Pamiętnik Emilii Paygertowej

                                                                  

                                     


    Oddaję Drogim Czytelnikom mojej strony kolejny, rodzinny pamiętnik. Tym razem pióra Emilii z Bochdanów  Paygertowej, mojej Prababci, spisany w 1948 r. w Dynowie. Tam ,  po wypędzeniu   Polaków  ze Lwowa przez rząd  sowiecki i utracie całego swego życiowego  dorobku , została zaproszona i przygarnięta przez Stefanów Trzecieskich, Teściów syna, Józefa Kalasantego.

 Pamiętnik napisany piórem, bardzo nieczytelnie, skopiowała na maszynie jej córka, Amelia Łączyńska rok później.  Naturalnie ku radości czytelników.
     Ja  skorzystałam z tej kopii zachowując tekst bez zmian, zarówno  styl i pisownię  jak i interpunkcję oraz przypisy Amelii wyjaśniające pewne sprawy. Zawiłości (zwłaszcza koligacyjne) mało zrozumiale dla młodego czytelnika, słownictwo francuskie czy niemieckie starałam się wyjaśnić sama stosując nawias kwadratowy i kursywę. Ogromną pomocą w wyjaśnieniach koligacyjnych była genealogia rodzinna autorstwa Marii i Jarosława Janowskich.
  Pamiętnik opatrzyłam zdjęciami pochodzącymi ze zbiorów rodzinnych Drogich Kuzynów: wspomnianej już Marii Janowskiej, prawnuczki Stefani Ujejskiej, najmłodszej siostry Emilii , Jana Łączyńskiego,  prawnuka Emilii oraz prawnuczki Hanny Stachurskiej. Składam im za to gorące podziękowania. Nieliczne rodzinne zdjęcia  odziedziczyłam po Matce, Małgorzacie Baranieckiej.
  Liczę , że lektura zaciekawi nie tylko rodzinę dla której Staruszeczka pisała ponad 6o lat temu swoje wspomnienia, ale będzie i sympatycznym przyczynkiem dla  zainteresowanych losami i sposobem życia Polaków w Galicji od połowy XIX w. a potem  na Podolu w międzywojniu.
  Życzę ciekawej lektury!
                                                     Maria Baraniecka-Witkowska- luty 2013
              

            


                                                                      GARŚĆ  WSPOMNIEŃ


   Z  Pamiętnika Babuni
 

Emilia z Bochdanów Paygertowa

Portret autorki namalowany przez T. Axentowicza


Dynów, 12.V.1948

     Na prośbę mego syna [Józefa Kalasantego] chcę skreślić parę szczegółów tyczących się mojej Rodziny. Nie mając łatwości pióra, nie wiem jak to wypadnie, ale że tylko swoi czytać mię będą - mogę liczyć na wyrozumiałość.
83  krzyżyk już dźwigam, a  w tym wieku i pamięć często zawodzi.
    Urodziłam się w Zadwórzu w 1865 r. z rodziców: Hipolita Bochdana i  Matki Amelii z Konopków.


                      


   Rodzina mego Ojca pochodzi z Wołoszczyzny. Hospodar [Tytuł władców używany od XIV wieku, w Księstwie Mołdawskim i Wołoskim do czasu ich zjednoczenia z Rumunią w XIX w.], Piotr Bochdan, pisał się Bogdan, przyczynił się do porażki króla J. Olbrachta, o którym długo mówiono „za króla Olbrachta, wyginęła szlachta”.

 

Syn jego, Stefan, wychowuje się na dworze sułtańskim. Sułtan wprowadza go na hospodarstwo wołoskie w charakterze lennika. Stefan został zamordowany na polowaniu przez swoich własnych poddanych z powodu  okrucieństwa.
  I znów mamy Piotra Hospodara- stara się o rękę Elżbiety, krewnej króla Jagiellończyka, ale jest jednooki, nieokrzesany, więc jspotyka go odmowa, tak ze strony panny, jak i jej rodziny.
  Rodzina emigruje do Polski i pozostaje w niej na stałe. Reszta pozostaje na Wołoszczyźnie i przyjmuje obrządek schizmatycki.
[Chodzi o określenie obrządku prawosławnego, tak wtedy określanego]
   Obchodzą nas losy tych, co się do Polski przenieśli  [za czasów króla Stefana Batorego – lata 70te XVI w.] a więc: Fedor, czyli Teodor  Bogdan służy pod hetmanem Sieniawskim z Brzeżan, własnym sumptem stawia pułk Kozaków regestrowych których zostaje atamanem, broni dzielnie Brzeżany przed nawałnicą turecką. W uznaniu jego zasług hetman nadaje mu wieś Nehrybkę nad Pilicą i herb Bończa (biały koń z rogiem na niebieskim polu).

                                                                               

   

Herb Bończa

 

Następuje szereg naszych antenatów, wszyscy są rycerzami - służąc w różnych chorągwiach - jednego tylko spotykamy:  Michała, który był sędzią grodzkim.
  A teraz przechodzimy do czasów lepiej mi znanych o których wiele słyszałam od mego Ojca Hipolita Bochdana.  Pokazywał mi on ciekawe dokumenta rodzinne, miedzy innymi list króla Stanisława Leszczyńskiego pisany do Wincentego Leszczyńskiego, teścia Leopolda [ojca Stanisława, a dziadka Hipolita] Bohdana, także różne regestra i zapiski gospodarskie.

 

Leopold Bochdan

Wincenty Leszczyński, podkomorzy bełzki, ożeniony z hrabianką Sas Drohimirecką, miał z nią dwie córki: jedna za Bohdanem [Leopoldem],


Aniela z Leszczyńskich Leopoldowa Bochdanowa


druga za Rulikowskim.  Pamiętam portret owego podkomorzego w zielonym kontuszu przy karabeli. Do niego pisał król Leszczyński tytułując go „mon cousin”. Obok portret jego żony malowany po śmierci, z tabakierką w ręku, blada twarz, straszna, bałyśmy się jej okropnie, gdy nas za  pokutę stawiano pod nim.
   Po śmierci rodziców siostry podzieliły się schedą: Rulikowska odziedziczyła majątki ziemskie: Mircze, Dołhobyczow, Hołubie, zaś Bohdanowa gotówkę w kwocie 3000 dukatów w złocie, za które jej mąż Leopold nabył Zadwórze  na wschód o 4 mile od Lwowa i drugą wieś Połonice nad Pełtwą, która ze Lwowa płynąc użyźniała Połonieckie łąki swoim szlamem jak Nil w Egipcie posiadłości faraonów.
  Obszar Zadwórza wynosił 3500 morgów, w tym 1000 morgów lasu, 1200 ziemi ornej, reszta łąk i nieużytków, które jednak szybko zagospodarowane zostały. Obszar Połonic 700 morgów. Oba majątki zostały nabyte z dóbr kameralnych [?], ciążyło na nich dożywocie jakiejś pani Zielenki, która spłacona została.
  Leopoldowie mieli 5 córek i jednego syna Stanisława: Chamcową, Rubczyńską,  Bystrzanowską, Sierakowską i jedną starą pannę o której opowiadano, że była dziwaczką i dlatego za mąż nie wyszła.
[Leopold – ur. 1751, zm. 1824, był pierwszym, który dodał do nazwiska literę „c” przed „h”, aby ustrzec się przed niemieckim wymawianiem i zniemczaniem nazwiska]
  Syn Stanisław [1789 – 1863] służył pod Napoleonem, brał czynny udział w żałosnym odwrocie spod Moskwy, odmroził wówczas sobie nogi i nadszarpnął zdrowie.


Stanisław Bochdan


  Teraz trzeba było kłaść zręby pod budowę ojczyzny. Ożenił się z Wiktorią Ładyńską [1801 - 1900], z Nahorzec, panną 15 letnią, a wielkiej urody. Matka jej Grek - Sługocka była obrządku grecko-katolickiego i moja babka [Wiktoria] również spowiadała się przed polskim księdzem, ale Komunię św. przyjmowała w cerkwi.


Wiktoria Ładyńska


Opowiadała mi nieraz jakie to świetne bale bywały we Lwowie na cześć Francuzów, jaki to był szyk, jakie bogactwo w mundurach, wszystkie błyszczały od złota i  orderów. Tańczyła lansjera z Marszalkiem Davoust`em, z Ney`em, wszyscy szarmanccy, dowcipni, walili do Moskwy z jakim animuszem - srodze ich zbudzono....
 Stanisławowie Bohdanowie osiadłszy w Zadwórzu wystawili dworek dla Leopolda i pamiętam go wybornie, choć gospodarza nie znałam. Miał krótką alejkę lipową i ogródek niewielki, ganek na drewnianych słupkach, na zachód wychodzący. Za mego ojca [Hipolita] dwa frontowe pokoje były dla gości przeznaczone, w 2-ch od podwórza mieściła się kancelaria, gdzie ekonom wypłacał codzienną robociznę, drugi zajmowali praktykanci lub emigranci, a tych po 1863 r. było wielu. Tylko kilku utkwiło mi w pamięci, a to Okuniewski, który dawał lekcje fortepianu moim siostrom, Francois Poncet de la Riviere i Wiktor Sobiszczański, który potem ożenił się z Honoratą, siostrą mojego ojca. Ojciec mój zawsze najserdeczniej się o niej wyrażał, ceniąc jej rozum i serce.
   Sióstr mego ojca było 5: Jeżewska Ewelina, Szawłowska Eleonora, Sobieszczańska Honorata, Skibniewska Leopoldyna i Witosławska Klementyna. Był jeszcze starszy brat Feliks, on miał gospodarować w Zadwórzu. Ojciec mój [Hipolit 1828 – 1911] obrał karjerę wojskową i był w Genie-Corps w Wiedniu, po śmierci brata osiadł w gospodarstwie w Zadwórzu.

 

Dwór w Zadwórzu


  Wkrótce zasłynął jako rolnik i administrator. Spłacił siostry, dla rodziców swoich [Stanisława i Wiktorii] wystawił piękny dworek we Lwowie przy ulicy Pańskiej nr 11, mórg ogrodu należał do niego. Na piętrze mieszkała Skibniewska [siostra ojca] z 2 dzieci, Antoniną i Wiktorem, na parterze Babunia [Wiktoria] z Klementyną Witosławską, już wówczas wdową [kolejną siostrą ojca].
  Na wprost przedpokoju były dwa  pokoje w których stawali rodzice za bytnością we Lwowie.

