Pamiętnik Eleonory z Jaxa Chamców Trzecieskiej (mojej Prababki) z końca XIX wieku

 

Pamiętnik mojej Prababki Eleonory (Leonii) z Jaxa Chamców Trzecieskiej, przepisany z oryginału przez córkę Kingę Moysową, a opublikowany przeze mnie   w Internecie 18 lutego 2010 roku                                 

Maria Baraniecka - Witkowska 

                                              

 

W Imię Boże!                                           Dynów, 20.I.1958 r.

      Dziś zaczęłam przepisywać pamiętnik mojej śp. Matki, Eleonory (Leonii) Trzecieskiej, zmarłej w Dynowie 5.III.1947 r. Zawiera on  historie rodzin zarówno Jaxa Chamców, jak i Trzecieskich oraz historię jej młodości i pierwszych lat po ślubie z moim Ojcem Stefanem Trzecieskim. Oryginał pamiętnika został zniszczony (zawilgocony), stąd wymagał przepisania, aby młodsza generacja rodzinna mogła się z nim  wygodnie zapoznać. To było pragnieniem mojej Matki. Pisała go w latach 1945/6.

      Zaznaczam również, że wszystko co opisała, znam dobrze z jej opowieści ,jak również rozmów z babką, Ludwiką Jaxa Chamcową. Dlatego też przepisuję go jak najwierniej, opuszczając jedynie niektóre nazwiska, które dziś już nikomu nic nie mówią i mało istotne dla dzisiejszego pokolenia szczegóły, a inne, mniej jasne, opatruję przypisami.

                                                      Kinga z Trzecieskich Moysowa    

                         

 

Pamiętnik Eleonory z Jaxa Chamców Trzecieskiej

 

  Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! 

                        

Herb strzemię i  gryf

 

  Pisałam już raz jeden pamiętnik, ale niestety zaginął, piszę więc go po raz drugi. Opiszę w nim historię naszych rodzin, oraz te przeżycia, których moje dzieci już nie pamiętają. Zabieram się zatem do tego i zaznaczam, że nie mam pretensji aby było to dzieło literackie przedstawiające na tym polu jakąś wartość, ale ponieważ w naszych rodzinach nikt nic złego nie popełnił, warto, aby kiedyś młodzież pamiętała o tym, że otrzymała tradycje uczciwości i zachowała nieskalane nazwisko odziedziczone po przodkach.

 

Leonia jako panna 1890 r.

 

Historia  rodziny Jaxa Chamców

         Rodzina Jaxa Chamców pochodzi jeszcze z czasów pogańskich, o czym pisze Kraszewski. Za czasów Kazimierza Wielkiego, w połowie XIV wieku, gdy tenże król opiekował się chłopami, jeden z Jaxów pomagał mu w tym, czym zraził sobie innych szlachciców, którzy go pogardliwie „ Chamcem” od „chama” nazwali.

      Najstarszy z mojej rodziny, o którym wiem coś pewnego, był pan Klemens Chamiec (pradziadek Eleonory -przyp. K. Moysowej). Był on żonaty z Bochdanówną. Prawdziwy magnat, właściciel kilkunastu folwarków w powiecie Belżec pod Lwowem. Gdy po powstaniu w 1831 r. szlachta potraciła swoje majątki konfiskowane przez Moskali, dawał pan Klemens przytułek u siebie. Jeden z Lubomirskich przyjechał do niego z całą rodziną i zastępem służby. Na taką gościnność stracił  Klemens trzy wsie, ale uważał to za swój obowiązek. Wielki patriota i dumny ze swego nazwiska, bo gdy ówczesny cesarz austriacki chciał mu dać tytuł hrabiowski ,odmówił przyjęcia, albowiem twierdził, że od zaborcy niczego przyjąć nie może. Niestety ze swego majątku dużo stracił.

      Miał pan Klemens trzech synów: Edwarda, Stanisława, Ludwika i córki: Zofię oraz zmarłą młodo Henrykę. Najstarszy Edward ożenił się z Saryusz Zalewską i przeniósł do Pustowarni w powiecie Skwirskim na Ukrainie. Bardzo miły i elegancki, był też trochę hulaką, stracił swój majątek i żył w majątku żony.

   Stanisław (ojciec Antoniego, ojca Eleonory -przyp. K. Moysowej) był żonaty z Bronisławą Moszyńską, córką Antoniego i osiedlił się na Polesiu (Andruha i Butejki).

  Trzeci syn Klemensa, Ludwik, ożenił się z Antoniną Rohozińską (był to ojciec Ludwiki, matki Eleonory przyp. - K.Moysowej) i przeniósł się do majątku Stepańce w powiecie Kaniowskim na Kijowszczyźnie.

   Później opiszę poszczególne ich historie, aby moje dzieci i wnuki wiedziały z kim są spokrewnione.

    Najstarszy syn Klemensa, Edward, miał dwoje dzieci: Marję za Kurowskim, oraz Ksawerego żonatego z panną Montresor. Mieszkał stale w Warszawie, był dziennikarzem i zmarł w 1910 r.

   Drugi syn, Stanisław, był ojcem mego ojca, Antoniego oraz Leona, Mirosława, Mariana i Teresy.

   Antoni ożenił się ze swoja stryjeczną siostrą, Ludwiką Chamcówną, z którą miał dwie córki: Eleonorę, zamężną Trzecieską i Gabryelę, zamężną Radzimińską (moja matka i ciotka - przyp. K. Moysowa).

                                    Antoni Jaxa Chamiec                                   

Ludwika Jaxa Chamiec z Chamców 1891 r.

 

   Leon Chamiec był żonaty z Jadwigą Gedroyć i miał dwie córki: Bronisławę, zamężną za Bolesławem Chamcem, wnukiem Ludwika ze Stepaniec oraz Stanisławę, zamężną za Rohozińskim ze Woronnego na Ukrainie.

   Mirosław Chamiec, żonaty z Kropiwnicką, mieszkał stale w Warszawie. Miał dwóch synów: Jana, zmarłego w 10 roku życia i Stanisława, zamordowanego przez bolszewików pod Niemirowem w 1918 r.

    Marian Chamiec, żonaty z Poniatowską, miał syna Bronisława z Andruhy i Antoniego.

    Bronisław Chamiec, żonaty z Mierzejewską, miał trzech synów: Andrzeja (inżyniera w Anglii – przyp. K. Moysowa), Krzysztofa (znanego aktora filmowego – przyp. K. Moysowa) oraz Marka i córkę Annę (zakonnicę w Sacre Coeur - przy. K. Moysowa).

     Matka moja, Ludwika z Jaxa Chamców, zamężna ze swym stryjecznym bratem Antonim, była córką Ludwika ze Stepaniec a wnuczką Klemensa z Belzca. Jej matka, Antonina była z domu Rohozińska. Jej brat Władysław był właścicielem Cybulowa, ogromnego majątku w powiecie Humańskim na Ukrainie.

    Ludwik wcześnie owdowiał a i sam umarł młodo na skutek wypadku. Jego syn, Antoni, ożenił się z Pruszyńską i miał 9 – ro dzieci, z których wychowało się 4 –  ro.  Byli to: Zygmunt Chamiec założyciel Polskiego Radia, Anna, zamężna za moim synem Antonim Trzecieskim z Dynowa, Maria, niezamężna, Bolesław, żonaty z kuzynką Bronisławą Chamcówną, córką Leona i Jadwigi Gedroyć.

    Mój ojciec, Antoni, syn Stanisława, urodził się na Polesiu w majątku Andruha około 1836 r. Stanisław był człowiekiem bardzo uzdolnionym artystycznie. Wiele jego udanych rysunków i portretów przepadło podczas dwóch wojen światowych. Jego żona, Bronisława z Moszyńskich, żyła oddana Bogu, rodzinie i ubogim. Wielu niosła pomoc. Dobra gospodyni, która znała się i na hodowli bydła. Miała dziesięcioro dzieci, z których pięcioro wychowało się, tj. czterech synów i córkę. Nic dziwnego, że się tak stało. W tych czasach trzeba było do doktora milami jechać, podobnie  jak i do apteki. Często, gdy ktoś zachorował, nie można go było ratować. Życie na Polesiu w okresie dzieciństwa mego ojca (1936-56) było bardzo prymitywne. Prawie wszystko wyrabiano w domu nie mówiąc już o zapasach spiżarnianych. Ojciec opowiadał mi, że jego rodzice wydawali na prowadzenie dużego domu tylko ok. 300 rubli rocznie. Zwierzyny było po lasach huk i pamiętam, gdy jako dziecko (ok.1875) bywałam w Butejkach, to słychać było wieczorami wycie wilków. Roztopy wiosenne uniemożliwiały też i kontakt z pocztą. Pomimo tego jednak życie towarzyskie  było tam bardzo ożywione, sąsiedzi bywali u siebie czasami i po parę tygodni.

    Później opiszę życie mego ojca, Antoniego, a teraz chcę coś napisać o pokoleniach dawniejszych. Miedzy ówczesnym ziemiaństwem zdarzali się ludzie bardzo oryginalni. Zapewne dlatego, że życie na wsi, w zamożności i niezależne od nikogo musiało na to wpływać.  Np. w sąsiedztwie Butejek mieszkała pani Pruszyńska będąca bardzo złych stosunkach ze swoim synem. Mój pradziadek, Stanisław, pragnął ich pogodzić, co mu się  kiedyś udało. Tak więc syn przyjechał w końcu do matki i zaczęli rozmawiać. Nagle dziadek widzi, że przez okno wylatuje parasol, walizka, a na koniec sam pan Pruszyński zbiega pośpiesznie ze schodów. Zdążył się już z matką ponownie pokłócić i znowu wyjechał.

   Rodzina mojej matki mieszkała na Kijowszczyźnie. Ojciec, Ludwik Chamiec, owdowiał młodo. Oddał więc córkę pod opiekę żony swego brata Edwarda do Pustowarni. Tam spędziła ona całe swe dzieciństwo.

   Życie w ówczesnych dworach na Ukrainie było bardzo wystawne, ziemiaństwo było bogate, a ogromnie żyzna ziemia dawała duże dochody. Domy były eleganckie, ziemiaństwo dużo wyjeżdżało, głównie do Paryża lub Drezna.

   Trzeba zaznaczyć, że po powstaniu 1863 r., gdy cały Kraj przywdział żałobę narodową, nie było  żadnych zabaw, więc kto się chciał trochę rozerwać, jechał do Paryża lub Drezna, gdzie wokół ówczesnych dworów królewskich skupiało się dużo domów szlacheckich. Tam wiec i moja matka spędziła wiele chwil swojej młodości. Ziemiaństwo dużo się bawiło, ale i umiało ponosić ofiary.

