Pamiętnik Kingi z Trzecieskich Moysowej (mojej ciotecznej Babci) tom I lata 1902 - 1907

 
 
 
 
 
 Kinga z Trzecieskich Moysowa - Wspomnienia z mojego dzieciństwa
Dynów, w dzień Niepokalanego Poczęcia N.M.P.
6. grudnia, 1954 r.
            Od dawna już noszę się z zamiarem napisania wspomnień mojego dzieciństwa spędzonego we dworze w Dynowie, tj. w moim rodzinnym domu. Pragnę opowiedzieć dzieciom z rodziny, które żyją i żyć będą w tak zupełnie innych warunkach niż ja żyłam, jak wyglądał ten dwór w Dynowie w latach mniej więcej 1902- 1908, tj. 50 lat temu, jacy w nim ludzie żyli, jakie było to życie, jakie zwyczaje i obyczaje.
         Zaczynam od tego, że nie mam najmniejszego talentu literackiego i nie mam do niego pretensji; będę pisać jakbym to wszystko ustnie opowiadała i tak jak pamiętam. Mogę też wszystkich zapewnić, że będę pisać najszczerszą prawdę, niczego nie upiększając, ani tym mniej zmyślając.
         Jest też rzeczą zrozumiałą, że czasy, o których będę tu mówić, wspominam z miłością, że kochałam ten mój dom rodzinny, nasz kościół parafialny, tych ludzi, o których tu pisać będę i całą atmosferę tak charakterystyczną dla tych czasów, a której dzisiejsze pokolenie nie może sobie wyobrazić. Świat zmienił się radykalnie, w niejednym może na lepsze, ale wspomnienia z dzieciństwa, to wspomnienia do których się zawsze chętnie wraca, bo było się młodym i zdawało się, że człowiek zawsze młodym i szczęśliwym zostanie.

                                                                           Dynów, 10.XII.1954 r.

Opis domu, otoczenia, rodziny

               Opiszę wpierw sam dwór, tj. jego położenie, budynki, ogród, a potem naszą rodzinę, która w tym domu żyła, tych co tu pracowali, szare dni codzienne i zawsze radosne dni świąteczne, oraz związane z nimi zwyczaje dziś już nieistniejące, albo bardzo zmienione.
            W roku 1902, to jest, gdy ja miałam 6 lat już sobie doskonale przypominam jak wyglądał nasz tzw. „stary dom”. Stał on mniej więcej w środku całego obejścia, trochę na północny zachód od starego dębu, (który do dziś jeszcze stoi). Stary dom był zbudowany przez Stanisława Trzecieskiego około roku 1755- go, a gruntownie odrestaurowany przez mojego ojca, Stefana, w roku 1895.
                
                                     
 
Był murowany, niski, frontem zwrócony do północy. Miał duży ganek wsparty na sześciu grubych, okrągłych słupach, typowy dla dworów polskich z XVIII wieku.
        
Stary dwór Trzecieskich od frontu
 
Po lewej stronie drzwi wchodowych do domu wisiał obraz tzw. „Błogosławieństwo duchowe domu”, duża karta ozdobiona obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej z modlitwami o błogosławieństwo dla mieszkańców tego domu. Na tym ganku zawsze się w lecie jadało, bo był obszerny i ładnie umeblowany koszykowymi meblami lakierowanymi na czerwono. Słupy były oplecione zwojami Kapryfolium, które w Czerwcu napełniały cały ganek przemiłym zapachem. Najmilsze były te letnie wieczory, gdy często podczas kolacji mój Ojciec na dźwięk dzwonka kościoła na Anioł Pański, wstawał od stołu, wychodził przed ganek i zwrócony do zorzy wieczornej, którą bardzo lubił, odmawiał Anioł Pański, przyklękając przy słowach: „A Słowo Ciałem się stało”.
     Z ganku wchodziło się do tzw. „Kamiennej sieni”, gdzie stał stół z kamienia, duża szafa i prowadziły drzwi na strych. Sień ta bywała w dni uroczyste oświetlana lampą „wenecką” z „fer forge” z kolorowymi okrągłymi szkiełkami. My dzieci, ogromnie lubiliśmy, gdy służący zapalał ją, bo wprowadzało to pewien nastrój świąteczny i zapowiadało się jakieś miłe wydarzenie w życiu rodziny.
       Z Kamiennej sieni drzwi na prawo prowadziły do pokoju jadalnego, w którym koncentrowało się w pewnym stopniu życie w zimie. Pokój ten miał tapety naśladujące boazerie, duży kaflowy piec, ściany zaś były obwieszone portretami rodzinnymi. Tuż przy drzwiach był portret Stanisława Trzecieskiego, Konfederata Barskiego, w ciemnym kontuszu, z koralową spinką przy żupanie, obok niego, jego żona Wiktoria z Dramińskich, w białym czepku i sukni obszytej futrem. Naprzeciw wisiał portret mojej prababki Izabeli z Urbańskich, Józefowej Trzecieskiej, robiony około roku 1860, w balowej, niebieskiej krynolinie, z wachlarzem w pięknych rękach i perłowymi kolczykami. Obok był portret jej męża, Józefa w jaskrawym mundurze z epoletami. W pokoju tym był też sztych Augustyna Trzecieskiego w mundurze pułkownika 15 pułku ułanów Księstwa Warszawskiego, którego był fundatorem, a przytem Kawalerem orderu Virtuti Militari i Św. Stanisława. Posiadał też Legię Honorową francuską (La Legion d` honneurs).
        Na umeblowanie tego pokoju składały się duży, rzeźbiony kredens ozdobiony w górze herbem Trzecieskich „Strzemię”. Leżał na nim zawsze pożółkły bukiet ślubny mojej Matki, który wydawał mi się jakimś bardzo tajemniczym przedmiotem, którego stamtąd zdjąć nie wolno.
     Na dużej kanapie z wysokim oparciem wyprawialiśmy nasze dziecinne harce i koziołki. Krzesła obite skorą, z których kilka przetrwało dwie wojny światowe, podczas gdy inne meble oraz portrety zniszczyła już pierwsza wojna światowa w 1914 roku.
     Z pokoju jadalnego wchodziło się do tzw. „biblioteki”, w której stał fortepian, dwie szafy pełne książek, fotele i ogromna kanapa, podłoga zaś cała była wyłożona ciemnozielonym suknem. W tej bibliotece spędzaliśmy w dzieciństwie wieczory z rodzicami. Matka
 
 
 Eleonora Trzecieska jako panna (portret St. Batowskiego)
 
pokazywała nam ryciny, czytała głośno, a Ojciec często grywał na fortepianie. Gdyśmy czasem tańczyli w takt oberka czy polki (a do tańca grał Ojciec świetnie), to często przerywał grę twierdząc, że „tańczymy obok taktu”, co Go , jako bardzo muzykalnego człowieka, drażniło.
     Wracając do opisu domu dodaję, że z pokoju jadalnego prowadziły oszklone drzwi do tzw. „buduaru” mojej matki. Był to miły, ładny pokoik oddzielony od sypialni rodziców czerwono-brązową kotarą. Stało w nim małe biureczko damskie, szafka biblioteczna inkrustowana perłową masą, niskie wygodne fotele i kanapa. W rogu pokoju był biało-różowy kaflowy piec z kominkiem.
      Sypialnia rodziców miała ładne orzechowe meble, duże lustro (do dziś istniejące), marmurowy stolik pod umywalnią i tzw. (określenie nieczytelne M. W.) srebrną z szufladką, którą Matka czasem tylko otwierała, aby nam pokazać jej zawartość. Były tam futerały ze skóry wyłożone atłasem, a w nich parę ładnych przedmiotów z biżuterii: serduszko z brylantów, duża bransoleta z kłosem z brylantów i szmaragdów, broszka z szafirem i brylantami i parę mniej cennych drobiazgów. Oglądaliśmy to nieraz, ale z równym zawsze zaciekawieniem.
     Z buduaru i sypialni prowadziły duże, oszklone drzwi na werandę, czyli tzw. „galerię” otwartą i otoczoną żelazną balustradą.
 
 
 Malutkie Józia i Kinia z rodzicami Leonią i Stefanem na werandzie, 1897 r.
 
Był to najcieplejszy kąt naszego domu. Weranda ta była osłonięta od północy, wschodu i zachodu, a otwarta od południa. Schodziło się z niej paroma stopniami do ogrodu, w którym na lewo stał patriarcha naszych drzew dynowskich, stary, piękny dąb, który już wtenczas miał do 400 lat i dziś jeszcze stanowi najpiękniejszą ozdobę resztki naszego ogrodu. Część ogrodu znajdująca się na południe od domu służba i chłopi nazywali „za pokojami”, bo „pokoje” w ich ludowej gwarze to był cały mieszkalny dom, czyli dwór.
      Wschodnia cześć domu zajmował salonik „zielony” malutki i przytulny, którego najmilszym meblem był mały stolik obity zielonym aksamitem i opatrzony takąż firaneczką. Na nim  stała zawsze kaseta pełna rodzinnych fotografii, których nam, dzieciom, nie wolno było samym oglądać. Salon miał wygodne, duże meble, kryte pasowym adamaszkiem i zwykle osłonięte pokrowcami, które zdejmowało się na przyjęcie gości. W oknach wszystkich pokoi wisiały ciężkie firanki, a raczej portiery z tego samego materiału co meble, a i drzwi były portierami obramowane. W uroczyste dni na białym, kaflowym kominku trzaskał zimą ogień ku naszej wielkiej radości. Moja matka lubiła ładne lampy, wiec było ich kilka, bardzo gustownych, z kryształu, brązu, z abażurami z jedwabiu i koronek, zaświecane w wyjątkowych okolicznościach. Za salonem były trzy pokoje dziecinne, z których jeden nazywano „łazienką”, choć nikt się w nim nigdy nie kąpał, może z racji kamiennej posadzki. W pokojach tych moje rodzeństwo, czyli Józia, Antek, Kuba i ja spędziliśmy nasze najpierwsze dzieciństwo, z nimi związane były pierwsze wspomnienia z życia, radosne i przykre. Okna wychodziły na ogród, a w jednym z pokoi były drzwi prowadzące wprost do ogrodu, w lecie stale otwarte, tak że w nocy czasem żaby do pokoju wskakiwały.
 
Stary dwór w Dynowie od strony stargo bębu (dąb do dzisiaj rośnie - pomnik przyrody)
 
Raz nawet nasza ulubiona i uprzywilejowana krowa „Pisanka”, której było wolno paść się samej w ogrodzie, schroniła się przed deszczem do tego pokoju, ku naszemu zachwytowi.
      Za pokojami dziecinnymi znajdowały się tzw. w języku dawnych dworów „garderoby” w budynku dobudowanym do głównego domu. Był to osobliwy budynek: drewniany, bardzo stary, w którym były dwie ogromne spiżarnie i olbrzymia, ciemna sień, bez określonego przeznaczenia. Pełno w nim było myszy i szczurów. Budynek ten zwany przez mego Ojca „lamusem”, został rozebrany, gdyśmy się dnia 9 Grudnia 1905 częściowo przeprowadzili do nowego domu, w którym do dziś mieszkamy. Wspomniana „garderoba” to była duża izba z kuchennym piecem w której mieszkały dziewczęta służące, a więc praczka, pokojówka i niańka do dzieci. Tam się dla małych dzieci gotowało, prasowało bieliznę.
       Drzwi z niej prowadziły do „garderoby” Tety w której mieszkała do 1905 r. nasza ukochana Teta, czyli Tekluńcia, o której jeszcze obszerniej wspomnę. Okno tego pokoju wychodziło wprost na część ogrodu  „za pokojami”. Stały w nim rzędem niskie, ciemne szafy pełne sukien i okryć, cała piękna wyprawa naszej Matki zrobiona w 1895 roku w pierwszych zakładach krawieckich Wiednia.
 
                   Czteroletnia Kinia z nianią(?) 1900 r.
 
Dynów, 12.12.1954
 
       Gdy nasza poczciwa Tekluńcia chciała nam tj. Józi i mnie zrobić przyjemność, to pokazywała nam zawartość tych szaf. Były tam suknie balowe z prawdziwych liońskich jedwabi, niezmiernie szerokie i przeładowane ozdobami, szarfami i koronkami, szlafrok ze złotobrązowego aksamitu, stanik ślubny mojej Matki pokryty gazą; zaś ze spódnicy ślubnej z liońskiej „mory”  „ivoire” została zrobiona kapa do Dynowskiego Kościoła, dziś jeszcze po 60 latach używana. W tej szafie stały maszyny do szycia, na których Teta szyła nasze sukienki. Resztki materiałów i szmatki składała do dużego kosza, który stanowił dla nas przedmiot ciągłych pożądań. Miałyśmy ochotę często wyciągać z niego jakieś szmatki do zabawy, ale często Tekluńcia nie pozwalała słowami: „Nie rusz tego, to potrzebne”. Garderoba ta była zamykana na olbrzymi klucz nazywany przez Tekluńcię „Kluczem Świętego Piotra”. Pamiętam dobrze czas, w którym mi się zdawało, że „Klucze Królestwa Niebieskiego” są na pewno do tego klucza podobne.
      W tej części domu rozlegały się wieczorami istne koncerty świerszczy, które bardzo lubiłam. Dziś jeszcze mam w uszach ostre i monotonne ćwierkanie w zakamarkach starego, pełnego wspomnień, domu.
       Druga cześć domu za pokojem jadalnym i biblioteką była zajęta przez męską służbę i nazywała się „Kredens”. Mieszkał tam tzw. „chłopiec kredensowy”, zwykle młody chłopak, uczący się na lokaja pod okiem służącego, czyli tzw. lokaja. W „Kredensie” tym czyszczono obuwie, nalewano naftowe lampy i palono kawę, to też unosił się w nim zawsze swoisty zapach nafty, „szwarcu”, butów, (bo wtedy jeszcze tzw. pasty nie znano) i świeżo palonej, ziarnistej kawy.
      Za Kredensem był korytarz, z którego drzwi prowadziły do Kancelarji mego Ojca. Był to duży pokój tworzący skrzydło zachodnie domu. Miał swój specjalny charakter i bynajmniej nie przypominał miejskich, urzędniczych kancelarji. Z lewej strony od drzwi stał domowy ołtarzyk nakryty obrusem a na nim Krucyfiks, statuetka Matki Boskiej i stary obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej. Paliła się na tym ołtarzyku zawsze oliwna lampka, a na klęczniku przed nim klękali moi Rodzice w majowe i czerwcowe wieczory na majowe i czerwcowe nabożeństwo. Zbierała się na nie cała rodzina i cała służba domowa i folwarczna. Odmawiano litanię, dziesiątek Różańca a potem modlitwy ułożone przez mego Ojca, w których polecaliśmy Bogu „krewnych, domowników, przyjaciół i nieprzyjaciół naszych”.
     Zapach czeremchy, narcyzów, bzu, a potem jaśminu zmieszany z zapachem spalonej w lampce oliwy a też zapachem stajennym, przyniesionym w ubraniach służby wprost ze stajni, przypominał mi zawsze te pełne uroku wiosenne wieczory i te modlitwy przepojone głęboką wiarą. Pamiętam, iż pewnego wieczoru przyjechali do nas niespodzianie dwaj Ojcowie Jezuici ze Starejwsi i wszedłwszy do Kancelarji podczas tego nabożeństwa uklękli przy drzwiach i modlili się z nami a po skończonej modlitwie powitali nas słowami: „Pokój temu domowi”.
    Wracając do opisu Kancelarji Ojca, dodaję, że stało tam ogromne biurko opatrzone jakby półką z przegrodami na rozmaite papiery i zasłaniające osobę siedzącą przy nim. Była tam tez duża szafa, kanapa i pokryty ceratą fotel, na którym stale leżał pies mojej Matki żółty legawiec „Bravo”. Na zielonym suknie ujętym w dębowa ramę wisiały strzelby myśliwskie mego Ojca, a pod oknem stało drugie biurko jesionowe i pulpit na gospodarskie rejestry i księgi. Był też w tej Kancelarji kominek, przed którym stawali wieczorami na „tzw” sesje polowi, ekonom i karbownik. Na takiej sesji omawiano roboty gospodarskie na dzień następny.
      Oto mniej więcej opis ogólny naszego Dynowskiego „starego domu”. Stał on przez nieomal 200 lat, bo został zbudowany przez Stanisława Trzecieskiego w połowie XVIII wieku.
 
 
Stanisław Trzecieski z żoną Wiktorią z Dramińskich 
 
 

  

 
Urodziło się w nim i wychowało sześć pokoleń naszej rodziny, a mianowicie: Syn Stanisława, Jakób Trzecieski, (zmarły w 1832 roku i pochowany na cmentarzu w Dynowie pod obeliskiem na prawo od Kaplicy cmentarnej),
 
 
Jakób Trzecieski
 

 
Jakóbowa Trzecieska 
 
jego syn Józef Trzecieski, żonaty z Urbańską, ich syn Zbigniew Trzecieski
 
 
Zbigniew Trzecieski w młodości
 
żonaty z Ignacją hr. Miączyńską,
 
 
 ich syn Stefan Trzecieski żonaty z Eleonorą Jaxa Chamiec, ich syn Antoni Trzecieski żonaty z Anną Jaxa Chamiec, który wyjechał w 1933 roku do Ameryki.
      Wymieniłam tu tylko najstarszego syna rodziny. Zbigniew Trzecieski był moim dziadkiem, Stefan Ojcem, Antoni bratem.
      Dawny dom w Dynowie kochałam jak żywą istotę, nazywałam go zawsze „stara chałupą”. Był on niski, przytulny, w zimie ciepły, w lecie chłodny, otoczony starymi drzewami i ogrodem pełnym kwiatów w lecie. Każdy pokój, każdy sprzęt łączył się ze wspomnieniami, czasem smutnymi. Ale o wiele częściej wesołymi i rzewnymi dzieciństwa i pierwszej młodości. Pokoi miał dziesięć, przeważnie średniej wielkości, o niewielkich oknach. Opatrywano te okna zawsze na zimę mchem. Jak ten mech ślicznie pachnął i jak zimę przypominał. W buduarze mojej Matki w zimie pełno było kwiatów, wpierw w jesieni chryzantem, potem przywożono cyklameny, cynerarie, a pod wiosnę już cudnie pachnące hiacynty. W tym pokoju miałyśmy z Józią lekcje z mamą, często podczas nich przychodził na palcach nasz ogrodnik Jan Guternal z konewką, aby podlać kwiaty stojące na żardinierach pod dużymi oszklonymi drzwiami wychodzącymi na „galerię”.
      W starym domu mieszkaliśmy wszyscy do grudnia 1905 roku, poczem przenieśliśmy się częściowo do „nowego domu”,
 
 
Nowy dwór dynowski wybudowany w 1904 r. (stojący do dzisiaj tj. 2013 r.)
 
zaś w starym zostały: pokój jadalny, kancelaria, dwa salony, biblioteka, a z pokoi dziecinnych zrobiono pokoje gościnne. Stary dom przetrwał do r.1944. Wówczas to, a mianowicie 26 lipca 1944 r. nadeszła godzina śmierci drogiego „staruszka”, który pamiętał Konfederację Barską, Powstanie Kościuszkowskie, wojny napoleońskie, powstania w roku 1831 i 1863, potem długie lata spokoju i ustabilizowanego życia i wreszcie obie wojny światowe z r. 1914-1920 i 1939-1944.
       Dobrze pamiętam ostatnie dni tego domu, ciężarowe auta niemieckie zwożące na nasze obejście stosy amunicji, naszą ucieczkę na wieś, a wieczorem szaloną detonację, która nieomal cały dynowski dwór i jego budynki zamieniła w kupę gruzów.
                                              
Dynów, 16.XII 1954.