 Ojciec mój dla interesów częściej przyjeżdżał, ale nigdy z próżnymi rękoma -  przywoził zwierzynę, tłuszcze, owoce - a czasem i którąś z nas przywozili Rodzice ze sobą. Była to wielka dla nas radość- na długie dni przedtym sporządzało się długie listy sprawunków, ale kończyło się zwykle na zakupie rożków świętojańskich - sprzedawali je bojki na placu Bernardyńskim. Można tam było dostać i orzechów i owoców różnych i ryb suszonych.
   Babunię pamiętam w białym czepeczku z riuszką wyrurkowaną wokoło. Zawsze przesiadywała w jadalnym pokoju, w rogu była kanapka, parę foteli i krzeseł, stół. Tam przyjmowała gości, a w salonie tylko takich, których trzeba było „honorować”. Salon był znacznie mniejszy, o jednym oknie, miał meble amarantowe. Stała w nim klatka z papugą - dla nas dzieci niebywała sensacja. Służący, raczej kamerdyner, z bokobrodami, urzędował przy samowarze w przedpokoju i Babunię prowadził na spacer. Podskakując wesoło dziwiłam się dlaczego Babunia potrzebuje pomocy, dziś mając lat 83 i ja bez niej obejść się nie mogę.
  W Zadwórzu jadałyśmy gotowane śniadania, jakieś kluski, kasze itp., gdy przyjeżdżałam do Lwowa Babunia [Wiktoria]  mówiła: „ Emilcia dostanie u nas kawy”. Ze wszystkich imbryczków Karol zlewał fusy do mojej filiżanki i Babunia wkładała jeden kawałek cukru. Nie! Stanowczo wolałam już nasze zadwórzeckie zupki.
  Z Mamą biegałyśmy za sprawunkami. Na placu Rybnym był sklep Jakóbka, gdzie kupowało się materje na sukienki dla dzieci. Maiłyśmy zawsze po dwie: jedna na co dzień, druga na niedzielę.
  Na  wakacje przyjeżdżała babunia z Klementyną do Zadwórza, zawsze miała tyle ciekawych rzeczy do opowiadania: „Nie było wtedy kolei żelaznej do Lwowa. Jeździłam z pannami Klemunią i Poldzią końmi 4 mile przez Jędrychów, Pikulowice karetą. Furmani i lokaj na koźle w liberji. Brałam 5 fl [florenów zapewne], robiłam sprawunki, jadłyśmy obiad i o 10 tej wieczór byłyśmy w domu spowrotem”. Jakaż wysoka wówczas była wartość pieniądza! Słyszałam także o jakichś zwanzigierach i dudkach, według tego układały się wydatki. W zapiskach pradziada Leopolda były takie rubryki: nauczyciel dla dzieci rocznie, para butów i czapka 5 fl. Druga rubryka płace służby i liberja, którą żydek Abramek sporządzał dla całego dworu szyjąc z dwoma pomocnikami przez 10 dni.  W Ubiniu w naszym sąsiedztwie żył Tytus Winnicki starszy kawaler, który już kilka krzyżyków dźwigał na plecach, pomimo to chciał jeszcze szczęścia spróbować, pisze więc do ojca z prośbą, aby przyjechał ułożyć mu list do wybranej. Ojciec: „musisz Tytusie sam powiedzieć co jej chcesz wyznać, a ja potym to ułożę i wygładzę”. Tytus chodzi po pokoju: „ hm, hm  co tu dużo gadać, albo mnie chcesz panna, albo nie. A jak nie – to niech cię wszyscy diabli biorą”.
  Na Prima - Aprilis siostry mego Ojca Klementyna i Poldzia urządziły takiego figla panu Tytusowi: dwie pakuły słomiane ubrały w płaszcze, kapelusze z woalkami, wsadziły do karety i do Ubinia kazały zawieść: ruch wielki „Panny z Zadwórza przyjechały, o rety”. Wypada pan Tytus z dwoma panami, którzy u niego byli wówczas w gościnie - wszyscy w lansadach do karety- drzwiczki otwierają, wysiadać zapraszają, a tu nic! Tylko furman śmieje się do rozpuku.
  Babunia opowiadała mi o śmierci swego starszego syna, Feliksa [brata Hipolita]. Uwikłany był w jakieś sprawy polityczne. Pewnego razu, późnym wieczorem przyjechało do niego dwóch jegomościów. Zamknął się z nimi w kancelarii i tam im jeść kazał podać. Jedli, pili, palili fajki, a gdy wreszcie znów w nocy odjechali, stryj poszedł rano do ogrodu  i tam sobie życie odebrał. Napisał do matki kilka słów: „gdybym miał dwa życia jedno ofiarowałbym Tobie, ale to które mam, już do mnie nie należy”. Był to ponoć jakiś amerykański pojedynek, on wyciągnął czarną gałkę.
   Podczas jednych takich wakacji Babuni u nas - ciotka Klemunia zaproponowała mi, abym odbyła z nią pielgrzymkę do Milatyna piechotą w ten sposób: dwa kroki naprzód, a jeden w tył. Milatyn o milę od Zadwórza jest oddalony. Wyszedłszy o 5 tej rano dopiero o w pół do 9 tej stanęłyśmy na miejscu .Ludzie patrzyli na nas jak na warjatki. Miałam wtedy 16 lat, okropnie byłam zmęczona. Na szczęście Ojciec mój, dowiedziawszy się o naszej eskapadzie, przysłał po nas konie.

                                                                                                     Rozdział II

    Szczęściło się memu Ojcu i Pan Bóg jego pracy błogosławił. Nie dość, że liczne budynki folwarczne postawił: stajnie, stodoły, spichlerz, ale oprócz tego gorzelnię i młyn o 3 kamieniach .Olbrzymie kolo w ruch wprawiało wszystkie maszyny, a w lecie połączone pasem w murze z młocarnią- młóciło zboże. Jellinek- Czech bardzo zdolnym był mechanikiem. Ojciec mój lubił go bardzo. Służył u nas długie lata.
  I w polu przy lepszej uprawie i sztucznych nawozach rodziło się dobrze tak, że mógł kupić majątek Ubinie od pani Januszewskiej. Nabyła go od Tytusa Winnickiego. Targ w targ, Ojciec kupił  go za 65.000 złp.
  Pani Janiszewska była u nas parę razy w Zadwórzu, wołano nas wtedy abyśmy poznały ciotkę wielkiego poety Juliusza Słowackiego. Pisał on nawet do niej, że się do Ubinia wybiera, ale nie doszło do tego, śmierć zabrała go w inne światy.
   Dwór w Zadwórzu miał 16 pokoi, niestety wszystkie w jednej amfiladzie. W salonie stały dwa fortepiany i duże harmonium z pedałami, zaś stary fortepian Streichera w gościnnym pokoju  na przeciwnej stronie domu. Staruszek służył już tylko do ćwiczeń palcówek. Ojciec mój bardzo muzykę lubił i grywaliśmy często na 8 rąk: Olesia i ja na jednym, Wikcia i Helenka na drugim. Ojciec trochę na wiolonczeli i harmonium. Jak ładnie wypadała „Rosamunda” Schuberta, albo „Finagalschohle” Mendelsohna, albo Sommernachtstaus. Talencikami podzieliłyśmy się: Helenka, Wikcia i ja - grywałyśmy, Zosia, Marynia i Stefka rysowały i malowały, najstarsza z nas Olesia nie miała zdolności, ale muzykę lubiła namiętnie.
  Parę tygodni podczas wakacji spędzali u nas  państwo Ostrowscy, on był uczniem Mikulego [ucznia Chopina], korzystałyśmy wtedy wiele, a koncerciki nasze zyskiwały nie lada ozdobę.
   Uczyłyśmy się w domu, nauk udzielała nam Eufemia Tymińska, była koleżanka mojej Matki, z pensji Łanieckiej w Krakowie.


   

Eufemia Tymińska - Femcia


 Mówiłyśmy jej „Femciu”, ale zawsze przez trzecią osobę. W naszej rodzinie była przez 40 lat, wielkiej była zacności i prawa, surowa dla siebie.  Wykształcenie jej jednak było niewielkie a zadanie wielkie: kilka godzin nauki i czytania ze starszymi siostrami,


Olesia, Maria i Helena Bochdanówny


 a z nami - młodszymi- lekcje: Zosia i ja,


Emilka i Zosia Bochdanówny


a potym druga zmiana: Stefcia i Wikcia.


Stefcia i Wikcia Bochdanówny


Pamiętam te nudne dyktanda francuskie z jej pisanego zeszytu „Morales d`enfance”.  W niedzielę prosiłyśmy o jakieś książki do czytania. Dostawałyśmy wtedy „Vies des hommes illustres”, albo coś równie pouczającego a nudnego, więc wolałyśmy wertować  po parę razy „La semaine francaise” z powiastkami p. Segur, albo „ Przyjaciela dzieci”. Wydawał go Jan Kanty Gregorowicz i trzeba przyznać doskonale.
 Później odpadły języki, bo Rodzice przyjmowali do nas Niemki albo Francuski. Z Niemek przypominam sobie jakąś rudą Mariechen, a z Francuzek Marie Deux i Szwajcarkę z Fryburga Bertę Witelsbach, młodą, inteligentną  dziewczynę, która lubiłyśmy bardzo, nawet korespondowałyśmy czas dłuższy ze sobą, gdy już do Szwajcarii wróciła.
  Mariechen była boną, szyła nam sukienki, ubierała i kąpała. W lecie chodziłyśmy się kąpać do młynówki. Płytka była woda, tylko przy kole głębsza, ale tam było niebezpiecznie zbliżać się. Był to stary wodny młyn i nie wiem już do kogo należał. Mariechen przyjaźniła się z żoną naszego ekonoma Bazylego, a że droga do kąpieli przez jego włości przechodziła, Bazylowa przygotowywała dla nas śniadanie, które wracając spożywałyśmy z wielka radością: były to szklanice kawy ze śmietanką i duże kawałki chleba z masłem. Naturalnie, że wróciwszy do domu nie smakowały nam już gotowane śniadania: barszcz, kluski na wodzie itp. Zauważono to i sprawa wydała się. Mariechen  dostała reprymendę i kawowe śniadania urwały się raz na zawsze. Swoją drogą nie wiem jaki był cel tych gotowanych śniadań? Czy nie lepiej byłoby dawać dzieciom po kubku mleka i chleba a discretion? [do woli]. Śniadania te zresztą pitrasił kuchcik lub dziewka kuchenna, bo kucharz nie mieszkając we dworze przychodził znacznie później. W niedziele dostawałyśmy kawę żołędziową.
   W pokoju szkolnym, który mieścił się miedzy pokojem Mamy a Femci, sypiałyśmy: Zosia, Wikcia i ja, Stefka w pokoju Mamy, brata mego jeszcze wtedy nie było na świecie.
 W owym szkolnym pokoju stała toaletka Femci. Wieczorem, gdy już od dawna spać nas położono, a Femcia czesała się na noc - przychodziła Mama na dłuższą pogawędkę o gospodarstwie, o dzieciach. Strzygłam wtedy dobrze uszami, zwłaszcza, że z trudnością zasypiałam, a w nocy wołałam często: ”proszę Femci, ja nie mogę spać”. Odpowiadała na to Femcia: „Przeżegnaj się i obróć do ściany, a zaraz zaśniesz”. Rada ta odnosiła magiczny skutek.
  Parafią naszą był kościół w Glinianach. Proboszczem był staruszek ks. Wierzchowski, ale często jeździło się do Milatyna, tylko że trudno było zabierać się z tak licznym gronem, najczęściej wiec jeździli starsi, a my dzieci, szłyśmy pod opieką Femci do cerkwi. Szło się przez tzw. Gęsia Krzywdę. Była to błotnista łąka gminna, nawet gęsi z niej pożytku nie miały, tylko rozrastała się cykuta. Proboszczem był ks. Pituszewski, potem Reszytułowicz, wreszcie ks. Kolczycki,  który 7 lat był w seminarium w Rzymie i mnie i Helenkę uczył po włosku.
  Księża ruscy [czyli obrządku unickiego] zawsze we dworze bywali i stosunki z nimi były jak najlepsze. Przypomina mi się jedno powiedzenie Mamy. Tatko: „Ksiądz Reszytułowicz napisał, że będzie u nas na święconym”, a Mama: ”Nie wątpiliśmy nigdy o tym”.