     Po powstaniu w 1863 r. rząd rosyjski stosował wobec Polaków bardzo surowe prawa. Nie wolno było kupować ziemi, piastować urzędów. Jeżeli wiec w rodzinie było kilkoro dzieci, to młodsze, a zwłaszcza córki nie dostawały prawie żadnego majątku po rodzicach. Nikt nie chciał sprzedawać ziemi Moskalom na spłaty rodzinne. Córki więc często zrzekały się posagów, aby majątek pozostawał w całości w rękach najstarszego brata.

   W szkołach nie uczono wcale po polsku. Pomimo tego, ucząc się samodzielnie w domu, młodzież dużo po polsku czytała.

    Bardzo bogatym domem na Ukrainie był Cebulów pana Władysława Rohozińskiego, wuja mojej matki. Był to brat jej matki, Antoniny, żony Ludwika Chamca ze Stepaniec kolo Kaniowa na Ukrainie. Matka tejże Antoniny była Jełowicka z domu.

   Bywałam tam, jako już dorosła panna i dobrze pamiętam jego pałac z dużą salą balową i wspaniałym zajazdem. Gospodarstwo prowadził pan Rudolf Rościszewski, którego matka była siostrą pana Władysława. Był on wiec bratem ciotecznym mojej matki.

   Tak wiec opisałam pokrótce starsze pokolenie mojej Rodziny po ojcu i matce i przejdę do mego własnego życia a potem do rodziny Waszego Ojca, a mego męża Stefana Trzecieskiego.

         

Moje dzieciństwo i młodość

 

      Mój ojciec, Antoni Chamiec, skończył uniwersytet w Kijowie. Jego zamiłowaniem była matematyka i astronomia. Jednakże wziął udział w powstaniu styczniowym (patrz: dzieło Grabskiego „Rok 1863”- przyp. Kinga Moysowa). Po jego stłumieniu policja carska naznaczyła cenę na głowę mego ojca, który ukrywał się w samym Petersburgu, a potem zbiegł do Wiednia z dziesięcioma guldenami w kieszeni. Majątki powstańców były konfiskowane przez rząd carski. Aby temu zapobiec, ojciec zrzekł się części swego majątku w Butejkach i Andruże i nigdy do Rosji nie wrócił. Musiał więc  też zrzec się marzeń o astronomii i oddał się studiom prawniczym i dyplomatycznym. Pomimo swoich zdolności nie sądzę, aby był dobrym dyplomatą z powodu swej prawdomówności, wręcz do przesady i zbyt szlachetnego charakteru. Był to też człowiek gorącego serca i czuły, ale także rozumny i przenikliwy.

    Będąc w Wiedniu poznał się tam ze swoja ciotką, Zofią, siostrą pana Edwarda Chamca z Pustowarni. Była ona zamężna za namiestnikiem cesarza austriackiego Franciszka Józefa w Trieście, panem Becke. U nich przebywała wtedy moja matka, Ludwika Chamcówna ze Stepaniec. Pomimo, iż byli stryjecznym rodzeństwem, dawno się nie widzieli, patrzyli na siebie jak na obcych i pokochali serdecznie. Ich ślub odbył się w Trieście w 1870 r.

    Pan Becke został później ministrem wspólnych finansów Austrii i Węgier. Dla mego ojca był bardzo dobry i we wszystkim mu pomagał. Po ślubie Rodzice zamieszkali w Wiedniu; ojciec miał 34 lata, matka niespełna 18. Tam też urodziłam się ja i moja młodsza siostra Gabryela. Ojciec był początkowo w służbie państwowej, ale parę lat później został wybrany posłem do Austriackiej Rady Państwa (Parlamentu) i prezesem rady nadzorczej Kolei lwowsko - czerniowieckiej.

    Moja siostra była ode mnie młodsza o 3 lata. Mieszkaliśmy  niedaleko gmachu Parlamentu  Austriackiego. Matka wychowywała nas bardzo starannie i dużo uczyła sama. Dla nas, wychowywanych w obcym kraju, nauka j. polskiego, historii i polskiej literatury była rzeczą świętą, a lekcje języka polskiego, których matka nam udzielała, należały do najmilszych. Kochałyśmy się z siostrą bardzo, choć ja byłam bardzo żywa i gwałtowna, a jej łagodność i powolność niecierpliwiły mię często. Pomimo tego nie kłóciłyśmy się prawie nigdy, a w każdym razie na krótko.

   W Wiedniu byłam w okresie 1875-92; mieszkało tam wielu Polaków, wśród których życie towarzyskie było bardzo ożywione. Rodzice bywali bardzo często. Z domów polskich największą role grał dom Dunajewskich, pani Romaszkanowej i jej córki, pani Bonda, Wojciechów Dzieduszyckich i Ziemiatkowskich.

   Ziemiatkowski był ministrem dla Galicji, jego żona z rodziny mieszczańskiej- niesłychanie zabawna. Chciała udawać wielką damę i wszystkim wmawiała, że pochodzi z rodziny Książąt Mazowieckich. Starała się ciągle mówić po francusku, a ponieważ nie mówiła dobrze, wynikały z tego różne zabawne „qui pro quo”.

          Ponieważ moi rodzice pochodzili ze starej rodziny szlacheckiej (trzeba było mieć najmniej 16 pokoleń szlacheckich udowodnionych dokumentem, czyli tzw. po francusku, „quartiers”, zarówno ze strony ojca jak i matki), mieli prawo bywania u dworu cesarskiego. Ojciec był szambelanem a matka - damą „Krzyża Gwiaździstego”(Stern Kreutz Order). Był to rodzaj bractwa religijnego ustanowionego ku czci relikwii Krzyża Świętego. Mogły należeć do niego tylko osoby ze starych szlacheckich rodów.

          Gdy Rodzice bywali w tzw. ”świecie” my zostawałyśmy pod opieka panny Marii Edler, guwernantki, o której myślę dotąd z rozczuleniem, jakby o drugiej matce. Była u nas do ślubu mojej siostry, (czyli 1906r) a więc nieomal przez 40 lat.

          Uczyłyśmy się dużo, choć nie tak systematycznie jak teraz uczą się młode dziewczęta.  Szkół średnich dla panien wówczas nie było wiec wykształcenie było raczej ogólne i dotąd żałuje, że wszystkiego uczono raczej powierzchownie a za mało czasu poświęcono zajęciom praktycznym. Obecnie nazywają mię „intelektualistką”, co jest mi przykrym, gdyż oznacza, że byłam niepraktyczna i na niczym naprawdę się nie znałam. Ale mniejsza o to!

          Nasza matka trzymała nas ostro, ale tego nie żałuję, gdyż będąc gwałtowną, trzeba było mię ujarzmiać.

          Mieliśmy we Wiedniu kilka domów, u których bywaliśmy, a mianowicie pp. Becker, których córka Emmy, była moja serdeczną przyjaciółką i pp. Krasickich (ona była z domu Krasińska). Pan Jan Krasicki był przyjacielem ojca, a córka ,pani Lola Homolacs, dotąd u nas w Dynowie bywa.

          Życie w tym okresie we Wiedniu było bardzo urozmaicone przez bywanie w teatrze. Opera wiedeńska i tzw. Burgtheater, czyli teatr dworski były wówczas wspaniale. Poznałam wówczas dramaty Shekaspeare`a, Schiller`a, Goethe`go i wiele oper.

           Matka bardzo pilnowała naszego wykształcenia religijnego. Do pierwszej spowiedzi i Komunii Św. przygotowywał nas ks. Piramowicz, kapucyn. Poprzedziły te uroczystości rekolekcje w klasztorze „Sacre Coeur”, a ona sama miała miejsce 27 kwietnia 1884 r. Te rekolekcje odprawiały ze mną Angela Maltmann i Maria Vetchera, już wówczas cudnej urody. Bliżej opowiem o niej później.

           Lato spędzaliśmy zawsze w górach Mondsee albo Aussee w Styrii. Na lato zawsze brali nam rodzice do towarzystwa Angielkę albo Włoszkę i w ten sposób nauczyłyśmy sie i tych dwóch języków. W Aussee widywałyśmy czasem przebywającą tam żonę Franciszka Józefa ,sławnej piękności ,cesarzową Elżbietę.

           Gdy doszłam do lat 17 –tu zaczęłam i ja bywać „w świecie”, czyli w towarzystwie, wpierw w domach polskich. Życie towarzyskie zostało jednak przerwane w 1882 r. tragedią w rodzinie cesarskiej, a mianowicie tajemniczą śmiercią jedynego syna pary cesarskiej, arcyksięcia Rudolfa Habsburga.

          Pamiętam, że 30 stycznia tego roku wracałyśmy ze ślizgawki z panną Marią Edler i koło pałacu cesarskiego zobaczyłyśmy tłum. Na pytanie co się stało, usłyszałyśmy: „ Der Kronprinz ist tod”, „ Arcyksiążę nie żyje”. Dopiero potem dowiedziałyśmy się, że następca tronu był w swoim zameczku w Maierlingu pod Wiedniem i tam znaleziono go nieżywego, a obok niego Marię Vetschera, tę moją dobrą znajomą, z którą parę lat wcześniej przyjmowałam Komunię św. Była to cudna, 17 letnia dziewczyna i arcyksiążę się w niej zakochał. Co było prawdziwą przyczyną tego, że oboje razem zginęli, tego do dziś nikt nie wie oprócz nadwornego lekarza dr Wiederhofera, któremu powiedziano prawdę. Jedni twierdzili że był to mord polityczny spowodowany przez Rosję, gdyż następca był za wojną z tym krajem, ale dlaczego zginęła i Vetchera? Inni mówili, że Rudolf chciał się z nią ożenić i zrzec tronu, ale ponieważ był żonaty i rozwodu nie mógł dostać, zastrzelił i ją i siebie. Prawdy dotąd nikt nie zna.

          Po tej tragedii ucichło we Wiedniu. Dopiero podczas karnawału 1890 r. zaczęłam bywać ponownie. Cesarzowa nie pokazywała się do 1892 r. Miałam być jej wtedy przedstawiona na wielkim raucie, ale niestety dostałam odry i zostałam w łóżku.

          Za to poznałam pp. Harrachów, u których wjechał kiedyś do sali balowej wózek z kwiatami do kotyliona ciągnięty przez prawdziwego kucyka.

