Pamiętnik Kingi z Trzecieskich Moysowej (mojej ciotecznej Babci) tom II lata 1907 - 1919

 

 

 

BabciaKinia w latach 1980-ch

     W Imię Boże!
                                                                 

                                                                                               Dynów, 26 stycznia 1977r.

     Przed przeszło 20–ma laty zaczęłam pisać wspomnienia z mego dzieciństwa w latach 1902 do 1908.
    Nie pisałam ich z jakimikolwiek pretensjami literackimi, ale ot, tak po prostu chciałam tym, którzy po mnie w naszych rodzinnych stronach żyć będą, opowiedzieć o tym, co się w naszym dawnym dynowskim dworze działo z początkiem bieżącego stulecia.
     Tyle się w ciągu tego burzliwego, a nawet „krwiożerczego” wieku zmieniło na świecie, że wiele w moich opowiadaniach wydawać się będzie przesadzone, a nawet nieprawdziwe. Tym sceptykom mogę sumiennie oświadczyć, że pisałam i nadal pisać będę tylko szczerą prawdę, nie przedstawiając opisanych faktów ani w korzystnym, ani niekorzystnym świetle.

     Jesień r. 1907. Moja siostra i ja ,wróciłyśmy w październiku z Dziadkami, rodzicami Matki (Antonim i Ludwiką Chamcami) z parotygodniowej podróży na wybrzeżu Adriatyckim. Wówczas  było to tzw. Istrią należącą do monarchii austro-węgierskiej, podobnie jak i Galicja, część Polski pod zaborem austriackim, gdzieśmy mieszkali.

     Dziadkowie mieli we Lwowie piękną willę przy ul. Technickiej. Był to właściwie pałacyk otoczony ogrodem w ładnym położeniu tuż za ogrodem tzw. „Jezuickim”. Pięknie urządzony apartament składał się z 9 pokoi, a do usługi był kucharz, lokaj, pokojowa, dziewczyna podkuchenna, a nawet i furman, bo dziadkowie mieli parę wyjazdowych koni i karetę do osobistego użytku. Stajnia była w ogrodzie, przytykającym do dużego ogrodu należącego do biblioteki „Baworowskich”.

    Nazajutrz po naszym powrocie z „Abbazji”, przyjechali do dziadków nasi Rodzice, Stefanowie Trzeciescy z Dynowa, z 9 letnim  synkiem Antkiem. Był to dobry, cichy i inteligentny chłopiec, ubóstwiany przez matkę, ale nie dający tego odczuwać rodzeństwu. Nazajutrz Rodzice pojechali z nim do profesora Maurycego Wolfsthala, skrzypka w orkiestrze operowej Lwowa, aby on ocenił czy nasz Antek ma talent muzyczny rokujący nadzieje na  zrobienie kariery muzycznej.
  Poszli wiec moi Rodzice z tym 9 letnim dzieckiem na "pokazową” lekcję skrzypiec i wrócili wprost zachwyceni. Matka radośnie zawołała: "Antek będzie sławnym skrzypkiem! Będzie występował na światowych estradach, będzie mieć olbrzymie dochody. Tak powiedział profesor Wolfsthal, posłyszawszy jego grę na skrzypcach”.
   Ten dzień stał się punktem zwrotnym w życiu całej naszej rodziny. Rodzice postanowili zrobić z Antka wirtuoza na miarę sławnych ówczesnych skrzypków jak Kubelik, Hubermann, którzy koncertowali na najsławniejszych ówczesnych estradach świata.

Antek w roku 1910

 

   Nauka muzyki była wówczas bardzo kosztowna. Profesor Wolfsthal objął tą opieką Antka i za jedną godzinę lekcji gry na skrzypcach zażądał horrendalnej wówczas ceny: 10 koron! austriackich, czyli równoważność przeszło 50 kg pszenicy (na dzisiejsze ceny: 300 zł). Rodzice się na to zgodzili i od tego czasu duża część dochodów z majątku szła na opłacanie nauki Antka.
    Rodzina Wolfsthalów pochodziła z żydów wychrzczonych, a żona profesora, żydówka z Kamieńca Podolskiego z iście żydowskim sprytem, zorientowała się w sytuacji i postanowiła ambicję mojej matki, dotyczącej rzekomej „sławy” Antka, wykorzystać dla korzyści całej rodziny Wolfsthalów.
    Wskutek takiego stanu rzeczy moi dwaj bracia Antek i Kuba nie poszli do normalnego gimnazjum, bo na to nauka skrzypiec nie pozwalała. Józia i ja też nie mogłyśmy pójść do żadnej normalnej szkoły, ale Rodzice urządzili dla nas czworga po prostu prywatną szkołę średnią w domu. Zaangażowali korepetytorów  spośród młodych akademików politechniki lwowskiej, którzy nas i naszych braci uczyli przedmiotów ścisłych; od listopada do kwietnia spędzaliśmy czas we Lwowie w mieszkaniach dorywczo wynajmowanych,  o co w tych czasach było łatwo.

   Józia i ja uczyłyśmy się też od tych korepetytorów, a oprócz tego brałyśmy lekcje angielskiego, a ja też lekcje fortepianu od pani Sołtykowej , żony ówczesnego dyrektora Konserwatorium lwowskiego, Mieczysława Sołtyka. Były to lata  1908-1913 gdy życie muzyczne we Lwowie było bardzo ożywione, a życie naszej Rodziny aż za intensywnie było na ten kierunek muzyczny nastawione.

    Antek, biedactwo, wówczas nieomal dziecko, musiał oprócz normalnej nauki szkolnej, wedle programu ówczesnej tzw. "szkoły realnej”, grać na skrzypcach po 3 do 4 godzin dziennie, a drogo płatny profesor Wolfsthal był wymagający. Jego żona, chytra i szczwana kobieta, od czasu do czasu przedstawiała naszej matce rzekome zachwyty swego męża nad talentami Antka, bo doskonale, z iście żydowską inteligencją wyczuła, że to jest słaba strona naszej matki, że tu można rzekomo bogatą rodzinę ziemiańską, wykorzystać.

    Józia i ja nie bardzo lubiłyśmy te zimy we Lwowie, bo miasta nie lubiłyśmy, a nauka nasza opierała się głównie na nas samych.. Byłyśmy uczennicami 6-cio klasowego liceum żeńskiego im. Królowej Jadwigi, ale na prawach tzw. eksternistek, to jest musiałyśmy co pół roku zdawać egzamin z wymaganego przez liceum materiału ze wszystkich przedmiotów, a przy końcu roku dostawałyśmy świadectwo ukończenia klasy. Informacje co, ile i z jakich podręczników uczą się normalne uczennice były na naszych głowach i nikt nas nie pilnował ani do nauki nie napędzał. Ambicją naszą było uzyskiwać po każdym egzaminie dobre świadectwa , zdobyte jedynie wysiłkiem własnym. Bracia nasi mieli swoich korepetytorów, i również na prawach eksternistów przerabiali materiał średniej państwowej szkoły realnej.

     Zimę z roku 1907/08 spędziliśmy u dziadków w ich ogromnym mieszkaniu na Technickiej. Dziadzio, Antoni Chamiec, był cały czas ciężko chory na serce, dwóch lekarzy, profesorów uniwersytetu, codzień przychodziło, nasza matka nieomal dzień i noc nie odstępowała go, ale ostatecznie, 6 Marca 1908 r. dziadzio umarł spokojnie, przytomnie, a parę godzin przed śmiercią, zawołał nas do siebie, serdecznie pobłogosławił i powiedział: „Idźcie na spacer na Wysoki zamek, bo dziś ładnie”. Po naszym powrocie już nie żył. O jego życiu wspomniałam obszerniej w moim poprzednim pamiętniku.
    Nasze życie we Lwowie w wynajętym, paropokojowym i arcyskromnie urządzonym mieszkaniu, pod koniec zimy już się nam serdecznie sprzykrzyło. Wzdychaliśmy do Dynowa. Obie z Józią, a ja szczególnie, nie lubiłyśmy tego zimowego pobytu we Lwowie.

   Lato 1908, mokre pod ciągłym strachem wylewu Sanu na nasze pola, przeszło też pod znakiem muzyki Antka. Rodzina Wolfsthalów potrafiła moim Rodzicom wyperswadować, że dla jego kariery muzycznej konieczne są codzienne lekcje gry na skrzypcach. Rodzice nasi  zaprosili ich więc do Dynowa na lipiec i sierpień , to jest profesora, jego żonę, dwie córki,  Emmę i Paulinę  w wieku 14 i 20 lat i dwóch dorosłych synów. Emma była też skrzypaczką, a syn, Bronisław, pianistą, członkiem orkiestry teatralnej we Lwowie.
   Zjechali tą całą rodziną do nas, zajęli trzy pokoje w nowym domu, w kuchni, „urzędowała” obok naszego kucharza, Wojciecha Kłyża, ich służąca, ale cała rodzina była na bezpłatnym utrzymaniu naszych rodziców.
    Antek, 10 letni chłopiec, podczas wakacji grał na skrzypcach po 3 godziny dziennie, a pan Wolfsthal brał za jedna godzinę lekcji 10 koron austriackich.
     Ojciec nasz był tak wielkim miłośnikiem muzyki, szczególnie klasycznej, że znosił to cierpliwie, a nawet był zadowolony gdy wieczorami odbywały się u nas formalne koncerty na skrzypce i fortepian, podczas których grywano najpiękniejsze utwory Bacha, Beethovena, Mendelsohna, Mozarta. Muszę przyznać, że z tych czasów pozostała mi znajomość wielu najlepszych dzieł muzycznych, a że i ja uczyłam się gry ma fortepianie, więc słuchanie tej pięknej muzyki pozostawiło mi mile wspomnienia.
    Pani Wolfsthal krzątała się podczas lata, aby zrobić w Dynowie spiżarniane zapasy na zimę, szczególnie z wiejskiego masła kupowanego u bab, a rachunki za nie płacił często mój ojciec.
     Robiło się wszystko, aby Antek uzyskał maximum muzycznego wykształcenia, a to dobre, potulne dziecko zgadzało się na ten surowy reżim, na tę ciężką pracę jaką jest gra na skrzypcach. Wątpię czy jakikolwiek chłopiec w dzisiejszych czasach zgodziłby się na podobny tryb życia i na nieomal kompletne pozbycie go wakacji.
     Na zimę 1908/09 pojechaliśmy znowu do Lwowa zostawiając nasze najmłodsze siostry, Stefcię i Hanię pod opieką naszej poczciwej i drogiej Tekluńci, o której obszernie wspominałam w moim poprzednim pamiętniku.
     Zamieszkaliśmy u Babci Ludwiki Chamcowej przy ulicy Technickiej, a ona wyjechała do brata do Stepaniec, na Ukrainę, do Kijowskiej guberni. Podczas tej zimy, oprócz nauki przedmiotów szkolnych, muzyki i angielskiego, miałyśmy też trochę rozrywek. Na tej samej ulicy mieszkali państwo Szawłowscy z Przewłoki, którzy dla swoich dzieci, Jasia, Maryli, Tereni i Wandzi urządzili kurs lekcji tańca w prywatnym ich salonie. Chodzili na te lekcje: Ela Gurapich, Górecki (prawnuk Adama Mickiewicza), Stefan Dąbrowski, Matuszewicz, Fiorcia Dzieduszycka i Maryna Bobrzyńska, córka sławnego profesora historii i nowo mianowanego namiestnika Galicji, Michała Bobrzyńskiego.

     Tańców takich jak walca, kotyliona, polki, mazura, kadryla, lansiera, uczył nas starszy pan Żymirski, a przy fortepianie był tzw. „taper”. Taniec wówczas to nie było dowolne podskakiwanie i nieskoordynowane ruchy rękami, nogami i głową, ale była to pewnego rodzaju sztuka, ściśle związana z muzyką, pełna elegancji. Nie wyłączało to temperamentu i wesołości, więc całe nasze lekcyjne towarzystwo chętnie na te lekcje chodziło i bawiliśmy się doskonale.

                                                                                     Dynów, 28 stycznia 1977r.

     Wielka nasza przyjemnością naszych zimowych pobytów we Lwowie była ślizgawka na tzw. „Stawach Pełczyńskich”. Przy mroźnej pogodzie zawsze na ulicach pojawiały się różowe, ukośnie naklejone ogłoszenia „Dziś Muzyka Wojskowa”. Łyżwiarze wiedzieli, że dziś, z nastaniem mroku, Staw Pełczyńskich będzie oświetlony różowymi, acetylenowymi lampami, a na balkonie dużego budynku grać będzie wojskowa muzyka walce, mazury i polki, przy których tak świetnie można się ślizgać, jakby się miało skrzydła przypięte do łyżew.
     Lodowisko na tym stawie było wówczas miejscem spotkania najwytworniejszego towarzystwa Lwowa. Pamiętam córki namiestnika, Andrzeja hr. Potockiego, które były wtedy w żałobie po zamordowanym przez Ukraińca Siczyńskiego,  ojcu, oraz dwóch ich braci. Bywały też na tej ślizgawce córki Andrzejów Lubomirskich z Przeworska: Teresa późniejsza Sapieżyna, Marysieńka, późniejsza Pałubicka, panna Wanda Skrzyńska z Norzca, córki Michałów Baworowskich z Serocka. Jedna z nich była wtedy zaręczona z Gołuchowskim z Janowa, który potem, w czasach niepodległości, był wojewodą lwowskim. Bywali też i trzej, ogromnego wzrostu, Platerowie z Moszkowa i mówiono o nich „że dziś na ślizgawce było trzy kilometry Platerów”.
     Piękną parą koni i lśniącą karetą przyjeżdżała na ślizgawkę Romanowa Potocka, tzw. pani „Betka” z Łańcuta, z dwoma synami, Alfredem i Jerzym. Kobiety z jej służby sprzeczały się, kto będzie pani ordynatowej przypinał łyżwy, bo za tę funkcję dawała złotą dziesięciokoronówkę, co i wówczas przedstawiało dużą wartość.