                                                                                                      Rozdział III

  Z kolei pragnę omówić o gospodarstwie mojej Matki , które zakrojone było na dużą skalę i pracy dawało wiele. Na wschodnim, szerokim ganku stała skrzynia z przedziałami a w niej różne krupy i mąki, biała, ciemniejsza, a naprzeciw niej mniejsza skrzynia z mąką żytnią na razowy chleb dla czeladzi.
 Najpierw znoszono wszystkie latarnie ze stajni, tuż obok był mały lamusik gdzie stały duże kamienne bańki z naftą. Tam złożone były  łojówki, ścierki i olbrzymie dwa kosze jaj.
  Najpierw pastusi wybierają łojówki do latarń, potem lokaj znosi wszystkie lampy domowe. Jest ich cały szereg: duże, małe, te z salonu i dziecinnego pokoju, z jadalni i sypialni. Przychodzi chłopak  z kredensu i nalane odnosi wszystkie. A teraz ścierki. Jest ich mnóstwo, cale piramidy: flanelowe do kurzu, płócienne do naczynia i cieniutkie do szkła, a grube do podłogi. Po 6 sztuk wydaje Mama co dzień, ale wpierw brudne trzeba oddać, a te jakoś często „zapodziewają się”. Wreszcie z czeladzią i lampami skończone. Mama zamyka lamus, a otwiera  spiżarnię. Jest ona długa, ciemna, trochę wilgotna. Na półce zwieszającej się z sufitu są złożone bochenki chleba i bułki: myszom wstęp wzbroniony. Długi wąski stół, na nim faski z masłem, koszyki jaj, krupki różne, mąki, słonina. Wędliny wiszą na ścianie.
  Przyszedł kucharz Józef Suzdalewicz -  od 40 lat służył u moich Rodziców - a za nim kuchcik z rondlami, nożami i tasakiem. Najpierw trzeba iść do lodowni. Jest niska, słomą okryta, a stoi w kwadratowym podwórku, otoczonym płotem z desek. Z lodowni wyciągają co trzeba ,bo obiad jeszcze w spiżarni ułożony był, a tam wisi  polędwica wołowa, ćwiartki cielęce, pobite kury, kaczki oraz faski z masłem. Każda jest jeszcze roztopionym masłem zalana i szmatką białą przykryta. Jest ich dużo, starczy na zimę, a teraz będzie można ranny i wieczorny udój pachciarzowi wypuścić, z południowego wystarczy na masło i ser dla domu. Wszak jest 60 krów - holendry - mleka dają dość.
  Zaraz wyjdziemy na strych nad domem. W pierwszej części wiszą sznury na bieliznę, a potem gęsta szalówka i drzwi na kłódkę zamykane. A w tej szalówce skarby Al Raszyda! Tu w kącie zsypane orzechy laskowe, tam włoskie. Jednych i drugich po kilka korcy [1 korzec = 128 litrów], mak na płótnie, mąka najprzedniejsza, wianki cebuli, a na belce rzędem oparte o komin poduszki, jest ich już 70. Każda z nas ma dostać do wyprawy po 10 poduszek i 4 jaśki., w tem po dwie poduszki puchowe z gęsiego puchu, a reszta ze starannie dartego kaczego pierza.  Wsypy różowe, czerwone, wspaniałe, a na każdym przyszyta karteczka z którego roku pierze pochodzi.
  Skończyliśmy zwiedzać dom. Prosimy do oficyn: więc najprzód kuchnia, obszerna, jasna. Rondli, rondelków, garnków, misek cały batalion. Przed kuchnią ganeczek na słupkach, a na nim dzwonek, gdy obiad gotowy dzwonią raz. Kto w ogrodzie, kto w pokojach spieszy. Dzwonią drugi raz. Już wszyscy zebrani jesteśmy.
  Iwaś, chłopak z kredensu przyniósł wazę - zupa dymi w talerzach, ale nikt z nas nie siądzie  póki Rodzice nie zajmą swoich miejsc. Po obiedzie podchodzimy do nich kolejno, całując ręce. Gdzie jest dziś ten zachowany autorytet rodzicielski? Czasem wydaje mi się, że jestem na innej planecie .
[Nieśmiało zauważam ,że nasza Kochana Prababcia pisała to w roku 1948. A dziś w 2013? Do refleksji].
  Słońce świeci tak ładnie, trzeba przejść się po ogrodzie: o parę kroków od domu rozłożysta altana, to jesion tak prowadzony, że z korzeni powstały gałęzie. Jakiż miły cień daje! A w altance ławki i stoły drewniane, tam czytywałyśmy, lub pisały zadania, listy, a nawet jakieś pamiętniczki. Krótka ścieżka do altany wysadzana jest piwoniami. Na lewo naprzeciw okien garderoby - długa lipowa aleja,


Aleja w parku w Zadwórzu


u wylotu jej altanka, daszkiem gontowym pokryta, długie , wąskie ławeczki biegną wokoło. Ileż to razy podczas deszczu chroniłyśmy się do niej, a gdy już coraz silniejszy padać zaczął - pędem przez aleję do domu. Była jeszcze krótsza, co prawda aleja sosnowa, zakończona altaną, gdzie stryj Feliks się zabił, potem brzozowa, wreszcie górka a na niej stała  altanka brzozowa tak zbudowana, że tworzyła jakby  4 okna , w środku słupek, a na nim chorągiewka biała- czerwona. Gdy państwo byli w domu chwiała się na wietrze, gdy ich nie było- ściągano ją. Trochę dalej w dole oranżeria i cieplarnia, a wreszcie znów altanka, modrzewie wokół sadzone, pod nimi białe ławki i stół.


Park w Zadwórzu


 Na ich rozłożonych gałęziach huśtałyśmy się dopóki Tatko nie zafundował nam prawdziwej huśtawki. Oto cała nasza gimnastyka: kółka do wywracania koziołków, gruba lina - rękami trzeba było piąć się w górę, huśtawka i drabinka. Tuż obok 4 grządki, które kopałyśmy i uprawiałyśmy same, a za grządkami różne altanki, ławeczki. Było to nasze dziecinne królestwo.

                                                                                                     Rozdział IV

 W sobotę wieczorem zjeżdżali  się ekonomowie z folwarków, zwożąc drób, gęsi, orzechy, zjeżdżali na konferencje gospodarczą i dyspozycje mego Ojca. Utkwił mi w pamięci kulawy Szyszkowski z  Bochdanówki.
  Mama miała wtedy mnóstwo zajęcia : przywieziony drób trzeba było jakoś po kurnikach rozmieścić, jaja przeliczyć i do lamusa schować.
  Nasze młode kurczęta wychowywały  się pod opieką Fesi- gospodyni, która gotowała i piekła chleby dla całej czeladzi. Kurczęta chowały się w małej izdebce tuż przy izbie czeladnej - tam wśród swoich wychowanków sypiała Fesia. Była stale w złym humorze, bo też roboty miała sporo choć przydzielono jej dziewkę do pomocy.
 Wzdłuż izby czeladnej biegł korytarz, w głębi była pralnia, albo praczkarnia, a  w niej dwie dziewczyny stale brodzące w wodzie na kamiennej posadzce, przy dwóch maszynach do prania, bo któżby z baliami nastarczył? Prócz naszej i gościnnej bielizny prało się liberję służby, fartuchy i czapki kucharza, a co było bielizny stołowej, serwet i obrusów!. Potem, przypominam sobie,  nakrywano stół białą ceratą, a tylko dla gości  występował obrus.
  Z korytarza prowadziło troje drzwi: do stancji klucznicy, do piwnicy, gdzie były składane kartofle i jarzyny, i na strych. Tam na matach z inspektów suszyłyśmy bławatki, mak polny, rumianek, a  potem w  organtynowych woreczkach odsyłałyśmy je jakiejś firmie czeskiej, dziś już adresu nie pomnę i zarabiałyśmy po kilkadziesiąt koron. Był to zdrowy sport, pomagały nam dzieci szkolne, w nagrodę dostając po garnuszku maślanki i kawałku chleba. Gdy Tatko wyrażał obawę, że zadeptujemy pszenicę, twierdziłyśmy zawsze, „że my tylko z brzegu”. Jakie to były radosne i szczęśliwe lata!