      W latach mego dzieciństwa na zachód od starego domu stała drewniana oficyna gospodarska, w której była kuchnia tzw. „pańska” i „czeladna”, pralnia, stelmarnia i pokój klucznicy. Budynek ten zawsze szpecił otoczenie, ale był wygodny dla pani domu. Kuchnia tzw. „pańska” wyłożona cegłami, z dużym okapem, piecem piekarskim i urządzeniem do pieczenia na rożnie, to była domena naszego długoletniego kucharza Wojciecha Kłysza, a  w czeladnej rezydowała gospodyni czeladna Kaśka Kuczowa nazywana „Kaśka nie wiem co takie”, od stale przez nią używanego zwrotu. Na strychu tej oficyny ogrodnik suszył nasiona, było to dla nas dzieci miejsce niedostępne, stale zamknięte, ale wielce nęcące i tajemnicze. Oficyna ta została rozebrana zdaje mi się na opał przez wojska rosyjskie podczas inwazji rosyjskiej w I szej wojnie w roku 1914-1915.
        Za tą oficyną była cieplarnia i oranżerja. Lubiłam do tej cieplarni chodzić. Przepadałam za jej ciepłą i wilgotna atmosferą, napełnioną wonią kwiatów i roślin. W oranżerii stały w wazonach krzewy laurów, fikusy i inne oranżeryjne rośliny. Na wiosnę wystawiano je zawsze naokoło starego domu pod oknami salonu. Była to miła chwila zapowiadająca już nieodwołalnie powrót wiosny. W cieplarni było pełno kwiatów doniczkowych, a przed Wielkanocą dusiło wprost od zapachu aksamitnych laków i pastelowych hiacyntów.
       Stary nasz spichlerz, który jeden pamięta dawne czasy i ostał się wśród tylu burz dziejowych, tak samo mniej więcej wyglądał jak dziś. Ma on datę wystawienia 1883 r. Na południowej ścianie, a nad żelaznymi drzwiami mały czarny, metalowy krzyżyk zawieszony tam przez mego Ojca w tymże roku. Wisi ten krzyżyk, nigdy nie zdejmowany przez lat przeszło 70 i dziwnym trafem całkiem nieuszkodzony przez tysiące kul i odłamków pocisków, które biły jak grad w mury starego spichlerza w pamiętny dzień 26 Lipca 1944.
       W spichlerzu tym były tzw. „sąsieki”, czyli przegrody z desek na zboże, tam je czyszczono, stamtąd fury ze zbożem odjeżdżały na sprzedaż.
        Za spichlerzem była stara mroczna kuźnia, gdzie przez lat przeszło 30 pracował kowal Karol Kasprowicz, za kuźnią był dom, gdzie mieszkał karbownik Sikora (dom ten do dziś stoi), a dalej kurnik i tzw. „kapuściarnia” tj. izba gdzie stały beczki z kiszoną kapustą dla czeladzi. Były one tak duże, że się do nich po drabince wchodziło.
        Obora otoczona była z trzech stron długimi stajniami, z których najładniejsza była tzw. „nowa” stajnia na 80 sztuk bydła, betonowana, z dużym rezerwuarem na wodę, do którego ją pompowano z pobliskiej studni. W stajni fornalskiej były konie robocze, czyli tzw. „fornalka”. Było ich 11 czwórek, czyli 44 konie.
    Najokazalszym i najestetyczniejszym budynkiem na dynowskim folwarku była stajnia końska "cugowa" czyli wyjazdowa. Trzeba pamiętać, że lata 1900 - 1904 były to lata, w których nie mieliśmy z Dynowa kolei, najbliższymi stacjami kolejowymi były Rzeszów i Przemyśl, więc musiano tych koni wyjazdowych trzymać dużo. Stajnia ta była wysoką, murowaną, z półokrągłymi dużymi oknami, solidnie i ładnie zbudowaną. Stało w niej 3 pary koni "cugowych" i dwa wierzchowce. Ze stajnią połączona była wozownia, dla dzieci najmilsze miejsce na całym folwarku. Stały tam 2 lśniące czarno lakierowane karety, wybite granatowym suknem, o grubych rżniętych szybach, dwa wiedeńskie powozy, wysoki "fajetonik" nigdy nie używany "aby sie nie zniszczył" i piękne sanie - załubnie wybite pąsowym suknem i ozdobione jakimiś głowami z brązu.
    Na ścianie wisiąły uprzęże tzw. "szory" z niklowanymi okuciami. Jedna para z nich miała okucia mosiężne. Była to ta, w którą były zaprzęgnięte konie w dzień przyjazdu mojej Matki po jej ślubie do Dynowa 27 kwietnia 1895. Stajnią cugową rządził stary nasz furman Marcin Siekaniec, o krórym dłużej później wspomnę. 
    Przed tą stajnią pod dwoma dużymi jesionami stała na dwóch słupach zawieszona drewniana kołatka, czyli ruchoma deseczka, a obok niej wisiały dwa drewniane młotki. Archaiczne urządzenie sygnalizacyjne!!!
    Na kołatce tej karbownik dawał donośnym, trzykrotnym kołataniem znak, czyli hasło do zaprzestania pracy w południe i rozpoczęcia jej po południu. Kołatka ta wydawała pod uderzeniami młotków suchy i bardzo donośny klekot. Marzyłam zawsze w dzieciństwie o tym, aby zobaczyć Sikorę w chwili, gdy kołata i jakoś nigdy się to marzenie dzieciństwa nie spełniło, bo nigdy w tej chwili nie byłam koło stajni.
     W miejscu gdzie dziś jest młody sad Leopolda Wolańskiego stała ogromna drewniana słomą kryta stodoła, a za nią okrągły budynek - kierat, którym puszczano w ruch prymitywna młocarnię.
     Młocarnia ta huczała przeciągle przez niemal całą zimę. W stodole tej mogło się zmieścić parę tysięcy kop zboża a pachnęła zawsze cudownie słomą i sianem. W gorące dni letnie wyładowane i zaprzężone w czwórkę koni wozy ze zbożem wjeżdżały chwiejąc się we wrotach do tej stodoły. Stojący na progu „karbownik” karbował kozikiem na leszczynowym pręcie ilość kóp, które fornal z pola przywiózł a mianowicie tyle nacięć ile kóp było na wozie. To też archaiczny sposób, od którego pochodzi nazwa  "karbowy”, albo u nas „karbownik”.
     W rogu tej stodoły był powieszony stary obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej za zakurzoną i pozieleniałą szybką.
     W pobliżu była ogromna, odwieczna studnia,
 
 
 
ocembrowana drzewem, bardzo prymitywna i niezgrabna, z olbrzymim kołem i korytem wyciosanym w pniu drzewnym. Pojono przy niej konie i jakoś nigdy nie przyszło nikomu do głowy, aby ja trochę zmodernizować i ulepszyć.
     Za folwarkiem i za drogą gminną stała druga ogromna stodoła tzw.  "Boisko na bagnie”. Na jej słomianym, bardzo wysokim dachu przez cały czas mego dzieciństwa gnieździły się co roku bociany. Wiły sobie gniazdo na starym kole, które tam mój Ojciec kazał umieścić. Jaka to była radość, gdy po raz pierwszy na wiosnę doleciał do domu klekot bociana, jak pilnie obserwowaliśmy, czy bocianica już wysiaduje jaja a później czy bocianięta już biorą od rodziców „lekcje latania”.
      Po drugiej stronie folwarku były chlewy, gdzie się chowało stale do 20 sztuk świń i cielętarnia, gdzie stało młode bydło i dwa olbrzymie rasowe buhaje.
     Bałam się zawsze tam chodzić od czasu gdy raz zobaczyłam jak taki buhaj wyrwał się i uganiał jak szalony po folwarku dopóki
 go z trudem nie złapano.
     Wszystkie tu opisane budynki z wyjątkiem spichlerza, „karbownikówki” i cielętarni wyleciały w lipcu 1944 w powietrze podczas wybuchu niemieckiej amunicji, a na miejscu stajni cugowej jest olbrzymi lej wypełniony wodą zaskórną. Dzień 26 lipca 1944 zmienił w zupełności wygląd dynowskiego dworu tak, że gdy zamknę oczy i staram się odtworzyć w pamięci jego wygląd sprzed 50 laty a potem je otworzę i zobaczę jak tu dziś wygląda, to zdaje m i się, że jestem w zupełnie innym miejscu. Zaledwie kilka starych drzew, jak stary dąb, jesiony koło spichlerza pamiętają piękno i urok dynowskiego dworu sprzed pierwszej wojny światowej, która rozpoczęła w nim dzieło zniszczenia.
 
Dynów 18 grudnia 1954 r.
    
Dynowski ogród

     Stary nasz dom w Dynowie był wprost wtulony w masę drzew, tak, że niektórzy twierdzili, że było ich za dużo, ale Rodzice moi kochali te drzewa i za nic nie byliby żadnego wycięli.    
    Od północy wjeżdżało się z drogi gminnej przez białą bramę, nigdy nawet na noc nie zamykaną. Od tej bramy ciągnęła się lipowa aleja.
Na folwarku były dwa rzędy lip a już w samym ogrodzie tylko jeden rząd drzew pięknych, choć jeszcze nie starych, sadzonych w dzieciństwie mego Ojca po roku 1875.
     Na środku dużego gazonu, przed domem była ta sama lipa, która tam do dziś rośnie, (choć mocno obecnie przez wojnę uszkodzona). Posadzona była w roku 1837 z okazji urodzin mego Dziadka Zbigniewa Trzecieskiego. Obok niej mniejsza (dziś tam jeszcze rośnie) posadzona w roku urodzenia mego brata Antoniego Trzecieskiego w 1898 r.
    Od folwarku oddzielała gazon grupa świerków, parę lip i kępy akacji z podszyciem z bzów.
     Wschodnia część ogrodu zajmowały tzw. „krzaki na huśtawce”, zasłaniające stodoły. Stały też tam piękne nadwiślańskie topole, do których w jednym miejscu była przytwierdzona huśtawka, na której huśtaliśmy się z zapałem.
     Pod dużymi drzewami rosła gęsto leszczyna i inne krzewy. Tam w dzieciństwie bawiliśmy się godzinami zaszyci jak w dżungli.
     Do huśtawki przytykał od południa tzw. „lasek sosnowy”, kępa kilkudziesięciu sosen posadzona za czasów mojej Babki Ignacji Trzecieskiej. Stał w tym lasku stół i niskie ławki z różowego kamienia. Wysoki  płot z tarniny oddzielał ogród od sadu i ogrodu warzywnego. W sadzie tym było trochę jabłoni, na których jeszcze mój Ojciec kuł koniugacje łacińskie, ale większość drzew była zasadzona przez moją Matkę około 1896-1897r i w okresie mego dzieciństwa były to drzewa jeszcze bardzo młode. Pod jedną ze starych jabłoni (gdzie obecnie biegnie nowa droga do miasta), stała słomiana buda wartownika. Był nim przez cały szereg lat stary, do gnoma leśnego podobny, Jędrzej Bielec.
     Nosił on zawsze wysoką  baranią czapę, miał potężny nos, a ręku sękatą „palicę”, na ewentualnych złodziei. Chociaż cały sad był otoczony tarninowym płotem z „koroną” z kolców i zamknięty na dwie bramki, zamykane na klucz, to jednak stary Jędrzej twierdził, że „ stary złodziej lizie wierzchem, a mały sunie spodem jak gad”.
        Buda Jędrzeja była nakryta słomą i przesiąknięta zapachem jabłek. Marzeniem moim dziecinnym było w niej spać.
    Od północy ciągnął się wzdłuż sadu parkan, a na nim szereg rozpiętych brzoskwiń rodzących w tym okresie cudne różowo-złociste owoce. Za sadem od wschodu ciągnął się tzw. „wał”, o którym mówiono, że był resztką jakiegoś sztucznie usypanego wału obronnego. Stało na nim kilka starych brzóz i lipa cudnego stożkowatego kształtu.
     Ogród warzywny, nachylony do południa dawał w tym czasie bardzo wiele jarzyn; była duża szparagarnia, w czerwcu i lipcu obfitość truskawek, agrestu, malin. Ogrodzony i pilnie strzeżony, nie był narażony na tyle szkód co obecnie i dawał wszystko co w naszym klimacie ogród dać może.
     Część ogrodu  spacerowego „ za pokojami” posiadała nasze najpiękniejsze drzewa, a mianowicie istniejący do dziś stary dąb, za nim dwa kolosalne świerki, których gałęzie spływały nieomal do ziemi i tworzyły jak gdyby sklepienie szumiące i pachnące żywicą. Były to dwa najpiękniejsze świerki, jakie w życiu widziałam. Pod nimi rosły na małym stoku wiosną fiołki, tu bawiliśmy się latem, choć igliwie kłuło nasze, zawsze w lecie bose, stopy.
     Sąsiadem tych dwóch „ staruszków” był przepiękny, płaczący jesion, istniejący w stanie szczątkowym jeszcze dziś. Wówczas tworzył on ogromną zieloną kopułę, wyścieloną na dole barwinkiem, pod którą można się było schronić podczas niewielkiego deszczu.
     „Za pokojami” rosły też olbrzymie nadwiślańskie topole i kilka pięknych grabów nad drogą prowadzącą wzdłuż małej „rzeczki”.
     W kępach bzów i jaśminów śpiewały w maju słowiki i świergotały roje innych ptaszków.
     Przed domem u stóp galerji mieniły się klomby lewkonii, astrów, tu kwitły też grupy „ sztamowych” róż: „Gloire de Dijon”, „La France”, „Noiserki” i wiele innych. Sama galeria była opleciona powojem a pod oknami ”Kredensu” i „Łazienki” zwieszały się niebieskie grona „ glicynii” posadzonej tam w późniejszych latach.
     Zajazd przed frontowym gankiem był też obsadzony różami i rabatami letnich kwiatów. Mój ojciec oskarżał zawsze ogrodnika Gubernata o brak gustu, bo czasem sadził astry liliowe obok buraczkowych, ale ja pamiętam, że nasz ogród w tym czasie tonął w kwiatach, a atmosfera letnich wieczorów była przesycona ich zapachem.
     Wspomniałam już, że w gęstwinie krzaków i zarośli niemal przez całą dobę w maju śpiewały słowiki, bo słowik milczy tylko po zachodzie słońca, o czym już Słowacki pisze: ”jest chwila, w której ma się księżyc ukazać, kiedy się wszystkie słowiki uciszą”.
 
Dynów 20 grudnia 1954

  Ja osobiście od dziecka bardzo lubiłam ogród, zwłaszcza gdy był dobrze utrzymany. To też cieszyłam się gdy wstawszy w lecie posłyszałam klepanie kos na gazonie, terkot maszynki do strzyżenia gazonów i charakterystyczny odgłos motyk, którymi najęte dziewczęta gracowały ścieżki w ogrodzie. Takie generalne  porządki robił Gubernat zawsze parę razy w ciągu lata. Zdawało mi się wówczas ze nie ma świecie piękniejszego, milszego kąta jak ten nasz ogród, w którym znało się każdy krzew i każde drzewo.
     Majątek ziemski Dynów został kupiony około r. 1740 przez Andrzeja Trzecieskiego, ojca Stanisława.
     W czasie, który tu opisuję miał Dynów 560 morgów ( około 280 hektarów) roli, 30 morgów łąk i 600 morgów lasu położonego w Łubnie na tzw. „ Popielaku” i „ Stefanówce”.
     Od folwarku ciągnęły się pola równym prostokątem aż do gościńca „ rzeszowskiego”, czyli „ cesarskiego”, stawu w Harcie, a na wschód aż po San. Pamiętam nazwy poszczególnych łanów, a więc „Bagno” koło folwarku, dalej na Północ „Podmokliska”, „Górki”, „ Mała Cegielnia”, koło obecnej mleczarni, „Wielka cegielnia”, nad Sanem "Lęg” „Stawy” i „Młynarskie” z najlepszą w Dynowie ziemią.
     Cała ta ziemia znajduje się od lat przeszło 30 w rękach chłopów, przeważnie pochodzących z innych wsi, którzy ją od mego Ojca kupili w latach 1919-1944. Pola te nazywają się obecnie „ Błoniami”. Jest to nazwa powstała dopiero po pierwszej wojnie światowej, podczas parcelacji dworskich pól.
     Na ogół Dynów uchodził za śliczny majątek ziemski, doskonale skomasowany o dobrej, łatwej do uprawy glebie.
     Opisałam tu w bardzo ogólnych zarysach nasz dom i jego otoczenie, a teraz chce przejść do charakterystyki tych ludzi, którzy ten dom podczas mego dzieciństwa zamieszkiwali: rodziny i służby, która u moich Rodziców długie lata pracowała.
     Zacznę od mego Ojca Stefana Trzecieskiego, którego jeszcze przeważnie część mieszkańców Dynowa ze starszego pokolenia pamięta, bo umarł jako 89 letni starzec 3 lutego r.1953 - a niemal do ostatnich lat swego życia, bo do 87 roku widywano Go codziennie na Mszy św. w kościele. Ojciec mój, syn Zbigniewa i Ignacji z hr. Miączyńskich, urodził się 1 września 1864 roku.
 
 
Stefan Trzecieski jako kawaler

     Dodaje nawiasowo, że w tych moich wspomnieniach będę mówić szczerą prawdę o ludziach z tym, że będę mówić głównie o ich dobrych stronach, chociaż wie się, że mieli oni i wady jak wszyscy ludzie od Adama i Ewy począwszy.
     Wracając do charakterystyki mego Ojca zaczynam od tego, że była to dusz czysta, niezdolna z rozmysłem popełnić coś coby nie licowało z etyką czy honorem. Był to typ Polaka w całym tego słowa znaczeniu: gorący Katolik, ślepo do wiary przywiązany, gorliwie praktykujący. Przez całe moje życie spędzone w Dynowie, nie pamiętam ani jednego dnia (był żelaznego zdrowia i nigdy nie chorował) w którym by nie był w Kościele na Mszy św.
     Od czasu gdy święty Papież Pius X wydał encyklikę o codziennej Komunii św. mój Ojciec codzień do Komunii św. przystępował przez lat nieomal 40 t.j. od 1910 do 1951 roku, kiedy to jeszcze mógł do Kościoła chodzić. Znał doskonale łacinę i modlił się przeważnie w tym języku a liturgię znal nieomal jak ksiądz.
     Przez przeszło 50 lat był Sodalisem Marjańskim Sodalicji Panów Ziemi Sanockiej z siedzibą w Starejwsi i prowadzonych przez Ojców Jezuitów. Co roku jeździł na zamknięte rekolekcje i zjazd tejże Sodalicji.
       Z Zakonem Jezuitów łączyły go najlepsze stosunki, to też z radością przyjął wiadomość, że wnuk jego, mój Stefanek wstępuje do tego Zakonu. Gdy Stefanek był u nas w Dynowie w r. 1952 już naturalnie w sutannie jezuickiej, to tak serdecznie się z nim pożegnał, że dotąd pamiętam Jego słowa: siedząc w fotelu, w którym spędził ostatnie lata swego życia objął Stefanka za głowę i powiedział: „Niech Cię Pan Jezus Swoją Hostią pobłogosławi”. Widział Stefanek Go wtedy po raz ostatni.
     Przez cale swoje dzieciństwo patrzyłam na to jak Tata szedł rano swym elastycznym krokiem przez ogród na Mszę Św. wysoki, szczupły, o zawsze młodzieńczej sylwetce.
     Ojciec mój był bardzo miłosierny dla wszelkiej biedy i niedoli ludzkiej. Jeden Pan Bóg wie ile zrobił ludziom dobrego, ile nędzy wspomógł, jak lubił dawać. Nie miał w sobie ani cienia tak częstej wówczas dumy, czy snobizmu, zawsze grzeczny i uprzejmy dla wszystkich, a przytem wesoły, dowcipny, pełen życia i temperamentu. Kochał bardzo muzykę i grał dobrze na fortepianie, pomimo, że się tego prawie nie uczył, a na organach w kościele grywał bardzo często i to trudne, klasyczne utwory. Ulubionymi jego kompozytorami byli Beethoven, a na organy Bach, którego grał biegle i z wielkim zrozumieniem.
     W młodości miał wielkie zamiłowanie do roli, kochał też gorąco przyrodę i był niezmiernie wrażliwy na jej piękno.
     Lud wiejski kochał też bardzo, każdego chłopa traktował jak równego sobie człowieka, lubił nawet ich towarzystwo. Był to na ogół typ szlachcica - katolika i ziemianina, którego życie było kierowane dekalogiem i zasadami honoru. Często mawiał, że łatwiej można człowiekowi wybaczyć zbrodnię popełnioną w tzw. „afekcie”, niż „świństwo popełnione na zimno, z rozmysłem".
     Powierzchowność miał nasz Ojciec wytworną, więcej niż średniego wzrostu, maniery i sposób bycia swobodne, cechujące dobrze wychowanego człowieka. Główną ozdobą  Jego rasowej głowy był piękny nos, którym w żarcie często się chwalił.
     Parę razy w życiu widziałam go w kontuszu.
 
 
Stefan Trzecieski w dniu ślubu (1895r.)
 
Miał żupan ze srebrnej lamy, granatowy kontusz z wylotami z białego atlasu, czerwone, safianowe buty, piękny pas i delie z sobolowym kołnierzem oraz taki sam kołpak. Pięknie mu w tym było i dobrze umiał ten prześliczny strój nosić.
     Ojciec nasz miał dużą zdolność mówienia do ludu, którego dobrze znal i wiedział jak się do niego zwracać, to też przed pierwszymi wyborami do parlamentu austriackiego, które się odbyły na zasadzie powszechnego prawa wyborczego w r.1907, mój ojciec organizował wiece chłopskie w Dynowie i okolicy i często słuchaczy porywał za sobą.
     Ostatni raz widziałam go mówiącego do tłumu na obchodzie 500 letniej bitwy pod Grunwaldem 14 lipca 1910 r. na rynku w Dynowie, gdy odsłonięto tam stojący do dziś pomnik króla Władysława Jagiełły. Miał wówczas na sobie piękny kontusz w barwach ziemi sanockiej, który tu powyżej opisałam.
 
           Dynów 2.I.1955

    Przez dwa tygodnie nie pisałam tego pamiętnika, bo Święta i wyjazd z domu temu przeszkodziły. Dziś powracam do niego i chce skreślić pobieżnie sylwetki duchowe mieszkańców dynowskiego dworu z początku naszego XX stulecia..
     Matka moja, Eleonora z Jaxa Chamców Stefanowa Trzecieska
 
 
Eleonora - Leonia - Trzecieska, w dniu ślubu
 
była typem, którego napróżno byłoby szukać w obecnych czasach.
     Urodziła się i wychowała w Wiedniu dokąd wyemigrował mój Dziadek Antoni Jaxa Chamiec po powstaniu 1963 r., w którym brał czynny udział i musiał z carskiej Rosji uciekać.
     W latach 1902-1908, które tu opisuje, moja Matka miała 30-36 lat. Była to istota o wybitnej indywidualności, serce miała gorące, potrafiła kochać ludzi aż do zupełnego zapomnienia o sobie, nie było w Niej cienia egoizmu.
     Inteligencje miała zupełnie wyjątkową, interesowała się nauką, czytała wiele i ciągle się sama uczyła n.p. nauk przyrodniczych chcąc uzupełnić braki w tej dziedzinie, bo za czasów jej młodości zupełnie ich dziewcząt nie uczono.
    Była żelaznego wprost zdrowia, uwielbiała spartański, surowy tryb życia, nigdy przez całe życie nie słyszałam z Jej ust skargi na zmęczenie czy inną dolegliwość. Może tam czasem i cierpiała, ale nikt o tym nie wiedział. Miała ośmioro dzieci, które urodziła wszystkie w starym domu w Dynowie, w tym samym pokoju. Dwie córki, Felcia i Marylka umarły w dzieciństwie, a nas sześcioro się wychowało tj.: Józia, Antek,
 
 Antoni Trzecieski 1902
Kuba, 
 
 
 Jakób Trzecieski z Ernestyną 1912(?)
Stefcia, Hania i ja.
     Miedzy nami ze starszej czwórki, do której należeli moi dwaj bracia Antek i Kuba, Józia i ja było tylko po roku, najwyżej półtora roku różnicy wieku, to tez bawiliśmy się razem bardzo dobrze.
     Mama wychowywała nas w żelaznym wręcz rygorze, którego nigdy w żadnej rodzinie nie spotkałam; mowy nie było o tym aby mógł ktoś z dzieci Mamy nie posłuchać, lub opryskliwie Jej odpowiedzieć.
     Spartański styl życia, który wprowadziła w swoim życiu osobistym stosowała i w wychowaniu dzieci. Spaliśmy na siennikach i włosianych twardych poduszeczkach, chodziliśmy od wiosny do jesieni całkiem boso, bez żadnych sandałów, musieliśmy jeść wszystko co nam dawano bez żadnych grymasów, których Mama nie uznawała.
     Byliśmy ogromnie zahartowani na zimno, wilgoć, upał. Matka od dzieciństwa przyzwyczajała nas do fizycznej pracy, musieliśmy w 7 mym roku życia (tj. my dziewczynki) myć za sobą naczynie, sprzątać pokój, dawać sobie rady w codziennym, praktycznym życiu.
     Była tez Mama wielbicielką sportów, wówczas jeszcze tak mało u nas znanych. Po prostu genialnie lat temu przeszło 50, przewidziała czasy, w których nam żyć przyjdzie; mawiała zawsze, że doczekamy czasów, w których każdy będzie musiał sobie samemu dawać rady, w których nie będzie żadnej - tak licznej wówczas – służby domowej.
     Za to, że nas przyzwyczaiła do twardego życia, należy się Jej wdzięczność i cześć dla Jej pamięci, choć nie zaznałyśmy od Niej macierzyńskiej czułości i pieszczot, a nawet często czułyśmy się pokrzywdzone przez zbytnią może surowość i wymagania.
     Rodzice moi pomarli oboje w Dynowie w tym samym już „nowym domu”, gdzie obecnie mieszkamy.
     Matka umarła po ataku sklerotycznym i po zupełnie przytomnie odbytej spowiedzi dnia 5 lutego 1947 r. Właściwie nie była ani jednego dnia chorą, co sobie chyba u Boga wyprosiła, bo nie znosiła leczenia się i lekarzy koło siebie.
     Ojciec umarł w 7 lat po Niej 3 lutego 1953 r., w 89 roku życia, właściwie tez na uwiąd starczy, bo organizm był do ostatnich tygodni zdrów. On tez na parę dni przed śmiercią przyjął Sakramenty Święte, umarł jednak bez przytomności i świadomości śmierci.
     Przez dwa dni tłumy ludzi modliły się przy Jego Zwłokach, niektórzy dziękowali Mu głośno za dobrodziejstwa jakie im w życiu wyświadczył, a pogrzeb, pomimo szalonego mrozu i śniegów dnia 5.II 1953 był manifestacja całej ludności Dynowa i hołdem dla jego pamięci.
     Moi Rodzice leżą oboje w naszym grobowcu rodzinnym na najstarszym cmentarzu Dynowa, obok kaplicy cmentarnej na prawo, pod obeliskiem z wyrytym na nim naszym herbem „Strzemię”.
     Tam leżą też Rodzice mego Ojca, Zbigniewowie Trzeciescy, mój prapradziadek Jakób Trzecieski, moje dwie małe siostry i moja Ciotka, siostra mojej Matki, Gabryjela z Chamców Radzimińska.
     W domu naszym był cały szereg osób z tak zwanej wówczas służby domowej. Byli to ludzie, którzy całymi latami u moich Rodziców służyli, a nam dzieciom się wydawało, że tworzą z nami jedną rodzinę, jedna całość, tak, że wogóle nie można było sobie bez nich naszego dzieciństwa wyobrazić.
 