     Całe to wytworne towarzystwo zjeżdżało się w tym okresie ze swoich majątków do Lwowa, gdzie mieli przeważnie swoje wille, a nawet pałace, np. Potoccy czy Sapiehowie przy ulicy Kopernika, Gołuchowscy przy Mickiewicza, a Lubomirscy w Ossolineum.
     Był to okres karnawału i codzień kioski miejskie były oblepione afiszami donoszącymi o balach publicznych takich jak „Bal Medyków”, „Bal Dublańczykow” i inne. Tzw. „High Live”, czyli arystokracja na tych publicznych balach nie bywała, chyba panie mężatki ,o ile należały do komitetu balu na cel charytatywny.
     Natomiast codzień prawie były wieczory tańcujące, bale i też tzw. ‘fajfy” w domach prywatnych, na których się doskonale bawiono.

     Każda rodzina miała swój dzień przyjęć, tzw. „jour fixe” kiedy to można było przyjść po południu i zastać państwa w domu. Pamietam, że nasza babka Ludwika Chamcowa, miała całymi latami Poniedziałki, na które przychodziło czasami po kilkadziesiąt osób. Przyjęcie składało się z herbaty podawanej w salonie, kanapek i ciastek, bez osobnego nakrywania. Ponieważ kulminacyjną porą takiego spotkania była godzina piąta po południu, po angielsku „five”, wiec te przyjęcia nazwano później „fajfami”.
     Nietaktem towarzyskim było przyjść do kogoś w inny dzień poza dniem przyjęć. Wtedy można było odmówić przyjęcia, bez podania powodu.

     Wspomniałam wyżej o lekcjach tańca u Szawłowskich, w których brałyśmy obie z Józią udział. Po ich zakończeniu, pani namiestnikowa, Michałowa Bobrzyńska zaprosiła całe grono podlotków i studencików tych lekcji na tzw. ”bal d`adolescens”, bal dla niedorosłych, do siebie, do pałacu namiestnikowskiego przy ulicy Czarnieckiego.
     Wielka to była dla nas atrakcja i radość. Zebrało się nas około 12 par dziewczynek i chłopców w wieku od 14 do 17 lat. Tańczyliśmy przy fortepianie i małej orkiestrze, ale za to w dużej, pięknej sali balowej, gdzie co karnawał odbywał się tzw.” bal namiestnikowski”. Była ona ogromna, z lśniącymi parkietami, ozdobiona kolumienkami, z dużymi balkonami dla orkiestry i widzów.
     Bal odbywał się w święto Trzech Króli 1909 r. Kolację podano nam w pięknej, ogromnej sali jadalnej wybitej czerwonym adamaszkiem, podobnym do obicia dużych krzeseł wokół stołu. Po kolacji podano pączki; w jednym z nich miał być migdał, a "szczęśliwiec”, który właśnie na ten migdał trafił, miał być koronowany na „króla migdałowego”. Pamiętam, że ja, siedząc obok Stefka Matuszewicza, chcąc jeszcze drugi raz dobrać pączków, które mi bardzo smakowały, natrafiłam właśnie na ten migdał i zostałam ogłoszona „królową migdałową”, a pani Bobrzyńska wręczyła mi bukiecik białych gwoździków.

     Córka namiestnika, Maryna Bobrzyńska, która się zawsze pojawiała z niedostępna Francuzką, panną Adelą, była bardzo z nami zżyta; naturalna, miła, nie pyszniąca się stanowiskiem ojca, który był w ówczesnej Galicji pierwszą osobą po cesarzu. Ten ojciec, jeden z najsławniejszych historyków polskich, profesor uniwersytetu jagiellońskiego i autor wielu dzieł, był jednocześnie dosyć despotycznym ojcem, mężem i panem domu. Pamiętam, że Maryna była wychowana w dużej dyscyplinie, a nawet pewnym strachu przed ojcem.

     Był Karnawał i Maryna zaprosiła mnie i Józię na balkon sali balowej, abyśmy zobaczyły prawdziwy bal namiestnikowski. Patrzyłyśmy z balkonu na zbierające się w ogromnej sali świetne towarzystwo: panów w wytwornych frakach lub mundurach galowych, panie i panienki w ślicznych, do ziemi spływających tualetach balowych z jedwabii i koronek. Miedzy pannami było kilka naszych krewnych i znajomych jak: Mysia Chamcówna, bratanica babci Ludwiki Chamcowej, która na karnawał przyjechała ze Stepaniec na Ukrainie, Marynia Milewska późniejsza Tyszkiewiczowa, Anielka Kraińska, córka Władysława z Jabłonki i jej brat Antoni. Muzyka wojskowa rozpoczęła bal walcem wiedeńskim,a taniec zaczął Stefan Skrzyński, syn Sewerynów Skrzyńskich z Norzca, sąsiadów Dynowa, z panna Bobrownicką, swoją kuzynką. Po kilkunastu minutach cała sala wirowała pod takt zawsze czarującego walca.

     Ówczesne bale miały swój zupełnie odrębny charakter, obowiązywały pewne przepisy, od których na ogół nie odstępowano. Najważniejszą osobą dla tańczących był tzw. ”aranżer”, młody człowiek, który miał prowadzić, czyli „aranżować” taniec. Każda pani dostawała karnet z porządkiem i programem, wedle którego miały następować tańce po sobie. W tym karnecie panowie, tzw. ”danserzy” wpisywali się na poszczególne tańce i musiano się tego porządku trzymać. Orkiestra też była obznajomiona kiedy i jaki taniec ma grać. Zaczynano walcem wirowym, potem był tzw. „kadryl” z kilkoma figurami i dalej  mazur. Około północy podawano w jadalni gorącą kolację, do której każdy pan prowadził, wpierw przeznaczoną, pannę lub panią. Przed każdym nakryciem na stole była ładnie wykonana karta, często ozdobiona winietą z wypisanym, prawie zawsze po francusku, menu, czyli spisem potraw, które wejdą w skład kolacji oraz win odpowiednich do każdego dania.
     Po kolacji był kotylion, czyli wielki walc z figurami prowadzony przez aranżera również w języku francuskim. Przed pierwszą wojną światową obowiązywał piękny, ale kosztowny zwyczaj, że każdy danser swojej tancerce, podczas kotyliona, ofiarowywał duży bukiet kwiatów żywych, z którym para ta tańczyła. Ilość bukietów, które taka panna wywoziła z balu świadczył o jej powodzeniu. O tym powodzeniu bynajmniej nie decydowała prawdziwa wartość kobiety czy zdolność inteligentnej rozmowy, ale wyłącznie uroda, majątek posagowy i lekki taniec a nade wszystko talent kokietowania mężczyzn, dowcip i wesołość. Dla panien, które tych cech nie posiadały i często podczas tańców siedziały na kanapach pod ścianami, taki bal był przyczyną zmartwienia i rozgoryczenia.

     Wspomniałam wyżej o życiu muzycznym Lwowa w latach 1910-13 i do niego teraz powrócę.
     Rok 1910, gdy miałyśmy 13 i 14 lat, był rokiem 500 rocznicy bitwy pod Grunwaldem obchodzonym bardzo uroczyście. W Krakowie odsłonięto pomnik Jagiełły ufundowany przez Ignacego Paderewskiego. Cały Kraj żył przez długie miesiące wspomnieniami tej uroczystości i uwielbieniem dla Paderewskiego, którego sława jako pianisty objęła cały cywilizowany świat. Do tego dołączył się jubileusz 100-lecia urodzin Chopina i cały Lwów uczcił go wspaniale. W tak zwanym Starym Teatrze im. Skarbka, zamienionym na Filharmonię, odbyło się kilka koncertów wybitnych pianistów, na których grano wyłącznie utwory Szopena. Myśmy, naturalnie, chodzili na te koncerty, a największe wrażenie pozostawił mi koncert Śliwińskiego, który był jednym z najlepszych wykonawców dzieł szopenowskich. Sala była zapełniona  po brzegi. Przed estradą stał tłum młodzieży na tzw. tanich miejscach stojących. Kilka pięter lóż było wypełnionych bielą od białych gorsów frakowych i kolorami damskich tualet,. Widać było brylanty i kapelusze ozdobione strusimi piórami.
    Publiczność oklaskiwała bez końca cudownie wykonane nokturny, polonezy i mazurki naszego nieśmiertelnego kompozytora. Młodzi akademicy pod estradą biciem trzewikami w ścianę i głośnym, wprost rykiem, „bis”, manifestowali swój entuzjazm. Lwów był wówczas najmuzykalniejszym miastem Polski trzech zaborów,  po części może dlatego, że było tam dużo Żydów, bogatych, należących do inteligencji, przeważnie bardzo muzykalnej. Lekarze, adwokaci, bankierzy, kupcy i ich wystrojone, obwieszone brylantami żony, bywali tłumnie na koncertach, płacili za pierwsze miejsca i umieli doskonale ocenić wykonanie utworu muzycznego.
     Przez Lwów w drodze z zachodniej Europy do ówczesnej Rosji carskiej, do Kijowa, Moskwy i innych miast jeździli najlepsi wirtuozowie świata i dawali w nim koncerty, czy - jak się to teraz mówi - recitale. Ja z mamą i Antkiem, podczas zimy 1909/10 i później z 1911/12 i 1913/14,  bywałam na tych koncertach. Słyszałam wtedy skrzypka Kuberlika, Ysayego, Hubermanna, pianistów  m.in. Busoniego, i wielkie symfoniczne orkiestry, monachijską i Wiener Filharmoniker.

    Wielką sensacją Lwowa w październiku 1910 r. był przyjazd Ignacego Paderewskiego na jubileusz szopenowski. Nie przyjechał tu aby grać, ale uczcić Szopena przemową. W dużej sali Teatru Skarbkowskiego zebrała się muzykalna, intelektualna ale i towarzyska elita Lwowa, tak że „szpilki nie było gdzie wetknąć”. Gdy na estradzie ukazała się postać Paderewskiego, z „lwią grzywą” włosów na głowie, cala sala zerwała się z miejsc, orkiestra zagrała powitalna fanfarę, tak zwany „tusz’, ściany teatru zadrgały od okrzyków i wiwatów. Było to zaledwie w trzy miesiące po odsłonięciu w Krakowie pomnika grunwaldzkiego, fundowanego wyłącznie kosztem Paderewskiego. On sam był na szczycie sławy jako najlepszy ówczesny pianista świata, a w Polsce, dodatkowo, jako niemal „bohater narodowy”, patriota, który rozsławił imię Polski, wówczas nie mającej niepodległości i często nieznanej w świecie.
     Paderewski, w długiej mowie, mówił o muzyce polskiej, o jej bogactwie i o jej polskim charakterze w twórczości Szopena. Zszedł z estrady obsypany kwiatami, wśród huraganowych okrzyków.
     Miałam wówczas dopiero 14 lat ,ale ten wieczór pozostawił mi wspomnienie niezatarte i pamiętam go dziś dokładnie po 67–miu latach.

                                                                                        Dynów, 5 lutego 1977r.

      Powracam dziś, po parodniowej przerwie, do mojego pamiętnika wczesnej młodości, bo z lat 1909-21. Nie będę w nim szczegółowo opisywać naszego codziennego życia, bo to może nie będzie nikogo interesować, ale ograniczę się do pewnych epizodów, postaci ludzkich, wydarzeń mających związek z ogółem i oddających atmosferę, tzw. dziś „klimat” tamtejszych czasów.

     Dla Józi i dla mnie - jak już wspomniałam - najmilszymi miesiącami w roku były te, które spędzałyśmy całą Rodziną w Dynowie, a zimy we Lwowie, pomimo interesujących wydarzeń, były zawsze uważane za okres raczej niemiły. Spędzenie całej zimy w Dynowie było wówczas naszym marzeniem.