 

Zosia Bochdanówna

 

Emilka Bochdanówna


  Po południu, po wczesnym podwieczorku, brał nas Ojciec na spacery. Sam powoził parą kucyków zaprzężonych do długiego, czerwonego wózka - to na Bochdanówkę, to do Ubinia, tam gdzie miał co załatwić.
Czasami chodziłyśmy na spacer piechotą - przez wieś nie wolno nam było - wiec było tylko dwa: „pod gruszę”  i za „cegielnię”. Idąc tym drugim dochodziło się do lasu na Markowce. Tu wspomnieć muszę, że poziomek, borówek, później ożyn  noszona nam takie mnóstwo, że nie wiadomo było co z tym począć. Wprawdzie cukier był tani, sprowadzano naraz po kilka głów i smażył Józef owoce  i smażył. Najpierw była to róża cukrowa, potem poziomki, truskawki, maliny ogrodowe, wiśnie a borówki suszyło się na chlebie, że to na desynterję znakomite były lekarstwa. Niektóre zalewano spirytusem, inne przesypywano cukrem w słojach i hermetycznie zamykano.
  Jakiż dostani był dwór moich Rodziców, nie dość że niczego im nie brakowało, jeszcze gościli u siebie na wakacjach rodzinę Smarzewskich, albo Mrozowickich.  Ileż było wówczas żartów i śmiechu. Tennisa nie znano wówczas, ale croquet – krokiet, szczudła i cerceau- serso  były wówczas en vogue [w modzie] w Zadwórzu.


Hipolitowie Bochdanowie z córkami Emilką i Zosią oraz synem Tadeuszem
 


                                                                                                     Rozdział    V

    Moje trzy starsze siostry: Aleksandra    

 

Aleksandra z Bochdanów Parczewska


 wyszła za Alfonsa Parczewskiego.   

Alfons Parczewski


  Był on adwokatem w Kaliszu, przytym uczonym, pracował m.in. nad historią Łużyczan .Pożycie ich nie było dobrym. Olesia prosiła Rodziców o wypłacenie jej a conto posagu 10 000 koron, stosunki ich jednak nie poprawiły się, a gdy lekarz z Furnstenhofu, gdzie leczył się Parczewski, orzekł, że jest on nienormalnym, Rodzice zabrali córkę do Zadwórza.
  Nie chcąc jednak zwracać uwagi i chcąc uniknąć zatargu z zięciem - adwokatem - powiedzieli mu , że na krótki odpoczynek z nimi jedzie. Cała jej wyprawa została w Kaliszu. Nigdy jej nie zwrócono. Olesia była w ciąży, a że Zadwórze pełne młodych i gwaru nie było miejscem odpowiednim dla położnej, umieścili ją Rodzice w Ubini gdzie urodziła się jej córka Regina. Po powrocie do domu zamieszkała z dzieckiem w oficynach, tzw. łazience, stancja ta jednak nigdy łazienką nie była. Duża lipa zasłaniała światło, pokój był ciemny i ponury, w lecie przenosiła się Olesia z dzieckiem do miłego, jasnego pokoiku na piętrze, ale tylko w lecie mógł być zamieszkany, bo nie miał pieca.

  W rozbawionym Zadwórzu nie wesoło był biednej Olesi, toteż gdy Marynia Kraińska zaproponowała, że ją weźmie do siebie, chętnie się na to zgodziła i pojechała do Wyszatyc. Tam pomagała kuzynce w wychowaniu dzieci i domowych zajęciach. Reginę oddała do klasztoru, do Jarosławia [szkoła prowadzona przez SS. Niepokalanki].
    Druga z sióstr moich, Helenka,     


   

Helena z Bochdanów Geringerowa d'Oedenberg


 wyszła  za Józefa Kalasantego Geringera d` Oedenburg [Oedenberg?]. Pochodził on z bardzo zacnej, ale zubożałej rodziny.


Józef Kalasanty Geringer d'Oedenberg


Pracował jako telegrafista  na stacji w Zadwórzu. Bywał we dworze bardzo często, bardzo przystojny posiadał wiele taktu i ogłady, tak, że wszyscy go lubili. Wraz z Helenka, Anielką Smarzewską i dwoma panami grał w sztuczce Chęcińskiego: „Cicha woda brzegi rwie”. Przy próbach my dzieci stanowiliśmy ważną publiczność, nie ominęliśmy żadnej, a nawet zabrałyśmy się do napisania komedii. Tytuł był taki: „Pani Gałka i dzieci jej”. Kurtyna się podnosi, a tu wszyscy w kąpieli.  Nie doczekała się dalszego ciągu, bo Femcia przerażona takim wstępem do I aktu „zabroniła dalszej kompozycji.”
   Geringerowie po ślubie zamieszkali w Skolem, później szwagier mój pracował jako szef na Głównym Dworcu. Mieli dwoje dzieci: Marję, którą nazywano Maką

Maka Geringerówna

i syna Józefa, który był od siostry młodszy o 14 lat.


  Trzecia moja siostra, Marynia,


Maria z Bochdanów Obertyńska


 wyszła za Kazimierza Oberytńskiego ze Stronibab. Różnica wieku miedzy nimi była duża. On miał 37 lat, ona 17. Gdy starał się o Marynię nazywaliśmy go panem z Gonibab.


Kazimierz Obertyński ze Stronibab


Marynia była wielkiej urody, oprócz pięknych rysów i postawy miała cudowne włosy, do kolan sięgające, które pięknie wokół głowy układała. Nazywano ją Gretchen z Fausta.


Maria z Bochdanów Obertyńska


 Kazimierz, gdy miała jeszcze 7  lat parol sobie na nią zagiął i celu dopiął. Ślicznie dla niej urządził dom, obsypywał prezentami, sukien miała mnóstwo, był tylko zazdrosny, nie chciał gości prócz najbliższej rodziny, a że młoda była i świata nie znała - rad był, gdy obie z Zosią przyjeżdżałyśmy do Stronibab, czasem nawet na 10 dni. Pamiętam raz na łyżwach w zimie aż do Uciszkowa dotarłyśmy stawem. Księżyc świecił , c`etait feerique [to było baśniowe].
  Ślub ich odbył się wieczorem w cerkwi, dawał go proboszcz z Glinian, staruszek, a zjazd był bardzo liczny. Samych braci Kazimierza było 5: Zdzisław, Jan, Adam i Emil - bliźniacy, Medard - stryjeczny i Hanna Jędrzejowiczowa, ich siostra. A jeszcze Rozwadowscy, Szymanowscy etc. Obiad był w salonie, stół w podkowę ustawiony, a wiwatów bez końca.
Ich dzieci to: Tekla za Boguszem z Derewlan, Stefa za lekarzem Supińskim, dyrektorem szpitala w Drohowyżu, fundacji Skarbka, Ewa za Smorczewskim z Tarnogory

Ewa z Obertyńskich Smorczewska

 

i syn Józef ożeniony z Beatą Wolską.
 

Józef Obertyński i Beata Wolska w dniu ślubu


Jej babka Monne [Wanda, późniejsza Młodnicka] była narzeczoną Grottgera, a matka [Maryla Wolska] znaną poetką. W ich willi na Zaświeciu [we Lwowie] było mnóstwo pamiątek po Grottgerze, niestety wszystkie przepadły podczas wojny [II wojny światowej]. Beata była bardzo ładna, artystyczna dusza, pisała wiersze i powieści, a jej siostra Pawlikowska [Aniela - Lela, żona Michała Pawlikowskiego z Medyki]  do niektórych rysowała ilustracje.

                                                                                                    Rozdział  V

    Obie z  Zosię zdecydowałyśmy, że wydawszy trzy starsze siostry za mąż wystartujemy teraz jako dorosłe panny. Ustały już lekcje z Femcią, a tylko same rzuciłyśmy się skwapliwie do nauki czując jak wiele nam wiadomości brakuje.
 Obok salonu był tzw. bilardowy pokój, który obrałyśmy jako nasze studio. Tam Zosia malowała swoje skrzyneczki drewniane, które miały być sprzedawane do cukierni Rollendera we Lwowie, na wyścigi z Marynią pracowały, politurowały, nie pamiętam czy udało się je im spieniężyć.
  Ja uczyłam się po włosku, z literatury i historii powszechnej robiłam wypisy, a gdy była pogoda w alei lipowej czytałam „Życie św. Joanny de Chantal” i dzieła Augustus Craven. Rozmiłowałam się w tej lekturze, a gdy dostawałyśmy po 5 florenów miesięcznie na kapelusze – odkładałam zawsze coś z tego na zakup książek. Przez księgarnię Gubrynowicza można było wiele książek z Paryża sprowadzić. I tak otrzymałam „Trait̀̀é sur l`amour de Dieu” [Traktat o miłosci Boga]  Św. Franciszka Salezego, „Vie de Saint Vincent de Paul” [Życie św. Wincentego à Paulo], wreszcie „Lettres de Saint Jêrome” [Listy św. Hieronima] Paula Blessila i Estochime. Zwłaszcza list 9 – ty  do tej ostatniej : „Les éloges de la Virginite” [Pochwały dziewictwa], tak   mię zachwycił że zaczęłam snuć marzenia o klasztorze. Subjekt w sklepie Gubrynowicza, ten, który załatwiał moje zamówienia, wystąpił raz z zapytaniem: „czy może która panienka ma zamiar do klasztoru wstąpić?” Jednak inaczej Pan Bóg pokierował moim życiem.

