ta  która nas otaczała,  straszliwa, powojenna. Człowieka, który był wdzięczny za byle drobiazg, który pamiętał o każdych naszych urodzinach czy imieninach i zawsze przychodził, po Mszy św. porannej z..... czekoladą,  od pani Moskwowej,  do jubilata , czy solenizanta.. To nie było byle co!!

   
 
         Dziadzio Kalunio na rok przed śmiercią (1961)

           Z Jego odejściem, dworskie życie jakby uciszyło się,  ustabilizowało  na lata 70- te: trzy siostry, Kinia, Józia i Hania, Helcia i madame O. (Orłosiowa),  żyły cicho, właściwie bez zmian,  wyczekując przyjazdu dzieci lub wnuków, w ostateczności, listów.
 
              
                                                                        Pani Orłosiowa druga od lewej
 
          Nic się nie zmieniało poza nami,  coraz bardziej wyrośniętymi: chłopcy zaczęli nosić długie włosy,  ja  wyszłam za mąż i przywoziłam  kolejno małą Kasię, a potem Tycia.   Było to już 4- te  pokolenie XX wieku związane  z dworem.   Potem pojawili  się też mały Erneścik i  Mateunio, synkowie Marka i Marcina ,  w końcu Kubuś, synek Pawla Gołąba. Inne prawnuki Babci Józi urodziły się już za granicą...
 
 
Pierwsza wizyta Cioci Zosi z Igorem i Olafem (1963)
 
        Dwa razy przyjechała Ciocia Zosia z Paryża,  z synkami, Igorem i Olafem. To były śliczne dzieci i pomimo małej bariery językowej,  świetnie się z nimi bawiono. A dla nich,  te pobyty u mało znanej Babci, to była wielka egzotyka. Wszyscy chyba pamiętamy zdjęcie Igora z Wiśnią?
 
                                   
                                   
(dla wyjaśnienia dodaję, że była to kolejna, wspaniała krowa, ale nie cioci Hani tylko Babci Józi ).
       
Ogród i włości zmniejszyły się do obszaru tego, który jest i dziś, po śmierci Babci Kini, oddany fundacji
„Wzrastanie”.
 
 
Gazon bez lipy (1980)
 
 Stary dąb (1980)
 
           Stare, kochane drzewa zostały wycięte.  Babcia Kinia posadziła nowy sad,  warzywniak zaczęli uprawiać pensjonariusze domu starców koło plebani,  pozostał jedynie stary,  wierny dąb i trzy te "młode”, sadzone przez małe Józię i Kinię.... Maliniak częściowo zarósł ogródek babci Kini..

          Powoli starzeli się i odchodzili sąsiedzi, przyjaciele, dalsza rodzina...
 
         Zmieniały się czasy: nadzieje, którą przyniósł wybór polskiego Papieża i powstanie Solidarności odbiły się tez na życiu Babć; mniej się mówiło o przeszłości, Babcia Kinia  zamieniła broszkę na znaczek Solidarności .   
 
                            
 
 Zdjęcia Ojca Świętego wisiały na poczesnych miejscach... Niestety, obie nie dożyły wolnej Polski.
          Uważam to za dramat ich  życia. Tak jak mówiły: żyły albo przed wojną, albo w czasie wojny, albo po wojnie. Nie dane im było smakować wolności,  której nic nie wydaje się zagrażać.

          Przez wiele lat mieszkał z babciami Rafał. Napewno ma poczucie dobrze spełnionego obowiązku wobec tak drogich Osób...
 
 
        Lata 80- te to odejście Babci Józi ( 85 r),
                                      
 
potem Kini (89),
                                        
                                                 
                                         
na koniec Cioci Hani i Helci. Wszystkie, ( oprócz Helci )  leżą w grobowcu naszych dziadków Baranieckich na średnim cmentarzu.                  

 
Grobowiec Baranieckich, gdzie leżą Babcie, Dziadzio Kalunio i Ciocia Hania (2006) ( Tytus z synami Frankiem i Jasiem)
 
Grób Helci w Dąbrówce(2005)

            Bardzo przeżyłam ich pogrzeby, trudno mi do nich nawet wracać myślą....       

            Teraz, w domu, pięknie wyremontowanym, mieszkają dzieci zaniedbane, opuszczone , którymi opiekuje się fundacja „Wzrastanie”,  a której prezesuje pan Jan  Bury z Łopuszki. Miejsce to nadal spełnia dobra funkcję, a myślę, że i  starzy pradziadowie  Trzeciescy są zadowoleni, patrząc na nie z Wysoka.
 