 
 
Stefanowa, niańka Stefana Trzecieskiego1890 (?)
 
     Pierwsze miejsce należy się w tych moich wspomnieniach Tekli Frey i nad jej szlachetną postacią musze się dłużej zatrzymać.
     Tekla Frey była to tzw. wówczas „panna służąca”, czyli osoba, której głównym obowiązkiem było usługiwanie Pani domu we dworze.
     Przyjechała z naszymi Rodzicami do dynowskiego dworu w dniu ich ślubu tj. 27 kwietnia 1895 r. i pozostała w nim bez przerwy do śmierci tj. 19.X.1936 r. a wiec przez 41 lat. Całe Jej życie to pasmo dni wypełnionych praca dla naszej rodziny, praca pełna poświecenia, bezinteresowną, bo całymi latami nie brała żadnego wynagrodzenia za nią, nigdy się o nic dla siebie nie upominała.
     Nas dzieci kochała jak matka, wychowała nas sześcioro od urodzenia, po nocach przy niemowlętach nie sypiała, pielęgnowała w chorobach, zawsze pełna poświecenia, wierna i oddana bez granic.
      Nazywaliśmy Ją Tekluńcią albo Tetą i kochaliśmy całym sercem. Tekluńcia była małego wzrostu, o inteligentnej, pełnej uroku twarzy, dobrą i niemal zawsze pogodną i wesołą.
     Mieszkała w starym domu w tzw. „garderobie Tety” i tam pod oknem stała maszyna do szycia, na której szyła wszystko dla naszej Matki i dla nas. Zajmowała się bielizną, garderobą całego domu, uczyła dziewczęta służące prać, prasować, pilnowała, aby każdy swoje obowiązki wykonywał, a o powierzone sobie rzeczy bardziej dbała niż o własne.
     Tekluńcia była głęboko religijną, co dzień przez całe swoje pracowite życie znajdowała czas, aby odmówić cały różaniec t.j. wszystkie trzy części. Modliła się wieczorami gdy wychodziła z którąś z dziewcząt na ulubioną godzinkę spaceru w pole, otulona peleryną.
     Rano zawsze przy pracy śpiewała „Godzinki” do Matki Boskiej i za nic nie da la ich sobie przerwać. Gdy w późniejszych latach zajmowała się robieniem kawy na śniadanie i dla każdego z nas przygotowywała osobny garnuszek i imbryczek, też zawsze śpiewała „Godzinki”. Czasem któraś z nas zapytała: „Tekluńciu, która to moja kawa?”, odpowiadała ruchem głowy wskazując którą wziąć, ale jednocześnie śpiewała: ”Olej wylany, o Maryjo Imię Twoje, słudzy Twoi zakochali się bardzo w Tobie”, czy tez inny wiersz hymnów godzinkowych.
     Miała też śliczny, staropolski zwyczaj, że w chwili, gdy zapalała naftową lampę wieczorem, zawsze mówiła: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, na znak, że Chrystus jest ”Światłością świata”.
    Gdy zaczynała krajać bochenek chleba zawsze kreśliła na nim znak krzyża.
     Tekluńcia nauczyła nas pacierza, ona też uczyła nas podczas adwentu kolend i starych pastorałek, które śpiewała świeżym, miłym głosem. Umiała też dużo starych, polskich piosenek o romantyczno-sentymentalnym zabarwieniu, których dziś już nikt nie śpiewa, a które miały tyle uroku, poezji i świeżości.
    Służba w domu nazywała Ją „ Panna” i często krytykowała, może, dlatego że zbyt dbała o dobro „ Państwa”, zbyt wiernie temu „Państwu” służyła.
     Była doskonałym pedagogiem, dziewczęta w garderobie, których zawsze w okresie naszego dzieciństwa było kilka, t.j. niańka, praczka, pokojówka, bały się Jej ale i lubiły Ją bardzo, bo choć była surową ale i sprawiedliwą dla nich.
     Była to osoba pochodzenia niemieckiego, wnuczka kolonistów z Leżajska, a wychowanka pp. Adamów Krechowieckich ze Lwowa. (Adam Krechowiecki, powieściopisarz i przyjaciel Henryka Sienkiewicza). Tekluńcia w młodości widywała Sienkiewicza u Krechowieckich i była żarliwą wielbicielką jego powieści, głównie „Qvo vadis” i „ Trylogii”.
     Pomimo niemieckiego pochodzenia była gorącą patriotką polską i nie lubiła, gdy ktoś o jej niemieckim pochodzeniu wspominał.
     W późniejszych latach, gdyśmy już dorośli, zmieniła swe obowiązki z „ panny służącej” i wychowawczyni niemowląt, i stała się prawa ręka mojej Matki, całe gospodarstwo kobiece spoczywało na jej głowie. Bezwzględnie uczciwa pilnowała też i inną służbę, aby ktoś czegoś nie ukradł czy nie zniszczył.
     Była w ustawicznej „wojnie” z  tzw. „ Kredenśnikami”, czyli lokajem i chłopcami kredensowymi, bo uważała, że oni niszczą bieliznę stołową, o która ona ogromnie dbała.
     Moja Matka wychodząc zamąż dostała śliczną wyprawę robioną w Wiedniu u Beyera. Były to całe tuziny osobistej bielizny z lnianego, belgijskiego płótna haftowane ręcznie, tuziny prześcieradeł, obrusów i serwet adamaszkowych, suknie, piękne futra itp. Wyprawa ta mieściła się w kilku szafach, do których tylko Teta miała przystęp.
     Po praniu wiązała bieliznę różowymi wstążkami w tuziny!!!! I przez 19 lat nie brakowała ani jedna sztuka. Dopiero wszystko przepadło w całości podczas pierwszej wojny światowej w 1914 r.
      Taką była nasza kochana, wierna, niezapomniana Tekluńcia.
Po naszym zamążpójściu była u mnie przez pół roku, gdy się mój Stefanek urodził i pielęgnowała go w ten sam serdeczny, troskliwy sposób co i nas. Jakby się teraz cieszyła gdyby Go teraz widziała księdzem, odprawiającym Mszę Św.
     Tekluńcia biedna umarła na raka w żołądku 19.X.1936 r. Podobno nie chciała się leczyć, nie skarżyła się nigdy, nie chciała swoja choroba nikomu najmniejszej przykrości zrobić.
     Niech Jej pan Bóg hojnie zapłaci za życie ofiarne, za jej szlachetność i dobroć. Leży na cmentarzu „ średnim” w Dynowie, gdzie ma skromny nagrobek z napisem: „Tekla Frey” „ Przeszła przez życie dobrze czyniąc”.
     Drugą postacią nieodłączną od dynowskiego dworu był Marcin Siekaniec, furman, który służył w naszej rodzinie przeszło 60 lat, bo przyszedł do służby jako chłopak stajenny mając 14 lat, na pół roku przed urodzeniem mego Ojca na wiosnę w 1864 r, a obowiązki furmana pełnił bez przerwy do 1922 r. Potem dostał od mego Ojca pełną emeryturę, ale pracować już nie mógł.
    Był to typowy dworski furman, wielki miłośnik koni, doskonale powoził, jeździł konno, dbał o dobry wygląd koni.
     Stajnia tzw. „ cugowa” czyli wyjazdowa w latach 1902-1908 mieściła 3 pary koni „ cugowych” czyli do wyjazdu, 2 klacze wierzchowe i ogiera tzw. „rządowego”.
     Było to najmilsze miejsce pobytu nas dzieci. Marcin puszczał nas do wozowni, gdzie można było się bawić, siedzieć w karecie lub na saniach. W stajni konie stały w tzw. „boxach”, w zimie nakryte żółtymi kocami i takim samym kocem było nakryte łóżko Marcina.
     Unosił się w tej stajni charakterystyczny zapach koni, siana i ten sam zapach przynosił ze sobą Marcin, gdy przychodził po coś do mego Ojca, do kancelarji. Nie wyobrażaliśmy sobie, aby furman mógł się nazywać inaczej niż Marcin, to też, gdyśmy raz przyjechali do Lwowa, to mój brat, 5 letni Antek na widok konnych dorożek dworcu, zawołał: ”Co tu Marcinów!”
     Marcin nosił zawsze furmańską czapkę ceratową, a w lecie liberię w paski z herbowymi guzikami. Był zawsze w dobrym humorze, łagodny i miły. Z moim Ojcem, którego znał od dziecka przekomarzał się często; gdy Ojciec, który zawsze bardzo ostro konie trzymał przy powożeniu, zwracał mu uwagę: „ Marcin, jak ty jedziesz, lejce ci chlapią”, odpowiadał:” ciekaw jestem kto kogo uczył powozić”.
     Ja, siedmioletnie dziecko, jeździłam na kucu, którego Marcin prowadził za uzdę po ogrodzie. Zawsze przytem droczył się z ogrodnikiem, którego nazywał” badylarzem”, a gdy widział przed „garderobą” Tekluńcię besztającą którąś z garderobianych dziewcząt, mruczał: „ Oho, już panna dziewki spowiada”
     W lecie jeździliśmy z Marcinem dużym wózkiem bez resorów do kąpieli do Sanu, w zimie saniami na Igiozę na ślizgawkę i zawsze tylko Marcin przypinał nasze łyżwy.
     Czasem Marcin, w granatowym liberyjnym płaszczu zajeżdżał powozem, gdy Rodzice jechali w sąsiedztwo, ale najczęściej widywano go na tzw. tarantasie, na którym jeździł z moim Ojcem w pole parą krępych koni, z których jeden nazywał się „ Chłop”, a drugi „ Stadnicki”.
     Pamiętam doskonale czasy, gdy w Dynowie nie było kolei i gdy się jeździło do najbliższej stacji kolejowej, która był Przemyśl. W tym czasie było więcej koni cugowych, które w fachowych rękach Marcina zawsze doskonale chodziły.
     Ostatni raz Marcin siedział na koźle, gdy wiózł mie do ślubu 11.X.1921 r.
     W parę lat potem umarł jeden z ostatnich przedstawicieli starej, wiernej służby. Zostawił liczną rodzinę, bo 12 dzieci z których kilkoro mieszka jeszcze dziś w Dynowie.
     W latach, które tu opisuje Rodzice moi hodowali około 80 sztuk bydła. Dozorcą stajni był Benedykt Skubisz nazywany zawsze krotko Benedyk lub Benedycio.. Był to ogromnie sympatyczny typ dworskiego sługi: niezmiernie uczciwy, zawsze wesoły i ogromnie dowcipny. Świetnie znał się na bydle i często był używany wokolicy do chorych krów.
     Miał pod swoja komenda pięć dziewcząt stajennych, które trzymał krótko, ale był lubiany dla swojej wesołości.
     Chodziłyśmy z Matką prawie co dzień, w południe do podoju, do dużej tzw. ”nowej” stajni. Matka zapisywała na tablicy ilość udojonego mleka, legawiec „ Bravo” chłeptał pianę z mleka, którą mu któraś z dziewcząt z łaski chlapnęła na betonową posadzkę.
     Benedyk często częstował nas swoim obiadem, który mu żona przynosiła w tzw. ”dwojaczkach”. Były to dwa garnuszki gliniane złączone ze sobą, dzieło jakiegoś domorosłego garncarza.
      Nic nam tak nie smakowa jak pierogi, lub kapusta przyrządzona przez starą „ Benedyczkę”.
     Benedykt służył u moich Rodziców przez lat niemal 40, zawsze obowiązkowy, sumienny i nieskazitelnie uczciwy.
     Długoletnim sługą był też Karol Kasprowicz, który przepracował u nas też około 40 lat. Ponieważ był dosyć mrukliwego usposobienia, więc mało z nim mieliśmy styczności, ale swoją drogą kuźnia dworska, która stała pomiędzy spichlerzem a domem Karbownika Sikory, zawsze nas nęciła swoją pewną tajemniczością: czarno w niej było, tylko iskry tryskały z żelaza na kowadle, gdy Kasprowicz kuł podkowy, a w kącie leżały stosy rozmaitego żelaziwa niewiadomego dla nas przeznaczenia.
     Kasprowicz zajmował się też maszynami rolniczymi, których było u nas - jak na owe czasy - dużo: kosiarki, żniwiarka, siewniki, motor benzynowy, cyrkularka do ciecia drzewa itp.
     Tzw. karbownikiem, czyli tym, któremu powierzony był sam folwark, spichlerz, inwentarz, był przez nieomal lat 40 Marcin Sikora, ulubieniec mego Ojca, o ogorzałej twarzy i sumiastych wąsach, a tzw. „polnym”- Turczak i Kasprzycki.
     Wspomniałam tu już o długoletnim ogrodniku, którym był Gubernat. Mój Ojciec mawiał o nim, że się minął z powołaniem, bo powinien był zostać inspektorem hodowli bydła, ponieważ mając słabowita żonę, sam się swoją krową zajmował i często do niej chodził.
     Moja Matka z całej służby najlepiej lubiła kucharza Wojciecha Kłysza. Był to bardzo dobry człowiek, ale pijaczyna, który często wracał pijany z szynku, „ od Szperlinga”, gdzie był codziennym gościem.
     Mama mu to wybaczała, bo był nam bardzo życzliwy i do rodziny naszej przywiązany.
     Pamiętam codzienny ranny obrazek: Mama z legawcem „Brawem” i pękiem kluczy, a za nią Wojtek Kłysz w białym fartuchu i w białej kucharskiej czapce, za nim kuchcik i „ gospodyni czeladna” z rondlami do „wybioru”, czyli wydawania ze spiżarni co było potrzebne na cały dzień.
     W latach, o których piszę, było nas na wikcie około 40 osób, bo oprócz naszej rodziny i służby domowej, były też dziewczęta stajenne, Kowalczyk, dwóch ogrodniczków i chłopiec stajenny.
     Dla służby folwarcznej gotowała gospodyni czeladna w kuchni czeladnej.
     Lubiłam tam czasem zaglądać na żytni żur, który Katarzyna Kucz umiała dobrze przyrządzać.
     Gdy ja miałam lat 6 przyjechała do nas Francuska, Ernestyna Osiral. Zaangażował ja w Wiedniu nasz dziadek Chamiec. Była to 20 letnia przystojna dziewczyna, z warkoczem do ziemi, ale nam wydawała się stara i niesympatyczna, a do tego baliśmy się jej towarzystwa, bo nie umiała ani słowa po polsku, a my ani słowa po francusku.
     Kazano się nam z nią bawić cały dzien. Józia uciekała przed nią w krzaki, na „huśtawce” odmawiałyśmy nawet „nowenny” w „zbożnym” celu, aby dostała „ influency”, jak dawniej nazywano grypę, słowem biedna dziewczyna, nie miała z nami słodkiego życia.
    Po kilku jednak miesiącach my dwie starsze mówiłyśmy nieomal płynie po francusku, a i Antek również, tylko Kuba, w żaden sposób nie dał się tego języka nauczyć, którym miał później - mieszkając w Belgii - całe życie mówić.
     Ernestynę polubiliśmy z czasem bardzo, a i ona przywiązała się do nas i pozostała na stałe wyszedłszy zamąż w roku 1910 za naszego rządcę Piątkowskiego.
     Służba nazywała ją „ panna marmuazela Agrestyna”.
     Ci wszyscy ludzie, o których tu wspominałam od dawna już w grobie; złożyło się tak, że mój Ojciec przeżył wszystkich, którzy z nim pracowali.
     Stosunek do służby był w naszym domu oparty z naszej strony na życzliwości. Rodzice moi nie mieli w sobie ani śladu snobizmu, wyniosłości i pychy, Ojciec ze służbą żartował, opowiadał dykteryjki ze zdarzeń z ich życia, a choć często - będąc natury porywczy - beształ i krzyczał, ale nigdy nikogo słowem czy też postępkiem nie skrzywdził.
     Ludzie służyli u nas latami, nawet dorabiali się, wychowywali bardzo dużo dzieci, z których wiele dziś jeszcze żyje w Dynowie i te czasy pamięta.
     Fornale mieszkali z rodzinami w dużym starym budynku nad rzeczką poniżej obecnego, nowego mostu, nazywanym „ browarem”. Był tam około 1870 roku rzeczywiście browar, w którym stary żyd wyrabiał piwo. Gdy był zaspany wołał na swojego pomocnika: „Franciszku pali?”- „Pali”- odpowiadał  Franciszek - „ kołuje?”- kołuje. „ Dobrze, dobrze, misiaj, misiaj (czyli: mieszaj).”
     Za mego dzieciństwa budynek ten nadal nazywano „browarem”, choć w nim już nikt nie kołował, ani „misiał” piwa. Wychowywały się w nim roje dzieci; raz – pamiętam - mój Ojciec naliczył ich 70-ro.
     A teraz skolei chcę opisać nasze życie w latach 1902-1908 t.j. gdy ja miałam 6-12 lat. Pamiętam te czasy doskonale, a że nasze życie było ściśle związane z życiem Kościoła z jednej strony, a przyrodą z drugiej, przeto zacznę od początku Roku Kościelnego.
     Adwent! Długie wieczory, na dworze wiatr, gruda, czasami sanna, a czasem tylko świat śniegiem przypruszony. Wieczorami siedzieliśmy w pokoju jadalnym gdzie mój Ojciec dawał Józi i mnie lekcje pisania. Stary służący Bazyli, tzw.  „Bazio” kiwał nad nami głowa i wypowiadał pesymistyczne zdanie: ”już ja w moim sercu czuję, że ty się nigdy nie nauczysz pisać”. Po lekcji szłyśmy do biblioteki i tam przy poczciwej lampie naftowej wokoło dużego stołu siadaliśmy z Matką, która nam pokazywała obrazki i ryciny. Ojciec często grywał na fortepianie, przeważnie walce z nieporównanym temperamentem i wyczuciem rytmu. Myśmy skakali często po kanapie i fotelach, aż Ojciec wstawał od fortepianu z uwagą, że „u nas dzieci wszystkie meble zniszczą”.
     Wieczorami odbywały się tez tzw. „sesje gospodarskie” w kancelarji mego Ojca.
 
 
 
Stefan Trzecieski 1900 r.
 
Przychodzili na nie: karbownik Sikora, ekonom z Igiozy, Radoń z ogromnym, czerwonym nosem, i zaczynało się omawianie prac na dzień następny. Czasami Ojciec się złościł, czasami żartował i przekomarzał ze swoim folwarcznym sztabem. Na dużym ceratowym fotelu chrapał „Brawo”, czasem palił się ogień na kominku, a myśmy wyglądali, czy pod oszklonymi drzwiami prowadzącymi na ganeczek nie stoi biała postać Św. Mikołaja ze złotym pastorałem w ręku.
     Pamiętam też te ranki adwentowe, różowe od zorzy przeglądającej się między pniami naszego ”sosnowego lasku”. Myśmy byli pewni, że niebo czerwieni się od tego, że Matka Boska piecze pierniki w niebieskim piecu dla dzieci na Św. Mikołaja i Gwiazdkę.
     Świętym Mikołajem był zawsze mój Ojciec; grał go doskonale, a nam serca biły ze wzruszenia gdy wchodził do przyciemnionego jadalnego pokoju we wspaniałym ornacie, złotej infule i głębokim basem zaczynał: „ Jak się macie moje dzieci?” Nazajutrz budziliśmy się ciemną nocą, zanim ludzie szli na „roraty”, aby zobaczyć co św. Mikołaj położył koło łóżek. Cudne chwile pełnego szczęścia, beztroskiej radości, gdy dzieci z okrzykami pokazywały sobie lalki, książki, inne zabawki, słodycze od św. Mikołaja.
     Adwent mijał w oczekiwaniu na Boże Narodzenie, które w czasach mego dzieciństwa było u nas obchodzone z zachowaniem wszystkich przecudnych zwyczajów i tradycji wsi i dworu polskiego.
    Na święta przyjeżdżali zawsze nasi dziadkowie, t.j. rodzice mojej Matki: Antoni Jaxa Chamiec
 
 
 
 
i jego żona Ludwika.
 