          W ówczesnym Wiedniu Polacy grali dużą polityczną rolę. Tak zwane „ Koło Polskie” w parlamencie austriackim miało istotne znaczenie: polscy posłowie zawsze mogli swoimi glosami przechylić szalę na własną stronę, a dodać trzeba, ze glosowali z reguły solidarnie i mogli decydować o nowych ustawach. Rząd bardzo się z nimi liczył mówiąc „ Das Polnische Kolo”. Jego członkami byli: Kazimierz Grocholski, Michał Bobrzyński, historyk i późniejszy namiestnik dla Galicji, Leon Biliński, minister finansów, oraz znany esteta i historyk sztuki, ale skończony dziwak, WojciechDzieduszycki. O jego roztargnieniu  i  dziwactwach krążyły niekończące się anegdoty: na weselnym obiedzie swego syna poszedł do tzw. ”Kredensu” i cały czas mył naczynie, a potem wrócił do jadalni i wygłosił śliczny toast dla nowożeńców,  i potem powrócił do mycia talerzy. Jeździł do Budapesztu na delegacje parlamentarne w tak starym i dziurawym kapeluszu, ze mu koledzy postanowili kupić nowy, ale wkrótce go zgubił i nadal chodził w starym. (Dodaję od siebie pewne zdarzenie z życia Wojciecha Dzieduszyckiego, iż po uchwaleniu podwyżki podatków w Galicji przyszedł na audiencje do cesarza w dziurawych butach, a na zdziwioną uwagę cesarza, odpowiedział: ”Najjaśniejszy  Panie, od czasu podwyżki podatków w Galicji wszyscy chodzą w podartych trzewikach” - przyp. Kinga Moysowa).

          Częstym gościem w domu moich rodziców był ksiądz Krechowiecki, proboszcz polskiego kościoła we Wiedniu, pod wezwaniem św. Ruprechta. Był to serdeczny przyjaciel ojca. Bywał też i pan Popowski, towarzysz z lat powstania z 1863 r. Spędził na Sybirze, jako zesłaniec, 7 lat.

          Jak już wyżej wspomniałam, lato spędzaliśmy w górach albo tez odwiedzaliśmy rodzinę matki na Ukrainie (rosyjskiej). Najdłużej przebywaliśmy z matką u jej brata, też Antoniego, Chamca (syna Ludwika), w jego majątku Stepańce. Miał on około 2000 dziesięcin, czyli hektarów. Mam jeszcze w oczach łany falującej pszenicy, „morze” buraków cukrowych, pamiętam i dom, może niezbyt duży, ale taki wygodny, dostatni.  Otaczał go piękny ogród, sad i staw z kwitnącymi nenufarami.  Wuj był cichy i spokojny, ale jakże serdeczny! W całym domu panował nastrój rodzinny i niezmiernie miły. Wuj Antoni był ożeniony z Cecylią Pruszyńską, córką pana Oskara z Gardyszówki z powiatu żytomierskiego na Wołyniu.

          Tak upływały nam obu z siostrą lata dzieciństwa i pierwszej młodości. Ojciec kochał nas szalenie, a co do mnie, to ja kochałam go więcej niż matkę i łączyła nas serdeczna przyjaźń. Matka trzymała nas niezmiernie ostro i żądała bezwzględnego posłuszeństwa, nawet w drobiazgach.

W 1892 r. nastąpiła nagła zmiana w naszym życiu. Ojcu zaproponowano stanowisko Prezesa tzw. ”Wydziału Krajowego” w Galicji. Galicja cieszyła się autonomią, czyli posiadała samorząd obejmujący sprawy szkolne, szpitale, drogi powiatowe. We Lwowie był Sejm, którego uchwały były wykonywane przez Marszałka Sejmu, zaś jemu podlegał tenże Wydział Krajowy. Jego prezes był jednocześnie wicemarszałkiem kraju. Ojciec przyjął to stanowisko niechętnie, gdyż życie i interesująca praca we Wiedniu bardziej mu dogadzały. Zrobił jednak tę ofiarę dla nas córek, aby nas wydać za mąż za Polaków.

          Sprowadziliśmy się zatem do Lwowa i zamieszkaliśmy przy ulicy 3 Maja 19, tuż koło gmachu Sejmu.

          Rodzice otworzyli duży „dom”, czyli zaczęliśmy bywać i przyjmować u siebie. A było wtedy kogo przyjmować! W tym czasie salony prowadzili Alfredowie Potoccy z Łańcuta, namiestnik cesarski, Badeni, pani Waleria Borkowska z córką Wandą, Gołuchowscy, Stanisławowie Badeniowie.

          Najpiękniejsze przyjęcia były w tzw. Namiestnikostwie. Pamiętam bal w czerwcu, podczas wyścigów konnych. Stół do kolacji był nakryty liliami wodnymi. Szampan lał się strumieniami i tańczyło się do białego rana. Tańczyliśmy walca, polkę, kontredansa, lansiera, a z polskich zawsze oberka i mazura. Życie umysłowe było wtenczas we Lwowie bardzo ożywione, a teatr doskonały. Odbywały się koncerty i odczyty.

           W roku 1893 miała zostać otwarta Wystawa Krajowa. Już w zimie zaczęto robić do niej przygotowania, m.in. malowanie tzw. ”Panoramy Racławickiej.” Malarze zaczęli prace: konie i wojsko rosyjskie malował Wojciech Kossak, postacie chłopów-kosynierów - Jan Styka, a krajobraz- Popiel. I Kossaka i Stykę znaliśmy bardzo dobrze. Styka nie tylko malował, ale i pięknie śpiewał. Dlatego złośliwe języki mówiły, że jest to najlepszy malarz między śpiewakami. Ale najlepszym z nich był bez wątpienia Kossak.  Był to niezmiernie przystojny mężczyzna, a przy tym wesoły niczym młody chłopak, wysportowany żołnierz- kawalerzysta. Lubił towarzystwo i flirty. I ja też je z nim lubiłam. Na balach przynosił mi zawsze szampana, którego dużo wypijaliśmy.

          Bardzo ciekawym było obserwowanie jak postępuje obraz bitwy pod Racławicami. Z wysokiego rusztowania, malarze zabierali wszystko, gdy przychodziły znajome panie w odwiedziny.

          Ostatecznie wystawa została otwarta w czerwcu 1893 r. na dużym placu nad Parkiem Stryjskim (późniejszy Plac Powystawowy). Najsilniej pozostały mi w pamięci obrazy największych polskich malarzy: Matejko, Gierymski, portrecista Pochwalski (wystawił on wtedy portret Henryka Sienkiewicza), Chełmoński, Brandt.

W lipcu pojechałyśmy z mamą na Ukrainę (Antoni Chamiec od czasu swej ucieczki po powstaniu styczniowym, nigdy nie chciał wracać w granice Rosji, gdyż nienawidził tego kraju - przyp. Kinga Moysowa).

Wróciłyśmy we Wrześniu i wtedy przyjechał do Lwowa austriacki cesarz Franciszek Józef. Mam jeszcze w oczach wspaniały bal urządzony dla niego w Sali Sejmu. Marszalkiem Sejmu był książę Sanguszko. Śliczna sala sejmowa ozdobiona obrazem Matejki „Unia Lubelska” była rzęsiście oświetlona i cała wypełniona. Panie w cudnych toaletach i masa Panów w kontuszach. Roman Potocki, ordynat łańcucki, miał kontusz granatowy i delię spiętą klamrą z brylantami, guzy przy żupanie były też brylantowe, a także klamra przy kicie na kołpaku. Mazura prowadził pan August Gorayski, a ja wtedy tańczyłam z Wojciechem Kossakiem. Miał on znakomite powodzenie po sukcesie Panoramy. Przy barwnych kontuszach toalety pań bardzo bladły i znikały. W przerwie pomiędzy tańcami chodzono po krużgankach albo po terasie skąd był widok na pięknie oświetloną katedrę grecko-katolicką św. Jura i tonącą w ogniach bengalskich. Kto by wówczas pomyślał, że następca cesarza umrze na wygnaniu, prawie w nędzy? Z tego balu pamiętam Andrzeja Potockiego z Krzeszowic, późniejszego tzw. ”namiestnika” dla Galicji, z żoną Krystyną z Tyszkiewiczów, śliczną, młodą kobietą, z którą cesarz długo rozmawiał. Mój ojciec wystąpił na tym balu również w ciemnym kontuszu ze złotym pasem. Kolację podano na krużgankach. Ja sama, w towarzystwie Wojciecha Kossaka wypiłam całą flaszkę szampana!

Tak upłynęły moje panieńskie lata. Przyznaję, że było to próżnowanie i często żałuję, że tak nieproduktywnie upłynęły lata mojej młodości. Dzisiejsze panny maja swobodę, wszędzie mogą same chodzić, mogą się kształcić, pracować samodzielnie. Myśmy były po prostu więzione, nie wolno było dorosłej pannie z tzw. ”dobrego towarzystwa” wyjść samej na ulicę, do kościoła, na lekcje. Smutne to było i nudne. Zachowywałyśmy przez to długo naiwność dziewczęcą i – jak twierdzą niektórzy- związany z nią wdzięk. Ale żadna z nas niczego gruntownie nie umiała i musiała się tylko oglądać na męża.

Następny rok 1894 upłynął jak poprzednie, dopiero w 1895 oświadczył się o mnie mój mąż, a wasz Ojciec. Było to balu w „Namiestnikostwie”, 5 Lutego. Przyjęłam go i po raz pierwszy wystąpiłam na balu, jako narzeczona ,u jego rodziców pp. Zbigniewów Trzecieskich. Śliczny to był bal. Pamiętam z niego dobrze Malwę Czermińską, późniejsza Adamową Konopczynę, która jako pierwsza podeszła do mnie życząc mi szczęścia.

Zapomniałam nadmienić, że przed zaręczynami pojechałyśmy obie z siostrą i mamą do Wiednia na bal dworski. Był to ewenement w życiu stolicy austriackiej monarchii. Zapraszano na niego tylko te osoby, które mogły się wykazać, po ojcu i matce, określoną ilością pokoleń szlacheckich. Później zrobiono wyjątek dla ministrów i wyższych oficerów.

Taki bal odbywał się z zachowaniem pewnej etykiety, od której nie odstępowano. Całe towarzystwo czekało na przybycie cesarza i cesarzowej oraz ich rodziny. O wyznaczonej ,8 mej godzinie, ochmistrz dworu, Węgier, hr. Hunyady stuknął laską i na ten znak całe towarzystwo rozstępowało się: panowie na jedną, a panie na drugą stronę. Wchodził cesarz, a za nim arcyksiążęta i arcyksiężniczki i wszyscy przechodzili przez szpaler kłaniających się. Na dany znak mistrza ceremonii orkiestra rozpoczynała walca, którym bal otwierano. Podczas tańców cesarz przechodził do drugiej sali i robił tzw. ”cercle”, czyli przybliżał się do stojących w półkolu przemawiając do każdego po parę słów. Tymczasem cesarzowa (od śmierci Rudolfa rolę tę pełniła bratowa cesarza, żona Karola Ludwika) przyjmowała panie i przedstawiano jej panny, „mające wchodzić w świat”, czyli bywać w towarzystwie wiedeńskiej arystokracji. Pamiętam ją dobrze. Była to Hiszpanka z domu Braganza i mówiła źle po niemiecku. Miała śliczną postawę i cudne czarne oczy. Była też miła i uprzejma. Pytała mię czy już tańczyłam i czy chodzę na ślizgawkę. Etykieta zabraniała dawanie odpowiedzi przeczących(!!!); trzeba je było inaczej przedstawić.