 Dwór przed remontem początek lat 90-tych

Dwór przed remontem początek lat 90-tych


           Od lat,  z Andrzejem,  przyjeżdżamy  tam  na Wszystkich Świętych, a ostatnio  i z Franiem i Jasiem, naszymi najstarszymi wnukami. Chłopcy szaleją zjeżdżając po schodach, naturalnie na spodniach.

 
Franio i Jasio froterują  schody(2006)

        Opowiadam im o dawnych czasach, o każdym drzewie, o każdym miejscu... Oni mówią; „jak babci tu było wspaniale...”.. Filip i Szymon już czekają,” aby dostąpić zaszczytu”....    Tycio uczy się na pamięć, topograficznie, gdzie, kto leży na cmentarzu, aby nas skutecznie kiedyś zastąpić. Wydaje się, że tylko on będzie pamiętał o naszych zmarłych z rodzinnego gniazda.
        Potem jeździmy po cmentarzach, długo, aż do miłego zmierzchu,, bo przecież w Dąbrówce leży Helcia, a nasi bliscy są rozsypani po wszystkich, jakie tylko są w Dynowie i Bartkówce...

 
Grobowiec Trzecieskich na starym cmentarzu (obok kaplicy)(2006) - Tytus z synami Franiem i Jasiem
 

Herb z grobowca Trzecieskich
 
Pamiętamy o księżach, o Tekluńci, cioci Jańci.    Potem wieczorem, podziwiamy światła..... (W tym roku zamierzamy wjechać w tym celu aż na Winnicę. Jest tam już droga)

 
Na winnicy (2005) autorka

      Nikogo z bliskiej rodziny, oprócz nas i Paygertów już nie ma . Emigracja dokonała swego. Stefaneczek jest bardzo chory i zupełnie już duchem nieobecny.

     Myślę jednak, że stary kochany dynowski dwór i  jego,  tak bliscy nam , Mieszkańcy, pozostaną w sercach i wspomnieniach, pełnych miłości i wdzięczności – wszystkich żyjących z rodziny-  i choć rozsypanych po różnych kontynentach- ale na zawsze.
 
Spisała dla drogiej Rodziny - Marychna Baraniecka –Witkowska
Józefów, lipiec, 2007
 