 
Byli to w tym czasie ludzie jeszcze w pełni sił, dziadzio miał przeszło 60 lat, babcia była o 13 lat młodsza. Ludzie o wysokiej kulturze, którzy spędzili życie w najwytworniejszych środowiskach Wiednia i Lwowa; mieli we Lwowie ładną willę przy ul. Technickiej i piękny majątek ziemski, Skowiatyń, na południowym Podolu. Dziadek był posłem do Parlamentu Austriackiego i Sejmu Galicyjskiego oraz Prezesem tzw. Wydziału Krajowego we Lwowie.
     Dziadek kochał nas bardzo, przywoził nam często prześliczne zabawki, o których obecne dzieci nawet pojęcia mieć nie mogą, pozwalał się nam dręczyć i bawił się z nami jak dziecko.
     Babcia była małego wzrostu, tęga, zawsze pięknie ubrana, z brylantowymi „butonami” w uszach. Nie była tak przez nas kochana jak dziadzio, ale i ona pozostawiła po sobie dobre wspomnienie i - szczególnie w latach późniejszych - nauczyliśmy się ją cenić.  Przyjeżdżała tez z nimi na święta aż do 1906 roku ich młodsza córka, Kochana Ciocia Gabryjelka (późniejsza Radzimińska). Dom się zapełniał, w salonie lokaj zapałał kominek oraz odświętną lampę kryształową z różowym kloszem, wyjmowano srebro stołowe, porcelanę w niebieskie kwiatki, urządzano pokoje gościnne.
     Na parę dni przed świętami okna w bibliotece były zasłonięte płóciennymi storami, a drzwi na klucz zamknięte. Chodziliśmy zemocjonowani i niespokojni, czy aniołki przyniosą drzewko.
     Muszę tu dodać, że dziś panuje słuszne przekonanie i wszyscy księża je podzielają, że nie powinno się dzieciom mówić, ze to Aniołki przynoszą drzewko, bo dziecko łączy przeżycie religijne z kłamstwem i prędzej czy później przekonuje się, że go okłamano. U wielu dzieci może to wywołać wstrząs moralny i nawet żal do rodziców za to, że je oszukiwano.
     Wilią wilii, rano na bufecie w jadalni leżała już monumentalna strucla, prawie metrowej długości, a w kątach pokoju stały snopy zboża. Wołano też nas zawsze do kuchni, gdzie w dużym „szafliku”, czyli cebrze pływały ryby z Sanu: kolosalne szczupaki, liny i karpie ze stawu.
     Dziadek, który znakomicie znal francuski język i często w rodzinie go używał, droczył się z nami: „ Je ne vois pas de preparatifs. Nie widzę przygotowań”. Nie wiadomo co będzie z drzewkiem? Czasami Ciocia Gabryjelka cieniutkim głosikiem śpiewała kolendy w bibliotece, a myśmy przez dziurkę od klucza zaglądali, chcąc podpatrzeć te duchy niebieskie.
     W dzień wilii obiadu się nie jadło, tylko jakieś pieczone kartofle i sardynki, a wcześnie po południu Tekluńcia brała nas do dziecinnych pokoi, aby nas ubrać w odświętne sukienki, często prezenty od dziadzia z Wiednia.
     Byliśmy wtedy wzorowo grzeczni i spokojni; w zielonym saloniku wtuleni w kąt za pluszowym, zielonym stolikiem, oczekiwaliśmy błogosławionej chwili wilii.
     Przychodzili księża: Ks. Proboszcz Gabryel Sałustowicz,
 
 
 
ks. Katecheta Drzewicki. O szóstej zbierano się w jadalni. Mam w oczach wyraźnie ten długi, niski pokój, na ścianach pociemniałe portrety, długi stół nakryty pięknym obrusem, siano pod nim, ładne, srebrne kandelabry i białe opłatki na strucli na środku stołu.
     Rodzice brali opłatki i łamali się nimi ze wszystkimi, a potem szli do służby, która była zebrana przy swoim stole wigilijnym w „Kredensie”.
     Menu wieczerzy wigilijnej składało się z tradycyjnych potraw jak zupa rybna, barszcz, kilka rodzajów ryb, z których niektóre były tak duże, że je podawano nie na półmiskach, ale na deskach owiniętych serwetą. Był też kompot z suchych śliwek, kutia z pszenicy i hiszpański tort.
     Wedle tradycji miało być 12 potraw, ale przeszło polowa odchodziła nietknięta do Kredensu dla służby, która podczas wilii wielkim głosem kolendowała.
     Pod koniec wilii, my dzieci, jużeśmy nie mogli nic jeść, a oczy nasze były wlepione w drzwi biblioteki. Jeszcze chwila po wilii, jeszcze moment ciszy i nagle srebrzysty dźwięk dzwonka, niezapomniany do dziś i drzwi biblioteki otwierały się szeroko.
     Drzewko jak zjawisko nieziemskie ukazywało się naszym zachwyconym oczom. Ale bo tez to było drzewko, o którym obecne dzieci marzyć nie mogą. Wysokie do sufitu, spowite w błyszczące złote i srebrne łańcuchy, obwieszone cudnym świecidełkami mieniącymi się jak tęcza. Złocone orzechy, koszyczki ze srebrnej siatki, gwiazdy, postacie anielskie, cukierki owinięte w kolorowy staniol, duże korale z błyszczącego szkła, ptaszki, zwierzątka z czekolady i marcepanu, kolorowe świeczki, to wszystko czyniło z pachnącej lasem i żywicą jodełki przecudne, barwne zjawisko.
     Pod drzewkiem leżały prezenty dla dzieci, zawsze bardzo ładne lalki duże (raz pamiętam dostałam taką krakowiankę i wyprawkę dla niej w dużej szkatule), salonik dla lalek, dla chłopców kolejki, narzędzia, śliczne klocki kamienne do budowania itp. Twierdzę stanowczo, że chwila wilii, a potem chwila, gdy oczom dzieci ukazuje się choinka i prezenty pod nią ułożone, to chwile prawdziwego, pełnego szczęścia, jakiego człowiek już w późniejszym życiu nie zazna.
   Poczciwi Rodzice i Dziadkowie cieszyli się też naszym szczęściem, ale Mama, która bardzo lubiła kolendy, kazała kolendować i to zaraz, pod choinką. Ojciec zasiadał do fortepianu i z pełnej, ufnej i wezbranej piersi kolendowaliśmy przy akompaniamencie fortepianu. Umieliśmy tych kolend bez liku: kościelnych i ludowych pastorałek. Służba przychodziła z Kredensu i brała udział w tym śpiewie. Czasem gałązka zajęła się od świeczki i pokój napełniał się przemiłym zapachem spalonej jedliny tak żywo przypominającym te piękne, całe życie niezapomniane i niepowrotne chwile, wolne od wszelkich przeczuć tego, co życie człowiekowi przyniesie.
     Powoli świeczki dopalały się, my dzieci, szliśmy, niosąc nasze nowe skarby do salonu, gdzie ogień na kominku trzaskał, a my, mimo senności staraliśmy się nie zasnąć, aby móc pójść na Pasterką, na której już jako siedmioletnie dziecko byłam.
     Jutrznię przed Pasterka śpiewał ślicznie nasz proboszcz, ks. Sałustowicz. Dotąd mam w oczach jego piękny profil rzymskiego patrycjusza i słyszę cudną melodie: „Christus natus est nobis, venite adoremus”
     Kościół w tym czasie był oświetlony mniej niż dziś, ale lampki kolorowe koło Krucyfiksu w głównym ołtarzu, wydawały się nam śliczne, a potężny śpiew całego kościoła na początku Mszy św. „Wśród nocnej ciszy ” wstrząsał do głębi duszy. Raz w roku na Pasterkę wolno było t.j. Józi i mnie nałożyć ładne kapuzy podbite niebieskim jedwabiem, prezent od dziadzia, i to też dodawało uroku Pasterce.
    Święta Bożego Narodzenia w Polsce, przed pierwszą wojną światową posiadały na wsi – wedle wyrażenia jednego z publicystów polskich - wprost „ niesamowity urok”. Jest to całkiem słuszne twierdzenie, gdyż przepojone były trudną do oddania w słowie, swoistą uroczą atmosferą, pełną wesołości, owiane czarem starej, polskiej i nawskroś katolickiej tradycji.
     Pamiętam, że w tym czasie w dzień Św. Szczepana fornale ubierali konia w kapę zrobioną z cienkich słomianych warkoczy, jeden z fornali siadał na niego odziany w podobny słomiany strój. Inni fornale w słomianych czapkach otaczali go i całe to towarzystwo wchodziło przez ganek i „ Kamienną sień” po prostu do jadalni. Wielka to była dla nas uciecha, ale wielkie niezadowolenie lokaja i chłopców kredensowych, bo ta słomiana kawalkada przynosiła śnieg i błoto na froterowane parkiety. Fornale, najczęściej dosyć fałszywie, śpiewali ” Dziś dzień Narodzenia Syna Jedynego”, a Ojciec dawał im kolendę w postaci guldenów srebrnych austriackich.
     Zwyczaj ten nazywał się „słomiany koń”, a czapki robione ze słomy, wysokie i szpiczaste, dziwnie przypominały czapki tatarskie z rycin przedstawiających napady tatarskie na Kresy Polskie. Stary ten zwyczaj poszedł po pierwszej wojnie światowej zupełnie w niepamięć.
     W czasie Świąt chodziliśmy naturalnie z mamą na sumę. W dzień Św. Szczepana, po sumie, na pamiątkę kamienowania tego pierwszego Męczennika, chłopcy rzucali z chóru na księdza garście owsa, który to zwyczaj utrzymał się u nas do dziś.
     Wieczór Św. Szczepana to był wieczór kolendników i szopek. Przez parę godzin z rzędu, mniej więcej od 6 tej do 9 tej wieczorem, gdyśmy siedzieli w salonie z gośćmi, ciągle przychodzili chłopcy wiejscy z szopką lub gwiazdą ruchomą z przeźroczystych kolorowych papierów. Niektóre szopki były naprawdę ładne i duże. Kryte słomą, postacie z papieru naklejane, a okienka najczęściej z czerwonej żelatyny.
     Chłopcy wzajemnie rywalizowali w urządzaniu szopek i gwiazd. Korytarz za naszą jadalnią koło kredensu był „sceną”, na której odbywały się wokalne popisy kolendników z szopkami i tzw. „turem”. Ci ostatni byli to przeważnie dorośli lub dorastający chłopcy, poprzebierani za króla Heroda, śmierć, żyda, diabła i inne klasyczne postacie polskiej szopki. Król Herod nosowym monotonnym głosem skazywał na śmierć dzieci betleemskie, żyd z ogromnym garbem na plecach i konopną brodą mu nadskakiwał i na zapytanie Heroda: „Żydzie, gdzie się rodzi Bóg”, odpowiadał przeciągłym, żydowskim akcentem:” Ny! Bób to się rodzi jaśnie panu na Żydowskiej Górze” Potem śmierć zcinała głowę Heroda, a diabeł ciągnął go do piekła.
     Bardzo typową postacią tych prymitywnych jasełek był tzw. „Tur”. Chłopiec zgięty w pół i nakryty jakimś ciemnym kocem miał głowę w kształcie głowy bydlęcej, z długim, kłapiącym pyskiem. Pamiętam, że bałam się tego tura w dzieciństwie, bo groźnie kłapał pyskiem i obiecywał, że dzieci pozjada; bałam się też śmierci owiniętej prześcieradłem trzymającą długą drewnianą kosę. Moja matka, która bardzo zwalczała bojaźliwość u dzieci, gniewała się na mnie za to i starała się przekonać, że to nie jest ani prawdziwy tur, ani śmierć.
     Po śmierci herodowej i otrzymaniu kilku „szóstek”, kolendnicy odchodzili ze śpiewem: ”Wiwat, wiwat już idziemy, za kolendę dziękujemy”. Często mój Ojciec, w przystępie dobrego humoru, śpiewał im: „ A dajcież nam dajcież co nam macie dać, bo nie będziemy tutaj dłużej stać i będziem wygadywali, że nam tutaj nic nie dali. Hej kolenda!”
     Gdy już przestałam się bać, że mnie tur zje, albo śmierć głowę zetnie, lubiłam bardzo te starą tradycją tchnące „przedstawienia” kolendników, o ileż bardziej charakterystyczne niż te, które dziś chłopcy wiejscy w okresie świąt urządzają.
     Goście z rodziny zwykle zostawali u nas do Trzech Króli i te dwa tygodnie były dla nas jednym świętem. Prawie codzień jeździliśmy lub chodzili na Igiozę, o której mam tu też trochę do powiedzenia.
     W roku 1902-gim, gdy miałam lat sześć, moja matka kupiła za swój posag folwark leżący na zachodnim krańcu „przedmieścia dynowskiego”, zwanym Igiozą. Nazwa ta brzmiąca z włoska pochodzi stad, że hrabia Parys jeszcze w XVIII wieku był właścicielem tego folwarku, a że miał troje dzieci Ignacego, Józefa i Izabelę nazwał je od początkowych zgłosek ich imion ig-jo-za, a potem to przeszło na cala cześć wsi i do dziś pozostało.
     W 1903 roku siostra mego ojca, Janina, urządziła na Igiozie bardzo miły i elegancki dom. Był to stary, pochodzący z początku XIX wieku dwór, nie tak ładny i typowy jak dynowski, o 8 niewielkich pokojach, w którym mieszkali Rodzice mego Ojca, Zbigniew Trzecieski i jego żona, babcia Ignacja z hr. Miączyńskich, z córka Janiną, późniejszą Jaszczurowską.
 
 
 
Zbigniewowie Trzeciescy z córka Janiną w Bronowicach pod Krakowem  1900 (?)

Igioza była niewielkim majątkiem ziemskim ( około 300 morgów); wokół domu ładny, nieduży ogród ze ślicznym widokiem na cały Dynów i dolinę Sanu a opadający sztucznymi podobno jeszcze za pańszczyzny robionymi tarasami,  ku południowi. U dołu tych taras, obsadzonych drzewami owocowymi, była nieduża sadzawka. Gdy był mróz i lód na niej, jeździło się codziennie na Igiozę, na ślizgawkę. Popołudniu zajeżdżał Marcin niekutymi „ kopanicami”, na które ładowała się czwórka dzieciaków poowijanych kocami, mama iczasami panna Ernestyna. Jazda trwała zaledwie kilkanaście minut i dotąd nie wiem dlaczego tak zahartowane dzieci, jakimi my byliśmy, trzeba było tak na tę jazdę „opatulać”. Było to - zdaje się - ustępstwo mojej matki na rzecz „babci z Igiozy”, która nie uznawała hartowania dzieci.
     Marcin na Igiozie prowadził konie do stajni, przypinał nam łyżwy i przez całe popołudnie ślizgaliśmy się z mamą na lodzie, na który się stale narzekało, bo miał wielkie mankamenty: chłopcy wiejscy go psuli, obrzucali piaskiem i kamieniami.
     Po ślizgawce szło się do domu na podwieczorek do cioci Jańci. Pokój jadalny był niski, niewielki, przytulny. Ciocia znała się świetnie na kuchni i wypiekaniu wszelkich smakołyków. Stół był zawsze starannie nakryty a pachnąca czekolada ponalewana w duże, czarne, w złote kwiaty, filiżanki. Podawano do niej znakomite makaroniki i tzw. piernik królewski. Lubiłam te jazdy na Igiozę i do dziś, pomimo minionych 55 lat mam je żywo w pamięci.
     Moja babka Ignacja była mało na Igiozie widziana.
 
 
Ignacja Trzecieska (pierwsza  z prawej) na werandzie starego dworu, druga z lewej Leonia Trzecieska 1912 (?)
 
Mieszkała w dwóch oddzielnych pokojach na piętrze, miewała bezsenności, była często zdenerwowana i nie lubiła hałaśliwego towarzystwa dzieci. Siedziała zwykle na niskim fotelu w czarnej sukni i czarnej mantyli i ciemnej koronce na głowie. W ręku zawsze wachlarz, również czarny, którym się wachlowała bez względu na porę roku, bo mówiła że ma „kongestie”, czyli uderzenia krwi do głowy. Dziś wyglądałoby to co najmniej, na arcydziwactwo, ale dzieli nas od tego czasu dwie wojny i rewolucja społeczna.
     Babcia pozwalała nam oglądać stosy „Tygodnika Ilustrowanego”, najlepszego wówczas pisma ilustrowanego w Polsce, ale pod warunkiem, że nie będziemy hałasować.
     Na Igiozie był bardzo duży i bardzo niski salon, w którym w okresie Bożego Narodzenia zbierała się często cała nasza rodzina. Parę razy byli tam tez wujostwo Juliuszowie Ulenieccy, t.j. druga siostra mego ojca, Marja, tzw. „Ciocia Mimka’
 
 Maria z Trzecieskich Uleniecka (za koniem Marcin, furman) 1890 (?)
 
 i jej mąż. Był on ogromnego wzrostu i bawiło nas to, że mógł w tym salonie ręką dosięgnąć sufitu.
     Zdaje mi się, że w r. 1904 obchodzono na Igiozie bardzo wesoło Sylwestra. Po kolacji czekano na Nowy Rok i witano go gorącym ponczem z pomarańczami w wazie. Nam dzieciom podobało się głównie to, że mogliśmy w tym dniu pójść późno spać.
     Piękną postacią związaną z domem igiozeckim był mój dziadek Zbigniew Trzecieski. Przypominam go sobie doskonale, bo umarł, gdy ja miałam już lat 10. Nie był to wprawdzie kochany dziadzio Chamiec ze Lwowa, który biegał z nami dookoła gazonu, ale i on był dobry, delikatny i miły w obejściu. Był to piękny mężczyzna, ogromnego wzrostu, bardzo zahartowany i męski. Wspaniale mówił paroma językami, dla wszystkich był grzeczny i uprzejmy. Pieknie wyglądał na koniu, a za młodych lat dużo z Marcinem, furmanem jeździł konno w sąsiedztwo. Opowiadał nam nieraz Marcin, że „jakeśmy ze starszym panem siedli na konie w Niedzielę, tośmy aż w Sobotę wrócili”. Jeździło się od dworu do dworu i wszędzie nocowało. Dziadek był bardzo towarzyski i całe życie spędził wśród sąsiadów, których było dużo w okolicy Dynowa.
     Był zapalonym myśliwym i w życiu swoim zdobył piękne trofea łowieckie. Zastrzelił z końcem ubiegłego stulecia ostatniego wilka w naszej okolicy i dopiero druga wojna światowa rozmnożyła parę lat temu tego szkodnika w lasach za Sanem.
     Dziadzio Zbigniew był typem ziemianina z końca zeszłego stulecia o pojęciach, które dziś wydawałyby się przestarzałe, dla którego honor szlachecki, a przede wszystkim etyka katolicka były drogowskazami życia. Dla rodziny był ogromnie dobry, a dla kobiet, bez względu na pochodzenie i stanowisko społeczne, wytwornie grzeczny i rycerski. Umarł na raka w żołądku 26.VI.1906 r. Jest pochowany w naszym grobowcu pod obeliskiem, na prawo od kaplicy.
     Ale wracam do wspomnień z okresu Bożego Narodzenia. Muszę tu coś powiedzieć o jasełkach, któreśmy grali u nas w domu w latach 1904-1906. Żywe to zawsze i słodkie wspomnienie. Już od Listopada moja matka z pomocą miejscowej nauczycielki p. Marii Szarkowej rozpoczynała przygotowania do nich. Parę razy w tygodniu odbywały się próby, na które przychodziły dzieci z Przedmieścia biorące udział w jasełkach. W 1906 graliśmy nawet „ Betleem Polskie” Lucjana Rydla. Święta w tym roku to było jedno pasmo dni radosnych, a kulminacyjnym punktem było przedstawienie grane w dzień Św. Szczepana. Pokój sypialny rodziców i tzw. buduar matki przemieniono na scenę, kostiumy szyła Tekluńcia, szopę betleemską zrobił nasz stelmach Stanisław Gerula.  W „ Betleem Polskim”- jak wiadomo - występuje wesele krakowskie, w którym ja brałam udział. Dostałam na te okazje śliczny strój krakowski: czerwony, pokryty cekinami gorsecik, zielona spódnicę w kwiaty, wianek ze sztucznych kwiatów, cała masę krakowskich wstążek i kilkanaście sznurków paciorków. Ja tańczyłam z Czubskim, synem naszego organisty. Za sceną Tata z nieporównanym temperamentem grał na fortepianie krakowiaka.
     Józia grała zawsze doskonale, głównie męskie role, ale i inne dzieci dobrze wywiązały się ze swych ról.
     Jednym z głównych organizatorów tego przedstawienia był cioteczny brat mojej matki Zygmunt Chamiec, zwany u nas „Muś”. Kochalismy wszyscy tego człowieka. Był to wtedy młody jeszcze student medycyny, którą studiował we Lwowie, pomimo, że ojciec jego, brat babci Ludwiki Chamcowej, miał duży majątek Stepańce na Ukrainie w kijowszczyźnie w powiecie Kamiowskim. Muś był zdolny, o błyskotliwej inteligencji i wesoły, a przytem dobry, uczynny, życzliwy dla wszystkich bez wyjątku w domu. Do domu dynowskiego był przywiązany jak do własnego. Pomimo, że miał wówczas zaledwie 24 lata, a więc był w wieku, gdy młodzi ludzie zwykle mało się dziećmi interesują, to jednak bawił się z nami jak dziecko. Z zapałem ustawiał kulisy, charakteryzował pasterzy, aniołków i inne osoby jasełek, żartował, droczył się i swą promienną wesołością i dobrocią jednał sobie każdego.
     Na przedstawienie, oprócz całej naszej rodziny, Rodzice zaprosili też dużo ludzi z miasteczka i ze wsi, tak, że przepchać się nie można było, tymbardziej, że wstęp był wolny.
     „Spektakl” powtórzyliśmy trzy razy i z żalem wielkim, po ostatnim przedstawieniu,  patrzyłam na zwijanie kulis i składanie kostiumów. Do dziś pamiętam jak mi się serce wprost krajało ze smutku, gdy po Trzech Królach goście się rozjechali, a mu musieliśmy się zabrać do nauki przerwanej na okres Świąt.
     Nasz dzień powszedni, w okresie, który tu opisuje, przedstawiał się mniej więcej tak: Wstawaliśmy około 7 mej a zaraz po śniadaniu rozpoczynały się lekcje z panną Ernestyną, a potem z Matką, która nas bardzo dużo uczyła. Do szkoły wprawdzie nie chodziliśmy, ale nauki wymagano od nas dużo.
 