Po prezentacji szło się na salę balową. Piękny to był widok! Oficerowie w galowych mundurach, magnaci węgierscy w narodowych strojach, oficerowie węgierscy w mundurach naszywanych zlotem, panowie polscy w kontuszach. Panie w sukniach z trenami. Klejnoty lśniły! A były to brylantowe „riviery”, czyli naszyjniki, diademy, perłowe coliers. Wśród arystokracji węgierskiej było dużo pięknych pań: Humgada, hr. Wilczek, księżne Lichtenstein i Montenuovo. Tańczono też wedle pewnego ceremoniału. Arcyksiężniczki mogły tańczyć tylko z tymi, których do tego poprzednio przeznaczono. Pamiętam, że mój ojciec, który nigdy nie tańczył z racji zawrotów głowy dostał zaproszenie do tańca z jedną z nich i musiał się z tego jakoś wywinąć.

Podczas balu roznoszono piękne bombonierki w postaci markiz i pastuszek wykonanych w cukrze. Bal kończył się już o 12 tej, bo cesarz szedł wcześnie spać, a zaraz potem i całe towarzystwo rozjeżdżało się.

W Wiedniu był też zawsze w karnawale tzw. ”bal polski” na dochód dla studentów polskich. Dla mnie był to ostatni wielki bal, bo potem, już jako narzeczona, nie „bywałam w świecie”. Ale to „ bywanie” już mi się sprzykrzyło. Tęskniłam za pracą, za życiem użytecznym, za wsią, gdyż miasta od małego dziecka nie cierpiałam.

Po naszych zaręczynach 5 II  1895 r. zaczęły się przygotowania do ślubu, który został naznaczony na 27 Kwietnia. Matka pojechała do Wiednia po wyprawę, a ja zostałam we Lwowie pod okiem panny Edler, która miała obowiązek „chaperenowania”, czyli pilnowania, abym nie była długo sam na sam z narzeczonym(!). Panny były ogromnie pilnowane, nie mogły pozostawać same w męskim towarzystwie. Przed ślubem odprawiłam też rekolekcje w Sacre Coeur, gdyż należałam do Sodalicji Marjańskiej, przy klasztorze „Sercanek” we Lwowie.

Mama przywiozła z Wiednia bardzo ładną wyprawę: dostałam srebro na 24 osób, kandelabry, srebrną tualetę, dużo bielizny i sukien oraz umeblowanie sypialnego pokoju.

Zbliżał się dzień mego ślubu. Już 26 kwietnia zaczęli się zjeżdżać goście. Byłam pierwszą z młodego pokolenia rodziny Chamców wychodzącą za mąż, więc przyjechali krewni też z dalszych stron i dalszej rodziny. Przyjechali więc Ksawerowie Chamcowie z Warszawy, Ujejscy, Wiktor Skibniewski, Tadeusz Bohdan ( Bochdan), a z rodziny mego narzeczonego jego serdeczny przyjaciel,  ksiądz Gabriel Sałustowicz, proboszcz z Dynowa, Janowie Trzeciescy z Miejsca Piastowego, wuj Michał Miączyński.

25 kwietnia był u moich rodziców wielki wieczór, ale nie tańczony, na którym zjawiło się cale towarzystwo lwowskie w komplecie. Miedzy gośćmi był Agenor Gołuchowski z żoną, księżniczką Murat, Francuską (później był on ministrem spraw zagranicznych we Wiedniu). Pamiętam nasze salony rzęsiście oświetlone i grającą orkiestrę wojskową. Ja miałam różową jedwabną suknię z białą kokardą, a na szyi brylantowe serduszko z niewielkich, ale ładnych brylancików zrobione. Od narzeczonego dostałam brylantową broszkę z szafirem, a od wuja Miączyńskiego brylantowy półksiężyc.

Nazajutrz byliśmy oboje z narzeczonym u spowiedzi przed ojcem Alfredem Wrotkowskim, a wieczorem byliśmy zaproszeni do rodziców mego narzeczonego mieszkających o parę kroków od nas na ul.3 Maja. Był on mniej liczny niż u nas, ale też bardzo ładny. Najznamienitszym gościem był na nim Ksiądz Arcybiskup Szczęsny Feliński, przyjaciel i powinowaty mego ojca. Za działalność na stolicy arcybiskupiej w Warszawie, przed i po powstaniu w 1863 r. został zesłany przez rząd carski w głąb Rosji i spędził na tym wygnaniu 18 lat. Przyjechał obecnie z Podola, gdzie przebywał u przyjaciół, specjalnie, aby dać nam ślub.

Nazajutrz, 27 kwietnia, rano o 7-mej matka weszła do mego pokoju ze słowami:  ”No ,Leoniu, wybieraj się za mąż!”  Zaczęła sie zwykła w takich wypadkach krzątanina. Pamiętam, że moja kuzynka, Nisia Grocholska, wylała cały czajnik herbaty, za co moja matka zbeształa ją.

O 8- mej zaczęłam się ubierać do ślubu. Miałam śliczną suknię z naturalnego, ciężkiego jedwabiu, tzw. mory.  Była tak trwała, że do dziś w kościele dynowskim używa się kapy zrobionej z tejże sukni. Suknia, z długim trenem, była ubrana kwiatami pomarańczy.

Leonia Chamcówna w sukni ślubnej

 

                                                               Chusteczka ślubna Leonii

 

Pan młody wystąpił w stroju polskim: granatowy kontusz z białymi, atlasowymi wyłogami, żupan ze srebrnej lamy w „łuskę rybią”, delię granatową obszyta sobolami, wiśniowe buty i kołpak sobolowy z białą kitą. Kontusz był przepasany pięknym pasem, z którego zwieszała się karabela.

Stefan Trzecieski w ślubnym stroju

 

                                           Opis zdjęcia na jego rewersie autorstwa Kingi Moysowej

 

Uklękliśmy oboje przed Rodzicami do błogosławieństwo, a potem zostało mi tylko w pamięci mnóstwo widzów na ulicy. Mój ojciec był dosyć znany we Lwowie, a fakt, że ślub miał dawać Arcybiskup o sławie wygnańca i męczennika narodowego, zwiększał zainteresowanie publiczności.

Drużkami były moja siostra Gabryelka i siostra mojego narzeczonego, Marynia Trzecieska. Wsiedliśmy do powozów i pojechaliśmy do kościoła OO. Jezuitów.

„Ecce Sacerdos Magnus”- zagrzmiało na chórze, gdy do kościoła wchodził Ks. arcybiskup Szczęsny Feliński, witany przez ówczesnego rektora Jezuitów, Ojca Henryka Jackowskiego.

 

                                                          Arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński

 

Kościół był przybrany wazonami z zieleniną i wyścielony dywanem od drzwi do ołtarza.  Ksiądz Arcybiskup przemówił, a treść tej przemowy jeszcze pamiętam: „małżeństwo jest szczęśliwe, gdy małżonkowie tego samego pragną i do tego samego dążą, a najlepszym na to sposobem jest spełnianie woli Bożej”.

Arcybiskup nie bardzo umiał udzielać ślubu, nie miał do tego sposobności na tyloletnim wygnaniu. Proboszcz dynowski, ks. Sałustowicz cały czas mu podpowiadał.

                                                  Ks. Gabriel Sałustowicz - proboszcz dynowski

Potem odbyła się ślubna Msza św.. Od ślubu prowadził mię Jan Trzecieski z Miejsca Piastowego i Ksawery Chamiec. Gdy przechodziłam przez kościół jakby we śnie posłyszałam życzliwy glos: „ Que Dieu vous benisse mademoiselle” ( „Niech Bóg Cie błogosławi, panienko”).

Wsiedliśmy do karety; pamiętam jak kochana pani Oktawia Skrzyńska z Norzdca podbiegła do jej okna, aby pierwsza złożyć nam życzenia. Jak to łatwo komuś zrobić przyjemność, byle by się miało serce. Dotąd pamiętam jej poczciwą twarz nachylająca się ku nam życzliwie i jej dobre słowa.

Zajechaliśmy do domu, gdzie czekała na nas mama z chlebem i solą i wkrótce podano weselne śniadanie. Przy głównym stole siedzieliśmy my oboje, ks. arcybiskup Feliński, ks. Sałustowicz, ks. Sękowski, wikary z Dynowa, nasi Rodzice, Michał Miączyński, wuj mego męża, Ksawerowie Chamcowie, Ujejscy, a drugim pokoju młodzież, a więc moje dwie kuzynki Misia i Nisia Grocholskie, Antoni Miączyński, panna Edler i kilkanaście innych osób.

Z tych wszystkich osób siedzących przy pierwszym stole, oprócz nas dwojga, nikt juz nie żyje, choć obaj drużbowie tj. Wiktor Skibiński I Tadeusz Bohdan (Bochdan) wtedy nie byli starzy.

Wznoszono nasze zdrowie szampanem przy czym wuj Michał Miączyński nalał sobie trochę wina czerwonego do szampana i wznosząc kieliszek wylał go na moją suknię.

Po śniadaniu mieliśmy wyjechać, bo pociąg odchodził o 3-ciej po południu. Pan Jan Trzecieski pojechał z nami na dworzec w kontuszu. Pamiętam dobrze tego człowieka: religijny, prawdomówny, z dużym zmysłem rodzinnym. Nazywał mię żartobliwie: „Pani szefowa”, gdyż mego męża uważał za głowę rodziny Trzecieskich.

Mój biedny, kochany Ojciec był bardzo smutny, bo mnie tracił, a kochał mię ogromnie. Siostra też bardzo odczuła ten wyjazd. I tak skończyły się moje panieńskie lata. Żal mi nieraz tych lat tak zmarnowanych na nieproduktywne „bywanie w świecie”. Zmarnowany czas, zmarnowane zdolności. Byłam ostro trzymana do samego ślubu, ale tego nie żałuję, bo nauczyłam się panować nad sobą, ale żal mi, że się niczego naprawdę nie nauczyłam i do dziś odczuwam brak fachowych wiadomości w jakimkolwiek kierunku. (Moja matka znała doskonale cztery języki - francuski, niemiecki, angielski, włoski, miała duże wykształcenie w dziedzinie literatury, historii, historii sztuki. Miała nadzwyczajną pamięć i wyjątkową zdolność uczenia się - przyp. Kinga Moysowa).