  Mniej więcej w latach 1887 Ojciec mój objął plenipotencję dóbr Potockich w Łańcucie. Kupił wtedy kamienicę przy ulicy Zyblikiewicza 14. Zajmowaliśmy tam całe piętro, 11 pokoi. Na dole mieszkali Tytusowie Szawłowscy i Pillerowie.  Posiadali drukarnię. Wtedy dopiero zaczęłyśmy się uczyć nie na żarty: francuskiego od Marji Zagórskiej, miała prześliczny akcent, niemieckiego od p. Kallay, angielskiego od Mary Johnson Baczyńskiej i wspólne lekcje geografii miałyśmy od Tatomira. Wreszcie jakże dobrym był Tatko: wzięłam kilkanaście lekcji od Mikulego, ucznia Szopena. Lekcje były bardzo drogie: płaciło się 5 fl. za trzy kwadranse. Staruszek był nerwowy i wymagający, czasami i klapsa dał uczennicy, gdy legata nie była dość spoista i wtedy sam zasiadał do fortepianu i pokazywał jak grać należy. Mówił mi, że powinnam trzymać się klasyków: Haendla, Bacha, Mozarta, Beethovena,  ale ja potem i do arcydzieł Szopena zabrałam się wychodząc z założenia: kto mi co zrobi? Na pamięć łatwo uczyłam się, a potem całą uwagę można poświęcić wykonaniu nie będąc skrępowanym śledzeniem nut.
  Ojciec mój czasami dawał u siebie wieczory muzyczne. Przychodził na nie generał Koestersitz, kolega Ojca z Akademii Wojskowej we Wiedniu. Grywaliśmy tria, kwartety Beethovena. Partytura fortepianowa należała do mnie, skrzypce do Schwabla, altówka do Wolfstala, jeszcze był bas, ale nie pamiętam kto był jego wykonawcą. Takie zespoły kształcą ogromnie. Nie daj Boże pomylić się - wszystko poszło naprzód. Trzeba samemu orjentować się i wpaść tam, gdzie oni już doszli.
  Pomimo takiej pilnej nauki zaczęłyśmy trochę bywać. Zrazu były to tylko takie herbatki u znajomych, a w dwa lata później już duże bale. U namiestnika Filipa Zaleskiego - 4 pikniki, w kole Literacko - Artystycznym przy ul. Akademickiej bal na dochód Salomeek [?] i dużo bardzo prywatnych.
  Mój pierwszy bal był w Ossolineum u pp. Antonich Małeckich. Z Zosią dopiero w następnym roku zaczęłam bywać. Na tym pierwszym występie miałam białą, tarlatanową sukienkę, stanik atłasowy w szpic i świeżą kamelię u gorsu. Ciotka Skibniewska przysłała jakieś zmięte papierowe bławatki w których tańczyła Tosia, ale Mama z podziękowaniem odesłała jej jako już niepotrzebne: „bo Emilka będzie miała kwiat świeży”.
 Z prywatnych był bal u Włodzimierzów Dzieduszyckich przy ul. Kurkowej, w ukostiumowanym balu miałam kostium Bułgarski. Bardzo miłe były ich 4 córki: najstarsza za Tadeuszem Dzieduszyckim z Niesłuchowa, druga za Szembkiem, trzecie 1 voto za Cieńskim, potem za Skarbkiem, a najładniejsza, ostatnia za ks. Czartoryskim. Niesłuchów był sąsiedztwem Zadwórza, więc te panie widywałyśmy dość często. Dużo było rodzin szlacheckich, które albo mieszkały we Lwowie, albo zjeżdżały na karnawał. Był dom Wincentów Poleskich, Bogdanowiczów z Czachowa, Pieńczykowskich, Morawskich, on był bratem Arcybiskupa i plenipotentem jego posiadłości, dom Klaudji Torosiewiczowej z Kołchocz i wiele innych. Lubiłyśmy bardzo te prywatne bale, gdzie wszyscy nawzajem znali się. Przy wachlarzach, bardzo wówczas modnych, były przyczepione karneciki do których zapisywało się danserów do 1-go i 2-go kadryla, do 1-go i 2-go mazura, wreszcie do kotyliona. Z obawy pietruszki [czyli braku zaproszenia do tańca] przyjmowało się i nudnych tancerzy, ale niech się później trafił jakiś lepszy; wtedy matactwom nie było końca. Mówiło się pierwszemu: „Okropnie pana przepraszam, ale zapomniałam, że ten taniec już przyrzekłam  innemu”, a gdy się srożył: „zachowam ten taniec dla pana na następnym wieczorze”. Tego postępowania pochwalić nie można, to nie było fair play, ale, niestety wszystkie panny do tych wybiegów uciekały się.
  Ładne bale były u pani Boguckiej. Mieszkały z nią jej córki: Szembekowa ze swoją siostrzenicą Lityńską i Zofia Czajkowska z córką Janiną. Podlotek to był jeszcze ale zanosiło się, że piękna będzie - niestety uroda na złe drogi ją wprowadziła.
 Był jeszcze dom Wiktorów, ale najlepiej bawiłyśmy się u Mrozowickich.  Nie wydawali tam balów, tylko przyjmowali zawsze w niedziele po południu, a graliśmy tam sztuczki teatralne komponowane ad hoc [bez dłuższego przygotowania], były i żywe obrazy, które młodzież urządzała, a starsi musieli zgadywać co przedstawiają. Pamiętam pana w szafliku wyłożonym papierem- miał to być Marat z rewolucji francuskiej i Charlotta Gorday, która deserowy nożyk z okrucieństwem pantery wbijała w samo serce ofiary, a drugi obraz to były pochodnie Nerona. Panny stały na krzesłach, a panowie przy nich, każdy z zapaloną świecą. Był także en vogue [w modzie] sekretarzyk i różne gry towarzyskie, jednym słowem nie była to zwykła salonowa paplanina . Mrozowickich było trzy: najstarsza Gabriela wyszła za bardzo bogatego, dalekiego kuzyna E. Małachowskiego, który miał duże dobra pod Odessą. Dwie drugie Zofia i Irena redagowały wspólnie pisemko dla dzieci. Cieszyło się ono wielkim powodzeniem. Zofia umarła na raka w kilka lat później. Została Irena i brat, który jednak rzadko ukazywał się, był jakiś niedorozwinięty.
  Mieliśmy bardzo dużo domów znajomych. Rodzice trzymali konie, nietrudno więc było składać wizyty. Stajnia i wozownia były podwórzu, więc w liberji i cylindrach na głowie zasiadali na koźle karety Ludwik - furman i Józef - lokaj zaopatrzony biletami, z którymi biegł zaanonsować nas i albo z powrotem gramolił się na kozioł, albo otwierał drzwiczki: „Jaśnie Państwo proszą” i trzeba było wysiadać.
  Po karnawale następowały  tzw. jourki [czyli wizyty składane w określone dni] w poście. Trzeba było dobrze się zwijać, bo często kilka wypadało w jeden dzień, ale potem wszystko uciszało się i w Wielkim Tygodniu rozpoczynały się kwesty, najpierw po domach, a potem po kościołach. I już Wielkanoc! Świecone najpierw u komendanta miasta, potem w Namiestnictwie, u biskupów: Morawskiego i Sembratowicza u Św. Jura [czyli w katedrze greko- katolickiej]. Byłyśmy i tu i tam - jeszcze wtedy idealna zgoda panowała pomiędzy bratnimi narodami. Polacy zapraszali Rusinów [dziś Ukraińców] na swe święcone, Rusini potem Polaków i tak obie strony dobrze na tym wychodziły.
 Następnie przez cały tydzień święcone u znajomych. Było i u nas. Przyszli wtedy Tomisławowie Rozwadowscy ze swymi trzema synami: Tadeuszem, Samuelem i Wiktorem. Któż wtedy przeczuwał jaki ich los spotka:  Tadeusz wsławił się swoją odwagą podczas pierwszej wojny światowej, a potem dzielnie bronił Lwowa, gdy rozszalała się ruska zawierucha.

Generał Tadeusz Rozwadowski w młodości

 

Gdy Naczelnikiem Państwa został Piłsudzki, [już w wolnej Polsce, po 1918 r.] po utrąceniu Wojciechowskiego, Tadeusz podał się do dymisji. Zły chochlik podszepnął mu, aby opowiedział się za Wojciechowskim i wraz z nim zaczęli bronić się w Belwederze i kto wie co by nastąpiło, gdyby nie to że Piłsudczycy podsłuchali telefon którym Tadeusz wzywał na pomoc pułki Poznańskie. Spieszyły już one do Warszawy, ale zostały zawrócone w inną stronę, a Tadeusz wraz z bratem Wiktorem i generałem Zagórskim osadzeni w więzieniu na Antokolu, w Wilnie. Po dłuższym przeciągu czasu uwolniono Wiktora a gen. Zagórskiego wezwano do Warszawy. Żegnając się z nim dał mu Tadeusz rewolwer, a gdy Zagórski nie chciał go przyjąć twierdząc ,że już mu nic grozić nie może, że wezwanie to ułaskawienie, Tadeusz przerwał mu z goryczą: ”Obyś się nie mylił”.
Rzeczywiście, Zagórski został rozstrzelany przez Piłsudczyków, gdy tylko stanął w Warszawie.Samuel, drugi brat Tadeusza zginął podczas wojny światowej [zapewne pierwszej].
 Tadeusz wrócił, ale na zdrowie zaczął się bardzo skarżyć, trapiły go co parę tygodni jakieś dziwne, gwałtowne gorączki, następowało po nich wielkie osłabienie.
  Opowiadał mi jaki był przebieg „cudu nad Wisłą”. Gdy już wojska rosyjskie były tuż pod Warszawą i Tuchaczewski usiłował okrążyć ją, odbyła się w Belwederze pod przewodnictwem Piłsudzkiego, a przy udziale gen. Weyganda wielka narada do późna w noc. Weygand radził cofnąć się nad Wieprz, Piłsudzki wspominał o białej chorągwi aby wojska oszczędzić, a na to wstał Rozwadowski i gorąco przemówił:  „Cofniecie się nad Wieprz wywołałoby konsternację w całym kraju, a tu w Warszawie trzeba zacząć ofensywę”.- „Czy general bierzesz to na swoją odpowiedzialność?”- zapytał Piłsudzki.- „ Biorę” i rozeszli się,  a już o 6 tej rano  dzwoniły do wszystkich pułków rozkazy.
 Mówił mi Tadeusz, że gdy wrócił do siebie – świadomość tej odpowiedzialności którą wziął na siebie przygniotła go ciężarem- modlił się. Czy to nie przypomina Trylogii Sienkiewicza, gdy  hetman Jeremi Wiśniowiecki walczy sam ze sobą.
 Tadeusz umarł w szpitalu w Warszawie, sprowadzono jednak zwłoki do Lwowa i z krypty OO. Bernardynów po Mszy św. żałobnej wyruszył kondukt. Najpierw niesiono poduszkę z orderami: order Marji Teresy, Polonia Restituta i wiele innych, potem jego zwłoki na lawecie, za lawetą jego koń, a potem tłumy. Spoczął na cmentarzu Obrońców Lwowa, tego Lwowa, którego tak dzielnie bronił, wśród swoich żołnierzyków - orląt.
 