     Nie pamiętam już dobrze, w którym to było roku, 1906 czy 1907, czyli w okresie trochę wcześniejszym niż się tu zajmuję, w lesie mego Ojca, w Łubnej, oddalonym o 10 km od Dynowa, rozmnożyło się dużo dzików. Mieć tzw. „stare dziki” w swoim lesie, to było marzenie każdego właściciela lasu, gdy był myśliwym. Nasz najbliższy sąsiad, pan Zdzisław Skrzyński z Bachórza, zawsze tego marzenia memu Ojcu zazdrościł.
     W środku zimy, przy dobrej, śnieżnej pogodzie, gdy tropienie dzika na tzw. „białej stopie” jest ułatwione, wytropiono u nas w Łubnej dużego - sądząc z racic - odyńca, starego dzika, samca.
    Ojciec zaproponował p. Skrzyńskiemu, aby zaprosił na polowanie ówczesnego namiestnika dla Galicji, hr. Andrzeja Potockiego z Krzeszowic. Przywiózł on ze sobą kilka psów, tzw. ”dzikarzy”. Pamiętam sforę tych arcysympatycznych, ale brzydkich „kundli”, o których ich dozorca wyrażał się z najwyższym uznaniem.
    Cały dom, służba i okolica była w emocjach czy to polowanie się uda. Potocki był wielką osobistością, a przytem jednym z prawdziwych magnatów  Polski pod względem rodowym i majątkowym. Posiadał ogromne dobra: Krzeszowice pod Krakowem, Burzankę na Ukrainie naddnieprzańskiej, a oprócz tego dzierżawił prawo polowania w olbrzymich lasach wschodnich Karpat w Perehińsku należącym do biskupa grecko-katolickiego we Lwowie. Było to 45 tys. hektarów lasów, przeważnie szpilkowych, najwspanialszych w całym galicyjskim obszarze Karpat. Nawiasem dodam, że bywałam w tych lasach i znam ich nieprawdopodobne piękno i bogactwo. Tam mój mąż, Michal Moysa polował na jelenie podczas rykowiska w latach 1928-32.
    Dziś lasy te należą do Sowietów.

  Ale wracam do polowania w Łubnej, w rewirze, który od imienia mego Ojca, nazywał się” Stefanówka”. Nasz kucharz, Wojciech Kłyż pojechał do lasu ze śniadaniem, które się dawało myśliwym w południe, w przerwie polowania.
    Panowie wrócili o zmroku, uszczęśliwieni, bo Potocki zatrzelił odyńca. Cielsko jego ledwie mieściło się na olbrzymich saniach, tzw. „kopanicach”, a z pyska sterczały mu potężne, zakrzywione kły, tzw. szable. Ich długością zachwycali się wszyscy, a Potocki twierdził, że to najlepszy dzik jakiego zastrzelił podczas swego długiego, myśliwskiego życia. To było też jego ostatni dzik, bo w dwa miesiące później, w kwietniu 1908, został zabity z rewolweru przez ukraińskiego zamachowca, Siczyńskiego, w sali audiencjonalnej pałacu namiestnikowskiego we Lwowie.
     Sekretarzem namiestnictwa był wówczas Stefan Skrzyński z Norzca, syn Sewerynów, sąsiadów i przyjaciół naszych rodziców. On to wpuścił Siczyńskiego na audiencję. Naturalnie nic o jego zamiarach nie wiedział, ale ogromnie to sobie wyrzucał.

     Wracając do tematu łowieckiego dodam, że Ojciec tez wielokrotnie polował w Łubnej w towarzystwie ekonoma z naszego drugiego folwarku, Igioza, panem Radoniem i często przywoził zabitego dzika, lub warchlaka. Było to znakomite mięso.

    W roku 1908/09 mieszkała z nami zimą na Technickiej stryjeczna siostra naszej matki, córka Leona Chamca i jego żony Jadwigi z Gedroyciów, Bronia Chamcówna. Była to miła, inteligentna i malarsko utalentowana osoba w wieku 22 lat. Tej zimy bywał też u nas drugi cioteczny brat matki, Bolcio Chamiec ze Stepaniec, syn brata naszej babci Chamcowej, Antoniego i jego żony, Cesi z Pruszyńskich. Był on studentem wyższej Szkoły Rolniczej w Dublanach pod Lwowem. Szkoła ta stała wysoko pod względem fachowym, a potem została wcielona jako wydział Rolniczy do Politechniki Lwowskiej. Dużą część jej słuchaczy stanowiła młodzież ziemiańska z Ukrainy, Podola czyli tzw. Kresów, która nie chciała studiować na rosyjskich uniwersytetach. Studenci byli znani miastu, bo przyjeżdżali z Dublan tzw. ”furkami” czyli dorożkami konnymi a ich ulubionym miejscem była cukiernia w Hotelu Europejskim przy ulicy Karola Ludwika (późniejszej Legionów). Byli oni bogaci, eleganccy, wydawali masę pieniędzy i nadawali wytworny ton młodzieży rolniczej. W Karnawale jeden z najelegantszych bali publicznych to był „Bal Dublańczykow”.
     Bolcio Chamiec, który był w balowym komitecie zaprosił nas do zwiedzenia sali balowej, która znajdowała się w Kasynie Literacko-Artystycznym przy Akademickiej. Była prześlicznie, wytwornie i niebanalnie udekorowana: na ścianach wisiały pięknie wykonane modele maszyn rolniczych, a w dużym kiosku ukrytym w autentycznej kopie siana miano sprzedawać francuski szampan.
  Tylko  na tym balu publicznym bywały panny z tzw. ”grand mond`u” lwowskiego, naturalnie w towarzystwie mam, cioć i babć, bo inaczej to by było nie do pomyślenia. One to wysiadywały na kanapach pod ścianami całe noce, podczas gdy panny tańczyły. Było to z ich strony prawdziwe poświęcenie dla dobra rodziny, aby panna miała okazje poznania kogoś i pójścia zamąż.

     W tym moim mocno nie chronologicznym opowiadaniu muszę się znowu cofnąć do lata roku 1909. Otóż na wiosnę, u moich Rodziców w Dynowie, zaręczyli się Bronia Chamcówna  z Bolciem Chamcem. Był maj, ogrodnik Gubernat na przyjęcie gości wygracował ślicznie ogród, nawet na tzw. „wale” od strony wschodniej poprzycinał ścieżki, alejki i było tam przemiło, zwłaszcza że to była i „domena” słowików. Śpiewały one tam po całych nocach i dniach i nie można sobie było bez nich Maja wyobrazić.
     Przyjechał tez do nas wtedy Zygmunt Chamiec, starszy brat Bolesława, który zresztą długo i często przesiadywał wcześniej w Dynowie, nasz kochany Muś, cioteczny brat Matki. Jego promienna wesołość a przytem dobroć i znakomite maniery oddziaływały na cały nastrój naszego domu. Z żalem zegnaliśmy go jak i młodą parę, która wyjechała do Siemiechowa, który należał do stryja mojej Matki, Leona Chamca.

    Lato w 1909 było bardzo ruchliwe i wesołe.  Nieomal codzień przyjeżdżali do nas dwaj chłopcy: Kazio i Julek Starzeńscy z Dąbrówki, naszego sąsiedztwa zza Sanu.

Dwór w Dąbrówce Starzeńskiej

 

Ich opiekunem (mieli po 15 i 17 lat) był ksiądz z Francji, Ojciec Georges Delahaye. Był on też nauczycielem Platerów w Moszkowie. Była to dziwna i niecodzienna postac. Ksiadz katolicki, czlowiek bardzo wykształcony, członek zakonu „Białych Ojców” (Les Peres Blancs du Cardinal Lavigere), który spędził parę lat w Ugandzie na misjach wśród murzynów, a potem z nieznanych przyczyn z tego zakonu wystąpił i przyjechał do Polski. Tu był nauczycielem młodych chłopców z arystokratycznych rodzin lwowskich.
     Do nas przychodził ze Starzeńskimi nieomal codzień. Graliśmy wtedy w tenisa na piaskowym korcie wzdłuż alei lipowej koło zajazdu. Na dużym gazonie, przed domem, były miniaturowe mecze koszykówki i siatkówki.Było to prawdziwą rewelacja, bo sport polski był wtedy w powijakach. Nasza matka w jakiś arcyintelingentny sposób przewidziała przyszłość i w naszym wychowaniu stawiała go, na równi z nauką.

     Pod koniec wakacji Rodzice zorganizowali rodzinną pielgrzymkę do Starejwsi, do cudownego obrazu Matki Bożej.
     Wyszliśmy z Rodzicami i Starzeńskimi o 4 tej rano, przez Nozdrzec na wzniesienie pomiedzy Hłudnem a Izdebkami.. Ranek był przepiękny, maszerowało się nam dobrze, tak, że około 8 mej ujrzeliśmy już wieże kościoła w Starej Wsi z drogi pomiedzy Izdebkami a Przesietnicą. Wtedy Ojciec zaintonował pieśń do Matki Bożej i tak śpiewając doszliśmy do pól otaczających klasztor ojców Jezuitów.
   Szliśmy cały czas, zwyczajem pielgrzymów, „ na ścieżki”, czyli omijając gościniec, aby sobie skracać drogę. W Starejwsi Ojcowie przywitali nas bardzo serdecznie.
   Oboje Rodzice byli członkami Sodalicji Mariańskiej panów i pań Ziemi Sanockiej. Była to organizacja poświęcona kultowi Matki Bożej i pracy społecznej wśród ludu. W tamtych czasach tytuł „ Sodalis Marianus” czyli „Dziecko Marii” było pewnego rodzaju odznaczeniem dla katolika. Umieszczano go na pośmiertnych klepsydrach.
    W bazylice w Starejwsi wiszą dwie tablice z nazwiskami Sodalisów - ziemian ziemi Sanockiej zmarłych w latach 1890-1950. Nasze nazwisko jest tam trzykrotnie wymienione:
Jan Trzecieski z Miejsca Piastowego, kuzyn mego dziadka,
Zbigniew Trzecieski z Dynowa, mój dziadek (żył 1839-1906 i leży na cmentarzu, w grobowcu, koło kaplicy)
Stefan Trzecieski, mój ojciec (żył 1864-1953 i leży w tym samym grobowcu).

    Ale wracam do naszej pielgrzymki. Ojcowie, po Mszy św. na naszą intencję przed odsłoniętym obrazem Matki Bożej w głównym ołtarzu, zaprosili nas na obiad do małego, gościnnego refektarza.
   Zaznaczam tu, że w tych czasach obowiązywał post eucharystyczny od północy do przyjęcia Komunii Św. Obiad zatem był powitany przez nas radośnie, zwłaszcza, że przed każdym nakryciem stała karafka czerwonego wina.
     Do Dynowa wracaliśmy już końmi, które szły za nami podczas naszej pielgrzymki. Po zachodzie słońca byliśmy w domu i aby „rozprostować” kości po 25 km marszu, jeszcze zagraliśmy w tenisa ze Starzeńskimi.
   Błogosławiony czas młodości!!

     Nadeszła jesień 1909 roku a z nią znowu wyjazd na całą zimę do Lwowa. Mieszkaliśmy tam przy ulicy Chodkiewicza niedaleko Politechniki i Stawu Pełczyńskiego. Nie było wtedy na nim ślizgawki, bo i zimy prawie nie było.
   Ksiądz Francuz, z Dąbrówki, jesień spedzil u nas w Dynowie. Zjawił się nieomal z lamentem, że go pani Julia Starzeńska wypędziła i nie ma się gdzie podziać. Naturalnie moi Rodzice, w swej poczciwości, przygarnęli go. Dawał jeszcze nam z Józią lekcje literatury starożytnej i francuskiej, z których wiele do dziś zostało mi w pamięci. Mówił piękną, literacką francuszczyzną, co dobrze nam uzupełniało znajomość tego języka.
     Potem we Lwowie zamieszkał w jakimś wynajętym pokoju i dawał odczyty dla towarzystwa mówiącego dobrze po francusku. Jego postac była niezwykła: nosił długą, ognisto rudą brodę.
     W pierwszych dniach Grudnia przybiegł do nas, nieomal wpół przytomny, bo jak mówił, grozi mu aresztowanie przez policję austriacką. Do dziś nie wiemy dlaczego, ale przypuszczano, że całą jego sprawę mógł wyjaśnić list pani Julii Starzeńskiej do mego Ojca. Oddała go ona proboszczowi, ks. Sałustowiczowi. Ten ostatni, po naradzie z babcią Trzecieską, matką Ojca, nie oddali Ojcu tego listu. W następstwie tego, Starzeńscy pogniewali się z nami, nastała ‘burza w szklance wody”, a do dziś nikt nie wie co ten list zawierał.