W Krzywczy, w połowie drogi, zajechaliśmy do karczmy na popas koni. Miarą tego jak mój mąż był znany i szanowany było, że Żydzi, którzy karczmę dzierżawili i choć była 25 km od Dynowa, wyszli na nasze spotkanie i bramę tryumfalną wystawili. Ja jechałam jak we śnie. Zadrżało mi serce, gdy mój młody mąż powiedział: „Przyjeżdżamy”. Byłam naiwniejszą od dzisiejszych panien, nie przyzwyczajoną do męskiego towarzystwa, a przy tym nie mając żadnych praktycznych wiadomości bałam się tego gospodarstwa. Z drugiej strony cieszyłam się, że będę na wsi, bo miasta zawsze nie lubiłam.

Już na granicy naszych pól kolo tzw.” dynowskiej karczmy”, gdzie jest staw harski i mleczarnia, czekała na mnie brama tryumfalna i masa ludzi, którzy wyszli, aby nas widzieć oraz tzw. ”banderia” na koniach, która nas odprowadziła do bramy naszego dynowskiego ogrodu, gdzie znowu była druga brama oświetlona lampionami, bo była już dziewiąta wieczór. Gdy wysiadłam z powozu przed gankiem, zapewne niezgrabna i onieśmielona, przeszłam przed biało ubranymi dziewczętami, które rzuciły mi wiosenne kwiaty  pod nogi.

 

                                                             Dynowski dwór z początku XIX w.

 

Przy drzwiach, matka księdza  Sałustowicza  przywitała mię chlebem i solą. Podziękowałam wszystkim i weszłam do jadalnego pokoju. Jaki piękny był ten nasz dwór, choć stary, ale ślicznie odnowiony. Jadalny pokój ze ślicznym kredensem, krzesła skórzane, na ścianach portrety rodzinne: pan Stanisław Trzecieski i jego żona, ich syn Jakób oraz jego syn, Józef i jego żona Elżbieta z Urbańskich.

Zasiedliśmy do kolacji z księżmi  Sałustowiczem i Sękowskim . Pamiętam menu tej kolacji: rosół z kluseczkami, polędwica, kalafiory i tort hiszpański , a do tego wino reńskie. Dotychczas obchodzimy każdą rocznice naszego ślubu i zawsze mamy taką samą kolację.

Mój salonik, czyli tzw. buduar był kremowy w czerwone kwiatki. W sypialni były meble orzechowe i tzw. szezlong , na ścianie wisiał srebrny obraz Matki Boskiej, a w rogu stała kryształowa lampa. W salonie  meble  były czerwone. Wszystko to było bardzo przytulne i wesołe.

Nazajutrz, w niedziele poszliśmy na sumę, gdzie był taki ścisk ludzi, którzy chcieli mi się przypatrzeć, że załamali naszą ławkę” kolatorską”. Wtedy tez po raz pierwszy, po Mszy św. pocałowałam patenę. Był to stary przywilej ‘kolatora” parafii.

 Weszłam zatem do rodziny Trzecieskich i pomiędzy sąsiadów z okolicy a teraz chcę młodej generacji opisać pokrótce historie rodziny Trzecieskich, tak jak przedtem opisałam tę moją, Jaxa Chamców.

 

Historia rodziny Trzecieskich

 

Legenda powiada, że podczas bitwy Bolesława Chrobrego z Rusinami koło Kijowa, przybliżył się do króla nieprzyjaciel chcąc go zabić. W tym momencie przyskoczył jeden polski rycerz, już zupełnie rozbrojony, tak, że oderwał tylko strzemię od siodła i uderzył nim wroga, tak, że ten padł i w ten sposób ocalił życie królowi. Za ten czyn otrzymał herb „Strzemię” i od niego podobno pochodzi ród „Strzemieńczyków”. Do nich należy i rodzina Trzecieskich. Później, niestety, brali oni udział w zamordowaniu biskupa Stanisława. W każdym razie ten herb pochodzi z roku ok.1006-go

Za czasów zygmuntowskich oraz Reformacji, Trzeciescy byli aryanami i dlatego, w czasach późniejszych, nie mogli zasiadać w senacie. Za czasów Stefana Batorego, Andrzej Trzecieski, aryanin, odznaczył się jako biograf Mikołaja Reja a także poeta.

Pierwszą  siedzibą Trzecieskich był  Trzecież w Sandomierskim. Do Dynowa przeniósł się Andrzej Trzecieski, ojciec Stanisława.  Stanisław, żonaty z Wiktorią Dramińską należał do Konfederacji Barskiej, a po niej nie wrócił zaraz do domu. Gospodarstwo prowadziła jego zona, „Wikcia”. Cały majątek składał się z Dynowa, Igiozy, Łubnej oraz  Miejsca Piastowego kolo Krosna.

 

                                                                       Dwór w Miejscu Piastowym

 

Gdy Stanisław w końcu wrócił do domu, był tak wymizerowany, że żona go nie poznała i na początku chciała dać mu jałmużnę ,a  zorientowała dopiero po głosie: „ Wikciu, nie poznajesz mnie?”.

Pani Wiktoria była wychowana w Krasiczynie. Starało się o nią jednocześnie dwóch Panów : Trzecieski i Wielowieyski. Ten ostatni zrobił z okoliczną szlachtą tzw. ”zajazd”  na Krasiczyn, aby pannę porwać. Gdy jej stryj Piniński, właściciel Krasiczyna, zobaczył tłum szlachty, wyszedł na ganek i przemówił mniej więcej tak:” Cieszę się z przybycia tylu „braci”- szlachty i wszystkich proszę na wesele mojej bratanicy z panem Stanisławem Trzecieskim”. Wszyscy zaproszenie przyjęli i pili do rana na weselu.

Stanisławowie mieli dwóch synów: Jakóba i Jana. Starszy Jakób dostał po ojcu Dynów, Igiozę i Łubnę.  Jest on pochowany na cmentarzu dynowskim, na prawo od kaplicy pod obeliskiem ozdobionym herbem „Strzemię”. Umarł w 1832r. jak głosi zatarty już napis na grobowcu.

Jego młodszy brat Jan dostał Miejsce Piastowe, Lubatówkę i Polankę koło Krosna.

Gdy przyjechałam do Dynowa po ślubie zastałam tam starą kobietę, która pamiętała jeszcze Jakóba Trzecieskiego.  Pamiątką po nim jest statua św. Jakóba przy drodze z  Przedmieścia do gościńca przemyskiego. Ufundowana w 1820 r. jak mówi data wyryta na cokole. Po obu jego bokach stoją stare jesiony.

Po Jakóbie Dynów otrzymał w spadku jego syn Józef, ożeniony z Elżbietą Urbańską.

Umarł bardzo młodo, bo w 42 roku życia, a jego żona wyszła ponownie za mąż za generała austriackiego, Schlechta.

Od lewej: Izabella (Elżbieta) z Urbańskich, primo voto Trzecieska, jej syn Zbigniew Trzecieski, oraz mąż Wincenty baron von Schlechta - Vserd feldmarszałek c.-k.

 

Po niej odziedziczył majątek Zbigniew, czyli mój teść, jeden z najmilszych i najszlachetniejszych ludzi jakich można spotkać. A mój mąż, Stefan, otrzymał majątek zaledwie w wieku 18 lat, jeszcze za życia ojca.

 

                                

Nasze sąsiedztwo

 

Tak więc opisawszy pokrótce rodzinę Trzecieskich przejdę do sąsiadów z okolicznych dworów zaczynając od najbliższych, a więc od Bachórza.

Ignacy Skrzyński (I polowa XIX w.) był właścicielem Strzyżowa pod Rzeszowem, Bachórza, Harty, Chodorówki i Laskówki. Miał pięciu synów z których Władysław dostał Bachórz,

Dwór Skrzyńskich w Bachórzu - zdjecie z 1913 r. (nieistniejący od II wojny światowej)

 

 

Ksawery Krościenko pod Krosnem, Chodorówkę, Kosztową i Laskówkę. Władysław miał jedna córkę, Wandę Ostrowską, która zapisała Hartę swojemu bratankowi Zdzisławowi Skrzyńskiemu. Najmłodszy syn Ignacego, Ludwik, dostał Nozdrzec, Pawłokomę, Bartkówkę i Warę, też w naszym sąsiedztwie. Ludwik był znaną osobistością (lata 1850-70) w okolicy jako członek wiedeńskiej Rady Państwa i polskiego koła poselskiego. Ożeniony z Fredrówną miał z nią syna Seweryna i córkę Marię zamężną za Kazimierzem Badenim. Nozdrzec należący do Seweryna był majątkiem znakomicie prowadzonym pod względem rolniczym. On sam ożeniony z  Oktawią Pietruską miał z nią czworo dzieci: Marię Kościelską, Wandę Rylską, Stefana i Andrzeja. Gospodarstwem nie zajmował się pan Seweryn ,ale  miał znakomitego zarządcę Cwierzewicza, u którego mój mąż był w młodości na praktyce gospodarskiej (1885-90) . W Norzdcu był piękny pałac nad samym Sanem, otoczony ślicznym parkiem. Właściciele poświęcali większość czasu na przyjmowaniu gości, latem grywano całymi dniami w tenisa, a nocami w karty. W zimie odbywały się polowania, a wieczorem obiady na których i ja często bywałam. Na te polowania przyjeżdżali goście z innych stron: pp. Badeniowie, Łosiowie (Łosiowa była siostrą pani Skrzyńskiej), Pietruscy, Fredrowie .(Moja babka, Zbigniewowa Trzecieska często widywała tam komediopisarza, Aleksandra Fredrę - przyp. Kinga Moysowa).   Urządzano też tańce, a czasem i przedstawienia teatralne. Pamiętam „Kalosze” Fredry z panem Sewerynem w roli głównej, zresztą znakomitym aktorem-komikiem.

Pani Oktawia była przemiłą osobą, bardzo z nami zaprzyjaźnioną. Nie było złej chwili, z którą by się z nami nie martwiła, ani dobrej, z którą by się z nami nie cieszyła. Pierwszą poślubną wizytę złożyliśmy im w maju 1895 r. Pamiętam, że odprawiano wtedy nabożeństwo majowe w domowej kaplicy i modliliśmy się w intencji matury syna gospodarzy, Stefana.

Drugim zaprzyjaźnionym z nami domem był dom Starzeńskich w Dąbrówce za Sanem. Mój mąż pamiętał dobrze starą panią  Wojciechową Starzeńską, matkę Agenora, który był ojcem też Wojciecha, tzw. Tunia, przyjaciela mego męża.