 
 Dane biograficzne osób występujących w tekście (alfabetycznie) 
  • Abdon  - Abdon Yaranga- Valderrama, z  pochodzenia Peruwiańczyk, mąż Zosi z Paygertów, mieszkający w Paryżu
  • Adam - Adam Paygert, Syn Kalasantego Paygerta i Józefy z Trzecieskich
  • Alinka  - Alina Kosińska – Michalska, przyjaciółka Zofii Paygert – Yaranga
  • Andrzej - Andrzej Witkowski, syn  Józefa Witkowskiego i Marii z Królów,
  • Babcia Józia  - Józefa Paygertowa, córka Stefana Trzecieskiego i Leonii z Chamców, wydalona ze Lwowa po 1945 r. Matka Małgorzaty, Adama, Teresy i Zofii, zm.1985
  • Babcia Kinia - Kinga Moysowa, córka Stefana Trzecieskiego i Leonii z Chamców , wydalona ze Lwowa po 1945  r. mąż Michał Moysa, matka ks. Stefana, zm. 1989,
  • Babcia Wańdzia - Wanda Baraniecka, córka Teofila Grochowicza i Aurelii z Lorków, mąż Franciszek Baraniecki, zm. 1971
  • Ciocia Gabriela Radzimińska - córka Antoniego Chamca i Ludwiki z Chamców, siostra Leonii Trzecieskiej, zm. 1943
  • Ciocia Hania - Anna Trzecieska, córka Stefana Trzecieskiegi i Leonii z Chamców, siostra Józefy Paygertowej i Kingi Moysowej, zm. 1993
  • Ciocia Jańcia - Janina Jaszczurowska, córka Zbigniewa Trzecieskiego i Ignacji z Miączyńskich, siostra Stefana Trzecieskiego ,mąż dr Kazimierz Jaszczurowski, wydalona ze Lwowa po 1945, zm. 1958
  • Ciocia Tereska - Teresa Gołąb, córka Kalasantego Paygerta i Józefy z Trzecieskich, mąż Walenty Gołąb
  • Ciocia Zosia (Zośka) - Zofia Paygert Yaranga, córka Kalasantyego Paygerta i Józefy z Trzecieskich, mąż Abdon Yaranga - Valderrama
  • Dziadzio Kalunio - Józef Kalasanty Paygert, syn Kornela Paygerta i Emilii z Bochdanów, właściciel majątku w Sidorowie na Podolu, wydalony ze Lwowa po 1945 r. zm1962 
  • Elżunia - Elżbieta Gołąb - Brueckner, córka  Walentego Gołąba i Teresy z Paygertów
  • Erneścik  - Ernest Baraniecki, syn Marka Baranieckiego i Aliny z Aniśków
  • Filip - Filip Andrzej Witkowski, trzeci syn Tytusa Witkowskiego i Agnieszki z Cisaków
  • Franio - Franciszek Witkowski najstarszy syn Tytusa Witkowskiego i Agnieszki z Cisaków
  • Hasia Szczepańska - Janina Szczepańska, siostra Michała Moysy, córka Stefana  Moysy - Rosochackiego i Ludwiki z Caprich, mąż Stanisław Szczepański ,  matka Stefana (Stefunia) i Władysłąwa (Władka), zm. ?
  • Helcia - Helena Kamińska, długoletnia niania  i przyjaciel wszystkich pokoleń mieszkających we dworze, zm.1993
  • Igor - Igor Yaranga, syn Abdona Yaranga i Zofii z Paygertów
  • Irena  - Irena Paygertowa, córka  Franciszka Sobczaka i Zofii z Kościelaków, mąż Adam Paygert
  • Jasio  - Jan  Kazimierz Witkowski, drugi syn Tytusa Witkowskiego i Agnieszki z Cisaków
  • Jaś  - Jan Paygert, syn Adama Paygerta i Ireny z Sobczaków
  • Kasia - Katarzyna  Małgorzata Korycki, córka Andrzeja Witkowskiego i Marii z Baranieckich
  • Krysia - Krystyna Baraniecka, córka Stanisłąwa Gągałki i Józefy z  Michalaków, mąż Marcin Baraniecki
  • Ks. Czesław Korczykowski – wikary w Dynowie, potem proboszcz w Cisnej
  • Ks. Drelinkiewicz - rodem z Dynowa
  • Ks. Jan Śmietana - długoletni katecheta w Dynowie, zm. lata 60-te
  • Ks. Michał Bar - długoletni proboszcz parafii Dynów, zm1958
  • Ks. Pyś - ks. Kazimierz Pyś, przyjaciel rodziny, rodem z Dynowa
  • Kubuś - Jakub Gołąb, syn Pawła Gołaba  i Jolanty z Richertów.
  • Mamusia  - Małgorzata Emilia  Baraniecka, córka Józefa Kalasantego i Józefy Paygertów, mąż Kazimierz Baraniecki
  • Marcin  - Marcin Krzysztof  Baraniecki , syn  Kazimierza Baranieckiego i Małgorzaty z Paygertów
  • Marek - Marek Zbigniew  Baraniecki,  syn  Kazimierza Baranieckiego i Małgorzaty z Paygertów
  • Marylka - Maria Kunstteter, kuzynka Jerzego Kunstettera, męża Stefanii z Trzecieskich, zm. lata90-te
  • Olaf - Olaf Yaranga, syn  Abdona Yaranga i Zofii z Paygertów
  • Orłosiowie - Władysław i Sonia Orłosiowie, lokatorzy dworu, zm. ?
  • Pawełek  - Paweł Gołąb, drugi syn Walentego Gołąba i Teresy z Paygertów
  • Pietrek - Piotr Siry, furman, zm. ?
  • Prababcia Emilka  - Emilia Paygertowa , córka Hipolita Bochdana i Amelii z Konopków wydalona po 1945 ze Lwowa,   matka Kalunia, zm.1952,
  • Pradziadzio Stefan, Tata - Stefan Trzecieski, syn Zbigniewa Trzecieskiego i Ignacji z Miączyńskich właściciel majątku  Dynów i Igioza, zm.1953
  • Rafał - Rafał Gołąb, trzeci syn  Walentego Gołąba i Teresy z Paygertów
  • Staszek - Stanisław Gołąb, pierwszy syn  Walentego Gołąba i Teresy z Paygertów
  • Stefanek - ks. Stefan Moysa SJ (Jezuita), syn Michała Moysy i Kingi z Trzecieskich, 
  • Szymon - Szymon Piotr Witkowski, czwarty syn Tytusa Witkowskiego i Agnieszki z Cisaków
  • Tatuś - Kazimierz Baraniecki, syn Franciszka Baranieckiego i Wandy z Grochowiczów, własciciel apteki   „pod Opatrznością” w Dynowie, zm.1995, 
  • Tekluńcia  - Tekla Frey, bona dzieci Stefanów Trzecieskich, zm. lata  30-te ?
  • Tycio -Tytus Marek  Witkowski, syn Andrzeja Witkowskiego i Marii z Baranieckich
  • Władka - Władysława Gołkiewicz, sąsiadka i dawna stajenna dworu, zm. ?
  • Wuj Walek - Walenty Gołąb, syn Stanisława i Apolonii z Kiełbasów, zm.1993
  • Zosia Trawka  - Zofia Trawka, służąca, zm. ?