     Wracając na bardziej ogólny temat, dodaję, że lata1909-1914 były okresem, gdy czuło się wyraźnie polityczne napięcie poprzedzające I wojnę.
     Na terenie Galicji tworzyły się organizacje o wyraźnie wojskowym obliczu jak „Sokół”, czyli towarzystwo gimnastyczne, drużyny strzeleckie, a wśród młodzieży tzw. skauting. Jego zapalonym zwolennikiem był pan Naganowski ze Lwowa, sąsiad moich dziadków, Chamców. Gdy go poznaliśmy był już po 60-tce, całkiem siwy, o szlachetnej, rasowej głowie i wytwornym obejściu. Ponad 20 lat spedzil w Anglii i tam zaprzyjaźnił się z byłym generałem Baden Powellem, założycielem organizacji „skauting”, który rozprzestrzenił się w całym cywilizowanym świecie.
    Pan Naganowski, żonaty z Angielką, dzieci nie mieli. Ich mieszkanie stało się „kuźnią” myśli skautingowej, czyli, jak ją później nazwano, harcerskiej. Odbywały się tam co Niedziela zebrania młodzieżowe młodzieży z wyższych klas gimnazjalnych i akademickiej nazywanej przez gospodarza – sympozjami. My, obie z Józią, często brałyśmy w nich udział. Młodzież wypowiadała się na rozmaite kwestie i tematy, ale wykluczone były: polityka i religia. Czasem wywiązywała się ożywiona dyskusja, która pan Naganowski podsumowywał.
   Jego miła żona częstowała młodzież prawdziwą, angielską tea z doskonałymi ciastkami, a w karnawale tańczyliśmy do wieczora przy fortepianie.
   Pan Naganowski zaznajamiał nas z prawdziwa ideą skautingu, a wiec harcerz wierzy w Boga, żyje wedle Jego przykazań, kocha Ojczyznę i wszystkich ludzi. Stara się co dzień wykonać jakiś dobry uczynek, obronić kogoś, pomóc. Skaut nie pije alkoholu, nie pali, prowadzi do małżeństwa czyste życie. Skaut stara się o jak największą sprawność fizyczną, uprawia sporty i ochrania przyrodę.
    To były główne zasady tej organizacji, z których, niestety niewiele zostało, choć harcerstwo istnieje nadal.
    Pan Naganowski był człowiekiem głęboko wierzącym, i – jak sam opowiadał- został w młodości cudownie uleczony wodą z Lourdes.
    
   Jak już wspominałam, Lwów w latach 1910-13, był ośrodkiem polskiego życia muzycznego. Posiadał dobrą operę w ślicznym budynku przy Wałach Hetmańskich”, miał też nowoczesny, zbudowany w stylu czystej secesji, budynek Towarzystwa Muzycznego, gdzie mieściło się konserwatorium.
   Wśród studentów Politechniki działał piękny „Chór Techników” dający często koncerty.
   Zdaje mi się, że w styczniu 1913 r. z okazji 50-lecia wybuchu powstania Styczniowego (1863), do Lwowa przyjechał Ignacy Paderewski, gdzie dał dwa koncerty fortepianowe. Gdy na ogromnych afiszach pojawiło się jego nazwisko z datą koncertów, Lwów ogarnął istny szał. Zaczęła się wręcz walka o bilety w nowym teatrze, gdzie te koncerty miały się odbyć.
    Przy ul. Akademickiej prowadzącej do gmachu uniwersytetu im. Jana Kazimierza, mieścił się sklep z nutami Zadurowicza, gdzie zwykle kupowano bilety na koncerty. Na pare tygodni przed występem Paderewskiego, przed tym sklepem już stał „ogonek” (wówczas zjawisko nieznane), ludzi czekających na bilety; w sklepie, na ladzie stal maleńki i lekko garbaty pan Zadurowicz i wielkim głosem wolał, że na Paderewskiego nie ma już ani jednego miejsca wolnego!!
   Ja dostałam się na „jaskółkę” dzięki pomocy córki profesora Wolfsthala.

  Gdy Paderewski ukazał się na estradzie, sala zagrzmiała burzą oklasków i wiwatów. Widziałam go dokładnie z góry, czyli głowę pokrytą bujną czupryną, a na klawiaturze fortepianu duże, trochę nerwowe ręce, bo podobno ten wielki artysta o ogromnej sławie miał zawsze tremę przed rozpoczęciem gry.
   Uczyłam się w tym czasie na fortepianie i znałam dużo wybitnych dzieł na ten instrument, więc program mię interesował. Pamiętam grane wtedy utwory Bacha, Beethovena, Szopena...

   Po koncercie estrada tonęła w kwiatach, a sala nie mogła zamilknąć od oklasków i okrzyków „bis” i „bravo”.

   Ileż to lat przeszło już nad moja głową od tego momentu, a ja doskonale ten koncert pamiętam!

   Znowu w tym moim opowiadaniu cofam się o rok, czyli do stycznia 1912 r., gdy to Polska obchodziła stulecie urodzin jednego z Trzech Wieszczów, czyli Zygmunta Krasińskiego. Napisałam „Polska”, ale przecież tylko Galicja mogła takie rocznice narodowe obchodzić, czcić wielkich Mężów naszej historii, można też było mówić i pisać co się komu podobało z narzekaniem na rząd austriacki włącznie, z jednym wyjątkiem: nie wolno było powiedzieć nic złego na cesarza czy jego rodzinę.
     I tak jedynymi miastami polskimi, gdzie wszelkie rocznice, czy święta narodowe obchodzono bez przeszkód, były Kraków i Lwów. We Lwowie po prostu "wrzało" życie polityczne, kulturalne, umysłowe, znacznie intensywniej niż dziś, gdy umysły ludzkie są pochłonięte techniką, a młodzież zafascynowana motoryzacją, sportem i wygodnictwem w życiu codziennym.

     Otóż wracając do rocznicy urodzin Zygmunta Krasińskiego, Uniwersytet Lwowski zorganizował 12 odczytów na temat życia i twórczości tego poety. W dużej sali Towarzystwa Technologicznego zebrała się elita umysłowa Lwowa. Obie z Józia, mamą i babcią Chamcową chodziłyśmy na te odczyty bardzo pilnie. Wygłaszali je najwybitniejsi poloniści i profesorowie lwowskiego uniwersytetu, między innymi Jan Kasprowicz, poeta, ponadto profesor historii Zakrzewski (bardziej przypominający piwowara lub rzeźnika) i inni.

     Lata 1912 i 13 upłynęły nam bardzo pracowicie: przygotowywałyśmy się obie z Józią do matury, którą miałyśmy zdawać w 1914 r. Nauki miałyśmy bardzo dużo, a maturę miałyśmy zdawać jako eksternistki, czyli ze wszystkich przedmiotów.

 

Zabudowania folwarczne: spichlerz, kuźnia i stajnia krowie - lato 1912 - pod drzewami Józia i Kinia na wakacjach

 

     Antek grywał coraz trudniejsze utwory muzyczne i godzinami ćwiczył palcówki, aby nabrać jak najlepszej techniki. Oprócz tego przerabiał materiał szkoły realnej, podobnie jak i Kuba i co pół roku musieli zdawać egzaminy.
    Czekaliśmy we Lwowie na pierwsze podmuchy wiosny i powrót do Dynowa, gdzie jednak było najlepiej.
   Ojciec w tych latach 1910-13 sprzedał posagowy folwark mamy, Igioza i Kosztowa, a za te pieniądze zbudował młyn parowy przy gościńcu przed cmentarzem oracz cegielnię wyrabiającą cegły, dachówki i rurki drenowe. Zakłady te miały swoją nazwę „Leonia”, imię mamy.
     Młyn zaczął od początku doskonale prosperować; poruszała go 100 konna lokomobila, sprowadzona aż z Manheim z Niemiec. Maszyny młyńskie wyrabiały śliczną mąkę a klientela zaczęła napływać z całej okolicy, od Brzozowa, aż po Pruchnik pod Jarosławiem.
     Tata, po całych dniach, przebywał w młynie i wtedy wszystko dobrze szło. Niestety jego dobroć, łatwowierność i życzliwość dla ludzi zaczęli wykorzystywać ci, co u niego pracowali: gdy Ojca nie było, źle traktowali klientów, dawali im gorsza mąkę, a do tego Maria Borkowska, wnuczka Skrzyńskich z Bachórza, postawiła w Harcie konkurencyjny młyn. Wtedy nasz zaczął podupadać, i wreszcie w 1938 ojciec sprzedał jego połowę, a resztę rząd Polski Ludowej upaństwowił w 1950 r., bez odszkodowania.
     Dziś, ten dawniej ultranowoczesny młyn, przemiela tylko osypkę dla bydła i świń.

     Lato 1913 było najbardziej mokrym latem w stuleciu i deszcz popsuł nam je gruntownie. Od Czerwca do początku września, San wylał 4 razy zalewając całą dolinę od toru kolejowego aż pod górę Winnicę. Pamiętam jak długie rzędy półkopków zboża, w dniu 15 Sierpnia,płynęły niesione falą sanową w kierunku Bachórza i dalej.
     Dziś, na szczęście, budowa zapory, w Myczkowcach i Solinie, ujarzmiła ten San piękny, ale groźny. Wielokrotnie niszczył on nam  zbiory rosnące wzdłuż jego koryta, a pola te były nadzwyczaj urodzajne, tzw. „mady’ sanowe.
     Ci, co nie widzieli wylewów Sanu, nie mogą sobie nawet wyobrazić ich grozy.
 
     Zdawało się nam wszystkim,że rok 1913 to rok klęski i radośnie go żegnaliśmy na Sylwestra o północy.
     Zimę tę spędziliśmy w Dyniowe, bo na kosztowny pobyt we Lwowie, Ojciec nie miał pieniędzy.. Pierwsza połowa roku zeszła nam obu z Józią na forsownej nauce, bo 2 czerwca miałyśmy zdawać maturę w Liceum Żeńskim im. Królowej Jadwigi we Lwowie. Jako eksternistki, musiałyśmy zdawać egzamin z sześciu klas i wszystkich przedmiotów i w dodatku przerobić dokładnie niemal wszystkie dzieła literatury polskiej od Kadłubka po Wyspiańskiego.
     Uczyłyśmy się przeważnie same i pytałyśmy się wzajemnie. Używałyśmy też i innych niż szkolne podręczniki, które nam tę samodzielność umożliwiały. Nikt nas w tej nauce nie kontrolował.
     Matura ustna nastąpiła w parę dni po pisemnej, która trwała trzy dni, a mianowicie było wypracowanie z jęz. polskiego, francuskiego i niemieckiego. Pamiętam tematy. Z j. polskiego; „ Uzasadnić twierdzenie Adama Mickiewicza, że cała literatura polska powstała ze słowa „Ojczyzna””. Z J. francuskiego: „Bretania; Kraj i ludzie”. Z j. niemieckiego:’ Para i elektryczność w początkach XX wieku”.
    Dziś po 63 latach mogę sumiennie stwierdzić, że napisałyśmy te wypracowania samodzielnie i uczciwie. Zajęły nam one trzy ranki, od 8 mej do południa. Zdawało z nami kilkanaście dziewcząt, z tego kilka Żydówek, które były najsilniejsze w j. niemieckim.
     Dla nas francuski i niemiecki nie przedstawiał żadnych trudności, bo mówiłyśmy płynnie oboma językami.
   Matura ustna trwała dwa dni przed komisją z Kuratorium i skończyła się dla nas bardzo pomyślnie, tak, że wróciłyśmy do Dynowa z doskonałymi świadectwami i mogłyśmy rozpocząć dobrze zasłużony odpoczynek.
    Nikt nam nie dał kosztownych prezentów, ani wyjazdów zagranicznych, a czas dzieliłyśmy między grę w tenisa, jazdę konną w pola (zwłaszcza ja) z furmanem Marcinem Siekańcem; chodziłyśmy też na dalekie spacery. To nam musiało wystarczać.
    Nasi bracia, Antek i Kuba, również po szczęśliwym zdaniu egzaminów do klas wyższych, też 20 czerwca zaczęli wakacje.
   W nagrodę za naszą naukę,pojechaliśmy z mamą na tygodniowa wycieczkę do Rymanowa (końmi), a potem do Krynicy (koleją) i tam byliśmy 2 dni.

     Pamiętam doskonale dzień 29 czerwca, dzień, w którym, moim zdaniem, skończyła się historia kilku ostatnich wieków (chyba od 1590 r.) i zaczęła się inna epoka historyczna.
    Siedzieliśmy we czwórkę, z mamą, przy stoliku w restauracji czekając na zamówioną kolację. Sala była pełna eleganckiej publiczności, w tym wielu oficerów w austriackich mundurach. Kelner zbliżył się do naszego stolika ze słowami:” W tej chwili nadeszła telegraficzna wiadomość, że w Sarajewie, w Serbii, został zastrzelony w samochodzie, strzałami z rewolweru, następca tonu austriackiego Ferdinand Franz i jego żona, Zofia Chotek. Zamachowiec został złapany. Jest to Serb, nazywa się Princip.”
     Po chwili już cała sala była poinformowana, a nasza mama rzekła z całą stanowczością:” Z tego będzie wojna europejska”.
     Sprawdziły się te słowa, bo strzały w Sarajewie były pierwszymi strzałami wojennymi i od tego czasu, przez 63 lata ani jeden dzień nie minął bez strzałów w jakimś kraju, pomimo niekończących się rozejmów i traktatów.