    W naszej kamienicy były schody frontowe i służbowe. Zdziwiona byłam, gdy  razu jednego przez te drugie wszedł do kuchni jakiś elegancki pan w bobrowym futrze i zapytał czy mógłby się widzieć z panem Bochdanem. Odpowiedziałam, że nie wiem czy Ojciec wstał już, ale proszę usiąść tam na ławce, wskazując na nią ruchem niedbałym, a w duchu pomyślałam sobie: „to jakaś pańska morda”. W dalszym jednak ciągu parzę kawę, prażę śmietankę, przygotowuję śniadanie dla całego domu. Nadchodzi Józef. „Józefie proszę powiedzieć starszemu panu, że jakiś pan chce się z nim widzieć”. Jakże miałam powiedzieć, przecież nie przedstawił mi się. Dopiero potem powiedział mi tatko, że to był Józef Potocki, który przegrał w kasynie kilkadziesiąt tysięcy koron i wpadł do Ojca z prośbą aby go ratował. Nie wiem już jak się ta sprawa zakończyła, ale to wiem, że Ojciec wkrótce zgłosił swoja dymisję, żaląc się, że pełno intryg i plotek uniemożliwiło mu pracę. Jednak nie potrzebowaliśmy zmieniać trybu życia. Gospodarstwo dawało ładne dochody, prócz tego Ojciec mój został prezesem Rady nadzorczej Banku Krajowego, który powstał we Lwowie z inicjatywy Zyblikiewicza. Dyrektorami zostali Alfred Zagórski i Domaszewski. Nieraz Ojciec drobne nieporozumienia między nimi  usuwał, miał też wielkie poważanie w całej instytucji, a nawet   Zagórscy wydali bal dla jego córek w sali ”Frohsinu”. Był to całkiem inny świat od naszych ziemian, ale ciekawy. Rej wiedli bracia Baczewscy, właściciele fabryki likierów, bywali doktorzy, inżynierowie, bogaci kupcy, nie pamiętam nazwisk. Przypominam sobie tylko Zagórską, która wciąż grymasiła przy kolacji, że to sos był niedobry „ Fredziu daj mi musztardy”... co nas dziwiło bo w naszym światku uchodziłoby to za „mauvais genre” [zachowanie niewłaściwe].
   A teraz jeszcze jeden szczegół. Widzę, że ględzę jak prawdziwa staruszka, to naprzód wybiegam, to w tył się wracam, w tym wypadku to ostatnie. Miałam 16 lat [zapewne było to  w 1881 r.] gdy dowiedzieliśmy się, że Arcyksiążę Rudolf Habsburg będzie przejeżdżał i zatrzyma się 10 minut na stacji Zadwórze. Ojciec mój kazał piękny bukiet sporządzić a mnie wyuczył następującego przemówienia:  „Wollen Ihre Kaiserliche Und Königliche Majastet diese Blumen aus treu ergebenen Herzen entgegennehmen” [Zechce Wasza cesarska i krówlewska Mość przyjąć ofiarowany ze szczerego serca ten bukiet kwiatów].
Byłam w białej sukni, w kapeluszu z białej koronki a wokoło wieniec z bratków. Pociąg stanął. Jakoś nie zmieszana wygłosiłam swoją orację, a Arcyksiążę odebrał bukiet, ukłonił się po wojskowemu powtarzając dwa razy:” Danke schon” [dziekuję bardzo],  poczem oddał bukiet hrabiemu Bombelles stojącemu tuż za nim. Przez tę krótką chwilę zauważyłam , że arcyksiążę miał smutny wyraz twarzy, oczy podkrążone, blady [odebrał sobie życie w 1889 r]. Ojciec mój  i starosta przemawiali jeszcze, potem świst i wszystko znikło z przed oczu.
  W Zadwórzu pocztę raz na tydzień przynosił stary Trzaska. Przez całą niedzielę czytano listy i gazety, rozprawiano o nich. Trzaska, gdy przeszedł na emeryturę pomagał w kuchni: trzaski rąbał, kartofle obierał, pamiętam go w płóciennym kitlu, gdy grzał się do słońca.
  Siostra moja, Stefcia mając 12 lat przeżyła ciężkie zapalenie płuc, wysłano ją do Rymanowa. Pojechałyśmy  więc z Mamą. Dopiero zaczęły tam powstawać piękne wille i domy zdrojowe. Jedynym naszym urozmaiceniem były odwiedziny u hrabiów Potockich , hrabina Anna pochodziła z Działyńskich [z  Kórnika]. Był to dom nadzwyczaj gościnny a cała rodzina wielkiej zacności. Co dzień o 5 tej zastawiano podwieczorek i witano serdecznie oprócz gości zakładowych i gości z pobliskiego Iwonicza, który wtedy był już pięknie rozbudowany. Podwieczorki były skromne: mleczna kawa i chleb. Gospodarze bardzo lubili pokazywać swoje piękne zbiory.
  W parę lat później o wiele ciekawszą była nasza wycieczka do Zakopanego. Rodzice wzięli wtedy Zosię, Stefkę i mnie. Nocowaliśmy w Nowym Targu, gdzie do kolacji podano nam pstrągi. W Mogilanach, po drodze, zabawiliśmy kilka dni, a siostra mojej Matki, Stefania Konopczyna, i jej córki były nam bardzo rade. Wtedy już starsze były wydane: Masalska, Ożegalska, Żurowska i Grzybowska, w domu były jeszcze Justynka, Michasia i Sewerka oraz ich bracia : Stanisław, Stefan, Adam i Tadeusz. Zorganizowano całą naszą wyprawę. Dwie furki góralskie z płóciennymi budami zajechały po nas. Do jednej wsiedli Rodzice i my trzy. W drugiej jechała dziewczyna podkuchenna z Zadwórza, Helka pościelą, naczyniem i zapasami. Zajechaliśmy do  willi Eliasza - malarza w której mieliśmy zamówione dwa pokoje. Naprzeciw, o parę kroków dalej była oficynka z kuchnią w której zagospodarowała się nasza kucharka. Wypakowywanie pościeli zajęło nam trochę czasu, Tatko oprawiwszy dwie świeczki w lichtarze, które przywiózł, dziwił się naszej krzątaninie.
  Na drugi dzień zaczęliśmy zwiedzać Zakopane, góry zrobiły na nas ogromne wrażenie. ”Jakaż wielka wszechmoc Boga, Który to wszystko uczynił” - myślałam nieraz - a wyszczerbiony Giewont zdawał się odpowiadać - „tak, tak, On to wszystko stworzył.”
 Trzeba był pomyśleć o jakiejś wycieczce i tu nastąpił błąd: zamiast wybrać  Kościeliską Dolinę, lub Strążyską, co ze względu na wiek moich Rodziców byłoby przystępniejsze, Eliasz poradził nam czerwone Wierchy, z Kuźnic dobrze w górę. Przewodników mieliśmy wybornych: Macieja Reję i Pawła Gąsienicę, ale nogi nie wytresowane, w dodatku powrotem spotkała nas silna ulewa. Biedny Tatko ślizgał się po kamieniach i z wielkim trudem dotarliśmy do domu. Nazajutrz, zniechęcony, wyjechał powrotem do Zadwórza zostawiając nas z Mamą. Zrobiłyśmy z nią mniejsze wycieczki, ale jakże nie wybrać się do Morskiego Oka? Przez Zawrat? To tak jak być w Rzymie i Papieża nie widzieć! Więc nasza Mama furką przez Waksmundzką Dolinę udała się tam, a my z przewodnikami, piechotą. Przed nami szło jakieś towarzystwo rozbawionych Warszawiaków. Przed Zawratem na polanie zatrzymaliśmy się zabierając do naszych zapasów, a  wówczas jakiś pan przyskoczył do nas z torbą cukierków. Odmówiłyśmy grzecznie nie chcąc bliższej znajomości zawierać, „ nawet pod Zawratem muszę kosze brać” – usłyszałyśmy.
  Minąwszy Zawrat, przewodnicy musieli nas na rękach przenosić, bo klamry były zbyt wysokie, ujrzałyśmy Dolinę Pięciu Stawów, Staw Zmarzły i około 8-mej znalazłyśmy się w schronisku, gdzie już czekała Mama na nas przywiózłszy trochę zapasów i kocy. Schronisko było wówczas bardzo prymitywnie urządzone: jedna izba dla pań, druga dla panów, tapczany z siennikami i nic więcej. Koce więc bardzo się przydały. W drugi dzień przepłynąwszy tratwą Morskie Oko, zwiedziłyśmy Czarny Staw wyżej położony i wróciłyśmy furką do domu.
  Poznałyśmy księdza proboszcza Stolarczyka, który wiele ciekawych rzeczy opowiadał nam o góralach, którzy zrazu byli nieufni, ale wziął ich przez swoje taternictwo, bo chodził po najtrudniejszych szczytach. Kościółek był maleńki, ubogi, dopiero później wybudowano większy. On i dr Chałubiński [Tytus] byli odkrywcami Zakopanego. Chałubiński - gór, a ks. Stolarczyk - duszy góralskiej.