  • Baczowa - mieszkanka Dynowa, opiekująca sie "bielankami" przy kościele, zm. ?
  • Moskwowa- Dynowianka prowadząca sklep, z "delikatesami", zm. ?
  • Klaps- bokser francuski, teoretycznie własność Orłosiów, zakończył życie  lata60-te
 

____________Pozostałe zdjęcia z okresu wspomnień__________

 

Rok 1947

                                                       
 
                                                       Spacerujemy, rodzice i ja, drogą wzdłuż sadu 
 

Rok 1948________________________________________________________________

 
                               
                          Autorka z lalką w sadzie i droga do furtki wejściowej (dziś jest tu dom Mazurów)
 
                                                                             Wśród alei słoneczników
                                                  
                                                              Niedzielna elegancja  mamy i córki
 
 
 Od lewej Stefanek, Adam, Babcia Kinia

  Rok 1950______________________________________________________________

 


Z Babcią jest zawsze na „ luzie”
   
                                                         
                                            Na gazonie, pod starą lipą, najpiękniejszą jaka znam, bawimy się z Markiem 
 
 
 
 
Prababcia Emilka z Kaluniem
  

Z Babcią Józią, mamusią i kochaną Ciocia Zosią,
która zawsze spędzała z nami swoje studenckie wakacje
 
        
Gdzieś w ogrodzie
 

Rok 1951 _____________________________________________________________

 
Gonitwa z Markiem po trawie na gazonie 
 

Rok 1953_______________________________________________________________

 
Prymicje Stefanka Moysy 
 
 
 
Procesja na spotkanie prymicjanta
 
 
 Za Stefankiem Babcia Kinia, Hasia Szczepańska, Babcia Józia, w białej kamizelce Dziadzio Kalunio
 

W kapie ks. Bar
(z tyłu po lewej woźny szkolny Kucyl)
 
Wprowadzenie prymicjanta do kościoła
 
 
Procesja po Mszy Św. 
 
 
Na przedzie ks. Korczykowski
 

Rok 1957________________________________________________________________

 
 

 Wizyta Zosi z narzeczonym Abdonem
 
 Dzieci Małgosi i Tereski
 Rodzina Paygertów w komplecie
 
 Rodzeństwo Paygertów
 
 Kalunio z dziećmi Tereski, Ireną Paygert i Klapsem
 

 Paweł Gołąb i Klaps
 
 

Rok 1963________________________________________________________________

 
 
 Rafał Gołąb i Klaps
 
 Olaf Yaranga po raz pierwszy w Polsce
 
 

Rok 1972_________________________________________________________________

 
 Kolejna wizyta Zosi z synami, Adam z Jasiem, cała rodzina Gołąbów, Stefanek i mała Kasia z Babcią Gosią 
 

Rafał pędzi... 
  
 

Rok 1975________________________________________________________________

 
Wakacje - od lewej - Stefanek, Walek Gołąb, Małgorzata Baraniecka, Adam Paygert, Zosia Paygert - Yaranga, Tereska Gołąb
 
 
   
Przed ogródkiem Babci Kini . Stoją od lewej: autorka, Walek Gołąb, Helcia, Maria Witkowska (matka Andrzeja), siedzą: Babcia Kinia, Adam, Tereska, Ojaf, Małgorzata, Babcia Józia, Zoska, Stefanek; na ziemi: Paweł, Kasia, Rafał, Tytus
 
 

Rok 1977________________________________________________________________

 
Wakacje  - od lewej - Adam Paygert, Krysia Baraniecka, Jan Paygert, Babcia Józi. Babcia Kinia, Rafał Gołąb
 

Rok 1980_______________________________________________________________

 

Babcia Józia 
 
Rok 1982________________________________________________________________________

 

 
Przed wejściem bocznym - od lewej stoją: P. Baranowska, Małgorzata Baraniecka, Babcia Kinia, Babcia Józia, autorka, Helcia. Siedzą od lewej Tytus i Kasia Witkowscy
 
 
Rok 1984________________________________________________________________________

 

Lato  - od lewej - Babcia Kinia, Tytus Witkowski, autorka, Ciocia Zosia
 
Tycio w dużym pokoju na piętrze nowego dworu

Rok 2005_________________________________________________________________

 

 
Pod herbem Trzecieskich 
 
Kościół dzisiaj 
 

Rok 2006_____________________________________________________________

 

Grób Tekluńci  Frey, ukochanej bony Babć 
 

Stara studnia   - Franio i Jasio Witkowscy
 

Na schodach starego dworu  
 
 Stary dąb 
 

„Gołebnik” dzisiaj  - Andrzej Witkowski  z wnukami Frankiem i Jaśkiem
 

San dzisiejszy (Franio i Jaś )