     Z Krynicy pojechaliśmy do Popradu na Węgrzech. Po zrobieniu części tej trasy piechotą z Podolinca przez Lubamkę (dawny zamek Lubomirskich znany z opisu w Potopie, Sienkiewicza).
    W Tatrach węgierskich (dziś czeskich) zrobiliśmy wycieczkę do jeziora Popradzkiego, Szczyrbskiego, do Szmeksu, a potem góralską dorożką konną nieomal 70 km do Zakopanego.
     Po ślicznym Szmeksie (dziś Smokowiec) pełnym luksusowych hoteli i willi otoczonych ogrodami, obramowanych klombami dywanowymi, mieniącymi się kwiatami jak prawdziwe perskie dywany, Zakopane nie bardzo się nam podobało. Góry, naturalnie, zawsze piękne, ale niższe i mniej urozmaicone jak Tatry węgierskie. Samo miasto było mieszaniną domów w stylu góralskim i tych małomiasteczkowych. Jedynie górale w swoich strojach narodowych nadawali miastu oryginalne piękno. Samochodów, tej plagi dzisiejszego Zakopanego, ani zagranicznych turystów, wówczas nie było. Dalekie wycieczki robiło się furkami, czy dorożkami góralskimi.
     Pojechaliśmy wiec taką dorożką do Morskiego Oka, klejnotu naszych Tatr, które tyle już razy opisywane, że nie będę się powtarzać.
    Po trzech dniach w Zakopanem pojechaliśmy do Krakowa i to był najpiękniejszy etap naszej podróży.
     Ja, do 18 roku życia, Krakowa nie znałam. Byłam w nim tylko raz jako 6 letnie dziecko, na weselu siostry Ojca, cioci Maryni Ulenieckiej w 1902 roku.
     Zwiedzenie Wawelu, krypty św. Leonarda, grobów królewskich to było dla naszych patriotycznie nastawionych serc i umysłów, głębokim przeżyciem.

     Wróciliśmy do domu po przeszło 10 dniowej nieobecności i zaczęły się „wakacje”, jak zawsze, wypełnione tymi samymi zajęciami.
     Rodzina Wolfsthalów zjechała in gremio i biedny nasz Antek znowu godzinami grywał ze starym profesorem na skrzypcach.
     W dziennikach, w nastrojach ludności czuć się już zdawał niepokój i obawy wojenne. Plotki podawane z ust do ust zatruwały życie.
     Aż wreszcie nadszedł ów straszny dzień 1 sierpnia 1914 roku, wybuch pierwszej wojny światowej! Ojciec, wróciwszy z poczty, gdzie się z gazet o tym dowiedział, powiedział nam: ”wojna austriacko-serbska wypowiedziana, potem pójdą dalsze, wy panny, przygotujcie się na to że żadna za mąż nie pójdzie, bo wszystkich młodych mężczyzn wybiją na wojnie”.
     Powiało grozą. Nazajutrz ogłoszono powszechną mobilizację wszystkich mężczyzn, którzy służyli w wojsku od 24 do 40 roku życia. Była to niedziela i w kościele odbyła się uroczysta Msza św. na intencję powołanych do wojska.
    Kościół był pełen, przeważnie kobiet, których płacz pamiętam do dziś; nad całym tym tłumem wisiała groza, smutek, wołanie do Pana Boga o litość!!
     Ludzi opanowała też żądza sensacji, opowiadano sobie nowiny coraz to gorsze, gnębiono przypuszczeniami; nie było radia, gazety kłamaly, aby ludzi niby to uspokoić, tak, że nikt prawdy nie znal.
     W pierwszych dniach Sierpnia zaczął wchodzić w życie tzw. paragraf 14- ty Konstytucji Austriackiej, który de facto tę Konstytucję zawieszał na czas nieograniczony. Zaczęła działać cenzura listów prywatnych i prasy. Wydawało się to nam wszystkim wprost nie do pojęcia: od 60 lat państwo Austriacko - Węgierskie nigdy nie naruszało swej konstytucji.
     W każdym obcym człowieku widziano szpiega rosyjskiego.
Tworzące się Legiony w Krakowie przyjęto w tutejszym społeczeństwie z mieszanymi uczuciami: młodzież inteligencka rwała się do walki z Rosją przeczuwając w tej wojnie powstanie niepodległej Polski, ale starsi byli do tego nastawieni mniej entuzjastycznie. Zawiązały się jednak Koła młodzieży, które wzięły sobie za zadanie zbiórkę bielizny dla potrzeb Legionów, a też zaczęły zbierać cenne przedmioty i biżuterię.
     Pamietam, że uniesiona patriotycznym zapałem, dałam na te Legiony piękny pasek z klamerek srebrnych, roboty gruzińskiej i parę kolczyków z perłami i turkusami. Gdy w parę dni tygodni potem Legiony zostały wcielone do armii austriackiej, te wszystkie ofiarowane kosztowności poszły na sprzedaż licytacyjną.!!!
    
Tymczasem z frontu walk, poza granicą austriacko-rosyjską w lubelskim, donoszono o rzekomej ofensywie armii Dankla i łatwowierni ludzie bardzo się cieszyli, bo wszyscy panicznie bali się inwazji rosyjskiej. Nie mówiono jednak Rosjanie, ale „Moskale”.

     W początkach Września usłyszeliśmy daleki, głuchy huk armat z północnego – wschodu. Żydzi, ten wiecznie ruchliwy element, którzy mieli jeszcze najlepsze, prywatne wiadomości, zaczęli powtarzać, że armia austriacka cofa się, a nawała moskiewska, pod wodzą księcia Mikołaja Mikołajewicza, zbliża się do nas.

    Pamiętam, że 11 września nagle zajechały pierwsze samochody wiozące austriackich oficerów i jakieś tajemnicze urządzenia i maszynerie. Po paru godzinach ustawili na polu, koło dużej stodoły (tam gdzie dziś stoi budynek liceum) ogromny namiot, a w nim stację odbiorczą  „Telegraf bez drutu”, na którym odbierali tzw. „depesze iskrowe” z pola walki.
    Można sobie wyobrazić jak byliśmy tym zaciekawieni, ale na nasze zapytania co się tam dzieje, jeden z tych panów tajemniczo odpowiedział: ”Die Geschie geht flatt”, czyli ”historia raźnie idzie”.
     Nazajutrz runęła na nasze obejście nawała wozów wojskowych ciągnionych przez olbrzymie konie tzw. ”perszerony”. Wozy te były pełne amunicji, ciężkich tzw. szrapneli do armat i skrzyń wypełnionych mniejszymi pociskami. Huk armat stawał się coraz wyraźniejszy, a wieczorami w północno-wschodniej stronie niebo święciło się łunami palących się wsi na linii frontu.
     Czuło się tę wojnę w powietrzu, a tymczasem na dworze była cudowna pogoda, słońce złociło sady oblepione owocami. Był to bardzo urodzajny rok, nasze stodoły pełne zboża, w sadzie drzewa, sadzone w latach 1896-1900,wyjatkowo pięknie obrodziły. Matka bardzo się nimi cieszyła; ogród i sad to były jej ulubione miejsca.
     Tymczasem Ojciec zdecydował stanowczo, że z Dynowa musimy wyjechać przed nadejściem wojsk moskiewskich. Bał się tej wojny dla nas i dla siebie, czemu się nie można dziwić. Było nas w domu, w rodzinie 9 osób, Rodzice, my dwie z Józią 17 i 18 letnie panny, Antek i Kuba, 16 i 14 letni, matka Ojca, babcia Ignacja Trzecieska, 74 letnia, oraz najmłodsze siostrzyczki, Stefcia i Hania, 10 i 8 letnie. Musiał z nami też jechać student politechniki lwowskiej, uciekinier z Sybiru, który uczył moich braci, a mogło mu grozić aresztowanie przez władze wojskowe. Naszej dobrej, starej Teklunci też nie mogliśmy zostawić samej, bez opieki w Dyniowe. Babcia Trzecieska całe życie musiała mieć przy sobie osobną pokojówkę, która też musiała z nami jechać.

     Pamiętam dobrze ten późny wieczór wrześniowy. Cały nasz folwark był pełen wozów wojskowych, światła mało, bo tylko latarnie naftowe, na polu przed folwarkiem gwar, ścisk wozów, żołnierzy, koni, na niebie łuna od wschodu i daleki huk armat.
     Pociągi dla cywilnych nie chodziły, aut nie było wogóle, a jedynym środkiem lokomocji był wóz z parą koni.
     Z ciężkim więc sercem opuściliśmy ten nasz dom rodzinny, w którym całe pokolenia urodziły się i wzrosły, a także umierały, ale strach przed wojną był mocniejszy.
     Nasza tułacza droga prowadziła przez Miejsce Piastowe, które należało do Janów Trzecieskich, ale dwór był opuszczony, dalej przez Gorlice, Grybów do Krynicy. Na gościńcach było pełno śladów cofającej się armii austriackiej, trupy końskie, połamane wozy, a czasami mijały nas samochody wojskowe, którym musieliśmy ustępować drogi.
    Stale  nie mieliśmy pewności dokąd się udać, gdzie będzie można coś ciepłego zjeść, gdzie zanocujemy. Parę nocy przenocowaliśmy na wozach, a sprawą najprzykrzejszą była niemożność umycia się.
    W Krynicy gwar był nie do opisania, bo tu schroniły się wszystkie państwowe władze z Galicji, a wiec Namiestnictwo Lwowskie, władze samorządowe, mnóstwo urzędników i uciekinierów prywatnych z wozami, tobołami i płaczącymi dziećmi.
    Nie było żadnych pewnych wiadomości, a ludzie nieomal prześcigali się wzajemnie w podawaniu coraz to straszniejszych. Jest to zresztą cechą charakterystyczną czasów wojennych, a przecierpieliśmy i wojnę II. Wtedy było podobnie.
     W Krynicy zatrzymaliśmy się całym naszym „taborem” tylko parę dni, bo front wojenny szybko się ku nam zbliżał, a uciekinierów przybywało.
     Ostatecznie wyruszyliśmy stamtąd przez Muszynę, Podoliniec na Spisz węgierski i po dwóch dniach stanęliśmy w małym miasteczku słowacko - węgierskim Poprad –Felka, nad Popradem, niemal u stop Tatr węgierskich, z najwyższym szczytem „Łomnicą”.


                                                                                    Dynów, 29.XI.1977 r.

     Powracam do tego mego pamiętnika po dłuższej przerwie, bo ciągle różne prace i sprawy przeszkadzały mi w pisaniu.
     Od naszego pobytu w Poprad-Felka dzieli nas 63 lata, ale ja jednak pamiętam ten okres jakby to było parę dni temu.
     Zamieszkaliśmy razem całą naszą 12 osobową „bandą”, którą trzeba było wyżywić, a z pieniędzmi było krucho. Ojciec miał przy sobie trochę gotówki za sprzedaż koni dla wojska i kwity od armii austriackiej za zabrane przed naszym wyjazdem z Dynowa bydło dla wojska. Ale na szczęście żywność na Węgrzech była za bezcen i to w ogromnych ilościach. Za niewielkie mieszczańskie mieszkanie też niewiele się płaciło.
    Każdy z nas miał swoje prace: bracia uczyli się z korepetytorem. Józia i ja dawałyśmy lekcje Stefci i Hani i pomagałyśmy Jadwidze, pokojowej Babci, Tekluńcia z mamą robiły sprawunki i tylko Ojciec nie miał swojego przydziału pracy.
    Nasze życie truły dosłownie  fatalne wieści z frontu wojennego. Nie było wtedy radia, codziennej pras, byliśmy odcięci od Galicji, która w Październiku była już nieomal po Kraków zalana falą moskiewskiej armii.
     Mama, nienawidząca Rosji i przez całe życie skłonna do pesymizmu, zagryzała się tym, że Moskale zajmą Kraków, który był wówczas twierdzą, zniszczą Wawel, prochy naszych królów sprofanują. Ojciec jakoś mniej się tym przejmował, chodził na rozmowy do miejscowego proboszcza, do Kościoła, który był kilkanaście kroków od nas odległy.

  Spisz, w którym leżało miasteczko Poprad-Felka, to piękny kraj przecięty korytem Popradu. W odległości około 15 km wznosił się, z zupełnej równiny, łańcuch Tatr pokryty śniegiem. Wydawał się znacznie wyższy niż Tatry polskie, może dlatego, że się wznosił z Kotliny Spiskiej bez podgórza.
     Ludność Popradu to byli Słowacy - chłopi, Węgrzy i trochę Niemców. W kościele nabożeństwo różańcowe odbywało się co dzień w jednym z trzech języków: po Słowacku, węgiersku i niemiecku.
     W miejscowości Poprad-Felka spędziliśmy dwa miesiące we względnym spokoju, choć gnębiło nas odcięcie od Dynowa, niepewność jutra a szczególnie coraz to gorsze wieści z frontu w Galicji. Armia rosyjska parła całą siłą na zachód w kierunku do Krakowa. Przemyśl był od połowy Września oblężony, a Kraków, który był twierdzą, zagrożony oblężeniem.
     Z końcem października 1914 r. nakazano wszystkim wojennym uchodźcom z Galicji opuścić północne powiaty ówczesnych Węgier, a zatem i my musieliśmy iść dalej naszym tułaczym szlakiem.
    Cała nasza rodzina, t.j. babka Ignacja Trzecieska, rodzice, nas sześcioro dzieci, z których ja byłam najstarsza, a miałam 18 lat, Tekla Frey, Jadwiga, pokojówka babki i Stanisław Buras, korepetytor naszych braci pochodzący spod zaboru rosyjskiego, udaliśmy się do Wiednia. Wynajęli moi Rodzice bardzo łatwo mieszkanie 4 pokojowe, bo wówczas dużo rodzin wojskowych powołanych do wojska przenosiło się do mieszkań swoich np. rodziców i Wiedeń był pełen pustych mieszkań.
    