                                                                                                     Rozdział  VI


   W 1886 r. Rodzice wydali wieczór tańcujący. Było nas przeszło 100 osób. Kolacja na dwie zmiany, naprzód dla starszych, potem dla młodych. Karnawał dobiegał końca.
   Gdy po jakimś balu wypoczywałyśmy, Mama nasza weszła mówiąc: ”przyjdźcie do salonu, jest pan Rulikowski ze swoim siostrzeńcem Piotrowskim”. Oho, pewnie jakiś konkurent - pomyślałam. Podążyłam za Zosią, a gdy odeszli zauważyłam, że ma nos za duży. „Wcale tego nie znajduję” – odpowiedziała Zosia. Ach tak, tędy wiatr wieje - pomyślałam i już cicho siedziałam ze swymi niefortunnymi uwagami.
Tosia Skibniewska była już wtedy Matuszewiczową, mieszkali w Czemerowcach, o milę od Husiatyna, ale z tamtej strony [za granica z Rosją]. Emeryk Matuszewicz chcąc  zaskarbić sobie łaski mego Ojca, który miał zadecydować o podziale majątku między Tosią a Tolem wydał bal, zapraszając nas do Czemerowiec.
 Wybrałyśmy się, na granicy [z Rosją] wszystkie formalności były załatwione i pojazd czekał na nas. Prywatna to była droga, ale jak szeroka. Dom mały, niski, gdzież tu będziemy tańczyć? Nazajutrz zaczęli się zjeżdżać z sąsiedztwa Mniszchowie, Czerwińscy z Olchowca, Lipscy, państwo Orłowscy, Burchard, Dymitrowicz z Bereżanki, Leśniewicz i wielu innych, których nazwisk nie przypominam sobie.
  Tańczyliśmy na odkrytej werandzie, a więc na świeżym powietrzu, a przygrywała kapela Żydów z Husiatyna. Nazajutrz około 4 - tej weszła do nas  Michalina, służąca panny Tosi: „Panowie z Bereżanki przyjechali”. Byli to już znani nam z balu młodzieńcy, przybył jeszcze pan Badowski, biegaliśmy po ogrodzie, kto pierwszy do mety. Tymczasem starsi układali wycieczkę do Kamieńca, a potym do Holuzobiniec, majątku Tola. Ruszyliśmy w kilka pojazdów. Tolo zamówił dla nas dwa pokoje, trochę odpocząwszy wybraliśmy się zwiedzać miasto, most nad Smotryczem, kościoły. W nich wiele jeszcze pamiątek tureckich można było zauważyć, cudne kamienne arabeski, minaret z którego wzywano Allacha, ogrody, a wieczorem jakaś banda cygańska popisywała się muzyką, której trzeba było posłuchać. Uważam, że nasi towarzysze byli nią zachwyceni, ale przyzwyczajone do lepszych koncertów zachwytu tego nie mogłyśmy podzielać. Cały ten światek jaki poznałyśmy, jakże był odmienny! Przede wszystkim raził mię brak patriotyzmu „ubi me, ubi Patria” [ojczyzna to tam gdzie ja jestem], a potym jakiś brak kultury, karty i zabawa niewybredna...
 Jazdę do Holozubiniec organizował Tolo. Zastałyśmy już tam jego matkę ciotkę Polę, a mnie zaraz przypomniał się incydent z dzieciństwa: ciotka wzięła mię do siebie, abym mogła nauki z Tosią pobierać. Z początku szło to wcale dobrze, ale potym Francuzka, Leonie Mirve, m`a pris en grippe [uprzedziła się do mnie] i chcąc pozyskać względy ciotki wciąż na mnie skarżyła, wychwalając Tosię. Oburzona tą niesprawiedliwością, bo uczyłam się dobrze a nie mając się przed kim wyżalić - umyśliłam sama ukarać ją.
  Wspólnie z Tolem, który do tajemnicy był dopuszczony, wymalowaliśmy na tekturze ogromny czerwony język, a ja Leonii z tylu go przypięłam , gdy wychodziła na miasto. Paupry [biedota] biegły za nią śmiejąc się do rozpuku, póki ktoś rozsądniejszy nie zwrócił jej uwagi na powód tej wesołości. C`etait le comble! [to był szczyt wszystkiego]. Zaraz poszedł list do Zadwórza: „Emilka jest niemożliwa, możecie ją sobie zabrać.” I przyjechali, i zabrali, a ja rada wróciłam do swoich sióstr, do naszych ogródków i do lekcji z Femcią, którą kochałyśmy bardzo. Była surowa, ale sprawiedliwa, dla wychowawców jest to czynnik niezbędny.
  W Hołozubińcach nie było balu, ale wycieczek wiele, miedzy innymi do majątku Krzywczyce, własności jakiegoś rosyjskiego generała, który miał upodobanie do hodowli kur. Miały one tam osobne przegrody dla każdego gatunku. A ileż ich było, tych odmian. A co za wspaniałe kurniki, jak pałace, wszędzie czystość wzorowa.
  I w samych Hołozubincach było co oglądać: piękny dwór na jednej górze, naprzeciw, na drugiej, młyn wyposażone w najnowsze urządzenia. Tam to jeden z trybów urwał Tolowi rękę po łokieć, ale wtedy miał jeszcze obie, całe.
 Podczas pierwszej wojny światowej utracił wszystko: majątek ziemski, dwie kamienice w Kamieńcu i jako tułacz - inwalida zmarł we Lwowie w 1919 r. Byłam na jego pogrzebie. Pochowany został w dzielnicy ubogich, najbliżsi jego krewni nawet krzyżyka nie postawili. Wraz z Jodką z Bębnówki, także tułaczem z Podola, sypnęliśmy mu pierwsze grudki ziemi.
  Z powrotem nie przejeżdżaliśmy już granicy w Husiatynie ale w Płoskirowie, skąd na Tarnopol zawiodła nas droga do Lwowa.
  Husiatyn jednak i całe Podole żywo utknął mi w pamięci, nie przypuszczałam wtedy, że mieścina ta będzie kiedyś tak bliskim sąsiedztwem z Sidorowem, skąd będziemy zabierać pocztę naszą, a ja sprzedawać mleko, owoce i jarzyny. Dziwny czar ma dla mnie  ta kraina mogił, kurhanów. Ileż ich tam teraz przybyć musiało!
  Innym razem, nie pamiętam w którym roku, wybrałyśmy się obie z Mamą do Holubia do Ewuni Świerzawskiej, a stamtąd do Starej Wsi do Adolfów Rakowskich. Ciotka Kamila była cioteczną siostrą mojej Matki. Tam zaprzyjaźniłyśmy się z jej najstarsza córką Lelą. Była pełna wdzięku świeżości, istna Zosia z „Pana Tadeusza.”
 Dziwne było, że nieraz w zwierzeniach panieńskich miedzy sobą mówiła nam, że w życiu czekają ją straszne nieszczęścia! W istocie mąż jej, Kiciński, przypadkiem zabił na polowaniu jej ojca.
 Stara Wieś miała dużo sąsiedztw:  Kielczewscy, Rulikowscy i wiele innych.

                                                                                                   Rozdział     VII

     Miałam już 25 rok [chyba mniej]. Starsze moje siostry i Zosia były zamężne, Wikcia - narzeczoną, a ja zaś o klasztorze na serjo zaczęłam myśleć.
  Nadszedł list od Zosi, prosiła abym przyjechała do niej, była w ciąży i potrzebowała trochę pomocy w gospodarstwie. Rodzice nie mieli nic przeciw temu. Ja rada byłam poznać dom jej, a wiec gdy znajoma nasza jechała w tamte strony ,wybrałam się z nią do Mogielnicy. Domek był mały o 4 pokojach, nizki. Szwagier mój dobudował jeszcze jeden, i tam mię umieszczono, ale wilgotny był bardzo, wiec nie wiem czy się nie zaziębiłam chłodną jesienią uganiając po spacerach, dość, że zaczęłam niedomagać. Pieniędzy miałam dość, więc napisałam do Rodziców, że chcę wracać, niezdrową się czując. Odpisali mi, żebym wybrała sie do Emci Świerzawskiej do Lublina. Jej mąż był dyrektorem Towarzystwa Kredytowego. Miałam  zaczekać na Marynię Kraińską, która wybierała się tam w swoich interesach, więc mój szwagier odwiózł mię.
  Byłabym mogła świetnie się tam bawić i poznać wiele osób, a tymczasem coraz gorzej się czułam i tej Kraińskiej nie mogłam się doczekać. Wszystko męczyło mię tak bardzo. Wreszcie  przyjechała i wróciłyśmy do Lwowa. Trzeba się było położyć i wezwać doktora. Leczył mię Janda. Było to zapalenie kiszek. Leżałam parę tygodni. Potem jednak przyszłam do siebie i umyśliłyśmy z Mamą, ze trzeba, wracać do Zadwórza, gdzie w spokoju i przy dobrym wikcie, sądziłam że mi się poprawi. Ale wpierw trzeba było złożyć kilka wizyt pożegnalnych. Ograniczyłyśmy ich liczbę zostawiając sobie tylko te, z którymi łączyły nas bliższe stosunki. Zaczęłyśmy od Mrozowickich. Była niedziela i jak zawsze pełno u nich. Irenka wskazała mi miejsce kolo jakiegoś młodzieńca, który pospiesznie zabrał swoją filiżankę mówiąc:  „przepraszam panią, ale to moja herbata”. „O, może być pan spokojny, ja się nigdy na cudze herbaty nie łakomię”. Zaczęliśmy rozmawiać. Opowiadał ,że studiując ekonomię na uniwersytecie monachijskim  egzamin zamierza zdawać w Berlinie itd. itd.  Czas było się żegnać .Na drugi dzień złożył nam wizytę. Nie wpłynęła ona jednak na zmianę naszych projektów.
 Tymczasem otrzymałyśmy od pani Golejewskiej zaproszenie do podjęcia się kwesty wielkanocnej po domach, a że był zwyczaj, ze zawsze ktoś z Panów towarzyszył, ona proponuje pana Kornela Paygerta [syna Adama, poety, właściciela Sidorowa]. No cóż, termin naszego wyjazdu trochę się przesunie, ale kwesty podjęłyśmy się, a pan Paygert    

 

  Kornel Paygert jako kawaler


 chodził wszędzie z nami, jako awangarda, wchodząc do różnych mieszkań. W niektórych było tak ubogo, że zamiast brać, wolałyśmy dawać. Po kweście został zaproszony parę razy na kolacje, złożyła nam wizytę  i jego matka [Helena z Rozwadowskich, Paygertowa] prosząc do siebie.


Helena z Rozwadowskich Paygertowa


 Mamę prowadził brat jej Bolesław Rozwadowski, mnie jej zięć- Kuczyński, a Wikcię- Kornel.
  Wróciwszy do domu zeszyłyśmy się u Mamy. „Jak ci się podoba Wikciu pan Kornel?”- „ Wcale mi się nie podobał, oczy ma takie ogromne jak je na mnie wybałuszył” - powiedziała Wikcia. „Wcale tego nie znajduję, oczy ma śliczne, niebieskie ”- powiedziałam. „Tak, podobają ci się?” – uśmiechnęła się Mama.
   Nadszedł telegram od naszego szwagra, Piotrowskiego, z prośbą o przyjazd mojej Matki, toteż wyjechała zaraz, a mnie Tatko odwiózł do Stronibab do Maryni na kilka dni,  a potem do Zadwórza miałam jechać. Jakież było nasze zdziwienie, gdy wysiadając na dworcu w Krasnem ujrzeliśmy p. K. [Kornela] ze starszym bratem Janem. Jechali do Bortkowa, a stacją ich było Krasne. Po wymianie kilku zdań rozjechaliśmy się. Ja zostałam w Stronibabach, a Ojciec wrócił do Zadwórza, bo miał jakiś pilny interes do załatwienia.
 Poszłam z dziećmi Maryni do ogrodu na huśtawkę, ale dają mi znać, że jakiś pan przyjechał. Był to p. K. Został na kolacji, a potem Marynia wprawiła mię wielki kłopot, bo jakby nigdy nic, poszła do swego ogrodu dawać dyspozycje ogrodnikowi, a ja zostałam sam na sam z p. K.. Jakoś niewyraźnie mi się zrobiło, więc biorąc ze stołu album, podałam mu go, a on machinalnie go otworzył, nie oglądał, tylko zapytał: ”czy pozwolę, aby mi się lepiej dał poznać?”- Odpowiedziałam : „o ile moi rodzice nie będą mieli nic naprzeciw”.