 
Józia i Kinia w Dąbrówce, u Starzeńskich, 1904 r. 
 
 
Ja zaczęłam się uczyć jednocześnie z Józią, mając 6 lat, a Józia zaledwie pięć, co było stanowczo za wcześnie i biedne dzieciska wprost nie mogły umysłowo objąć tego czego od nich bezwzględnie żądano. Prawie jednocześnie z językiem polskim uczyliśmy się po francusku. Trudne „verby” francuskie, cała najeżona trudnościami gramatyka i pisownia francuska, zwaliły się na nasze dziecinne glowy. Matka uczyła nas też religii i historii polskiej ze starej książki „Wieczory pod Lipą”. Trzeba przyznać, ze Mama umiała wpoić w nas miłość Ojczyzny i cześć dla jej historii, która my w wieku 7-9 lat znałyśmy może lepiej niż niejeden uczeń szkoły średniej w późniejszym okresie niepodległości Polski.
     Były to czasy zaborów, ale u nas pod zaborem austriackim temperatura uczuć patriotycznych u dzieci i u młodzieży z inteligencji była bardzo gorąca. Marzyliśmy o dniu, w którym Polska wyzwoli się spod zaborów, znaliśmy nieomal wszystkie piękne pieśni i piosenki polskie: „ Patrz Kościuszko”, „Boże Ojcze Twoje dzieci”, „Tysiąc walecznych opuszcza Warszawę”, „ Hej Strzelcy wraz”, ”Hej, co za gwar, wesoły car,” nie mówiąc już o mazurku Dąbrowskiego i hymnie „Boże coś Polskę”.
     Ale wracam do opisu powszedniego dnia: Po lekcjach, Józia i ja chodziłyśmy prawie co dzień do stajni, do południowego udoju, przy którym moja matka była zawsze ze swoim nieodstępnym, żółtym legawcem. Pewnego razu służący, Jakób Zygar, następca „Bazia”, zawołał na chłopca kredensowego: „ Franek, nieś wazę do kuchni, bo pies już jest”. Miało to znaczyć, że za psem przyjdzie zaraz Mama i będzie można obiad podawać.

                                                                          Dynów, dn.26 stycznia 1955

     Do stołu siadało nas przeciętnie około 8 osób, t.j. Rodzice, nas czworo, panna Ernestyna i często ktoś z rodziny: Ciocia Gabcia, Muś, którzy miesiącami u nas przebywali. Wspomniałam już raz, ze mama nie uznawała kaprysów przy jedzeniu i że trzeba było jeść wszystko, „bez pardonu”, ale - wedle ówczesnych pojęć i zasad - pakowano w nas tego jedzenia o połowę za dużo; po prostu nie mogliśmy temu dać rady. Zwracano też bardzo uwagę na tzw. „maniery” przy stole i mówiono, że po sposobie jedzenia można poznać w jakim środowisku się człowiek wychował.
     Całkiem małe dzieci jadły w dziecinnym pokoju z Tetą, a do stołu przychodziły dopiero około 6 go roku  życia i wówczas już musiały się porządnie zachowywać.
     Po obiedzie musieliśmy bezapelacyjnie iść na spacer i to przy każdej pogodzie. Nie było takiego mrozu, pluchy, zawiei, która by usprawiedliwiała siedzenie po południu w domu. Ubierano nas lekko, bez futer, szalików, kapturów na głowę i musiało się chodzić z panną Ernestyną do czwartej po południu w zimie. W lecie, naturalnie, spędzaliśmy cały wolny czas w ogrodzie. Wieczory były przeznaczone na naukę, a najmilsze godziny to te, gdy mama pokazywała nam ilustracje dużego wydawnictwa „Włochy”. Była to wspaniała książka ogromnego formatu ze ślicznymi ilustracjami. Wszystko co Włochy posiadają w dziedzinie przyrody i sztuki, znajdowało się tam. Z książki tej nauczyliśmy się bardzo dużo i już jako 7-9 letnie dzieci mieliśmy dosyć jasne pojęcie o skarbach sztuki włoskiej.
     Uczono nas po francusku historii greckiej i rzymskiej. Trzeba było umieć na pamięć imiona napoły legendarnych królów rzymskich od Romulusa począwszy i znać wszystkie postacie i legendy starożytnej Hellady i Rzymu. Gdy ja miałam lat dziewięć, a moje rodzeństwo odpowiednio mniej, mama zaczęła nam co dzień po kolacji głośno czytać, w jadalnym pokoju, przy dużym, rozkładanym stole. I nie były to już książki dziecinne, ale czytanie to otworzyło nam skarby naszej literatury.
     Zaczęło się od „Pana Tadeusza”, któregośmy już wtedy doskonale rozumieli. Mama podczas czytania robiła ręczną robotę szydełkową, bo całe ustępy Pana Tadeusza umiała na pamięć. Myśmy słuchali, ale byliśmy też zajęci malowaniem rycin wodnymi farbami, co nam zupełnie w słuchaniu nie przeszkadzało. Podczas zimy 1906/1907 przeczytaliśmy Pana Tadeusza dwa razy, bo gdy Mama pierwszy raz skończyła, poprosiliśmy o powtórzenie.
                                             
                                                        Dynów 27.I.1955 r

      Mama miała piękne wydanie „ Pana Tadeusza” z ilustracjami Andriollego, czytała bardzo dobrze, szczególnie ustępy opisujące piękno przyrody, a najmilszym był dla Niej Koncert Wolskiego i cudowne w nim wyczucie uroku muzyki.
     Po skończeniu „ Pana Tadeusza”, przyszła kolej na „Trylogię” Sienkiewicza, który porwał odrazu  nasze dziecinne serca i umysły potęgą swego talentu. Zaczęliśmy po prostu żyć tą książką, każdy bohater stał się nam bliski jak ktoś żywy, śmialiśmy się z Zagłoby, drżeli o los Heleny Kurcewiczównej, a gdy nadeszła scena śmierci Longinusa Podbipięty pod Zbarażem, to pamiętam ciągle któreś z nas niby to opuszczało jakąś farbę lub pędzelek na ziemię, aby móc ją podnieść i pod stołem wycierać oczy z gorzkich łez.
Czytanie zawsze trwało do dziewiątej.
     Z niechęcią patrzyliśmy na wskazówki zegara posuwające się nieubłaganie w stronę tej godziny. Bylibyśmy chyba całą noc potrafili słuchać nieśmiertelnych słów Sienkiewicza. Trylogia zrobiła z nas jeszcze gorętszych patriotów polskich, pamiętam, że marzyłam, aby za Polskę się bić, brać udział w jakimś powstaniu o jej niepodległość, poznać te tak cudownie opisane w „Ogniem i mieczem” stepy ukraińskie i rozlany Dniepr, który się nam wydawał wówczas rzeką.......  polską.
     Zima mijała w ten spokojny sposób, pełen uroku, choć nie pozbawiony rozmaitych dziecinnych, często głębokich trosk i smutków.
     Cieszyliśmy się bardzo pierwszymi podmuchami wiosny. Nadchodził Wielki Post, podczas którego poszczono od mięsa w Środy, Piątki i Soboty, co w tych czasach uważano za umartwienie (dziś nie jada się go tygodniami i przestano się nad tym zastanawiać). W kościele śpiewano w niedzielę te samą Pasję co i dziś. Chodziliśmy na nią, ale rzadko, bo trwała bardzo długo.
     W ogrodzie sikorki świergotały, rzeczka pod ogrodem szumiała a nasze dziecinne serca też się trzepotały z radości.
     Wspomniałam już raz, że nasze codzienne życie było ściśle związane z życiem Kościoła i rytmem roku liturgicznego, który szczególnie w Wielki Tydzień dawał najwięcej wrażeń i przeżyć.
     Nasz ukochany dynowski kościół, ile wspomnień łączy nas z jego murami, to nie jest zimny, martwy budynek, ale jakaś żywa, droga istota; każdy szczegół w nim, każdy kąt ma w nim coś do powiedzenia.
     W sobotę przed Palmową Niedziela przynosił grabarz Socha kilka dużych, ładnych palm, przetykanych „baziami”, czyli jak się dawniej mówiło „kotkami”. Nazajutrz szliśmy jak zwykle na sumę, aby być obecnym na ceremonii poświęcenia palm, procesji i otwierania zamkniętych podczas procesji drzwi kościelnych. Wszystkie liturgiczne obrzędy Wielkiego Tygodnia celebrował zawsze ks. Proboszcz Gabryel Sałustowicz i bez niego trudno byłoby mi sobie kościoła dynowskiego wyobrazić w moim dzieciństwie.
     We Wtorek Wielkiego Tygodnia rozpoczynało się pieczenie święconego. Nie była to zwykła kulinarna, gospodarska czynność jaką jest dziś, ale coś jakby obrzęd absorbujący wszystkich domowników.
     Już z końcem Wielkiego Postu Mama wybierała się do Przemyśla po świąteczne sprawunki i przywoziła całymi kilogramami figi, daktyle, rodzynki, tzw. „cykatę” i „arancini” czyli smażoną skórkę pomarańczową. Chowała to wszystko do dużej szafy stojącej w „Kamiennej Sieni”. W kuchni rozpoczynał się taki ruch, że cały ten budynek drżał i trzeszczał w posadach. Kucharz Wojciech Kłysz pędził do roboty dwóch kuchcików, Mama pozwalała nam, t.j. Józi i mnie przychodzić do „pomocy”. Wielka to była frajda i jedyna sposobność do obżerania się bakaliami, pomimo nieustannych napomnień Mamy: ”Pamiętajcie, to jest Wielki Post i nie wolno cały dzień jeść, a w dodatku, jak sobie popsujecie żołądki, to dostaniecie besztanie i rycynus, zamiast święconego”.  Niewiele te ostrzeżenia pomagały i pakowałyśmy w siebie co się dało, choć ukradkiem. Józia poczuła się bardzo dotknięta, gdy ofiarowała kucharzowi swą pomoc przy jakimś torcie, a on jej odpowiedział:” Gdy chcesz pomagać, to obieraj kartofle”. Nawiasem dodaję, że cała służba w tym okresie mówiła do nas „ty”, a nie „panienko” czy „paniczu”.
     Najlepszym przysmakiem dynowskiego święconego był tzw. „Turecki placek”, do którego szły ogromne ilości bakalii i stąd jego nazwa.Był ogromny, płaski, a równie dobrego nigdy potem nie jadłam. Robiono torty: ”cygański”, „dobosz” i inne i olbrzymi przekładaniec, nazywany przez nas „głodny”, bo pochłaniał całe warstwy bakalii i konfitur. Nieodłączną części składową były rumiane, wysokie baby, pachnące rumem. Te się piekło dopiero w Wielki Piątek i leżały do Wielkiej Soboty na warstwie siana, aby się nie pogniotły.
     Wielki Tydzień był wypełniony w kuchni staraniami o ciało, ale duszy też w dynowskim kościele nie zaniedbywano.
     Nabożeństwa rozpoczynała Ciemna Jutrznia w Wielką Środę. W Dynowie istniał odwieczny lokalny zwyczaj, że podczas tej Jutrzni chłopcy opatrzeni kołatkami szli gremialnie na dzwonnicę „spuszczać kota”. Zwyczaj ten polegał na tym, że jakiegoś kota umieszczano w glinianym, zwykle pękniętym garnku, ( bo całego byłaby żadna baba na to nie dała) i zrzucano ten garnek z okiennej dzwonnicy na ziemię. Garnek naturalnie tłukł się w kawałki, kot, któremu nigdy nic się nie stało, uciekał jak szalony, a zgraja chłopczysków, kołatając kołatkami i wrzeszcząc jak stado djabłów, pędziła za nim. Zwykle z kościoła wychodził wtedy stary kościelny Michał Wolański i beształ chłopców, że przeszkadzają w Jutrzni. Pamiętam, że moi bracia Antek i Kuba, też brali udział w tym „spuszczaniu kota” i to zawsze w towarzystwie Marcina furmana, który niósł garnek. Dlaczego właśnie do tej funkcji przeznaczano, tego się już nie dowiem. Zwyczaj ten od czasu pierwszej wojny światowej został zarzucony a miał podobno symbolizować samobójczą śmierć Judasza.
     Wielki Czwartek. Rano suma, dzwony bijące na „Gloria”, nasze przepiękne dzwony dynowskie sprzed pierwszej wojny. Zdaje mi się do dziś, ze nigdzie tak ślicznego dźwięku dzwonów nie słyszałam. Braliśmy zawsze udział we wszystkich nabożeństwach i liturgicznych ceremoniach Wielkiego Tygodnia. Nasza ławka „ kolatorska” o pulpicie nakrytym czerwonym suknem była tak nami wypełniona, że Tata kazał zrobić drugą, mniejszą koło balasków i zawsze przez całe dalsze życie i do ostatnich lat życia w niej siadał. Znając doskonale łacinę, odpowiadał księdzu razem z organistą. Irytował się, gdy wadliwie, lub niedbale ktoś po łacinie coś powiedział czy zaśpiewał; kochał ten język i znał znacznie lepiej niż niejeden ksiądz.
     W Wielki Piątek cały nieomal ranek spędzaliśmy w kościele, a po południu już biegaliśmy na „własna rękę” do Bożego Grobu, gdzie nasza dziecinną wyobraźnię bardzo zajmowała bijąca, z beczki umieszczonej za oknem, fontanna i kanarki w klatkach ćwierkające w kaplicy św. Antoniego, gdzie zawsze umieszczano „Boży Grób”. W domu nadal robota i ruch z wykańczaniem „święconego”. Ubierało się torty, lukrowało baby, szynki gotowały się w dużych kotłach i sprawiały swoim zapachem nieznośna pokutę wyposzczonym żołądkom.
     W domu panowała cisza, nikt nie śpiewał, nie wolno było, broń Boże, dotknąć klawisza fortepianu od Czwartku do Soboty, gdy dzwony znowu zabrzmiały podczas Mszy Św. na „Gloria”.
Wielkosobotni ranek znowu wypełniony nabożeństwem o wielkanocnym, już radosnym tonie.
     W powietrzu unosiły się dźwięki kołatek. Często, o ile była pogoda, ptaszki w ogrodzie po wiosennemu świergotały, z Kościoła dochodził dźwięk wielkopostnych pieśni. Cudowna, przepojona wiarą, wiosna, radością i starą tradycją, atmosfera.
     W naszym domu, na ogół, kuchnia była skromna, a tryb życia raczej surowy, spartański, ale na Wielkanoc trzymano się danych zwyczajów i „Święcone” było sute i ładne.
     W salonie stał duży stół nakryty pięknym obrusem na „24 osoby”, po rogach wysokie baby, na środku, na honorowym miejscu „pakowaniec”, „turek”, „dziady” - placki mazurki, a na brzegach stały półmiski dymiących i lśniących wędlin.
     Tekluńcia przynosiła pisanki pisane woskiem i szpilką przy małej kuchence w garderobie. Na środku stał baranek z masła, „arcydzieło” rzeźbiarskie kucharza Wojciecha, z oczami z pieprzu i czerwoną chorągiewką.
      Wielką ozdobą święconego były kwiaty. Ogrodnik Gubernat przynosił kilkadziesiąt wazoników rozkwitłych hiacyntów, cynerarii, laków pachnących i aksamitnych. Każde wolne miejsce było nimi zajęte. Zapach ich mieszał się z charakterystycznym zapachem ciast i wędlin, a torty i lukrowane obsypane kolorowym maczkiem baby, mieniły się rozmaitymi barwami. Ładne było to nasze dynowskie święcone, pełne uroku rzeczy dawnych, tradycji i swoistej atmosfery.
     Około drugiej po południu przyjeżdżał ksiądz proboszcz Sałustowicz. Zbieraliśmy się wszyscy w salonie, ksiądz ubrany w najładniejszą komżę i stułę z białego atłasu haftowaną prawdziwymi perłami w winne grona, rozpoczynał ceremonię święcenia. Obok niego honorowa asysta, dwóch mieszczan dynowskich w narodowym stroju: czarna czamara przepasana barwnym pasem, podobnym do kontuszowego, wysoka czapka z siwego baranka ozdobiona w tyle paroma kokardkami z białej wstążki i pałasz.
     Widzę dotąd piękną postać ks. Sałustowicza nad pokrytym kwiatami stołem, czuję dotąd uroczysty nastrój tej jedynej w roku chwili.
     Obok naszego stołu był drugi ze święconym dla służby i „dziadów”.
     Po święceniu należała do tradycji kawa z babą, którą w tym celu rozpoczynano krajać.
     W Wielka Sobotę po południu Mama z kucharzem i z nami rozdzielała święcone pomiędzy służbę. Dostawali dużą „paschę”, czyli kołacz, pieróg z kapustą, kiełbasę, wędzonkę, ser i pisanki. Podobne święcone dostawało też kilkunastu ubogich, których Mama zawsze lubiła i nigdy żaden bez hojnego datku od nas nie odszedł. Mama w ogóle była bardzo wrażliwa na ludzka biedę, do najnędzniejszych żebraków (a było ich wtedy kilku w okolicy) mówiła serdecznie. Ukochanym Świętym Mamy był św. Franciszek, „ Biedaczyna” z Assyżu i miała do niego wielkie nabożeństwo. Należała do Trzeciego zakonu św. Franciszka, czyli tzw. „Tercjarzy”.
     Nazajutrz Wielka Niedziela! O czwartej rano budził nas huk moździerza z ogrodu na „wikarówce”. Było to hasło do wstawania na Rezurekcję, która się rozpoczynała o 5 tej rano. Szło się do kościoła często przy rannej zorzy. W kościele całą noc ludzie śpiewali pieśni przy Bożym Grobie, podobnie zresztą jak i dziś. Rezurekcja również odbywała się podobnie jak obecnie. Ten sam pełen tryumfalnego brzmienia hymn: „Gloria Tibi Trinitas”, te same tłumy wokół baldachimu i pełna radości pieśń: „Wesoły nam dziś dzień nastał”. Istniały jednak dziś już nie znane zwyczaje. Przed baldachimem postępował szpaler tzw. „ gwardii obywatelskiej” złożonej z mieszczan dynowskich w stroju, który tu powyżej opisałam i z wyciągniętymi pałaszami. Postępowali ci „Obywatele Miasta Dynowa” w swoich wysokich barankowych czapkach z kokardkami, pełni powagi i godności, a przed nimi szpaler straży pożarnej, czyli z austriacka zwanych „fajermanami”, w błyszczących hełmach.
     Pod baldachimem błyszczała monstrancja niesiona przez ks. Sałustowicza, którego prowadził pod rękę mój Ojciec. Był to przywilej tzw. ”kolatora” kościoła, którym był każdy właściciel majątku ziemskiego w danej parafii, o ile był katolikiem. Cała nasza rodzina postępowała tuż za baldachimem.
     Ogromnie lubiłam te procesje rezurekcyjna, tylko bałam się strzałów z moździerzy, które grzmiały na „wikarówce”, ilekroć baldachim mijał główne wejście do kościoła; procesja obchodziła trzy razy kościół.
     Jestem panu Bogu niezmiernie wdzięczna, że i teraz po latach przeszło pięćdziesięciu mogę nadal brać udział w rezurekcji w naszym dynowskim kościele, tak zawsze wzruszającej, tak pełnej tryumfu Chrystusowego, tak bardzo podobnej do tej z moich dziecinnych lat.