Dąbrówka była śliczna: był tam  stary zamek o którym mówiono, że był budowany za królowej Bony. W okolicznych, ogromnych lasach urządzano polowania, bo zwierzyny było mnóstwo, a zdarzały się i dziki.

 

                                    Zamek w Dąbrówce Starzeńskiej (zdj. z lat miedzywojennych)

U starszej pani Starzeńskiej bywał mój mąż jako młodziutki chłopiec, podobnie jak i cała okoliczna młodzież. Oczekiwała ich z otwartymi rękami i częstowała przysmakami, najczęściej z własnej, suto zaopatrzonej spiżarni. Jej własny syn i synowa wyprowadzili się  do Iławcza, na Podole. Siostrą przyrodnią pani Starzeńskiej była pani Felicja Bukowska z Izdebek, a córka wyszła za brata matki mego męża ,Józefa Miączyńskiego, właściciela Jaćmierza.{tutaj moja Prababcia chyba sie pomyliła - we wspomnieniach Kingi Moysowej - w tomie II - rozdział Dynów 18/II 1980, Józef Miączyński jest wymieniony jako włąściel Jaśniszcza koło Brodów - obwód lwowski - M. Baraniecka-Witkowska}

Tun Starzeński był ciekawym typem: serdeczny i wesoły, ale i trochę próżniak; jego majątek był stale w dzierżawie. Lubił karty i dobre jedzenie. Mówił co mu ślina na język przyniesie. Jego żona była z domu Komorowska; Tun nie lubił swojej teściowej pani Teofili, z domu Krasickiej. Twierdził, że po dłuższym pobycie w Dąbrówce zapakowała do swego kufra jego papiery, a on kazał je lokajowi wyciągnąć. Było w tym opowiadaniu dużo przesady.

Dom w Dąbrówce był bardzo zasobny; dość powiedzieć, że gdy pewnego razu byliśmy tam w 30 osób, San tak nagle wezbrał, że nie można było przez rzekę przejechać. Wszyscy musieliśmy tam nocować. Znalazło się i miejsce i pościel dla tylu osób!

Tun zmarł młodo w 42 r. życia na cukrzycę  w 1908 r., a jego żona w 1934 r. Z żalem wspominam Dąbrówkę: taka była ładna, takie były stamtąd piękne widoki na San i okolice, pokoje zamkowe ślicznie urządzone, dużo portretów rodzinnych na ścianach( między innym portret biskupa Ignacego Krasickiego pędzla Bacciarellego, który przepadł podczas inwazji sowieckiej w 1939 r.- przyp. Kinga Moysowa). Ileż miłych chwil spędziliśmy w Dąbrówce! Niestety wszystko to minęło bezpowrotnie, jakby kto kamień w ocean wrzucił.....

Innym jeszcze domem był pałac Krasickich w  Dubiecku.

                                                                Pałac w Dubiecku (zdj. z 2009 r.)

Z dawnych właścicieli majątku najwięcej słyszałam o panu Aleksandrze, zwanym Olenio. Była to jedna z najciekawszych postaci okolicy. Specjalista heraldyk, ale i oryginał co się zowie. Łakomy do śmieszności , a także i  skąpy, po proszonych obiadach chował po kieszeniach kawałki drobiu czy cukierki. Kiedyś na obiedzie u Józefa Trzecieskiego , wyszedł do sąsiedniego pokoju, rozebrał się do naga i w takim „adamowym” stroju obiegł duży gazon przed domem, a potem spokojnie wrócił , ubrał się i zasiadł do obiadu. Na rocznicy ślubu Zbigniewów Trzecieskich (1870 r.) siadł przy bufecie i zaczął wyjadać konfitury, tak łapczywie, że mały Stefan (mój mąż), zapytał bony Francuzki: ”Mademoiselle, pourquoi ce vieux mange - t-il tant”? (Czemu ten stary tyle je?). Posłyszawszy to pan Olenio zawołał: ”Comment, ce morreux parle deja francais?” („Jak to, ten smarkacz już mówi po francusku?”). Najzabawniejsze jest to , że od tego dnia pan Olenio nabrał do 6 letniego dziecka takiej antypatii, iż mu przez wiele lat tego powiedzenia nie mógł darować. Nie miał syna,  więc Dubiecko odziedziczyła po nim jego córka Aleksandryna Konarska. Drugi majątek, Ruską Wieś (dziś Wybrzeże) odziedziczyła jego druga córka Jadwiga, która wyszła za Austriaka Wiessenwolfa. Był to również oryginalny typ kobiety: jej ulubioną rozrywką były polowania, a strzelała jak mężczyzna. Dobra była i serdeczna, choć rubaszna. Przyjmowała zawsze w niedzielę. Do nas przyjeżdżała często i obdarowywała dzieci doskonałymi czekoladkami ”Long nez de chat”.

W pałacu był pokój w którym mieszkał w czasach stanisławowskich „polski Lafontaine”, czyli biskup Ignacy Krasicki. Znane jest jego powiedzenie:” gdybym był królem, a chciał żyć po szlachecku, nie mieszkałbym ani w Warszawie, ani w Krakowie, a tylko w Dubiecku”.

Dom ,w którym też bywaliśmy, znajdował się w Bachórcu u państwa Ignaców Krasickich. Ona,  była  Zamoyska z domu, z Różanki. Pan Ignacy przedstawiał bardzo polski typ szlachcica:  religijny, gościnny, dobry sąsiad i wielki przyjaciel naszej rodziny. Pani Ignacowa była wyjątkowo oddana dzieciom, które uwielbiała i rozpuszczała. Nie lubiła wielkiego „świata” i towarzystwa. Gdy ją raz zapytano czy w dzień jej imienin przyjechać po południu czy wieczorem, miała odpowiedzieć: ”zjedzcie się wszyscy razem, abym miała z wami mniej kłopotu”. Miała złote serce dla sąsiadów, dla wsi, służba przebywała u niej latami. Nie wynosiła się nad nikogo. Państwo Krasiccy mieli czworo dzieci: Augusta, który dostał Lesko, Ksawerego, który został w Bachórcu ,Zofię za Roztworowskim z Niegoszowic i Różę, niezamężną.

 

Dalsza rodzina Trzecieskich

 

Opisałam, w przybliżeniu domy naszych sąsiadów z okolic Dynowa, a teraz powracam do dalszej rodziny mego męża.

Matka mego  męża, Ignacja, była z domu  Miączyńska.

                                     Ignacja Miączyńska jako dziecko siedzi po prawej - dagerotyp z 1840 r.

 

                                           Rewers dagerotypu z informacja Kingi Moysowej

Jej ojciec, Stanisław hr. Miączyński jako  oficer armii napoleońskiej  doskonale pamiętał  jeszcze czasy Kościuszki.

Od prawej: Stanisław Miączyński, oficer wojsk napoleońskich, jego żona z Kunstetterów, stoi siostra żony Kurowska zdj. z 1840 r.)

Odbył wszystkie kampanie napoleońskie, a jako pułkownik brał też udział w powstaniu Listopadowym(1831) .Ożenił się z panną Kunstetter herbu Rogala.

                                     Po prawej Stanisławowa Miączyńska w starszym wieku - 1875r.

 

Mieszkali w Kraśniku, gdzie moja teściowa przyszła na świat , miała też siostrę i trzech braci. Ciotka jej, siostra Stanisława Miączyńskiego była za Konopką z Mikuliniec, w powiecie Tarnopolskim  na Podolu. Posiadali 12 folwarków i pałac w Mikulińcach. Ona to  wzięła na wychowanie bratanicę, Ignację, która u niej wychowywała się do zamążpójścia, w bardzo wielkopańskim otoczeniu wśród mnóstwa służby. Ciotka prowadziła i wielki dom  (1840-60) we  Lwowie i do Wiednia z bratanicą jeździła. Ślub ze Zbigniewem Trzecieskim odbył się  w 1861 r. Gdy młoda pani Trzecieska przyjechała do Dynowa, przyzwyczajona do sal pałacowych w Mikulińcach, kazała w dynowskim dworze ściany  usuwać, aby pokoje rozszerzać. Od ciotki Konopczyny dostała 60 000 guldenów austriackich, a jej brat, Józef Miączyński, kilka ślicznych majątków ziemskich w powiecie Brody we wschodniej Galicji. Józef ożenił się panną Marią Bukowską z Izdebek koło Dynowa i miał z nią dwóch synów, Józefa i Bolesława.

                                                                          Bolesław Miączyński

 

         Od lewej: Ignacja, Stefania i Józef (właściciel majątku Jaćmierz w pow. Brody) Miączyńscy 1856 r.

Drugi brat Ignacji, Michał Miączyński, stary kawaler przebywał ostatnie lata swego życia u nas w Dynowie. On też poddał myśl, aby zbudować drugi dom obok starego dworu i częściowo dał na to pieniądze. Chciał mieć własny, niewielki dom z dala od gwaru dzieci. Ale gdy zakładano fundamenty w 1904 r. umarł, a myśmy już ten dom wykończyli i przetrwał on do dziś. Swój majątek zapisał na dobroczynne Towarzystwo  Św. Wincentego a Paulo we Lwowie.


                                                 Ignacja z Miączyńskich Zbigniewowa Trzecieska

 

 

A teraz przejdę do rodziny Trzecieskich.

Najbliżej z nami spokrewnionymi byli Janowie Trzeciescy Miejsca Piastowego pod Krosnem.

                          Drugi od lewej - Jan Trzecieski  jako dziecko, z rodzeństwem Adamem i Marią

 

Początkowo było własnością Jakóba z Dynowa, który je dał swemu synowi Janowi. Jan, żonaty z  Wiktorówną, miał syna Tytusa żonatego z Węgleńską. Ich dzieci to: Jan i Adam oraz córka za Władysławem Kraińskim z Jabłonki.  Tytus posiadał Miejsce Piastowe, a jego brat Franciszek był założycielem Towarzystwa Ubezpieczeń od Ognia tzw. ”Florianki”. Miał też duże zasługi , podobnie jak i Tytus, w rozwoju przemysłu naftowego w okolicy Krosna i Jasła. Mój syn , Antoni, spotkał się kiedyś w USA z kimś, kto pytał go , czy jest spokrewniony z kimś tak zasłużonym na polu przemysłu naftowego jak  Tytus Trzecieski z Miejsca?

Jan Trzecieski, syn Tytusa, żonaty z Urszulą Łętowską miał 4 córki: Annę Rozwadowską, Krystynę  Antoniową  Potocką,  Elżbietę Stanisławową Potocką i Marię Wolską oraz syna Tytusa,  żonatego z Chrzanowską. Tytus ma już też syna Jana i córkę Urszulę.