     Wojna trwała na froncie galicyjskim już parę miesięcy, armia austriacka się cofała aż pod Kraków, ale w Wiedniu jeszcze mało się ją odczuwało.
     Miasto było pełne uchodźców Polaków z Galicji, na każdym kroku w centrum miasta tzw. „Winner Stadt” ciągle słyszało się język polski.
Z aprowizacją też nie było jeszcze kłopotów i sklepy wszelkiego rodzaju były doskonale zaopatrzone.
     Z frontu walki z Rosją carską, czyli jak się wówczas ogólnie po polsku mówiło: „z Moskalami”, dochodziły groźne wieści. Jednak Kraków – twierdza, nie został zdobyty, a decyzją wojsk carskich ofensywa zmieniła się w tzw. wojnę pozycyjną toczącą się w rowach strzeleckich, którymi wówczas nasza biedna Polska była poryta na przestrzeni setek kilometrów.
     W Wiedniu,pomiędzy uchodźcami z Galicji, było dużo państwowych urzędników, pozbawionych swoich pensji, pracy, wśród których zaczynała się bieda. Utworzyły się wówczas Komitety, które przynosiły pomoc tym uchodźcom.


                                                                                          Dynów 5.II.1980

     Ostatni raz pisałam te moje wspomnienia jeszcze w 1977roku, ale dziś po tak długiej przerwie, postanowiłam pisać je dalej, choć nie wiem czy gwałtownie słabnące moje siły fizyczne pozwolą mi na to.
     Dziś przeczytałam  w Tygodniku Powszechnym z 3.II.1980 nr 5 artykuł Jerzego Zielińskiego pod tytułem „Historia Domowa”. W artykule tym autor opiera się na wypowiedzi prof. Stanisława Zakrzewskiego, historyka z początków XX wieku, i radzi, aby jak najwięcej rodzin polskich, bez różnicy poziomu intelektualnego i pochodzenia, starało się pisać kronikę swej rodziny, nawet, jak to się mówi ”do szuflady”, bez pretensji literackich ani nadziei, aby je kiedyś szerokie koła czytelników czytały.
     Niech piszą dla dzieci, wnuków i prawnuków. Wszak historia państwa, narodu, społeczeństwa to też historia poszczególnych rodzin, ludzi.
    Należę do pokolenia Polaków, których losem było żyć w najburzliwszym chyba stuleciu ostatnich kilku tysiącleci. Dobrze moja Siostra, Józia Paygertowa, mówi, że my od dzieciństwa aż do późnej starości (powyżej 80 lat) żyjemy stale albo” przed wojną”, albo ”podczas wojny”, albo” po wojnie”.

     Wracam więc do wspomnień z czasów I wojny światowej, do roku 1915, którego pierwszą połowę nasza Rodzina spędziła we Wiedniu, dokąd wyjechaliśmy przed inwazją armii rosyjskiej (carskiej) jeszcze we Wrześniu 1914 r., co powyżej opisałam.
     Z najżywszym niepokojem i zainteresowaniem śledziliśmy komunikaty naczelnego dowództwa armii austriackiej, gdyż nasz los był zależny od tego czy Rosja zostanie w Galicji, czy też się cofnie.
     Szła wiosna; we Wiedniu zaczynało się już mocno odczuwać braki żywności, bo tzw. „Państwa Centralne” t.j. Austria i Niemcy były odcięte od świata przez blokadę państw tzw. Ententy.
    W pierwszych dniach Maja rozpoczęła się wielka ofensywa wojsk niemieckich i austriackich na armię carską w okolicach Gorlic i po paru tygodniach już cała zachodnia i środkowa Galicja była wolna od okupacji rosyjskiej.
     Mieszkaliśmy wówczas w Wiedniu w dzielnicy podmiejskiej Grinzing; pamiętam radość i jak usłyszałam wołanie chłopa sprzedającego gazety; ’’Dynów aus unserem Besitz”, czyli: „Dynów w naszym posiadaniu”, a było to 11 maja 1915 roku.

     Moja siostra Józia i ja w tym czasie zdałyśmy przed Komisja Ministerstwa Oświaty egzamin państwowy z języka francuskiego i niemieckiego. Bardzo mi się przydało swiadectwo zdania tego egzaminu w 30 lat później, podczas II wojny swiatowej  r., gdy dostałam pracę jako nauczycielka języka fancuskiego w gimnazjum, które powstało w Dynowie w październiku 1944 r.
    Od dnia rozpoczęcia wielkiej niemiecko-austriackiej ofensywy na froncie galicyjskim w maju 1915 roku, życie naszej dynowskiej rodziny w Wiedniu zmieniło się zupełnie. Z dnia na dzień czekaliśmy na możliwość powrotu do Dynowa, bo armia carska się cofała, tak, że już z końcem Czerwca Lwów był wolny od Moskali.
     W Lipcu nadeszły pierwsze wiadomości przez pocztę, że w Dynowie nie było działań wojennych, nasze domy, stary i nowy, stoją niespalone, podobnie jak i cały folwark. Mój Ojciec i brat Kuba wybrali się zaraz do Dynowa, aby zbadać sytuację na miejscu i przygotować dla nas dom, zebrać jakieś meble, graty, umożliwić mieszkanie po prawie całorocznym opuszczeniu.
     W pierwszych dniach sierpnia 1915 r. wsiedliśmy do pociągu w kierunku Krakowa. Warunki jazdy były właściwie ciężkie, brak miejsc siedzących, nieplanowość rozkładu jazdy, niepewność jak długo będziemy musieli jechać do Rzeszowa, gdzie mieliśmy wysiąść, ale to wszystko było niczym wobec radości, że wracamy do domu, pod swój dach, że Moskale pobici, cofają się, że przestaniemy być uciekinierami wojennymi bez podstawy życia, utrzymania, obcy i niechętnie przez ludność Wiednia widziani.
     Po meczącej jeździe przez niemal dwie doby, podczas której my, młodzi leżeliśmy w nocy na korytarzu, na ziemi, gdyż miejsca siedzące były dla babci Ignacji i dla Mamy, stanęliśmy w Rzeszowie. Tam czekały na nas wozy wymoszczone sianem, ciągnione przez konie, które Ojciec kupił podczas swego pobytu w Dyniowe, po powrocie.
    Kraj miedzy Rzeszowem a Dynowem nie był zniszczony, pola pokryte zbożami, ale po wsiach panowały epidemie cholery, tyfusu i ospy. Niektóre domy były zamknięte, a na drzwiach ostrzeżenie ”cholera”. To była spuścizna po pobycie armii carskiej w tych okolicach od września 1914 do maja 1915.
     Jechało się tymi wozami do Dynowa parę godzin, ale serca nasze biły radośnie na widok znajomych okolic, pól, dźwięk polskiego jezyka.
    
     Nasz dwór, domy, budynki folwarczne, ogród zastaliśmy może w lepszym stanie niżeśmy się spodziewali, ale jednak doszczętnie obrabowane. Znikły meble z dwóch domów, naczynia, pościel, wszystko, co dało się zabrać.

Dwa dwory w Dynowie w 1916 zniszczone wojną. W drzwiach nowego dworu stoi rodzina

 

     Stary dom ja witałam ze łzami radości, choć był przez parę miesięcy zamieniony na......stajnie dla koni Kozackich, przesiąknięty zapachem stajennym, a parkiety podziurawione podkowami.
     Z wielką radością witaliśmy nasz dynowski Kościół, Bogu dzięki nietknięty przez wojnę, a też nasz ogród, gdzie stare, drogie nam drzewa, pamiętające nasze dzieciństwo, ocalały.
   
     Rozpoczął się  okres naszego życia w atmosferze wojny światowej mający trwać do jesieni 1920 roku. Życie było monotonne, bez prawdziwych, autentycznych wiadomości, w ciągłym napięciu jaka jest sytuacja na froncie rosyjskim odległym od nas o niespełna 200 km, ale właściwie nikt nie przypuszczał, aby miała się powtórzyć inwazja rosyjska.

Kinia, Józia, Stefcia i Hania Trzecieskie z Teklą Frey i chłopcem sierotą wojennym 1916r.

     Naszą największą troską w tym czasie była możliwość służby wojskowej naszego brata Antka, bo jego rocznik 1898, już w 1916 był poborowy. Ratowało się go, rozmaitymi sposobami przez nieomal 3 lata.
     Młyn nasz położony niedaleko cmentarza w Dynowie, zbudowany i kompletnie zmodernizowany przez naszego Ojca w 1911 r. też ocalał i znajdował się w pełnym ruchu. Został zajęty przez rządowe władze na młyn dla ludności i wojska. Ojciec oddał go w administrację Antkowi, który został uznany jako kierownik przedsiębiorstwa przez władze wojskowe i jako taki wolny od służby wojskowej, które to zwolnienie trzeba było co parę miesięcy odnawiać.
     Kosztowało to dużo: łapówek i prezentów dla rozmaitych „dygnitarzy”, od których te zwolnienia zależały.
     Sytuacja żywnościowa była w miastach coraz cięższa, a ci dygnitarze w powiecie i we Wiedniu mieli dobre apetyty, tak więc nasz domowy stelmach sfabrykował okutą paczkę z zasuwanym wiekiem zamkniętym na kłódkę, z dwoma adresami: mojej Matki w Dynowie i pana Bondi-beja, jakiegoś Turka, który miał „plecy” w Ministerstwie wojny i mógł to zwolnienie załatwić. Co dwa tygodnie ładowało się u nas te paczkę masłem, cukrem, wędlinami, bitym drobiem i wysyłało „express” do Wiednia, a po pewnym czasie ta paczka wracała do Dynowa, naturalnie pusta.
     Do dziś nie wiemy czy ten „Bondi–bej” był naprawdę takim wszechmocnym ratunkiem i czy nie oszukiwano  nas w ten sposób, ale ostatecznie Antek do końca wojny austriackiej, czyli do ogłoszenia niepodległości Polski w 1918 r. munduru austriackiego nie nosił, a biedna Mama, która mogła, jak to mówią, Antka w swoich łzach trwogi o niego,  wykąpać, odetchnęła z ulgą.


Antek i Kuba Trzeciescy 1916 r.


     Życie moich sióstr, czyli Józi, Stefci i moje przez tych parę lat wypełniała w lecie praca w ogrodzie, gdzie ogrodnika nie było, tylko parę dziewcząt ze wsi do pomocy, z których jedna, Władzia Gołkiewicz, jeszcze żyje. Praca była ciężka, bo trzeba było cały ogród warzywny łopatami i motykami uprawiać, beczką wodę z rzeczki pod ogrodem płynącej, wozić, ale robiłyśmy to chętnie i gdy troska o Antka bladła przez zwolnienie od wojska na parę miesięcy, to niczego nam do „szczęścia” nie brakowało.
     Zwykłe troski młodych dziewcząt jak powodzenie u mężczyzn, miłość, małżeństwo były na drugim m miejscu, a wojna, losy Polski, sytuacja ogólna, na pierwszym. O rozrywkach, zabawie, tualetach, nawet się nie marzyło.
     Sytuacja gospodarcza i finansowa naszej rodziny była w tym okresie, pomimo wojny, właściwie lepsza - choć to brzmi paradoksalnie- niż przed wojną czyli w latach 1911-14. Gospodarstwo było uruchomione, pola obsiane, do pomocy ręcznej rząd dał nam oddział jeńców rosyjskich i później włoskich, a sprzedać można było każdą ilość i jakość tego co ziemia dawała.

 

Kinia z Józią w ogrodzie dynowskim 1916 r.

 

     Stałym „akompaniamentem” naszych prac był daleki, przytłumiony huk armat z frontu rosyjskiego, czasem silniejszy, czasem słabszy, ale wyraźny. Do tego zdołaliśmy się „przyzwyczaić”, bo człowiek jest stosownie do przysłowia niemieckiego: ”zwierzęciem przyzwyczajenia”.
     Gdy zaczął się rok 1918 zaczęło się z każdym miesiącem odczuwać atmosferę „rozkładu” kraju pod panowaniem monarchii austro-węgierskiej. Po miastach panował prawdziwy głód, a też brak najpotrzebniejszych artykułów. Żołnierze przyjeżdżający z frontu na urlop niewiele sobie robili z terminem powrotu do wojska, wielu z nich zostawało w domu w charakterze dezertera, co nikogo, a szczególnie ich samych nie przestraszało.
    Dla nas radością był fakt, że w armii rosyjskiej działo się gorzej, bo tam już szalała prawdziwa rewolucja bolszewicka i o powrocie Rosji w nasze strony nie było mowy.
     Gdy zaczęłam już na ten temat pisać, muszę się cofnąć do marca 1917 r. Pamiętam, że Ojciec mój, wróciwszy rano z miasteczka, zawołał Mamę i wesołym głosem zawołał: ” No, Leoniu, ciesz się, w Rosji car abdykował, carat runął jak domek z kart. Na jego miejscu powstał rząd demokratyczny”.