                                  
                                                                                       Dynów 10 II 1955

       Po rezurekcji pędziliśmy wprost do domu na pierwsze wielkanocne śniadanie. Jedyny to raz w roku, w Wielką Niedzielę do rannej kawy podanej na najładniejszej porcelanie, podawał lokaj szynkę i inne wędliny, baby, przekładaniec. Byliśmy głodni po paru dniach ostrego postu, a szynka zrobiona wprost świetnie przez Wojciecha Kłysza, znikała w ogromnych ilościach.
     Nazajutrz, w Poniedziałek Wielkanocny, „Śmigus” był obchodzony w tym czasie wręcz z pasją. Przechodzi ludzkie pojęcie co się w tym dniu u nas działo. Mój Ojciec, człowiek w tych czasach jeszcze młody, pełen życia i humoru, przepadał za „Śmigusem”. Dosyć powiedzieć, że jeszcze w Wielką Sobotę fornale beczkami wozili wodę do dużych kadzi koło domu i rezerwuaru betonowego w stajni.
     Po powrocie z sumy rozpoczynało się tzw. „lanie się”. Mój Ojciec biegał jak młody chłopak z konewkami wody, oblewał strumieniami dziewczęta z garderoby, pomagali mu w tym wszyscy młodzi mężczyźni z folwarku: oblewali dziewczęta wiadrami wody, dziewczęta im oddawały tym samym. Całe obejście było zlane woda, a czasem to i w domu stały kałuże. Ile było przy tym śmiechu, żartów, ile szczerej wesołości! Pamiętam nasza długoletnią nianię, Wikcię Frukanówną, która raz założyła się z moim Ojcem, że się nie da oblać w
"Poniedziałek Oblewany”. Poprosiła na ten dzień Tekluńcię o urlop i poszła na cały dzień na wieś do domu. Wróciła o 10 tej wieczór i musiała wejść do ”garderoby” przez duża sień w starym lamusie. Były tam schody na strych, na szczycie których czatował na nią mój Ojciec i chlusnął na nią cała konewką wody, wołając: „Widzisz, że cię oblałem”.
     Na Igiozie to nawet dziewczęta kąpano w stawie, o ile był ciepły dzień. Gdy ktoś kiedyś będzie czytał te moje wspomnienia, niech nie myśli, że ja tu coś przesadzam, a może wymyślam rozmaite obrazki z tego ówczesnego życia. Niech sobie nie wyobraża stosunku służby do moich rodziców opartego jedynie na strachu przed „państwem”. U nas taka scena jak oblanie służącej przez „jaśnie pana” było całkiem możliwe i nie przesadzone.
      „Lanie się” przerywał zawsze przyjazd księdza Sękowskiego z Bachórza, wielkiego przyjaciela moich Rodziców, który nas witał swym przemiłym uśmiechem ze słowami: „Chrystus Zmartwychwstał”
     Po Wielkiej Nocy rozpoczynała się już zwykle wiosna, często zmienna i kapryśna, czasem ciepła tak, że już pod koniec Kwietnia wypędzano bydło pierwszy raz na pastwisko. Był to osobliwy i miły dzień. Wspomniałam już, że hodowano u nas około 80 sztuk bydła, z którego dużo było swojego chowu i znało zwyczaje. W dzień przeznaczony na to, po obiedzie szliśmy wszyscy do stajni krowiej. Na czele mój Ojciec z palmą poświeconą w Palmową Niedzielę i talerzem ze święconą woda. Za nim Mama i my dzieci, panna Ernestyna, a w stajni asystowała cała służba stajenna. Pamiętam doskonale jak bydło na widok palmy, która mój Ojciec kropił je wodą świecona, podnosiło taki ryk, że stajnia się trzęsła. Może się to też komuś wydać mało prawdopodobne, ale doprawdy, że ta radość krów, które z roku na rok pamiętały ten zwyczaj, była nieomal wzruszającą.
     Ojciec z Benedykiem przechodzili całą stajnie kropiąc krowy, potem dziewczęta odwiązywały je z łańcuchów i wtedy dopiero rozpoczynało się istne widowisko. Krowy - szczególnie młode - wybiegały ze stajni jak szalone z podniesionymi ogonami i zaczynały na dworze podskakiwać, bóść się ze sobą dla „zabawy”, a my dzieci braliśmy całym sercem udział w tej krowiej radości, w której czuło się radość przyrody z powrotu wiosny.
     Nadchodził Maj pachnący czeremchą i bzami, sad nasz pokrywał się śniegiem jabłoniowych kwiatów, a po krzakach „darły się „ wprost słowiki.
     Chodziliśmy zawsze wieczorem do kościoła na majowe nabożeństwo. Ten sam śliczny obraz Matki Boskiej Dynowskiej patrzył na nas z ołtarza, ten sam pająk kryształowy, którego szkiełka wydawały mi się tęczowymi brylantami i ten sam witraż ze sceną Zwiastowania w pogodne wieczory prześwietlony słońcem. Ta sama tez litania Loretańska, której nuta jest nieodłączna od dźwięków polskiej wiosny. W tych czasach jednak podczas majowego nabożeństwa nie było wystawienia Najświętszego Sakramentu tak jak dziś i po litanii śpiewano Suplikację.
     Po nabożeństwie wracaliśmy do domu często przy dźwiękach dętej orkiestry, która co parę dni grała pieśni maryjne na balkonie kościoła. Szło się potem z Mamą do wieczornego udoju, podczas którego dojące dziewczęta śpiewały te same pieśni jak „ Matko Niebieskiego Pana”, „Cześć Maryji” i inne tak żywo przypominające majowe wieczory.
     Po kolacji, cała służba i my wszyscy zbieraliśmy się w kancelarji Ojca na nabożeństwo majowe, o czym już raz wyżej wspominałam.
                                                                  
                                                             Dynów 11 lutego 1955

     Ubieranie ołtarzyka majowego należało do nas, dziewczynek. Bardzo lubiłyśmy ten „obowiązek” i całe naręcza wiosennych kwiatów rozmieszczałyśmy we flakonach na tym ołtarzyku.
     Nadchodziły coraz to cieplejsze dni i zwykle z początkiem Maja, mama pozwalała nam chodzić boso. Była to radosna chwila, bo oznaczała już na pewno wiosnę i lato, wiec cieszyły się dzieciska ogromnie. Pamiętam, że jednego dnia Mama weszła do dziecinnego pokoju z rozkazem: "Zdejmijcie trzewiki i biegnijcie do ogrodu”, po tych słowach zaczęliśmy biegać naokoło stołu jak czwórka warjatów, a potem pędem do ogrodu. Na wiosnę i w lecie, byliśmy, poza godzinami lekcji, stale na dworze, bo Mama bardzo wierzyła w dobroczynny wpływ słońca i powietrza na organizm ludzki.
     Krzaki „na Huśtawce” i „za pokojami” to była nasza domena. Tam przez parę lat, co roku, ja sobie budowałam szałas z gałęzi świerkowych, które zostawały po odkryciu róż. Szałasy te były tak solidne, że nawet silne wiatry i deszcze letnie ich nie niszczyły; spędzałam tam nieraz całe godziny na zabawie, czytałam, a czasem i spać mi się w nich zdarzało w ciągu dnia.
     W Czerwcu nasz ogród pokrywał się masa róż, goździków i innych letnich już kwiatów, dni coraz dłuższe, a więc i obowiązkowe spacery w pole odbywały się po podwieczorku. Ciemną stroną tych spacerów było to, że zawsze towarzyszył nam pies, Mamy legawiec „Brawo”, który uganiał po polach, znikał w zbożach, czy kartoflach i trzeba go było w niebogłosy wołać, by się gdzieś za zwierzyną nie zawieruszył i nie przepadł, coby dla Mamy było wielka przykrością. Można sobie było tych krzyków i emocji na spacerze łatwo oszczędzić zamykając psa na te dwie godziny, ale wówczas ludzie zatruwali sobie często takim głupstwami życie.
     Mój Ojciec całe dnie w lecie spędzał w polu. Na lekkim wózku tzw. „tarantasie” jeździł z Marcinem przed południem i całe popołudnie, tak, że kazał sobie nawet podwieczorek w pole przynosić. Z ludźmi pracującymi często żartował, stałym robotnicom kupował prezenty w postaci chustek, materiałów na suknie i dużo nawet na to pieniędzy wydawał. Nazywał te prezenty „bengalami”, prawdopodobnie dlatego, że za Jego młodości istniały chłopskie chustki na głowę z wełny zwanej „bengalską.”
     W Czerwcu wypadała Oktawa Bożego Ciała, w której wszyscy braliśmy, naturalnie, udział. Tak się jakoś w tych latach składało, że na samo Boże Ciało był wielki upał; podczas uroczystej procesji po miasteczku żar się lał na odkryte głowy mężczyzn, a wtedy jeszcze nie znano obecnego zwyczaju chodzenia całego lata z goła głową i „przepalenie” głowy rzekomo groziło poważnym niebezpieczeństwem.
     Do 10 roku życia, Józia i ja rzucałyśmy z innymi dziewczynkami z parafii kwiaty pod nogi księdza niosącego Monstrancję. Nasza dobra Tekluńcia zawsze nam na te okazje przygotowywała nowe, białe sukienki, niebieskie wstążki do włosów i starała się w swojej wprost macierzyńskiej czułości o to byśmy jak najładniej wyglądały. Temu znowu sprzeciwiała się Mama, bo się bała rozbudzać w nas próżność i zamiłowanie do strojów.
     Na parę dni przed Bożym Ciałem musiałyśmy uwić dwanaście maleńkich wianuszków z macierzanki, rozchodnika i innych ziół, a Tata pisał na czterech kartkach papieru 4 Ewangelie czytane podczas procesji. Zwijał je w ruloniki i wraz z wianuszkami zawieszano je na monstrancji.
    Po Oktawie Ojciec zawieszał wianki w kancelarji, a ruloniki z Ewangeliami sam zakopywał w czterech rogach swego majątku: na „Krzywdzie”, na „Wielkiej Cegielni”, koło stawu w Harcie, nad Sanem i tzw. „Radzieckiem”, tam, gdzie dziś jest stacja kolejki. Stary to podobno, ale dziś młodym już zupełnie nieznany zwyczaj.
     W tych czasach całe nasze życie, sprawy nawet czysto materialne, były głęboko przepojone chrystianizmem, co może się dziś komuś wydawać sentymentalizmem i łączeniem religii z rozmaitymi zwyczajami niewiele z nią mającymi wspólnego. Można się na to w rozmaity sposób zapatrywać, ja tu tylko opowiadam jak pamiętam i jak było.
     Miało to nasze dynowskie życie podczas lata i swoje ciemne strony, które się nam dziś wydają nie takie znów tragiczne, bośmy gorsze rzeczy przeżyli, ale wówczas to była istna zmora. Za mego dzieciństwa były o wiele gwałtowniejsze burze, ulewy, tzw. fale, słoty trwające po kilka tygodni. Do tego trzeba dodać, że Mama jakiś wprost organiczny wstręt do deszczu i lek przed burzą, grzmotami, gradem. Gdy po upalnym dniu nadciągała burza, mama brała do ręki mały dzwoneczek loretański (z Loreto we Włoszech), na patelnie wianki z Bożego Ciała położone na żarzące się węgle i paląc je dzwoniła przed domem. Niech nikt nie nazywa tego śmiesznym zabobonem, bo to była forma modlitwy i ukazanie Bogu ufności, że oszczędzi szkody materialnej. Gradu nie pamiętam w Dynowie nigdy, ale ulewy robiły duże szkody, kładły zboża, a wylewy Sanu to była istna zmora, a zdarzały się przeciętne co dwa lata, o wiele częściej niż obecnie. Bywały też lata pogodne i suche; w naszym ogrodzie była masa truskawek, porzeczek, agrestu, malin, ale cóż z tego! Nam, małym dzieciom nie wolno było tam wchodzić, a szczególnie „pod karą śmierci”, nie wolno było jeść surowego groszku, czy porzeczek. Nic wtedy nie wiedziano o witaminach, nie jedzono surówek, a każdą jarzynę musiało się ugotować.
    Naturalnie, że często zakradaliśmy się na te „zakazane owoce”, obżeraliśmy się nimi i nic nam to nie szkodziło. Jeżeli któreś z nas zachorowało czasami, to chyba dlatego, ze dawano nam za dużo jedzenia, na kolację zawsze mięso, plus kwaśne mleko z kaszą, a bardzo często jeszcze półmisek wspaniałych raków, które chłopi z Laskówki worami przynosili.
     W naszej okolicy było wówczas o wiele więcej lasów, a w tych lasach wiele zrębów szpilkowych pokrytych poziomkami. Zjadało się ich wtedy na raz bez końca. Pewnego dnia nasz lokaj, Jakób Zygar, nakrył do podwieczorku nie na ganku pod słupami, ale pod dużą lipą na gazonie. Postawił na stole duży półmisek poziomek i odszedł. Nim przyszliśmy do stołu, krowa „Pisanka”, faworytka mamy, która jedna miła przywilej pasienia się w ogrodzie, podeszła do stołu i bez ceremonii cały półmisek poziomek zjadła. Gdyśmy przyszli pod lipę, kończyła już tę ucztę i mlaskała pyskiem, z którego wysypywały się pachnące poziomki. Ogromna to była radość dla dzieci.
     W czerwcu, na Świętego Antoniego, wypadał odpust w Dynowie. Po uroczystej sumie i procesji, Tata szedł zawsze na odpustowy obiad do ks. Proboszcza Sałustowicza, a jego matka, bardzo lubiana i szanowana, przysyłała z tego obiadu tort i lody. Do reguły też należało, że Tata po takim obiedzie zawsze twierdził, że się przejadł i cierpi na żołądek.
     Mówiąc o odpuście przypomniałam sobie osobę ks. Sałustowicza. Był on proboszczem w Dynowie od r 1890 do1919, a więc przez nieomal 30 lat. Był to przyjaciel naszego Ojca i głównie dzięki niemu to probostwo otrzymał. W tych czasach tzw. „prezenta”, czyli prawo objęcia probostwa przez księdza zależało nie tylko od biskupa ale i kolatora parafii i „prezenta” musiała być przez niego podpisana Kolatorem był z reguły właściciel majątku ziemskiego w danej parafii.
      Ksiądz Sałustowicz położył duże zasługi dla kościoła w Dynowie. Objął go w stanie zaniedbanym i w ciągu swego pobytu w Dynowie postarał się o nową, kamienna posadzkę, piękne barokowe stalle przed głównym ołtarzem, nowy chór, ołtarze Matki Boskiej i Serca Jezusowego, dach z blachy cynkowej. Był to ksiądz wielkiej dobroci serca, w towarzystwie ogromnie miły. Słabością jego było może to, że czuł się dobrze jedynie w wytwornym towarzystwie, to też bywał bardzo dużo po wszystkich szlacheckich dworach w okolicy, a więc w Bachórzu u Zdzisławów Skrzyńskich, w Bachórcu u Ignacego Krasickiego, w Dąbrówce u Starzeńskich, w Ruskiej wsi u pani Weissenwolf. Lubiano go, bo był doskonale wychowany, wszystkim szczerze życzliwy i dobrze grał w tzw. wówczas „whista”.
     Przy ołtarzu była to piękna postać o twarzy rzymskiego patrycjusza, piękne, swobodne ruchy i doskonały słuch i glos. Rzadko można spotkać księdza odprawiającego równie pięknie Msze Św. i inne nabożeństwa. Z moim Ojcem byli na „ty” i kochali się jak bracia ale też i sprzeczali bardzo często, głównie na temat, że w kościele nie jest dosyć czysto, że kościelny, stary Michał Wolański jest brudas niedołęga, a i dlatego, że ks. Sałustowicz nie zgadzał się ze spartańskimi metodami, jakie matka stosowała w naszym wychowaniu.
     Ks. Sałustowicz chrzcił nas wszystkich, a Józi, Antkowi i mnie dawał ślub, choć w tym okresie już nie był proboszczem w Dynowie, ale prywatnym kapelanem Książąt Sapiehów w Krasiczynie, gdzie umarł w 1932 r. i jest pochowany na cmentarzu starym w Dynowie, w grobowcu „ Pod aniołem”.
    Nasz Ojciec w tym czasie dużo grywał na organach, tak że Muś Chamiec zawsze mówił, ze to tylko w Dynowie proboszcz jest na „ty” ze swoim organistą. Tata był - jak już wspomniałam - bardzo muzykalny, nie znosił fałszywego śpiewu i czasem wracał z Kościoła poirytowany: „ Ja zaczynam Godzinki w As dur, baby pod amboną zjeżdżają na G, ja za nimi jadę na G, one znowu w dół o pół tonu na „Fis”. Wreszcie wstałem od tych organów, bo mnie zielona pasja wzięła. Śpiewajcie sobie same jak nie umiecie w jednej tonacji śpiewać”.
     Ale wracam do opisu pór roku i ich wpływu na życie dynowskiego dworu. Lato postępowało, żniwa się zbliżały i rozpoczynano je zwykle w pierwszej połowie Lipca. W pierwszy dzień żniwa Tata był cały dzień w polu, żęło się wtedy żyto i pszenice ręcznie, myśmy z Mamą wychodzili do żniwa po południu. Rodziców moich i nas, żnące dziewczęta opasywały powrósłami ze zboża i dostawały za to osobno wynagrodzenie w srebrnych „koronach”. Jest to stary i w całej Polsce wówczas rozpowszechniony zwyczaj, dziś już tez nieomal nieznany.
     Czasem Tata jechał z Marcinem do miasteczka, przywoził od naszych starych dostawczyń, żydówek Sury Pinokier i Kajki Domt chustki, materie na „katanki”, często zatykał je na lasce na rogu pola i oznajmiał, że kto pierwszy do tego miejsca dojdzie, dostanie prezent zatknięty na lasce. Można sobie wyobrazić jak się żeńcy spieszyli.
     Prześlicznym zakończeniem żniw było Święto Wniebowzięcia Matki Boskiej, czyli Matki Boskiej Zielnej.
     Między rokiem 1902 -1908 tak się składało zawsze, że była w tym dniu pogoda. Ranek, ogród pełen astrów, lewkonii, trochę jeszcze pączków różanych i gwoździków, a powietrze przesycone ich zapachem. Na tzw. „boisku”, czyli w stodole za starą studnia, ruch! Kolo młockarni kieratowej na długich ławach trzy „wieńce”, podobne raczej do małych kopuł splecionych kłosami. Było ich zwykle cztery z każdego gatunku zboża po jednemu. Do każdego „wieńca” przeznaczone były cztery dziewczęta i jeden chłopak. Wybierano do tego te, które najpilniej chodziły do żniwa i najlepiej pracowały. Każda z nich uważała, że jest to zaszczyt gdy ją, mój Ojciec i polowi, przeznaczyli do wieńca. Ponadto każda z nich dostawała od Ojca cały krakowski strój.
     Przepadałam za tym porankiem w dniu Matki Boskiej Zielnej. Rano przynosiłyśmy obie z Józią całe snopy astrów, dalii, floksów do ubrania wieńców dziewczęta wpinały je w wieńce i przetykały gałązkami szparagów, a do nich należały i inne ozdoby, np. jabłka, które wtykało się na cienkich patyczkach, złocone orzeszki laskowe; były też na tych wieńcach pierniki jarmarczne barwnie lukrowane i kolorowe kule szklane, jak na choince.
     Przed sumą dziewczęta ubierały się w ciemnej komorze, gdzie stała młocarnia.
     Pamiętam, że jednego roku miały śliczne gorsety z seledynowego aksamitu, czerwone, szerokie spódnice i białe batystowe fartuszki, a na szyi po kilka sznurów prawdziwych korali, które u nas kobiety często nosiły. Korale te były z tyłu na karku związane ogromną kokarda z szerokiej, jedwabnej wstążki.
    Karbownik Sikora w ”wyglancowanych” butach i świątecznym kapeluszu dozorował całego tego obrzędu. Cała olbrzymia, mroczna stodoła pachniała świeżo zwiezionym zbożem ułożonym aż pod strop dachu.
     W końcu przychodził Tata z całym pudłem pięknych wstążek z naturalnego (nie sztucznego) jedwabiu w rozmaitych kolorach, które sam zawieszał na wieńcach, tak, że były nimi całkiem pokryte. Zajeżdżało trzy drabiniaste wozy zaprzężone w czwórki koni ubranych w zieleń i kolrowe pęki kwiatów. Dziewczęta i chłopcy umieszczali wieńce na wozach, sami tez na nich siadali i trzaskając z długich batów ostrym kłusem jechali do kościoła, gdzie wieńce ustawiano na balaskach.
     Suma na Zielną była taka sama jak obecnie, tak samo pachniały zioła i kwiaty, tylko głowy dziewczęce różniły się od dzisiejszych, „ondulowanych” fryzur. Dziewczęta zawsze chodziły do kościoła z gołą głowa, warkocze upinały wtyle w „kółko”, a z lewej strony kółko to przybierano kwiatami i to szlachetnymi; najlepiej lubiano gwoździki, lewkonie, pączki róż. Gdy kilkanaście dziewcząt stało razem w kościele, ślicznie to wyglądało.
     W procesji, przy dźwięku pieśni: „Ciebie na wieki wychwalać będziemy”, wieńce niesiono wysoko ponad tłumem ludzi przed baldachimem.
     Po nabożeństwie wozy z wieńcami zjeżdżały przed ganek starego domu, okrążywszy przedtem dwa razy gazon, przy czym jadący na nich fornale z prawdziwym „mistrzostwem” trzaskali z batów, a dziewczęta zawodziły zupełnie lokalną piosenkę:” Idzie burza z Bachórza, nasza pani jak róża, a pan jak lelija po ganku się uwija”.
     Wieńce ustawiano na stołach na ganku, ze wsi przybiegała cała hurma chłopców, a Mama rozdawała między nich pierniki i cukierki, a Tata pomiędzy dziewczęta, które były „do wieńca” wstążki, które na nich wisiały. Były one naprawdę ładne, szerokie, z tafty lub jedwabnej „mory”, w ładnych kolorach. Dziewczęta wiązały nimi korale w duży, kolorowy motyl na karku. Ładniejsze to było niż obecne miejskie sukienki i od ondulacji podobnych do baranich głów.
     Czasami w sam dzień Wniebowzięcia, lub w najbliższa niedzielę odbywały się u nas dożynki, które tu nazywano „ wieńczowiny”.
    Na równym placyku przed kuźnią i spichlerzem w ten dzień po południu zasiadała wiejska kapela z basami, skrzypcami i klarnetem, na stołach ustawiano beczki z piwem, kosze bułek i kiełbasy. Schodziło się mnóstwo ludzi ze wsi, a oprócz tego cała nasza służba i ci, co stale do nas chodzili na robotę. Cała nasza rodzina brała udział w tej zabawie, Tata śpiewał przyśpiewki i krakowiaki, przed muzyką tańczył zapamiętale, głównie z dziewczętami „od wieńca”, rozdawał papierosy miedzy chłopów, wesół i ożywiony bawił się szczerze i serdecznie. Nigdy na tej zabawie nie widziałam pijanego człowieka, nigdy nie słyszałam ordynarnych piosenek czy dowcipów.
     „Wieńczowiny” trwaly do 9 tej wieczór, bo Rodzice nie pozwalali na przedłużanie jej przez noc.
     Pod koniec lata zaczynała się młocka maszyną poruszaną kieratem, w którym chodziło 4 pary koni z oczami zawiązanymi workiem, aby się im od chodzenia w kółko, głowa nie zakręciła. Kierat stał za główna szopą, a monotonny huk i jakby jęk młocarni zapowiadał zbliżanie się jesieni: dnie ciche, pogoda znacznie bardziej słotna niż w lecie, mgły ranne odsłaniające przed południem głęboki błękit nieba nad głowami.
     W latach 1902-1908 pamiętam w Sierpniu parę razy manewry austriackiej armii. Tak bliski nam Przemyśl był w tych czasach najpotężniejsza forteca w Europie otoczony tzw. „fortami” i mieszczący cały korpus wojska, które nadawało ton i „koloryt” całemu miastu. Wyżsi oficerowie austriaccy byli to przeważnie Niemcy i bynajmniej nie odznaczali się wojowniczością. Byli to przeważnie dobrze wychowani, grzeczni panowie, których głównym zainteresowaniem było siedzenie w cukierniach i kawiarniach, jedzenie, często hulanki po nocnych lokalach. Wiedza wojskowa stała u nich „pod psem”. Ojciec mój nazywał ich „ Rindsgolarze” od słowa Rindsgolasch (czyli gulasz wolowy), ich ulubiona potrawa.
     Nosili ładne, bardzo barwne mundury, np. ułani mieli błękitne bluzy, czerwone spodnie, wysokie czaka z końskim ogonem z boku i wysokie, często lakierowane buty.
     Podczas manewrów było u nas często bardzo dużo oficerów „na kwaterze”. Mama tego bardzo nie lubiła, ale nas dzieci to bawiło, a szczególnie lubiliśmy, gdy wieczorami, na gazonie, pod starą lipą, grała muzyka wojskowa złożona z samych Czechów. Podobno austriacka kapela wojskowa uchodziła za najlepszą w Europie.
     Cały dwór był pełen wojska, dziewczeta biegały jak nieprzytomne, na krzewach ogrodowych wietrzyły się różne części garderoby żolnierskiej. Pamietam jak Mama tego nie znosiła i patykiem strącała ułańskie spodnie z krzewów, a nawet i z róż. Czasem jeździliśmy przypatrywać się ćwiczeniom i „bitwom” na wzgórzach okalających Dynów. Wojna Światowa, która w 1914 r. wybuchła, dowiodła jak małą wartością była ta armia dowodzona przez lalkowatych, eleganckich „Rindsgolarzów”.
     Wrzesień, który dzieciom chodzącym do szkoły przynosi rozpoczęcie roku szkolnego, dla nas nie wprowadzał właściwie zmian. Uczyliśmy się przez cały rok, nawet w lecie ranki zajęte były lekcjami, a egzaminy zdawaliśmy w szkole dynowskiej z końcem roku szkolnego. Pierwsze naprawdę wolne od nauki wakacje miałam dopiero po zdaniu pierwszego egzaminu w liceum im. Królowej Jadwigi we Lwowie w 1909 r.
     We wrześniu chodziliśmy często na Igiozę, gdzie był śliczny sad założony na sztucznych, opadających ku południowi, tarasach. Znakomite tam były owoce, a w sadzie pasieka obsługiwana przez Osypankę, pszczelarza z Norzca. Czasem zbiór miodu był doskonały; z wirówki lała się złocista struga i odnoszono pełne konewki do domu. Dodaję, że miodobranie odbywało się w Lipcu, a nie Wrześniu.
     W październiku kopano kartofle; często było jeszcze bardzo ciepło, a ścierniska i kartofliska były pokryte białą zasłoną pajęczyny, „babiego lata”. Pies „Brawo”, który uganiał po kartofliskach, wracał na rozpaczliwe wołania Mamy, z mordą oplecioną pajęczyną.
     Kartofle kopano na dniówkę, ludziom się nie śpieszyło, można było palić ogniska z badyli piec kartofle, które były zawsze albo niedopieczone, albo spalone na popiół. Nam chodziło o bieganie poprzez gryzący, pachnący jesienią dym, a nie o jedzenie pieczonych kartofli.
     Z początkiem naszego stulecia było w okolicy Dynowa o wiele więcej lasów niż obecnie. W jesieni pokrywały się one barwnym płaszczem liści żółtych, brązowych i czerwonych, a lasy jodłowe odbijały od nich ciemną, prawie czarną zielenią Na naszych polach chodziły siewniki i siały oziminy, które niebawem pokrywały pola jaskrawo zielonym kobiercem oplecionym, drgającym srebrem „babiego lata”
     W sadzie zbierano jabłka, w czym, my dzieci, braliśmy bardzo żywy udział. To była frajda na całego wyraziwszy się dzisiejszym żargonem ulicznym. Stary stróż, sadownik Jędrzej Bielec trzymał rozkładaną drabinkę, bo sam był już za stary, aby na nią wejść i co roku opowiadał tę sama historię, że za jego młodych lat., czyli około 1850 roku w samo żydowskie święto ”Sądnego dnia”, djabeł porwał z bożnicy w Dynowie jednego Żyda i niósł go powietrzem do piekła. Zrozpaczony Żyd, nie wiedząc jak się ratować, udał się do św. Antoniego, wołając: „święty Antek, ratuj mnie”. Na to szatan, nie mogąc znieść tego wroga szatanów, puścił Żyda, który wpadł między krzaki tarniny. Bielec był przekonany o prawdziwości tego wydarzenia.
     Jabłka chowano do piwnicy, skąd Mama przynosiła nam je zawsze rano w rogu swojej „nieśmiertelnej ”peleryny.
     Gdy wspomniałam o żydowskim świecie Sądnego Dnia, przypomnieli mi się ówcześni, dynowscy żydzi. Byli to ludzie tak odrębni od tych, którzy dziś żyją, ze muszę tu też i o nich wspomnieć.
    W Dynowie, w miasteczku, stanowili oni główny odsetek ludności, było ich nieomal 2000. Mężczyźni nosili strój narodowy: długi, czarny, często atłasowy chałat, na głowie „birydek” w kształcie biskupiej piuski, czarny, a na nim czarny, filcowy kapelusz. Koło uszu zwisały w korkociąg skręcone z włosów „pejsy” i długa broda. W szabas, czyli dzień święta, żydzi nosili na głowie tzw. „sztramete”. Była to okrągła czapka o futrzanym obramowaniu i aksamitnej główce. Bogaci mieli czasami „sztramete” obramowane sobolami.
     Kobiety, mężatki, miały krotko obcięte włosy, a nich peruki ozdobione „bindą”, czyli opaską z aksamitu, często haftowaną prawdziwymi perłami.
     Żydzi w tych czasach trzymali cały handel małego miasteczka w swoich rękach, a to co okoliczne majątki i bogaci chłopi produkowali, więc zboże, mleko, bydło, sprzedawało się tylko żydom. Jedynie świniami nie handlowali, bo im na to nie pozwalała ich mojżeszowa religia.
     Pamiętam dobrze charakterystyczną postać takiego kupca zbożowego. Nazywał się Weinberger, nosił atłasowy chałat, białe pończochy, czarne pantofle i wspaniałą, futrzaną sztramete. Miał długą siwą brodę i czekając na mego Ojca przed kancelarją palił fajki na metrowej długości cybuchu. Z reguły, gdy w jesieni kupował zboże, zachwycał się pszenicą węgierską, która nazywał” sliczote” i dawał bardzo niską cenę za naszą.
     Żydzi źle mówili po polsku, plątali germanizmy, a miedzy sobą mówili żargonem zbliżonym do niemieckiego, z mieszaniną polskich i hebrajskich wyrazów. Mój Ojciec znał Żydów na wylot, droczył się z nimi, że żyd mówi np.: ”Proszę, aby jaśnie pan powiedział to „karbownikiemu”, albo „Benedykiemu”, tak jak się mówi „ panu Trzecieskiemu”. Ojciec znał też piosenki żydowskie i doskonale grał narodowy taniec żydowski „Majnfes”, tańczony na weselach żydowskich.
     Żydzi, pomimo, że od wieków żyli w Polsce, wśród ludności polskiej, byli najzupełniej obcym elementem; różni religią, językiem, pojęciami etycznymi, obyczajami i wyglądem zewnętrznym. Mieli też zupełnie różną od polskiej kulturę i usposobienie. Bardzo typową postacią był stary Mendel, rzeźnik, który dostarczał nam zawsze cielęcinę.Nosił lepki od brudu chałat, birydek pod kapeluszem i miał niebieskie, załzawione oczy, oraz nieokreślonego koloru brodę i pejsy. Nosił on mięso jeszcze do naszej prababki, pani Izabeli Trzecieskiej, żony Józefa, którą nazywał „Pani Jeneralka”, bo wyszła, po wczesnej śmierci pierwszego męża za czeskiego generała, Szlechtę. Gdy w 1925 r, przyjechałam z moim wówczas 3 letnim Stefankiem do Dynowa, 90 letni wówczas Mendel, zobaczywszy go powiedział: „ Ny...! To już piąte pokolenie”.
     Żydzi bali się też panicznie psów, które ich zawsze jakoś dziwnie atakowały. Gdy żyd podchodził do ganku to wpierw kłaniał się kapeluszem, uważając jednak, by nie zsunąć sobie z głowy „birydka” i nie stanąć z gołą głową przed „gojem”, czyli chrześcijaninem. Prosił więc zaraz, aby odpędzić psa, bo: "ja się boje „za psa”, lub” przed pies”. (germanizm: vos dem Hund), wówczas mój Ojciec mawiał żartobliwie: „ To dobrze, bo już się pies nie potrzebuje bać”.
     Wszystkie święta swego, mojżeszowego wyznania święcili ogromnie rygorystycznie; za nic w świecie nie byłby żaden żyd w to święto handlowal ani też wyjechał z domu. Wilia szabasu, w piątek wieczorem, całe miasteczko było „iluminowane” świeczkami, które świeciły się w każdym, żydowskim domu i to po tyle świeczek, ile było członków rodziny. Z końcem września było uroczyste święto   „kuczek” i „ Trąbek” oraz tzw. „Sądny Dzień”, najuroczystsze święto w roku. Chłopi zawsze mówili, że „trzeba wszystko kupić i pozałatwiać nim żydów złapią na twardo „Święta”, bo wtedy życie handlowe w miasteczku zamierało.
     Wspomniałam już, że handel w tych czasach był niemal wyłącznie w ich rękach; w Dynowie mieli oni kilkadziesiąt sklepów tak zaopatrzonych, ze można było kupić literalnie wszystko, czego się w codziennym życiu potrzebowało. W korzennych sklepach były bakalie, pomarańcze i inne przysmaki, obecnie dostępne tylko w Delikatesach, sklepy bławatne miały stosy ślicznych materiałów, były też naczynia, żelazne towary, narzędzia gospodarskie.
     Przed otwarciem kolejki Przeworsk - Dynów żydzi sprowadzali te towary konnymi wozami z Przemyśla lub Rzeszowa i jakoś zawsze umieli się o to postarać, aby niczego nie brakowało.
     W roku 1904 zdarzyło się kilka faktów, które silnie się wbiły w moją, ośmioletnią wówczas głowę. Jeden z nich to nieszczęście całego miasteczka. Pamiętam tę Wielka Środę w r.1904. Po południu kucharz Wojciech zabierał się za pieczenie święconego, a w kościele śpiewano nastrojową Ciemną Jutrznie, gdy wybuchł na Podwalu pożar. Wicher dął właśnie stamtąd i pożar zaczął się z szybkością rozszerzać po rynku, który był wtedy zabudowany domami drewnianymi; miały one charakterystyczne dla polskich miasteczek arkady, zwane „podcieniami”, wspartymi na drewnianych słupach. Wiatr niósł płonące szczapy, słomę, gonty w naszym kierunku. Ojciec mój jedną ze swoich sikawek i wszystkie konie posłał do miasta, a drugą kazał paru ludziom zlewać gontowy dach starego domu.
     Mama, nas czworo, panna Ernestyna modliliśmy się w dziecinnym pokoju, a przez okno z trwogą patrzyliśmy poprzez gałęzie starego dębu na morze ognia szalejące nad miasteczkiem. Widzę też dotąd postać kucharza, Wojciecha, zlewającego sikawką dach nad naszymi głowami. W ciągu paru godzin spaliło się wówczas w Dynowie 110 domów tj, cały rynek i główna ulica w kierunku cerkwi. Święta Wielkanocne były smutne w tym roku, nad całym Dynowem unosił się swąd spalenizny, ocalałe domy były pełne pogorzelców, przeważnie żydów. Ponieważ jednak większość domów było ubezpieczonych, więc wkrótce potem miasteczko się odbudowało, ale zatrąciło  staroświecki charakter i styl,  jaki miało przed pożarem.
     Przechodząc do weselszych wydarzeń dodaję, że właśnie w tym okresie zaręczyła się siostra mojej Matki, Ciocia Gabryjelka Jaxa Chamcówna z Włodzimierzem Radzimińskim, właścicielem majątku ziemskiego Berech pod Krzemieńcem na Wołyniu, już za ówczesną granicą carskiej Rosji. Ciocia mieszkała z rodzicami we Lwowie dokąd w czasie mego dzieciństwa jeździliśmy parę razy. Była to zawsze wielka przyjemność. Do Przemyśla jechało się końmi, powozem, a rzadziej karetą o grubych szklannych oknach, wybitą granatowym suknem i bardzo wygodną. We Lwowie moi dziadkowie Antoniowie Chamcowie mieli bardzo ładna willę przy ulicy Technickiej 1, tuż przy pięknym parku tzw. Jezuickim w najelegantszej dzielnicy miasta. Nazywano ją „hrabska góra” ponieważ kilka ulic, które ja tworzyły zamieszkałych było przez ziemiaństwo - szlacheckie Towarzystwo Lwowa i wiele domów do niego należało. Willa przy Technickiej 1, jednopiętrowa, pomalowana na ceglasto - pompejański kolor robiła wrażenie raczej włoskiego pałacyku, bo miała kilka renesansowych okien. Miała też dość duży - jak na miasto - ogród i piękną terasę, na której w ciepłej porze jadało się podwieczorki, jak w wiejskim dworze. Mieszkanie, a raczej apartament dziadków miał 10 pokoi, w tym 3 salony: turecki, biały i zielony. Turecki był wyściełany dywanem, miał niskie sofy i taburety, a co kwadrans dzwoniły w nim śliczne, stojące zegary. Było też parę artystycznych obrazów i wartościowych drobiazgów.
 