Mieliśmy też innych krewnych a mianowicie Stawiarskich, właścicieli Jedlicza pod Krosnem. Matka Stawiarskiego była Trzecieska z domu. Mieli oni własną rafinerię  nafty w Jedliczu i wspaniale prowadzone gospodarstwo. Postawili też w Jedliczu piękny kościół. Siostra pana Stawiarskiego wyszła za  Laskowskiego i mieszkali w Bażanówce, pięknie prowadzonym majątku.

 

Oto mniej więcej opisane 9 pokoleń rodziny Trzecieskich herbu Strzemię, której ostatnimi przedstawicielami po mieczu są moi wnukowie, synowie Antoniego: Jan, Zygmunt i Stefan, którzy mieszkają w USA . Ich matka, Anna z Jaxa Chamców, jest córką Antoniego Chamca ze Stepaniec, bo mój syn Antoni ożenił się ze moją  cioteczną siostrą, a swoją cioteczną „ciotką”.


                                        Anna z Chamców Antoniowa Trzecieska zdj. z lat 1950-tych

 

Nasze pierwsze lata po ślubie

 

 Od dnia 28 kwietnia 1895 roku rozpoczęliśmy nasze wspólne życie w Dynowie, wspólne radości i wspólne kłopoty. Rodzina Trzecieskich osiadła w Dynowie od blisko 180 lat cieszyła się szacunkiem miejscowej ludności i wsi okolicznych. (Tu następuje opis poszczególnych postaci nasze dawnej służby, które dokładnie opisałam w moich wspomnieniach z dzieciństwa, wiec go opuszczam i przechodzę do wspomnień mojej matki,  których sama nie pamiętam – przyp. Kinga Moysowa).

Przyjechawszy do Dynowa po ślubie zastałam tu liczną, starą służbę, razem około 40 osób. Było więc  o czym myśleć i o kogo się starać! W spiżarni zastałam przygotowane przez mego męża zapasy, np. duży sagan masła. Ponieważ nigdy przedtem nie wydawałam i na kuchni nie znałam się zupełnie, więc gdy kucharz zażądał abym mu dała masła do rosołu, pozwoliłam mu sobie to masło wziąć!! W ten sposób na trzy osoby na tzw. ”pierwszym stole” wyszło w ciągu Maja 40 kg masła. Spostrzegłszy się, że na niczym się nie rozumiem, zaczęłam sprowadzać różne książki kucharskie i gospodarskie, ale do dziś odczuwam brak znajomości kuchni, którą uważam za jedną z najpotrzebniejszych dla kobiety umiejętności.

W pierwszych tygodniach po ślubie nie bywaliśmy nigdzie; często przychodził do nas przyjaciel mego męża, ks. Sałustowicz: taktowny, dobry, dowcipny i wesoły. Był rozrywany przez miejscowe dwory.

Zaraz po naszym ślubie zaczęło się majowe nabożeństwo. Czas był śliczny, słowiki śpiewały w ogrodzie. Dla mnie to była nowość, bo nigdy wcześniej słowika nie słyszałam. A potem w pierwszych dniach czerwca zaczęliśmy nasze wizyty w sąsiedztwie. Witano mię z otwartymi ramionami. W Norzdcu, kochana pani Oktawia Skrzyńska wybiegła na ganek ,aby mię powitać. Mój mąż i jego rodzina byli bardzo lubiani, więc i na mnie przeszła ta sympatia. W Czerwcu przyjechał do nas mój teść, pan Zbigniew Trzecieski i od tego czasu już mieszkał u nas. Nie mogę wyrazić co to był za człowiek: miły, wesoły, niewymagający dla siebie, nigdy na nikogo złego słowa nie powiedział. Mnie lubił bardzo i nigdy najmniejszej przykrości nie sprawił. Ogromnego wzrostu, miał piękną powierzchowność, znakomicie jeździł konno i był znanym myśliwym. Nie wspomnę tu o jego pięknych , katolickich zasadach i poczuciu honoru.

Mój mąż zajmował się bardzo dużo gospodarstwem, sam wszystkiego doglądał i był znany jako jeden z najlepszych rolników w okolicy. Chodziłam i jeździłam z nim bardzo dużo w pole.

Pierwsza zima z roku 1895/6 minęła bardzo miło. Mąż jeździł dużo na polowania do okolicznych dworów: do Norzdca, Dąbrówki, Bachórza, Nienadowej, gdzie właścicielką była pani Laura Dembińska. Często i ja bywałam na wieczornych obiadach po polowaniach.

Dnia 3 Marca 1896 r. urodziła się nasza pierwsza córeczka. Wielka to była dla mnie radość. Trudno wypowiedzieć czym jest dla kobiety chwila, gdy pierwszy raz usłyszy krzyk swojego dziecka. Od razu budzi się miłość do tego maleńkiego stworzenia, które staje się najmilszym i najukochańszym dla matki. Dziś po tylu latach błogosławię ten dzień i tę godzinę. Na chrzcie córeczka otrzymała imiona Kinga, Józefa, Antonina. Rodzicami chrzestnymi była moja matka i ojciec męża.

Moja kochana, nieoceniona Tekla pielęgnowała ją troskliwie. W rok potem, 15 Marca 1897 r. urodziła się nasza druga córka, Józia. Była bardzo krzykliwa i po nocach spać nie dawała. Trzeba powiedzieć, że wówczas nie umiano dzieci tak dobrze chować jak obecnie. Były one przekarmiane, stale kołysane i dlatego niespokojne. Józia chowała się jednak bardzo dobrze i mając 9 miesięcy już chodziła.

Po jej urodzeniu przyjechała do nas matka mego męża z córkami, Marynią i Jańcią.

                                                 Maria z Trzecieskich Uleniecka, siostra Stefana

 Wbrew temu co się nieraz zdarza, ja nie kłóciłam się z moją teściową. Prawdą jednak jest też, że ja miałam inne zasady wychowywania dzieci, bardziej postępowe: zimą wyprowadzałam je na powietrze, czym moja teściowa się oburzała. Pomimo tego nadal pilnowałam ,aby pokoje były wietrzone i aby dzieci codziennie na powietrze wychodziły.


Zdjecie na tarasie dworu dynowskiego - druga z lewej Leonia,a trzecia Ignacja (w kapeluszu) Trzecieskie

 

Okoliczne życie towarzyskie trwało nadal. Często też odwiedzał nas mój kochany ojciec, który bardzo lubił dzieci i świetnie się z nimi bawił.

Jesienią 1897 r. moi teściowie wynajęli wille pod Krakowem w Bronowicach i tam się wyprowadzili z córkami, a my zostaliśmy znowu sami. Szczęśliwe to były lata: otoczeni dobrą, poczciwą służbą, wśród życzliwych sąsiadów prowadziliśmy życie nie wolne od trosk, ale spokojne i normalne. Mieszkaliśmy bardzo daleko od kolei, bo najbliższa stacja była w Przemyślu odległym o 44 km, ale za to mieliśmy konie tzw. ”cugowe” do wyjazdów, dobrego furmana i wygodne pojazdy, więc ta odległość nie bardzo dawała się odczuć. Prawdą jest i to, że nie tęskniłam za wyjazdami i miałam dosyć do roboty w domu i rozrywki z dziećmi.

Moim największym pragnieniem było mieć syna. Aby to zrozumieć trzeba sobie uprzytomnić, że byłam wychowywana przez ojca, który z natury miał wiele ambicji , pragnął mieć stanowisko i znaczenie w świecie. Ja wiele z tego jego usposobienia odziedziczyłam. Ponieważ w tych czasach szkoły średnie były dla dziewcząt zamknięte, więc wiedziałam, że nigdy tych pragnień nie zaspokoję i dlatego, może za bardzo, pragnęłam syna, który by mógł dojść do tego do czego ja , jako kobieta nigdy dojść nie mogłam.

Nareszcie, 2 Października 1898 r. urodził się ten tak upragniony syn, nasz Antek.  Byliśmy wówczas wszyscy pod wrażeniem tragedii w rodzinie cesarskiej, a mianowicie zamordowania żony Franciszka Józefa, cesarzowej Elżbiety 10 Września. Zamordował ją anarchista w Genewie w chwili gdy wchodziła na statek. Straszne to wydarzenie zrobiło na nas przygnębiające wrażenie; otrząsnęliśmy się dopiero po urodzeniu Antka. Była to Niedziela Matki Bożej Różańcowej, o 4 tej rano. Jeszcze dziś mam w uszach glos naszego poczciwego doktora Benoniego: ”chłopiec”. Zdaje mi się, że widzę go biorącego dziecko na ręce i słyszę jak mówi: „bycza morda”. Nie zapomnę też radości jaka zapałało mi serce.

Tego dnia był w naszym kościele odpust. O 6 tej rano dzwoniły dzwony, a mnie się wydawało, ze dzwonią, bo się on urodził i dotąd słyszę te wesołe dzwony. Na odpustowym obiedzie na plebanii pito jego zdrowie a potem przyszedł do nas nasz kochany proboszcz ks. Gabriel Sałustowicz , a potem organista Czubski. Jakże się cieszyła nasza poczciwa Tekla.

W parę dni potem przyjechała pani Oktawia Skrzyńska, Starzeńscy, przyszły też kobiety ze wsi. 4 Października odbył się chrzest. Dawnym zwyczajem trzymało go do chrztu 12 par! W pierwszej parze burmistrz Dynowa ze Stankiewiczową, w drugiej wójt Przedmieścia, Piotr Siekaniec z Katarzyną Kuszkową, potem wójt z Ulanicy Marszałek, Marcin Sikora, karbownik, furman Marcin Sikora ze starą Antoniową z naszego ogrodu itd.

Nie rozumiałam zawsze dlaczego ludzie nieraz tak długo zwlekają ze chrztem ,wszak dla matki-katoliczki powinna być to chwila upragniona. Moje dzieci chrzciły się wszystkie na trzeci dzień po urodzeniu.

Prawdziwie wymodlone było to dziecko. Spokojny, nie krzyczał po nocach, wesoły, żywy a posłuszny i łagodny. Koło mego łóżka stoi zawsze jego fotografia, gdy miał dwa lata. Patrzę na tę twarzyczkę łagodną i rozważną i przypominam sobie te lata, gdy dzieliłam z nim jego zabawy, jego nauki, każdą myśl jego znałam.

25 Lipca 1900 r. urodził się nasz drugi syn, Jakub, zwany u nas Kubą. Do chrztu trzymał go pan Jan Trzecieski z Miejsca i matka ks. Sałustowicza.