 

Antek Trzecieski 1917 r.

 

     W naszej rodzinie nienawiść do caratu była wszczepiona jeszcze przez Ojca mojej Matki, Antoniego Chamca, który brał udział w organizowaniu powstania polskiego w r. 1863 przeciw caratowi na Ukrainie w guberni Kijowskiej i był nawet za to skazany na śmierć. Udało mu się jednak uciec z Rosji, ale nienawiść do wszystkiego co rosyjskie pozostała mu do końca życia, łącznie z brzmieniem języka rosyjskiego, który znał dobrze i organicznie nie znosił.
     Nie będę tu dłużej się zatrzymywać nad historią przewrotu bolszewickiego Rosji w latach 1917-18, bo to jest ogólnie znane, choć ludzie mego pokolenia, którzy byli już z wtedy dorośli, wiedzą doskonale, że faktyczny stan tych czasów (pomiedzy rokiem 1917 a 1921-szym), bardzo się różnił od tego w jaki sposób go dziś przedstawiają w książkach i podręcznikach szkolnych.
                                                                 

                                                                               Dynów 18/II 1980


     Wracam więc do roku, 1918 który przyniósł tyle zmian, tyle przewrotów w życiu narodów Europy, a też i w życiu naszej rodziny w Dynowie.  Pisałam już wyżej, że zaczynało się czuć koniec wojny, ale nie przypuszczało się w jaki sposób się to stanie.
     U nas w domu wszyscy byliśmy zaabsorbowani pracami w ogrodzie, w gospodarstwie i utrzymaniem kontaktu z tym, co się na świecie dzieje.

Stefcia i Hania Trzecieskie 1918 r.

    Armatni huk trwał bez ustanku ze wschodu, gdzie toczyła się wojna pozycyjna, podczas której całe armie tkwiły w okopach naprzeciw siebie i strzelały z wszelkiego rodzaju broni, gdy ktoś się z okopów wychylił.
     Straszna to była męka dla wojska. Zima, mróz, albo odwilż, fatalne wyżywienie, życie w wilgotnych rowach, ciągłe niebezpieczeństwo śmierci i nieświadomość jutra. Nie dziw, że mnóstwo żołnierzy wprost uciekało z frontu.
     W latach 1917-18 mieszkał u nas stale Józef Miączyński, cioteczny brat naszego Ojca. Jego ojciec, też Józef Miączyński, żonaty z Marią z Bukowskich z Izdebek, był rodzonym bratem naszej babki, Ignacji Trzecieskiej.
     Był to wtedy 36-letni czlowiek, kawaler, delikatnego zdrowia, przytem wychowany przez ojca w majątku Jasniszcze koło Brodów w warunkach całkowicie dziwacznych: panował tam ciągły strach przed chorobą, Józio prawie nie uczył się, aby się nie przemęczył, był zniewieściały, ale przytem z natury bardzo dobry, o doskonałych manierach towarzyskich.
     Ojciec nasz dał mu pozorne zajęcie w młynie, co go uwalniało od służby wojskowej, ale on do tego młyna prawie nie chodził woląc przesiadywać u mojej Babci Ignacji, w jej pokoju na kanapie i biadać nad stanem swego żołądka!!
     Odwiedzał go czasem brat Bolesław,

Bolesław hr. Miączyński 1916 r.

 

38 letni, miły, zacny i dobrze wychowany, a żonaty z Jadwigą (Isią) Sokołowską, córką profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, Mariana Sokołowskiego, znanego w kołach profesorskich całej Polski. Jego żoną była Skrzyńska. Pomimo tego ojciec Bolcia zawsze był zdania, że zrobił on „mezalians”, bo mając tytuł hrabiowski od 18 wieku, ogromny majątek (folwarki Jasniowiec, Polikrowy, Wierzbowczyk) we wschodniej Galicji, a przytem piękną powierzchowność, urok i świetne stosunki rodzinno-towarzyskie, może pretendować do znacznie świetniejszego małżeństwa. Bolo jednak, zakochany od paru lat w Isi Sokołowskiej, pomimo niechęci Ojca, ożenił się z nią i mieli czworo dzieci. Córka Bola, Marynia wyszła w 1934 r. za sąsiada Dynowa Juliusza Starzeńskiego z Dąbrówki, a w parę  tygodni po ślubie utonęła wraz z Mężem w Sanie podczas kąpieli. Była to głośna i wstrząsająca tragedia. Po niej syn Bola wstąpił do zakonu Jezuitów w Starejwsi, a potem przeszedł do kamedułów, gdzie żyje do dziś.

     Po tej  dygresji chcę wrócić do tego listopada 1918 roku, który przyniósł światu, ale nie Polsce, zawieszenie broni, zmiany granic, wstrząsy społeczne.
     2 listopada, pamiętam, byłam w pokoju babci Ignacji, gdy wszedł Ojciec ze słowami: ”Wojna skończona, Niemcy pobite, Polska ma otrzymać niepodległość na podstawie 14 punktów Prezydenta USA Wilsona, z dostępem do morza. Do Warszawy zwołano Sejm, który ma uchwalić konstytucję”.
     Trudno mi dziś wyrazić ogrom różnych uczuć, który opanował nas wszystkich, a więc i radość, ze po 150 latach niewoli będzie Polska niepodległa, ale jednocześnie świadomość, że ta niepodległość łatwo nam nie przyjdzie. Na wszystkich frontach była jeszcze wojna, wschodnia część Kraju pod groźbą inwazji bolszewickiej, Lwów opanowany przez Ukraińców, na Zachodzie niepewność granicy z Niemcami, do tego wyniszczenie materialne, braki na każdym kroku, wrzenie społeczne spowodowane rewolucją w Rosji.
    To nie był entuzjazm, który ogarnął Francję po zawieszeniu broni, to był raczej niepokój co dalej i kiedy się ta wojna naprawdę skończy.

    Władze austriackie uciekły, wojsko wracało do domów z bronią, bo to była tzw. „wielka demobilizacja”, władza polska, policja itp. jeszcze nie istniały i z tego stanu rzeczy skorzystała wieś w swoisty sposób. Rzucono hasło: ”Wolna Polska, wolno robić co się chce, nic nikomu nie grozi”. Żydzi jak wiadomo, byli w tym czasie panami sytuacji gospodarczej, posiadali jeszcze w piwnicach duże składy wszelkiego rodzaju towarów: tekstylii, naczyń, narzędzi rolniczych, obuwia, nafty, świec, i wogóle tego, czego wieś potrzebowała.
    Hasło: „Rabować Żydów” przeszło jak prąd elektryczny przez wsie i zaroiły się drogi i gościńce pieszymi i konnymi furami po towary do Dynowa.
    Chłopi rabowali co się dało, bez wyboru i ładowali na fury wszystko razem. Żydzi nawet nie przeszkadzali tym rabunkom, chociaż były one gwałtowne i zdarzały się wypadki jak np. u nas Dynowie, że Żydówkę w parę dni po urodzeniu dziecka wyrzucono z łóżka, a z pierzyny, którą była okryta, wypruto pierze.

     Trwały te przykre i groźne dni prawie cały tydzień, bo nie było żadnej władzy, policji, ktoby te instynkty próbował hamować. Jedynie księża z ambony, jak nasz katecheta ks. Jan Śmietana, który pełnym głosem przepowiadał karę Bożą na tych ludzi, którzy niewinnych rabują. Chłopi jednak niewiele sobie z tego robili, że w tym właśnie Listopadzie Polska odzyskała niepodległość, za którą tylu Polaków dało życie, że jednocześnie na wszystkich granicach Polski toczyły się krwawe walki, że na ulicach Lwowa młodzież w wieku 14-18 lat biła się z dobrze uzbrojonymi Ukraińcami, z bezprzykładnym bohaterstwem.
     Miasto Lwów otrzymało później krzyż Virtuti Militari, a chłopcy, którzy go bronili miano „orląt”.
     Na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie stworzono osobną, dużą kwaterę nazwaną „Cmentarz Obrońców Lwowa”, do której prowadziła brama z przepiękną rzeźbą przedstawiającą dwa lwy.
    Niestety dziś ten cmentarz nie istnieje, jest zrównany z ziemią, a jedynie starsze pokolenia Polaków pamiętają go dobrze. Ja ostatni raz na nim byłam podczas okupacji hitlerowskiej w 1943 r. Spotkałam tam przypadkiem grupę jeńców francuskich pilnowanych przez żołnierza niemieckiego. Pozwolił mi on (widocznie ujęty tym, ze go prosiłam po niemiecku) na objaśnienie tym jeńcom co to za cmentarz.
     Znając francuski język opowiedziałam im jego historię. Byli uradowani, że ktoś do nich mówi ich językiem, a to, co im opowiedziałam o końcu I wojny na terenie Lwowa, było dla nich wprost rewelacją. Nie mieli pojęcia o Polsce, tak jak zresztą i dziś jeszcze Polska jest dla Zachodu Europy krajem geograficznie bardzo mało znanym, a co do naszej historii to ogół zielonego pojęcia o niej nie ma.
     Wracając do sytuacji w Dynowie, to przez pierwsze miesiące żyło się tu w atmosferze niepewności, tym gorzej, że przenikały hasła bolszewickie z Rosji i dawało się słyszeć glosy: „Gdy skończymy z Żydami, to pójdziemy na dwory i na inteligencję po miastach”.
    Nasza babka, Ludwika Chamcowa przebyła całe oblężenie Lwowa przez Ukraińców od listopada do maja 1919 r w swojej willi przy ul. Technickiej.

Kinia i Józia 1920 r.

 

Od lewej: Hania, Stefcia, Józia, Kinia, Kuba, Antek Trzeciescy 1921 r.


       W tym miejscu pamiętnik urywa się, a autorka, Kinga Moysowa dodaje jeszcze ciekawostki i informacje. Oto one:


    „ Wierszyk napisany przez studentów Uniwersytetu we Lwowie około 1845 r. w okresie, gdy rząd austriacki w ówczesnej Galicji prześladował objawy patriotyzmu polskiego. Gubernatorem Galicji był krewny cesarza austriackiego, arcyksiążę Ferdynand Este.
     Miał on w swym pałacu we Lwowie gospodynię - kucharke, imieniem Julcia.
Studenci w swojej młodzieńczej wyobraźni przedstawiają monolog arcyksięcia do swej kucharki. Jest pisany polszczyzną taką jaką mówili Austriacy z wymawianiem b jak p i bez litery ł.

     „ Lubi Julka wisz ty tego
       Ucz się język niemieckiego
       Lubi Julka wisz ty tego
       Że ja gniewal się na niego
       Co ci takie wlazlo w glowa
        Pisac listy polskim slowa?
        Co nim gada sam holota
        Co drapi uko jak kota
        Co go djabel powymyślal
        Co „l” w górze poprzekreślal?
    Bo warijat to jest szalona
    Nie darmo ma leb golona
    Ten rok osiem sto dziewiąty
    Takie robil glupstwa, zbytki
    Jeszcze mam te chude lydki
    Com przed tym djabelskim Polaka
    Ze strachu dal drapaka.
   
     Wszystko jemu niedogoda
     Gdzie ogień, chcialby woda
     A gdzie woda, ogień chcialby
     Slowem wszystko kasowalby.

     Szeby  mógl zamienić klimat
     Dalby lato tam gdzie zima.
      Mróz wygnalby w obce kraje
      Zaprowadzil Trzeci Maje.
      Nawet jego mlode żeci (dzieci)
      Zawsze wolaj: Boże daj
      By zablysnąl Trzeci Maj.
        
     Na djabla tobie miesiąc tego
     Wolisz klupia co lepszego
     Ja zawsze wolam do nieba
     Boze daj kawalek kleba.
     Nie! On wola daj wolności
     Daj ojczyzne!.

     Zeszlij na ich krajów stali (czyli wojne)
     Strąc pioruna na Moskali!
     O klupia, klupia klowa!!!
      Kiedy ja sam jestem zdrowa
      Kiedy mi nie gniecie plaster
      Kiedy palim dobry knaster  (czyli tytoń)
      Kiedy jim i pije po uka,
      Aż guzik pęka na brzucha.
     
      Kiedy nie masz kieszen dziurawa
     Djabel bierz ojczyzna, slawa.
    Lubi Julka, porzuć tego
    Ucz się język niemieckiego
     Nie uwierzysz moja luba
     Jak jest piękny ten szpic luba
     Jak jest slodko nim wywijać
     O musisz, musisz mu sprzyjać.
   
     Mój język ze jest lepska   (czyli łebska, lepsza)
    Zje objat i to nie kiepska
    Ma swój rosól z makaronem
    Ma sztuk mięsa z octem chrzanowym
    Ma Glas Bier i zwei kielbaski
     Ma pieczen z żelaznej laski (czyli rożna)
     Ma knedel i piękny sztrudel
     Tak ze my obaj, ja i pudel
     Naim się nieslychanie
     Jeszcze się tobie, Julka zostanie.

    Ten wierszyk przepisał mój Ojciec od jednego ze studentów lwowskich w połowie XIX wieku.