Kinia i Józia we Lwowie 1906 r.
 
     W salonie białym były meble w stylu Louis XV, jasne, o złoconych nogach, piękny portret babki Ludwiki Chamcowej w balowej biało - błękitnej sukni, dwa duże cenne gobeliny francuskie i duży, kryształowy żyrandol.
     Babcia Chamcowa niezmiernie, może nawet do przesady, dbała o dom, umiała go ślicznie urządzić i prowadzić. Lubiła systematyczność, elegancję i estetykę w życiu codziennym. Na ul. Technickiej 1 było tez wytwornie i elegancko, do czego przyczyniało się też niemało to, że dziadkowie mieli piękny majątek ziemski Skowiatyń, na tzw. wówczas austriackim Podolu, a oprócz tego dziadek jako poseł na Galicyjski Sejm Krajowy i do Parlamentu Austriackiego miał wysokie dochody z tym związane. Musiał też prowadzić reprezentacyjny tryb życia.
     Dziadkowie mieli doskonałego kucharza Maksyma, służącego Prokopa, pokojową starą Marynię i furmana Antoniego. Trzymali sobie stale w mieście parę koni, a w ogrodzie była duża, murowana stajnia.
     O Dziadku Chamcu już mówiłam wspominając jego przyjazdy do Dynowa; we Lwowie doprawdy nie wiedział jak się nami cieszyć i jak nam pobyt umilić.
     Pewnego dnia pojechałyśmy obie z Józią i z Antkiem karetą dziadków do miasta na ul. Karola Ludwika, gdzie był znany sklep pod firmą „Kauczyński i Olereski”. Dziadzio wprowadził nas do tego „raju” i wypowiedział magiczne słowa: „No, dzieci, wybierajcie co się Wam podoba”. Byliśmy wprost zaskoczeni i zakłopotani. Tu śliczne lalki o bujnych lokach i zamykających się oczach, dalej domki dla nich, saloniki, kuchenki, naczynia, koleje, wspaniałe konie na biegunach, zabawy i gry na powietrzu, stosy kolorowych piłek, słowem stosy ślicznie wykonanych zabawek. Nie wiadomo było co wybierać, bo wszystko nęciło zachwycone oczy dziecięce. Dziś już sobie nie przypominam cośmy sobie wybrali, wiem tylko, że kareta była pełna, gdyśmy do domu wrócili.
     Dziadkowie prowadzili wówczas tzw. „otwarty dom”.
     W Poniedziałki odbywały się tzw. „fajfy”, czyli zebrania towarzyskie około piątej po południu. (stąd angielska nazwa five czyli pięć). Bywało na nich po kilkadziesiąt osób z ówczesnego lwowskiego „grand` mondu”. Mój Ojciec żartobliwie nazywał to „gramund” i choć sam do niego pochodzeniem i wychowaniem należał, ale nie posiadając za grosz snobizmu, potrochę wykpiwał słabostki tego „gramundu”.
     Dziadzio zabierał nas czasem do cukierni „Scholza” na ul. 3 Maja na doskonała czekoladę i ciastka.
     Pewnego razu jednocześnie z nami przyjechali na Technicką 1 wujostwo mojej Matki Antoniowie Chamcowie. Wuj Mamy był bratem babki Ludwiki, która tez była Chamcówna z domu, a żona jego Cecylia była z domu Pruszyńska z Gardyczówki koło Żytomierza. Przyjechali z córkami, Mysią i Adzią,
 
 
Adzia Chamcówna w dniu I Komunii Św. 1906 (?)
 
która później wyszła zamaż za mego brata Antoniego.
    Wujostwo mieszkali stale w swoim pięknym majątku Stepańce na Ukrainie w powiecie Kaniowskim, ale często wyjeżdżali zagranicę na Riwierę Francuska i po drodze zatrzymywali się we Lwowie a i raz zatrzymali się w Dynowie. Ich synem był nasz kochany Muś Chamiec, który w tym okresie studiował medycynę we Lwowie i był stałym gościem na Technickiej 1.
    Wspomniałam już, że Dziadzio pozwalał się dzieciskom męczyć. Pewnego dnia, siadłszy w niskim fotelu, wziął gazetę do czytania, a tymczasem Józia, Adzia Chamcówna i ja zaczęłyśmy Mu pleść z tyłu głowy warkoczyki z włosów, które były zczesane z czoła i dosyć długie nad karkiem. Każdy cieniutki warkoczyk wiązałyśmy wąską, kolorową wstążeczką, która, zdaje mi się, że się odpruła od krakowskiej spódniczki jakiejś lalki. Dobry Dziadzio miał wkrótce tył głowy udekorowany barwnymi kokardkami, na co zresztą nie zwracał uwagi czytając jakiś zapewne polityczny artykuł w ‘Czasie”, czy „Gazecie Narodowej”.
     Ostatecznie skończyłyśmy to „mądre” zajęcie, a Dziadzio, zapominając o  dekoracji na głowie, gdyż był dosyć roztargniony, nałożył cylinder t.j. wysoki, jedwabny kapelusz noszony wówczas i poszedł na posiedzenie Sejmu; spod cylindra wystawały figlarnie barwne kokardki. Można sobie wyobrazić jakie wrażenie wywołał w kuluarach Sejmu, gdzie na szczęcie zauważono i zdjęto te ozdoby z głowy poważnego pana Prezesa Wydziału Krajowego, którą to wówczas wysoką, autonomiczną godność Dziadek piastował.
     Wspomniałam już, że Ciocia Gabcia w r.1904 zaręczyła się, ale w tym czasie też wybuchła wojna rosyjsko-japońska. Narzeczony jej, Włodzimierz Radzimiński, jako poddany rosyjski, choć Polak, musiał usłuchać powołania i pojechał na tę wojnę, a biedna Ciocia odprowadziła go z moim Ojcem aż do Kijowa, a potem na szereg miesięcy przyjechała do Dynowa.
     Wiadomo, że ta wojna ujawniła całą słabość carskiej Rosji, a u nas, pod zaborem austriackim, cieszyliśmy się niezmiernie z klęsk rosyjskich, bo Rosji i carskiego rządu nienawidziliśmy całą duszą. Miałam wtedy 8-9 lat, ale przypominam sobie doskonale radość z upadku Port Artura. Wojnę rosyjsko-japońska wprowadziliśmy do naszych zabaw, z tym, że Józia, Antek i ja byliśmy Japończykami, a biedny, cztero-letni Kuba, który zgadzał się na hańbę zostania Moskalem, bo tego jeszcze nie rozumiał, co to jest Moskal, brał od nas lanie ile wlazło, tak, że Mama musiała w tych bitwach interweniować.
     Ciocia Gabcia spędzała wtedy u nas całe noce na modlitwach o szczęśliwy powrót narzeczonego i nam dzieciom też kazała się modlić. Kochaliśmy tę anielskiej dobroci istotę, przytem tak głęboko kulturalną. Była to piękna dusza, pełna uwielbienia dla sztuki, na której się doskonale znała, szczególnie sztuki włoskiej. Uczyła się sama malarstwa u Batowskiego, który całe miesiące spędzał u moich dziadków  w Skowiatynie. Zrobiła i mój portret, w niebieskiej sukience, z lalką w ręku. Pamiętam z tych seansów ogromną paletę Cioci pokrytą olejnymi farbami, o miłym terpentynowym zapachu, wysoką sztalugę i moje usiłowanie, aby się nie ruszać i Cioci tym pracy nie utrudniać.
     U moich Dziadków mówiono bardzo dużo po francusku i tak dobrze niemal jak po polsku. Znano też w rodzinie Matki i Ojca równie dobrze język niemiecki i angielski, a w szafach bibliotecznych na Technickiej pełno było książek w tych językach Nieznajomość francuskiego w naszych ziemiańskich ówczesnych rodzinach było uważane za wielki brak wykształcenia i narażonym się było na docinki z tego powodu.
     W r. 1905 skończyła się wojna rosyjsko-japońska, a w zimie, 1906 wrócił Włodzio Radzimiński z tej wojny, na której był nieomal 2 lata, ale Japończyka na oczy nie widział. Opowiadał, że na okrzyk „Japońcy”, armia carska wiała ile sił w końskich nogach.
     Ślub i wesele Cioci ustalono na 19 Kwietnia. Na parę tygodni przedtem sprowadzono krawca Harajdę z Temeszowa, specjalistę w kraju w szyciu kontuszów. Zrobił on dla moich braci dwa ładne kontusiki o barwach Ziemi sanockiej, a więc jasno-kremowe, atłasowe żupany, a granatowe kontusze. Do tego były żółte buty i barankowe kołpaczki.
     Tekluńcia Józi i mnie uszyła śliczne fularowe sukienki w różowe kwiatki, pokryte białą gazą.
    Wesele to było ewenementem w życiu towarzyskim Lwowa. Pamiętam apartament na Technickiej i tłum eleganckich pań w toaletach z trenami, ze strusimi piórami w ogromnych kapeluszach, oraz panów we frakach, albo kontuszach. Nasz Ojciec miał na sobie swój piękny kontusz, który wzbudzał pewnego rodzaju zazdrość u panów z za „kordonu”, czyli spod zaboru rosyjskiego, gdzie noszenie kontusza było zakazane przez władze carskie.
     Ciocia Gabryelka, po dwóch latach spędzonych na modlitwie i w niepokoju, szczęśliwa w swej pięknej, koronkowej sukni i welonie i sympatyczny, bynajmniej nie wymęczony wojną Włodzio,  typowy polski szlachcic, blondyn wesoły i uśmiechnięty...
     Ślub odbył się w kościele Jezuitów; długi tren panny młodej nieśli moi bracia, 8 i 6- letni, Antek i Kuba w swoich granatowych kontusikach, co wzbudzało ogólne zainteresowanie. Ślub dawał nasz dynowski proboszcz ks. Sałustowicz, a przemowę zaczął od słów: „Jak Anioł stałaś u boku narzeczonego swoimi modlitwami i wysłuchał Cię Bóg”. Do Mszy Św. po ślubie służyli mój Ojciec i młody Włodzimierz Jełowicki, obaj w polskich strojach.
    Podczas takich uroczystości w owych czasach, o ile byli na nich ludzie mający kontusz, widziało się dopiero całe piękno tego dawnego stroju szlachty polskiej. Nie było wprost nikogo, komu nie byłoby w nim do twarzy. Niektóre były prześliczne, pasy mieniące się złotymi nićmi, atłasy wylotów i elegancję z jaką wielu panów (miedzy innymi i mój Ojciec) umiało nosić delię przewieszoną przez ramiona. Odbijały one od monotonnej czerni fraków i wizytowych ubrań. Niektóre kontusze były tak barwne i efektowne, że najpiękniejsze  damskie toalety bladły przy nich.
     Po ślubie całe towarzystwo zebrało się u wejścia do willi i gdy na końcu zajechała kareta państwa młodych, Józia i ja rzuciłyśmy im pod nogi garście fiołków. Potem było wspaniałe śniadanie tzw. „dejeuner dinatoire” z indykami, truflami, bombami i najlepszym francuskim szampanem. Pamiętam wielką ilość toastów, przy końcu których nasz Kuba tak się upił, że spadł z krzesła. Na weselu tym była cała najbliższa rodzina pana młodego, a wiec Radzimińscy, Czosnowscy, Pruszyńscy, a po naszej stronie Chamcowie, Miączyńscy i my. Pamiętam dwie prześliczne młodziutkie panienki: Tolę Miączyńską o szlachetnej twarzy, jasną blondynkę i Stasię Chamcówną,
 