Przez kilka następnych lat byłam zajęta wychowywaniem dzieci ,których wkrótce miałam pięcioro, bo w 1902 r. urodziła się nam córka Felcia, która jednak w 1905 nagle umarła, zdaje się wskutek zatrucia grzybem w ogrodzie, a w parę tygodni po jej śmierci, 6 sierpnia 1905 r. urodziła się kolejna córka, Stefcia.

(Na tych słowach pamiętnik Eleonory Trzecieskiej , pisany w latach 1945/46, kończy się, a dalsze losy rodziny opisałam w swoim pamiętniku:” Moje dzieciństwo”. Na zakończenie wspomnień matki- dodaję poniżej ,opracowaną przez siebie, genealogię rodzin Eleonory i Stefana Trzecieskich, a także  informację o Augustynie Trzecieskim, naszym dalszym krewnym -przyp. Kinga Moysowa).

 

 

 

Przodkowie Stefana Trzecieskiego z Dynowa po mieczu

 

 

1.Praprapradziadek (1740r) Andrzej, uczestnik odsieczy wiedeńskiej pod Sobieskim, herbu „Strzemię”, żona Bohdanówna(Bochdanówna)), herbu Bończa;

 

2.Prapradziadek (1770) Stanisław Jan, uczestnik konfederacji Barskiej, herbu ”Strzemię”, żona Wiktoria Dramińska, herbu „Suche komnaty”;

 

3.Pradziadek (1820) Jakób, herbu „Strzemię”, żona Franciszka Głogowska, herbu „Grzymała”;

Jakób Trzecieski

 

4.Dziadek (1835) Józef, herbu „Strzemię”, żona Izabella Urbańska, herbu „Nieczuja” (po smierci Józefa Izabella wyszła ponownie za mąż za Wincentego  barona von Schlechta-Vserd /albo jak niektorzy pisza Wssehrd/. Urodzony 22 listopada 1798,  był synem Franciszka Xawerego. Feldmarszałek porucznik armii c.-k.  /w armii austriackiej był taki stopień - i ten wlasnie stopień miał Wincenty/. To był stopień, ktory  odpowiada dzisiejszemu generałowi brygady - przyp. Marcin Baraniecki);

 
 

5.Ojciec (zm.1906) Zbigniew, herbu „Strzemię”, żona Ignacja hr. Miączyńska, herbu „Suche Komnaty”;

 

6.Syn (zm.1953) Stefan, herbu „Strzemię”, żona Eleonora Jaxa Chamiec, herbu „Gryf”;

 

7.Syn Stefana (zm.1958)Antoni, herbu „Strzemię”, żona Anna Jaxa Chamiec, herbu „Gryf”;

 

8.Syn  Antoniego, Jan, (ur.1923) herbu” Strzemię”, żona Mary Thompson, Amerykanka, mieszkają w USA;

 
9.Syn Jana, Michał, mieszka w USA;

 

 

                 Przodkowie Stefana Trzecieskiego po kądzieli

 

 

1.Pradziadek Józef hr. Miączyński, żona baronówna von Schenk  (Maria Józefa

baronówna von Schenk - córka generała wojsk koronnych, lata  1760-1780. 

Rodzina von Schenk to jest ta sama rodzina, z której wywodził się Claus Schenk hr.  von Stauffenberg - słynny niemiecki pułkownik, który dokonał nieudanego zamachu na A.Hitlera - przyp. Marcin Baraniecki) ;


                 Maria Józefa baronówna von Schenk (po śmierci męza wstąpiła do klasztoru w 1789 r.)

2.Dziadek Stanisław hr. Miączyński, żona Kunstetter, herbu „Rogala”;

3.Matka Ignacja hr. Miączyńska, herbu „Suche komnaty”;

 

Przodkowie Eleonory  (Leonii) z Jaxa Chamców Trzecieskiej po mieczu

 

1.Pradziadek Klemens, herbu „Gryf”, żona  Bohdanówna(Bochdanówna) herbu „Bończa”;

2.Dziadek Stanisław, herbu „Gryf”, żona Moszyńska, herbu „Łodzia”;

3.Ojciec  Antoni, herbu „Gryf”, żona Ludwika Jaxa Chamiec, herbu „Gryf”;

          

Przodkowie Eleonory z Jaxa Chamców Trzecieskiej po kądzieli

 

1.Pradziadek Klemens , herbu „Gryf”, żona Bohdanówna(Bochdanówna) herbu „Bończa”;

2.Dziadek Ludwik, herbu „Gryf”, żona Rohozińska, herbu „Leliwa”;

3.Matka Ludwika Jaxa Chamiec, herbu „Gryf”, zamężna ze swoim stryjecznym bratem Antonim Chamcem, synem Stanisława;

 

 

Ku pamięci:

 

Nazwiska wymienione w powyższych genealogiach są wymieniane w dziełach heraldycznych, a mianowicie:

1.Jerzy  Sever hr. Dunin Borkowski, członek włoskiej akademii heraldycznej w Pizie: Rocznik Szlachty Polskiej, Lwów 1883

2.Rodziny Szlacheckie w Polsce: str.48- Jaxa Chamcowie, str.468- Trzeciescy, str.244-Miączyńscy.

Powyżej cytowane dzieła pochodzą z biblioteki Zbigniewa Trzecieskiego  (1839-1906) i ocalały w dwóch wojnach światowych.

 

 

Dodatek Kingi Moysowej z roku 1976

W wydanej niedawno przez Wydawnictwo Literackie w Krakowie (1974) książce  Henryka  Golejewskiego  pt.”Pamiętnik”, znalazłam następującą wzmiankę o naszej rodzinie:

„Była wówczas na Podolu bardzo znana, zacna, patriotyczna i można rodzina Trzecieskich. Najściślejsze stosunki przyjaźni łączyły ją z naszą. Dziad mój, brygadier zaczął swoja działalność wojskową pod wodzą generała Trzecieskiego, a syn tegoż generała (Augustyn), pułkownik i dowódca 15 pułku ułanów w kampanii 1812, pierwsze pole wojskowe odbył na Kresach pod rozkazami mego dziada.” Odsyłacz 89.

 I dalej :”Augustyn Trzecieski, pułkownik, uczestnik wojny z Rosja w 1792 r., spiskowiec na Wołyniu, w latach 1807-09 dowódca 15 pułku ułanów Księstwa Warszawskiego”. Str.46  

 

Augustyn Trzecieski, pułkownik wojsk napoleońskich kawaler orderu Orła Białego i Legii Honorowej

 

„Książę Michał Ogiński w swoich pamiętnikach z kampanii 1812 wspomina o pułku Trzecieskiego .Był to 15 pułk, z którego, po powrocie do kraju, utworzono 2 – gi pułk  ułanów. W czasie rejterady spod Moskwy, Trzecieski został bardzo ranny, a wtedy dowodził tymże  pułkiem 15 –tym, pułkownik Dwernicki. Str. 55.”

Tyle o Augustynie Trzecieskim pisze Golejewski. Natomiast Paweł Stepkiewicz, rejent z Przeworska w swoich ”Wspomnieniach” dodaje więcej szczegółów na podstawie opracowania Gembarzewskiego: ”Wojsko Polskie Księstwa  Warszawskiego”.

Czytamy w nim, że  do 15 Pułku Ułanów Księstwa Warszawskiego, dowodzonego przez Augustyna Trzecieskiego, (który zmarł 27.03.1813 r.) wchodzili następujący  wyżsi oficerowie: majorowie- Ludwik hr. Pac, Jan Roztworowski, Tomasz Siemiątkowski, szefowie szwadronu- Michał ks. Woroniecki, Teodor Radziejowski, Michał Korytowski, Józef Dwernicki, Wiktor Psarski, Antoni Szymanowski, Ludwik Korn.

W księdze kontroli pułku od  5 czerwca 1809 do 29 Grudnia 1810 jest zapisanych 1195 wojskowych wszelkiego stopnia. Pułk 15-ty formował się w roku 1809 na Podolu Galicyjskim kosztem Trzecieskiego i mieszkańców  Podola zarówno galicyjskiego jak i rosyjskiego. W końcu 1809 r. pułk miał stanowisko w Łomżyńskim, a sztab w Ostrołęce. W dniu 1 Sierpnia przybył do Warszawy pułkownik Trzecieski z oddziałem 15 pułku Ułanów, którego ”zachwycająca postawa i zręczność w czynionych obrotach żołnierzy- pisze Gazeta Warszawska-wytworność w dobraniu koni i zupełność umundurowania przejęły sprawiedliwie każdego największą radością i oddaniem pochwał”.

W roku 1812 pułk brał udział w bitwie pod Mirem 9 i 10 Lipca, w drugiej połowie Sierpnia przeszedł  z brygady 29 do której dotąd należał ,do brygady 28  Dziewanowskiego i wraz z pułkiem 7 – mym otrzymał przeznaczenie do Korpusu generała Dąbrowskiego operującego koło Bobrujska. Z licznych potyczek staczanych w tych okolicach przez pułk 15 –ty, ważniejsza była pod Rohaczewem w dniu 8 Września,  w której pułk zabrał sporo niewolników, bagaży i wielką aptekę rosyjską. Następnie pułk walczył podczas słynnej przeprawy pod Berezyną (czasie odwrotu wojsk napoleońskich spod Moskwy). Stan pułku w dniu 14 Listopada 1814 r był następujący: 2 podpułkowników, 1 kapitan,, 1 porucznik,3 podporuczników, 15 podoficerów,154 żołnierzy. Ogółem 7 oficerów i 199 podoficerów i żołnierzy. Tyle pisze o Augustynie rejent z Przeworska.

Dodam od siebie, że portret Augustyna znajduje się w naszej rodzinie. Prezentuje się na nim w mundurze pułkownika. Na białym pendencie widać order Orła Białego oraz order Legii Honorowej (Legion d`honneur), którą otrzymał podczas kampanii przeciw Rosji w 1812, od cesarza Napoleona Bonaparte.

 A teraz podaję notatkę  też ze wspomnień pana Pawła Stepkiewicza,  o rodzie mojej matki, Eleonory (Leonii). Wspomnienia te opisują uroczystości wznowienia Kolegiaty w Jarosławiu i nabożeństwo w kościele Farnym w Przeworsku w odrestaurowanej kaplicy Bożogrobców. Autor pisze tak: ” Piotr Jaxa, z potężnego rodu Gryfitów, sprowadził z Jerozolimy zakon Strażników Grobu Pańskiego i w Miechowie w 1162 r. ufundował dla tego Zakonu i kościół i klasztor”.

                 Kinga z Trzecieskich, Michałowa Moysowa

                                                                       Dynów, 8 Listopada 1976 r.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego                                                       

Maria Baraniecka Witkowska 07.03.2010