                             „Wspomnienia z pierwszych tygodni II wojny światowej, od 12.IX do 20.X.1939 r."


     Historycy niemal nigdy nie przedstawiają opisywanych faktów z poszanowaniem absolutnej prawdy, ja zaś, ponieważ nie jestem historykiem, postanowiłam te moje wspomnienia przedstawić tym, którzy je może czytać będą, tak jak je pamiętam z najdrobniejszymi szczegółami, uczciwie i bezstronnie.
     Piszę to dlatego ponieważ zetknęłam się w ostatnich latach z prasą, i książkami, które początki wojny światowej 1939-45,przedstawiają w sposób zdeformowany.
     Ja te czasy przeżyłam, przecierpiałam, pamiętam te tragiczne dni, jakby się pare tygodni temu działy i pragnę, jak wyżej wspomniałam, aby je wiernie potomnym opisać.

     Mieszkałam z moim śp. Mężem od r.1921 do października 1939 w miejscowości Rudniki koło Śniatynia, o parę kilometrów od ówczesnej granicy polsko-rumuńskiej.

 

Kinga i Michał Moysowie w Rudnikach 1937 r.

 

Przebiegała blisko nas linia kolejowa Warszawa -Lwów - Śniatyń -Czerniowce - Bukareszt oraz gościniec łączący Lwów, przez Stanisławów, Śniatyń, z Czerniowcami na Bukowinie, który to kraj należał w okresie 1918-43 do Rumunii.
     Naszym miastem wojewódzkim był Stanisławów.
     W kilka zaledwie dni po wybuchu II wojny światowej, a właściwie napadu Niemiec na Polskę, została nasza okolica odcięta od świata i jakichkolwiek oficjalnych wiadomości.
     Żyliśmy bez poczty, bez prasy, bez radia, zdani na coraz groźniejsze i fantastyczniejsze wiadomości prywatne podawane z ust do ust przeważnie przez Żydów, stanowiących duży odsetek ludności w tamtych miastach, takich jak Kołomyja, Zabłotów, Śniatyń.
     Żyło się w nieustannym lęku, gdyż czuło się - pomimo odcięcia od świata - że katastrofa zawisła nad całym Krajem, Państwem i nad każdym z nas.

     Nasz dom w Rudnikach był pełen ludzi t.j. naszej rodziny i znajomych uchodźców z Warszawy, którzy przyjechali tu przypuszczając, że do tak odległego zakątka Polski, chyba wojna nie dojdzie.!!!
     Obawy mego męża i moje były tym większe, że mięliśmy 17 letniego syna, któremu, w razie przyjścia Niemców, mogło grozić wywiezienie do obozu, lub inne niebezpieczeństwa.
   
    W odległości 15 km od Rudnik znajdowała się wieś Załucze - Dolne, położone o parę kilometrów od Śniatynia, a zaledwie o pół kilometra od rzeki Czeremosz Biały, który na przestrzeni od miasteczka Kuty do swego ujścia do Prutu, stanowił granicę między Polską a Rumunią.
     Majątek ziemiański Załucze – Dolne stanowił własność Henryków Krzysztofowiczów (pani Henrykowa była z domu Zawadzka).
     Z tymi ludźmi łączyła nas długoletnia, zażyła przyjaźń i bywaliśmy w Załuczu bardzo często. Był to jeden z najpiękniejszych majątków ziemskich ówczesnej wschodniej Małopolski. Posiadał duże, murowane zabudowania gospodarskie, piękny park  i nowo wybudowany dom mieszkalny o kilkunastu pokojach, wyposażony w pełny komfort, z własnym światłem elektrycznym i wodociągami, co było wówczas rzadkością w dworach polskich.
    Gospodarze mieli syna Antoniego, który był w chwili wybuchu wojny porucznikiem w pułku kawalerii w Grudziądzu i został powołany do wojska.

     Nie mogąc dłużej znieść niepewności, postanowiliśmy tam pojechać, aby się czegoś dowiedzieć i zasięgnąć rady co robić, w razie zbliżenia się wojny do naszych stron.
     Tak wiec 14 września, mój Mąż, jego szwagier, Stanisław Szczepański i ja, pojechaliśmy końmi do Załucza.
     Dojeżdżając do zabudowań folwarcznych, zauważyliśmy, ku naszemu zdumieniu, stanowiska artylerji przeciwlotniczej w obrębie ogrodzenia dworskiego. Brama wjazdowa była zamknięta, a przy niej stało dwóch żołnierzy na warcie w pełnym uzbrojeniu.
    Bylibyśmy długo tam stali, ale na szczęście dostrzegł nas pan Henryk Krzysztofowicz i przybiegł do nas, na co żołnierze otworzyli bramę i dostaliśmy się w zamknięty obszar.
    Pan Henryk, uprzedził nasze zdziwione pytanie, witając nas słowami:” Od trzech dni mamy w domu pana Prezydenta Ignacego Mościckiego z żoną i córką i kilkunasto osobową świtą”
    Potem opowiedział nam, że przed trzema dniami, niespodziewanie, kilkanaście samochodów osobowych i wojskowych zajechało przed jego dom, a z jednego wysiadł prezydent Rzeczpospolitej p. Ignacy Mościcki, bardzo zdenerwowany i zapytał:” Gdzie jesteśmy i kogo mamy prosić o gościnę?”
   W ciągu tej pierwszej rozmowy, pan Henryk dowiedział się z ust Prezydenta, że zdążają z Warszawy ku południowo-wschodnim granicom Polski, pragną się bowiem dostać do Rumunii, z którą graniczą powiaty Horodenka i Śniatyń.
     Po zaznajomieniu się z innymi członkami świty, w której znajdowało się i paru ministrów i wysokich państwowych dygnitarzy, pp. Krzysztofowiczowie dowiedzieli się też, że cały orszak prezydencki jechał z Tarnopola na południe i był kilka razy bombardowany przez niemieckie samoloty. Na szczęście nie poniósł strat, ale kilka razy musiano się kryć w sąsiadujące z szosą, pola kukurydzy czy ziemniaków. Mówiono też  o przypuszczeniu, że mógł ktoś z otoczenia prezydenta dawać radiem informacje Niemcom?? dokąd orszak zdąża.
   Opowiedziano nam też o całym trybie życia gości w ciągu tych paru dni pobytu w Załuczu.  PP. Krzysztofowiczowie odstąpili im cały duży dom, a sami zamieszkali w małym pokoju służbowym.
    W dużej jadalni stał stale  nakryty stół z zimnym bufetem, dobrze zaopatrzonym w prowianty przywożone co dnia z Kołomyji, miasta 35 tysięcznego, odległego o 40 km od Załucza.
     Pamiętam dobrze, że w sypialni Prezydentostwa łóżka były nakryte wspaniałą narzutą z lisich skór przywiezioną z Warszawy.
     Po całym domu uwijała się służba, lokaje w liberiach i pokojówki w białych czepkach i fartuszkach, a w kuchni kucharz, „szef” w stylowym kitlu i wysokiej białej czapce.
     Pan Krzysztofowiczowa, zapalona „brydżystka” mówiła mi, że teraz smutne dni i troskę o syna,  łagodzą jej trochę, ciągłe niemal partie bridge`a z Prezydentem i innymi osobami.
    
   Szwagier mego męża, Stanisław Szczepański, spotkał w Załuczu córkę Prezydenta, którą widywał w Warszawie w latach 1930-38,. Na jego zapytanie w sprawie - może pozornie - beztroskiego życia, jakie prowadzi świta Prezydenta w Załuczu, pomimo katastrofy na froncie, pani Bobkowska odpowiedziała: ”Nie powinniśmy się poddawać defetyzmowi, gdyż najdalej do dwóch tygodni sytuacja poprawi się i wrócimy do Warszawy”.
     Byliśmy wprost zdumieni i nawet oburzeni zaślepieniem tych ludzi.!!
    PP. Krzysztofowiczowie nie mieli zamiaru nigdzie się z Załucza ruszać, a w tych dniach ich największą troską była obawa, aby Niemcy nie zaatakowali z samolotu ich dworu.
Podczas naszej krótkiej bytności, pokazano nam też dużą gospodarską szopę, gdzie stały samochody osobowe świty prezydenckiej. Pokazywał je nam osobisty kierowca Prezydenta, niemłody elegancki pan, którego - jak nam mówił szwagier - znała cała Warszawa. Pamiętam jak nam wymieniał, że jest to „Buick” pana Prezydenta, a to „Cadillac” pani przezydentowej. Były tam też samochody ministrów i dygnitarzy cywilnych i wojskowych.

     Nie mogliśmy tego dnia zasięgnąć w Załuczu żadnych, choć trochę prawdopodobnych, wiadomości o sytuacji na froncie i w rządzie. Cała prezydencka świta robiła wrażenie ludzi dążących w nieznane; pozornie spokojni, a nawet pogodni, ale zajęci wyłącznie grą w karty, spacerami po ogrodzie i jedzeniem.

     Doszczętnie zdeprymowani i zdumieni tym cośmy widzieli, pożegnaliśmy gospodarzy i wróciliśmy do Rudnik.

     W miesiąc później t.j. w połowie Października, oboje, razem ze Stefankiem naszym synem, znaleźliśmy się we Lwowie, gdyż tak jak wszyscy ziemianie zostaliśmy brutalnie wyrzuceni z naszego domu w Rudnikach.
    We Lwowie spotkałam panią Wiktortynę Krzysztofowiczową, z Załucza, też wypędzoną z mężem z majątku. Opowiedziała mi ona dalszy ciąg historii z przyjazdem do nich świty prezydenckiej. Oto ona:
    „ Po Waszym wyjeździe, 14/IX, cała prezydencka świta przebywała w Załuczu do dnia 17/IX, czyli 3 dni. Dnia 17/IX, a była to Niedziela, pojechałam do pobliskiego kościółka w Załuczu Górnym, aby przywieść stamtąd przedmioty potrzebne do odprawienia Mszy Św., o co mię prosił kapelan Prezydenta, ks. Humpala. Mszę Św. urządzono w salonie. Świta zasiadła w fotelach, a Prezydent z żoną i ja obok nich, na trochę wysuniętych fotelach przed ołtarzem.
   W czasie odprawiania Mszy Św., około 10 tej, przybiegła do domu nauczycielka z miejscowej szkoły i dała znać lokajowi, nieobecnemu na Mszy, że posłyszała z radia zagranicznego (nasze, warszawskie, było już nieczynne), że dziś, tj. 17/IX o godz. 4.30 rano wojska sowietów przekroczyły na całej linii granicę polsko-sowiecką i posuwają się w głąb terytorium Polski.
    Lokaj zaraz wbiegł do salonu i przekazał tę wieść adjutantowi Prezydenta, a on, półgłosem, Prezydentowi. Prezydent zbladł jak chusta, a że Msza Św. miała się ku końcowi, wyszedł z salonu a za nim wszyscy obecni.
     Momentalnie zapanowała konsternacja i gorączkowy ruch. Zaczęto pakować rzeczy, uruchamiać samochody i w ciągu godziny, cały orszak prezydencki, samochody osobowe i ciężarowe, opuściły w pośpiechu Załucze.
    Skierowali się ku miasteczku Kuty leżącym nad Czeremoszem Białym nad samą granicą polsko-rumuńską.”

     Ja, ze swej strony dodaję, że tamte strony znałam doskonale, bo przez 19 lat często tamtędy jeździłam. Droga z Załucza Dolnego biegła wzdłuż doliny Czeremoszu w bardzo niewielkiej odległości od granicy z Rumunią. Wzdłuż niej leżały wsie: Załucze Górne, Kniaże, Popielniki,, Drohasymów, Nowosielica, Kabaki i Kuty. Orszak Prezydenta mógł te trasę przebyć w ciągu 1.1/2 godziny.
     W Kutach był most na Czeremoszu, przez który dostano się do Rumunii, która z Polską była zaprzyjaźniona, a jeszcze nie objęta pożogą wojenną.

     Parę razy, po wojnie, spotkałam się, czytając prasę czy książki, że Prezydent i rząd polski przekroczyli granice w Zaleszczykach. Jest to kłamstwo. Ponadto do 17 września przebywali w Polsce, a ich bezpośrednią przyczyną wyjazdu było wtargnięcie wojsk sowieckich na terytorium Polski.

     Państwo Krzysztofowiczowie wyjechali ze Lwowa do Krakowa w 1941 r. i tam pani Wiktoryna zmarła po długiej chorobie. Ich syn Antoni, jako oficer, został przewieziony do „oflagu” niemieckiego do Murnau, gdzie przebywał do końca wojny, a potem wyjechał do Anglii, dokąd sprowadził swego ojca. Pan Henryk zmarł tam w późnym wieku, około 85 lat.
     W Polsce żyją dotąd blizcy krewni pp. Krzysztofowiczów, pp. Marcinowie, Jaruzelscy, którzy mogą jeszcze pamiętać czasy sprzed 40 laty i potwierdzić prawdziwość mego opisu.
                                                                   Kinga z Trzecieskich
                                                             Michałowa Moysa Rosochacka
                   w Dynowie 18.XI 1978 r.