 
 Stasia Chamcówna jako dziecko 1885 (?)
 
stryjeczna siostrę mojej Matki, która później wyszła zamąż za Z. Rohozińskiego z Woronnego koło Humania.
     Następny rok 1907 zaznaczył się dwoma faktami. Urodziła się w lipcu nasza najmłodsza siostra Hania.
     W ten dzień Mama wyprawiła nas czworo starszych z panną Ernestyną i Marcinem furmanem na całodzienną wycieczkę do lasu dylągowskiego.  Był też z nami młody nauczyciel Wyskiel, który się podkochiwał w naszej Francuzce. Mieliśmy ze sobą prowianty na improwizowany „obiad” w lesie, pogoda była śliczna i cała wyprawa udała się doskonale. Pamiętam, gdy wózek nasz w powrocie do domu mijał grupę świerków na gazonie, a przed którymi biegła szczekając jamniczka zwana „Bułką”, zobaczyliśmy na drodze pod lipami wysoką postać Musia Chamca z Ciocią Gabryelką z mężem Włodkiem Radzimińskim. Przyjechali oboje niespodziewanie i zastali na ganku lokaja Jakóba Zygara, który im oznajmił, ze „jaśnie pani w tej chwili urodziła córeczkę”. Po tych słowach zjawił się na ganku nie lekarz, ale weterynarz, stary Zbudowski, który właśnie tego dnia miał jakiś interes do Taty. Muś zawsze wesół, śmiał się do rozpuku z tego zabawnego zbiegu okoliczności i droczył się z Mamą, że nie wezwano do niej lekarza, tylko weterynarza.
     Dwa lata przedtem urodziła się Stefcia, też w pogodny letni dzień  (6 sierpnia 1905), zaledwie w 6 tygodni po nagłej śmierci Felci, naszej piątej z rzędu siostry, która umarła w trzecim roku życia.
     Wracając do r.1907 dodaję, że w jesieni tegoż roku lekarze polecili naszemu dziadkowi Antoniemu Chamcowi wyjazd nad Adriatyk. Dziadostwo zaproponowali, abyśmy obie t.j. Józia i ja pojechały też z nimi do Abbazji, która wtedy leżała w obrębie monarchii austriacko-węgierskiej, niedaleko Triestu, a tuż koło Finne,  dzisiejszej Rijeki. Ucieszyłyśmy się niesłychanie i liczyłyśmy dni do wyjazdu. Pamiętam, że w wilię wyjazdu był cudny, księżycowy wieczór. Ogród nasz okryty zielonymi jeszcze liśćmi starych drzew, nasycony zapachem kwiatów, tonął w świetle księżyca. Chodziliśmy po lipowej alei i panna Roszkiewicz, która przez parę tygodni uczyła nas gimnastyki. Nasz stary dom wtulony w masę drzew, otoczony klombami róż, z gankiem wspartym na ośmiu grubych słupach, taki mi się wydał śliczny; po prostu jakiś kochany, dobry stary dziadzio, świadek życia całej rodziny, znający jej wszystkie bóle i radości. Cicho było, spokojnie, jasno i srebrno od księżycowej poświaty, a w naszych dziecinnych sercach tyle radości nadziei na co mamy przeżyć i zobaczyć.
          Nazajutrz wyjechałyśmy z panną Roszkiewicz do Lwowa do Dziadostwa Chamców, a stamtąd do Budapesztu dokąd jechało się ze Lwowa od rana do późnego wieczora. Z podróży tej pamiętam Karpaty pokryte, lasami, a potem długie aleje topoli włoskich na płaskich polach puszty węgierskiej. W Peszcie mieszkaliśmy w hotelu Jagerhorn. Pamiętam jak silne wrażenie wywarł na mnie Dunaj i potężny nad nim zamek królewski w Budzie, a na wyspie Margarety na Dunaju,  prześliczne klomby kwiatów.
     Nazajutrz pojechaliśmy do Finne czyli Rijeki, która w tych czasach leżała w tzw. Istrji. Od Dynowa aż po Adriatyk nie przejechaliśmy ani jednej granicy państwowej. Na tej trasie musielibyśmy przejechać dziś trzy: czeską, węgierską i jugosławiańską.
     Z tej podróży została mi w pamięci chwila, w której przybliżywszy się do okna pociągu, w którym była już czarna noc, ujrzałam nagle jakby białawą, olbrzymia płachtę usianą światełkami. Serce mi zadrżało, gdy Babcia powiedziała mi, że to już zatoka morska Guarnero, a światełka, to okręty w porcie.
    Nazajutrz pojechaliśmy statkiem do Abbazji i zamieszkaliśmy w zacisznej willi Moscagni od strony Voloski. Mieliśmy tam dla siebie dwa duże pokoje sypialne i duży salon z werandą i widokiem na morze. W Abbazji spędziliśmy trzy tygodnie. Miłe to były dni, które z wieloma szczegółami pamiętam, choć od tego czasu minęło 50 lat! Pół wieku, które przewróciły świat, życie i zapatrywania, stosunki społeczne i polityczne dosłownie do „góry nogami”, chociaż natura ludzka, jej dobre i złe strony pozostały te same, a i cierpienie też pozostało.
     Morze zrobiło na nas niezapomniane wrażenie. Pomimo moich wówczas zaledwie jedenastu lat, potrafiłam godzinami siedzieć na brzegu i obserwować rozbijające się fale o skały, oraz cudowna grę kolorów na falach, szczególnie podczas wiatru sirocco, który przez ten czas niemal stale wiał.
     Obie z Józią byłyśmy jeszcze dziećmi, ale przyzwyczajone do samodzielności, więc właściwie nikt nie zajmował się naszym ubraniem, myciem czy składaniem ubrań. Chodziłyśmy też same na dalekie spacery wzdłuż skalistego wybrzeża. Obiad jadaliśmy z właścicielką willi, która dziwiła się bardzo, że mówiłyśmy obie płynie po niemiecku. Miałyśmy od roku w domu nauczycielkę, Niemkę, Alicję Pistuschek, swoją droga narwaną, ale dała nam ona dobre podstawy języka.
     Robiliśmy statkiem wycieczkowym „Tatra” piękne morskie wycieczki. Najlepiej pamiętam wycieczkę do portu wojennego Pola. Stały w nim ciężkie pancerniki obłożone pancerzami ze stali, a w mieście były doskonale zachowane ruiny rzymskiego amfiteatru podobnego do Colosseum.  Przypominam sobie, że znałyśmy już historię rzymską i wiedziałyśmy jakie budowle imperium rzymskie w swoich posiadłościach pozostawiło.
     Wspomniałam już raz, że dziadzio Chamiec był swojej młodości powstańcem w roku 1863 i został skazany przez rząd rosyjski na śmierć. Jednak udało mu się uciec do Galicji, a stamtąd pojechać do Wiednia. Z tych czasów pozostała mu głęboka nienawiść do wszystkiego co rosyjskie. Niecierpiał absolutyzmu carskiego, całej rosyjskiej psychologii, na dźwięk języka rosyjskiego uciekał.
     Na okręcie Tatra jeździło całe rosyjskie towarzystwo. Rozmawiali hałaśliwie i zachowywali się jak ludzie  bez towarzyskiej kultury. Gdy Dziadzio ich zobaczył, obrócił się na pięcie i wrócił do domu,  a z nami jechała tylko Babcia Nie było sposobu zmuszenia go do jazdy. Twierdził, że ten miękki, zniewieściały język przypomina mu Rosję, jej ludzi, których dobrze znał i wolał o nich nie myśleć.
     Z żalem żegnałam morze i długo potem w Dynowie tęskniłam do jego widoku.
     W tych moich wspomnieniach muszę jeszcze umieścić rodzinę państwa Biegów.
     Władysław Biega był długoletnim kierownikiem szkoły - jak ją wówczas nazywano „ludowej” - w Dynowie. Miał siedmioro dzieci, z których naszym stałym towarzyszem zabaw był Tadzio, będący w moim wieku. W zimie często przychodził do nas, albo my do niego, do mieszkania, które w szkole zajmowali.  Bawiliśmy się razem, a tematem naszych zabaw były zawsze wojny i powstania z których miała powstać niepodległa Polska. Dziś po tylu doświadczeniach, trudach i klęskach trudno sobie wyobrazić napięcie uczuć patriotycznych w ówczesnych młodych sercach. Dla nas Polska niepodległa to był szczyt marzeń, cos za co można bez wahania oddać życie. W lecie Tadzio przychodził do nas i w ogrodzie urządzaliśmy bitwy i zasadzki na nieprzyjaciela Moskala czy Prusaka.
      Pamiętam jak biegłam zdyszana z szablą z patyków na pomoc powstańcom polskim, którzy gdzieś w gąszczu krzewów, „za pokojami”, krew za Polskę przelewali.
     Tadzio Biega natychmiast po wybuchu wojny w r. 1914 –tym zgłosił się na ochotnika do Polskich Legionów i zginął w jednej z pierwszych bitew z wojskami carskiej Rosji pod Miechowem. Pokazał, że ideały jego nie były tylko dziecinnym, słomianym ogniem, ale że miłość Ojczyzny i pragnienie Jej wolności były u niego szczere i głębokie.
     Dzieciństwo moje, które z oddalenia 55- ciu lat wydaje mi się pasmem promiennych, jasnych dni, dzięki specyficznej atmosferze starego domu, dzięki nieustannemu kontaktowi z pięknem przyrody, miało jednak wiele ciemnych stron, a wówczas wydawały mi się one jeszcze ciemniejsze. Do nich zaliczyć muszę obawy przed dziecinnymi chorobami, szczególnie przed szkarlatyna, która - dziś zwalczana i niegroźna - wtedy była istną zmora rodziców, szczególnie Ojca.. Na wiosnę 1908 roku nasz Kuba dostał jej niewiadomo skąd. W domu nastał istny „sądny” dzień. Mama zaraz z nami pojechała na Igiozę, gdzie mieszkała Babcia Ignacja Trzecieska, a Ojciec został w Dynowie. Przy chorym Kubie czuwała  zawsze wierna i nieoceniona Tekluńcia. Choroba trwała 6 tygodni podczas których Tata codzień do nas na Igiozę przyjeżdżał, aby Mamie przywozić wiadomości, ale do nas się nie zbliżał.
     Pamiętam był Maj, wiosna spóźniona tak, że drzewa owocowe kwitły dopiero około 20 maja. Ze dworu w Igiozie był śliczny widok  na dolinę Sanu i na wieś  „Przedmieście” opadające ku miasteczku i otulone jak gdyby falami rozkwitłych grusz i jabłoni. Pod oknami kwitły parmeńskie pełne  fiołki, które tu posadziła Ciocia Jańcia na rok przed swoim zamążpójściem.
     Gdy mowa o Niej,  to wspomnę tu o jej  weselu w dniu 8  lutego 1908 roku w Dynowie. Zimę 1907 na 1908 spędziliśmy we Lwowie, gdzie ciężko chorował na serce dziadzio Chamiec. Mieszkaliśmy w mieszkaniu dziadków, które tu już opisywałam.
     Ciocia Jańcia
 
Janina Jaszczurowska, siostra Stefana Trzecieskiego
 
tej zimy zaręczyła się z lekarzem dr Kazimierzem Jaszczurowskim. Na jej ślub przyjechaliśmy do Dynowa. Była wtedy bardzo ciężka i śnieżysta, tzw. „zawalna” zima; na drogach metrowe zaspy, koło św. Jakóba droga tak zawiana, że trzeba było do gościńca polami objeżdżać, nasza wąskotorowa kolejka, tak zwana „Taradaja” funkcjonowała kulawo i czasem stała po kilka dni. Drużkami na weselu miały buć dwie córki Janów Trzecieskich z Miejsca Piastowego
 
 
 Epitafium Tytusa Trzecieskieg, ojca Jana (stan dzisiejszy)
 
(Anna, późniejsza Rozwadowska i Krystyna, późniejsza Antoniowa  Potocka).
 
 
 
Krystyna Trzecieska z bratem Tytusem w Miejscu Piastowym 1900(?) 
 
Nie przyjechały jednak niby spowodu zamieci śnieżnej, ale mój Ojciec twierdził, że dlatego, że w  Miejscu Piastowym byli  oburzeni, że pana Trzecieska robi”mezalians” wychodząc za lekarza.
     Nasza cała rodzina, mówiąc nawiasem, była też z tego małżeństwa niezadowolona i dużo o tym  „mezaliansie” mówiono. Inne to były czasy i inne zapatrywania  na te sprawy i może nigdzie wojny, przewroty i rewolucje nie dokonały tak głębokich zmian, jak właśnie na tym polu. To była wprost inna „era geologiczna”.
     Nie było więc drużek, więc Józia i ja,  zostałyśmy ich „namiastkami”. Ja miałam lat 12 a Józia o rok mniej. Tekluńcia uszyła nam różowe, jedwabne sukienki i białe watowane pelerynki okryte łabędzim puchem. Dumne z naszej roli, pojechałyśmy karetą na saniach ( pożyczona od Skrzyńskich z Bachórza) do kościoła przez niebotyczne zaspy.
     Podczas jazdy pociągałam nosem z zimna, a,  że nie miałam chusteczki,  nie podobało się to memu przyszłemu wujowi i dosyć ostro powiedział mi :”wytrzyj sobie nos”. Bardzo mnie to ubodło i zraziło do niego..
     Babcia Ignacja, podczas ślubu, otulona w futra i szale, wachlowała się dużym, czarnym wachlarzem, bo była wzruszona i miała wypieki. Zwracało to ogólną uwagę, bo bardzo zabawnie i dziwacznie wyglądało. Na dworze śniegi, mróz, w kościele ziąb, futra,  a tu rozfurkotany wachlarz.
     Po ślubie Mama kazała  nam iść na piechotę do domu. Maszerowałyśmy w lakierowanych pantofelkach po głębokim śniegu, ale przeziębienia jakoś nikt się nie bał. Śniadanie weselne w pokoju stołowym w starym domu było wspaniałe z indykami, truflami i dobrym, francuskim szampanem., a potem tańce w salonie. Pamiętam Mamę tańczącą mazura z Bolem Miączyńskim, ciotecznym bratem mego Ojca. Oboje tańczyli ślicznie, szczególnie Bolo, wysoki, piękny, wytworny. Dziś postać jego wyglądałaby jak z innego świata, ale i wtedy odbijał elegancją i swobodą, wielkopańska wytwornością obejścia.
     Ciocia Jańcia miała na sobie wspaniałą wiedeńska suknie z kremowego atłasu, pokryta tzw. „gipiurą”, czyli ciężką koronką z długim trenem. Wysoko upięty na głowie welon podwyższał ją i wydawała mi się ogromną.
     W tym czasie na weselach chłopskich odbywały się zawsze „ oczepiny” panny młodej, a że Ciocia Jańcia przepadała za chłopami i ich zwyczajami, więc i na jej weselu były oczepiny. Przyniesiono do salonu dużą dzieżę na ciasto ubraną mirtem (godło gospodyni). Ciocia, wedle zwyczaju, uciekała, ale ja złapano i przy piosence: „ uciekła mi przepióreczka w proso” posadzono na dzieży. Marysia „Kowalka” żona Kasprowicza, zdjęła Jej welon i upięła czepiec z białej chusteczki jaki wówczas u nas zamężne kobiety nosiły. Dziewczęta ze służby domowej śpiewały przy tym znane stare obrzędowe piosenki jak:”brzydko ci Jańciu, brzydko, masz na głowie kopytko. Zdejm to kopytko z głowy i załóż se kwiat różowy,” albo:”jak cię będą czepić, spojrzyj do powały, aby twoje dzieci siwe oczka miały”.
    Nazajutrz mieliśmy wszyscy jechać do Lwowa, ale kolejka do Przeworska była zasypana śniegiem. Tata chodził po domu i powtarzał:” Taradaju, taradaju, nie pojedziesz ty aż w maju”. Ale między gośćmi weselnymi była siostra pana młodego z mężem Janem Seferowiczem, który był tzw. prezydentem poczty na Galicję i wysoką figurą. Dodało to animuszu dynowskiemu zarządowi kolei, bo taki dygnitarz nie mógł stać zasypany śniegiem. Najęto chłopów do rozkopywania zasp i pojechaliśmy bez przeszkód. Jeden z tych chłopów miał widocznie przy sobie diament szklarski i niezadowolony, że mu każą na mrozie pracować, wypisał nim na jednej z szyb wagonowych:” niech jasny szlag trafi takich gości weselnych”. Wagon z tym napisem długo jeździł na trasie linii Przeworsk – Dynów.
 
                                                                                               Dynów 21.II.1960

     Dziś św. Eleonory. Dzień ten nasuwa mi wspomnienie z mego dzieciństwa- imieniny naszej Matki. Rano ogrodnik Gubernat przynosił dla każdego z nas bukiety robione wedle jeszcze dziewiętnastowiecznego gustu. Kwiaty cynerarii, primule  i inne , ściśnięte w kształcie stożka z łodygami owiniętymi sznurkiem i bibułka. Rano Teta ubierała nas w najlepsze sukienki i jeszcze przed śniadaniem, z uroczystymi minami, maszerowaliśmy do sypialnego pokoju .Każde z nas musiało wyrecytować wierszyk wyuczony w sekrecie przed Mamą i wręczyć jakiś własnoręcznie wykonany prezencik: poduszkę na szpilki, zakładkę do książki.
     Mama nasza nigdy nas nieomal nie pieściła. Jej miłość była daleka od macierzyńskiej czułości, myślała nieustannie o tym,  aby nas zahartować na przeciwności losu i w stosunku do nas miała stale na oku swoje obowiązki, a nie dogadzanie macierzyńskiej czułości. W dniu swoich imienin dziękowała nam jednak serdecznie.
     W naszej rodzinie każde imieniny rozpoczynały się wysłuchaniem Mszy św. w intencji Solenizanta, a potem , o radości! Nie było lekcji.! Można się było bawić cały dzień, a i obiad bywał znacznie lepszy niż zwykle.
     Ojciec mój miał miły zwyczaj, świadczący dobrze o Jego umysłowej kulturze. Na imieniny oraz na rocznicę ślubu, zawsze Mamie wręczał pięknie wydaną książkę z napisem: ”Najukochańszej Leonience w szczęśliwą, z łaski Boga, rocznicę ślubu”.
     Większość tych książek przepadła podczas wojen, które się miedzy 1914–tym,  a 1944-tym nad nami przewaliły.
     Zostały wspomnienia tamtych dni, tak innych od dnia dzisiejszego, że ma się często wrażenie, iż to nie dziesiątki, ale chyba setki lat od tego czasu minęły.
 
Kinga z Trzecieskich  Moysowa          
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------ 

     Pamiętnik ten przepisałam bez żadnych poprawek, ani zmiany pisowni (np. z dużej litery pisane miesiące czy dni tygodnia, dodałam jedynie zdjecia) w sierpniu 2007 roku. Życzę wszystkim czytelnikom, wśród rodziny i przyjaciół, uroczych , a jednocześnie ciekawych wrażeń lub przemyśleń o życiu naszej rodziny przed 100 laty...
     Wczoraj (30.08.2007) opowiedziałam o mojej pracy skryby - przepisywacza,  bardzo choremu Wujciowi Stefankowi, synowi AUTORKI  pamiętnika. Pomimo cierpień, uśmiechnął się: „ Moja Mama, moja biedna Mama”. Pamiętajmy i o Nim przy lekturze. Pamiętajmy też i o wszystkich o których Babcia Kinia, autorka pamiętnika wspomina, wiedząc, że  tworzą oni  korzenie naszego losu...
      Ocalmy ich i ich świat w naszych myślach i  wspomnieniach.....

 Za miesiąc- czytelnicy mojej strony- otrzymają przepisany  kolejny zeszyt wspomnień Kingi Moysowej, mojej Drogiej Babci Kini, dotyczący okresu  losów rodziny Trzecieskich  w latach 1912-1919.
Życzę kolejnej, dającej wiele do przemyśleń, lektury .
 
Marychna Baraniecka -Witkowska
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- 
 
 Herb rodziny Trzecieskich:
 

 Złote strzemię w czerwonym polu. Na nim korona szlachecka bez pałek, tylko po bokach po pól listka, a w środku cały liść. Nad koroną 5 piór strusich.
 
O Trzecieskich z Trzecieża piszą:
Długosz {Dl.4.B.II.21, 238,245} 1460 r.
Paprocki {Źródła dziejowe XIV 116 a} 1508.

Herb „Strzemię” wisi w kościele w Dynowie nad kaplica Św. Antoniego i jest wyrzeźbiony wiernie w stallach kościoła, po prawej stronie ołtarza głównego.