Emilia Bochdanówna


Pojechał. Ja z wyrzutem do Maryni, a ona śmieje się do rozpuku. Dwa dni potem przyjechał Tatko i mówi: ”Wczoraj był u mnie pan Franciszek Rozwadowski oświadczając się o swego siostrzeńca  K. Paygerta i prosząc dla niego o rękę Emilki. Nie, na to nie mogę pozwolić: on ma lat 22 a ona 25, szkół nie pokończył”  etc. etc. Mój szwagier mówił pojednawczo, a tu zajeżdża p. K. My obie z Marynią do  mego pokoju zwiałyśmy,  a tuż obok, w saloniku, odbyła się rozmowa Ojca z nim. Dość ostry z początku glos Ojca zwolna łagodniał. P. K. bronił swej sprawy widocznie z dobrym skutkiem, bo gdy zasiedliśmy do stołu mina p. K. była rozpromieniona. Po obiedzie Ojciec zapytał czy nie mam nic przeciwko temu aby się starał o mnie i wypowiedziawszy wszystkie swoje argumenta contra, powiedział: „jeśli jest ci sympatyczny, możesz go widywać, ale póki nauk nie skończy, na zaręczyny nie pozwolę”.  I odjechał.


Kornel Paygert


 P. K. był jeszcze dwa razy w Stronibabach,  za drugim razem pożegnał się z nami i pojechał do Monachium, dla dalszych studji.
 Po kilku dniach pobytu u Maryni wybrałam się do Schellów. Z Kolą byłyśmy kuzynkami, matka jej Hubicka z Ożydowa była z moim ojcem na „ty”, a  matka Hubickiej była Sierakowska, córka Leopolda Bochdana. Starsza siostra Koli, bardzo piękna była za Gniewoszem z Kontów. Wystawili tam wspaniały pałac, gdzie raz byłam, a Schellowie nie chcieli być gorsi i postawili u siebie drugi. Było w nim na pietrze 6 gościnnych pokoi. Mnie dostał się nr 1 z piękną werandą. Z Oskarem jeździliśmy konno. Koń, to nie był nasz leniwy Kubuś, który tylko stępa lubił chodzić, ale to był koń na którym można było galopować. Po południu grywaliśmy w bilard, to znaczy ja dopiero uczyłam się kule posuwać. Oskar okazał mi wiele cierpliwości.
  Wreszcie wróciłam do Zadwórza, Mamy jeszcze nie było, Wikcia zajęta swoją wyprawą. Stefka teraz pasowana była na dorosłą pannę. A tu sypnęły się listy z Monachium i książkę otrzymałam listem w zamian za „Naśladowanie”  Tomasza a Kempis, którą ofiarowałam mu przy pożegnaniu. Umówiliśmy się bowiem, że takie książki czytać będziemy, które nie urabiałyby jednostronnie naszego poglądu na świat. Donosił, że co wieczór jeden rozdział czyta. Mnie opadły skrupuły: a gdzież to mój zamiar wstąpienia do klasztoru? Dużo dobrego  zrobiła moja siostra Parczewska cytując słowa św. Pawła: „Bywa zbawiony niewierny mąż przez żonę wierną”. Tak i uspokoiłam się. Kochałam Kornela, ale zawsze w Bogu, dla Boga i z Bogiem, a gdy przy tylu wybitnych zdolnościach zdawał się chromać na tym polu – postanowiłam modlitwą, dobrym przykładem do wiary go pozyskać. Była to zatem i dla mnie pobudka do pobożnego życia.
  Minęło lato, wróciliśmy do Lwowa, Wikcia kończyła wyprawę. Naszemu lokajowi Józefowi mówię: „O tak Józefie, nasza panna Wikcia zamąż wychodzi”- na co on: „A i pan Paygert  bardzo przystojny”. O mojej wyprawie jeszcze mowy nie było. Przeszło rok studiów miał jeszcze Kornel przed sobą. Nie bywałam już nigdzie, zwłaszcza, że znów poważnie zapadłam na zdrowiu, nie donosiłam mu o tym, ale pisała o tym jego matka [Helena z  Rozwadowskich], która przychodziła do nas dość często. Gdy przyjechał do nas na święta Wielkanocne, chciałam mu oddać pierścionek, bo już byliśmy zaręczeni. Przyniosłam go mówiąc: „nie chcę panu wiązać życia, mogę długo chorować, mogę umrzeć, niech go pan odbierze”. Ale słyszeć o tym nie chciał, tylko uprosił Rodziców aby zawezwali dr. Sawickiego, który był ich domowym lekarzem i mieli do niego wielkie zaufanie. On poradził wyjazd nad morze do Nordernay [wyspa na Morzu Pólnocnym koło Hamburga, kąpielisko]. Tak więc obie z Mamą i Stefką wyjechałyśmy z końcem czerwca .Zaopatrzone w wielki rozkład jazdy, bo to już nie było po kraju [czyli cesarstwie Austro-Wegierskim] i za granicę miałyśmy wyruszyć. Dobry, kochany Ojciec nie tylko nie żałował pieniędzy na eleganckie wyekwipowanie się, ale i w gotówkę na podróż obficie zaopatrzył.
  Granicę przejechałyśmy w Oderbergu, a tam już do niemieckich wagonów trzeba się było przesiąść i via Hamburg do portu Wernemünde skąd już statki odchodziły do Nordernay. Gdy tak szperamy w rozkładzie i po niemiecku dopytujemy się o wszystko bo jeszcze i kufry nasze nadane na bagaż sprawiały nam dużo kłopotu, usiadłszy w pociągu do Hamburga usłyszałyśmy pytanie Mamy: ”Może będziecie łaskawe mi powiedzieć gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy?”
  W parę godzin okręcikiem pełniącym służbę pomiędzy Wernemünde a Nordenay stanęłyśmy u celu.
  Morze! Groźne morze! Z szumem lecą fale białą pianą okryte. Z dala widać okręty jakieś, transatlantyckie, ale po co tak daleko szukać kiedy obok nas jest tyle ciekawych rzeczy do oglądania.
 Obiady jadałyśmy w Kaiser Wilhelm Hotel, a że szykownie byłyśmy ubrane - zwracano na nas uwagę. Po paru dniach sąsiedztwa przy stole przedstawili się nam bardzo układni dwaj bracia Niemcy, von Krahe i jakiś Rechtsanwalt [prawnik] Böhme, którego przeznaczyłyśmy Mamie, bo do flirtowania z nami był już za stary. Świetnie bawiłyśmy się: chodziliśmy z nimi na spacery po wyspie, do wrzosowisk na północy wyspy „die Dünen” [wydmy], które często morze zalewa. Na południu mieszczą się hotele: Kurhaus i Badeanstalt. Zapraszali nas też na wycieczki łodzią. Raz wybraliśmy się gdy morze burzyć się zaczynało. Co za uczucie! Bałwan wynosi nas na wysokość trzech pięter w górę, a potem w dół, jak na huśtawce. Obie z Mamą z całą przyjemnością znosiłyśmy to, ale biedna Stefka zaraz na początku dostała choroby morskiej, przez burtę w morze. Böhme i bracia Krahe trzymali się doskonale. Jeden z nich, Paweł, był marynarzem, ale widząc kłopoty Stefki kazał nawrócić.
 A kąpiele! Budek na plaży pełno. Mamy już swoją i olbrzymią Niemkę, Frau Biene, do pomocy. Czynność pani Biene polegała na tym, że budkę na kołach ustawiała tam gdzie należy, a potem z płaszczem kąpielowym stanąwszy była oznaką, że dość już kąpieli. Wołania nikt by nie usłyszał, taki był straszliwy szum.
  Co się tyczy naszych znajomych, wyraz flirt jest tu nie na miejscu. Po prostu byli dla nas czym i my dla nich: cudzoziemcami budzącymi ciekawość. Byli bardzo układni, po francusku i angielsku mówili doskonale, a należeli do klasy tzw. Junkrów.
  Wreszcie trzeba było wyjeżdżać. W Hamburgu stanąwszy w wykwintnym hotelu miałyśmy i salonik i sypialny. Ledwo jako tako rozpakowałyśmy się, wchodzi Kammermädchen [pokojowa] i mówi:
„Ein Herr ist gekonem und fragt, ob Die Damen mihn empfanzen wollen”? [Pan przybył i pyta czy Panie zechcą go przyjąć].
  Był to P. K, który ofiarował mi złotą przepaskę z brylancikiem na głowę , zapraszając na obiad. Wystąpiły na nim 3 tuziny ostryg. Niestety nie mogłyśmy jakoś ocenić ich przysmaku. K. jedną po drugiej  łykał bardzo zgrabnie - my ledwo przełknęłyśmy po jednej.
  W dwa dni później siedziałyśmy w pociągu Lux-Express do Berlina. Co to była za jazda. Pociąg leciał jak na skrzydłach. Stefka bała się morskiej choroby. Prze okno prawie nie można było wyglądać tak oczy męczyły się miganiem lasów, wsi, miast. Czasem zadudnił na moście i rwał, rwał jak koń wyścigowy stając tylko na paru stacjach.
  W Berlinie zajechałyśmy do hotelu „ Römischer Hof”, a że Mama była cierpiąca i na kilka dni położyć się musiała, wiec obie z Kornelem zwiedzałyśmy miasto same: Tiergarten, Volksgarten i Teatry. Widziałyśmy  w operze Fausta, Den Fliegenden Hollä nder [Latający Holender], Otello.
 Po paru dniach rozjechaliśmy się:  K. wrócił do Monachium - a my do Lwowa. Teraz zaczął się dla mnie bardzo ciężki okres. Kąpiele w morzu choć sprowadziły tak silną reakcję, że w Nordernay czułam się całkiem dobrze - właściwie nie posłużyły mi. Utworzył się exudat [wysięk?], trzeba się był na 6 tygodni położyć do łóżka. Leczył mię  dr Opolski dając co drugi dzień łyżkę oleju rycynowego do zażywania i stosując gorące okłady.
  Pisywaliśmy do siebie. Listy K. były takie serdeczne... Aż przyszedł telegram: „ Zdałem egzamin summa cum laude” [na najwyższą ocenę]. Teraz już Mama zabrała się do mojej wyprawy,  a ja nie mogąc jej pomóc stale rozważałam czy w ogóle wyjść zamąż.


Emilia z Matką Amelią


  Przyjechał, skrupuły moje rozwiał i ślub nasz odbył się w kaplicy Arcybiskupa 7 kwietnia 1890 r. Dość mętne mam o nim wspomnienie, tak byłam wzruszona. Przy obiedzie odczytano mnóstwo telegramów, nie tylko od moich znajomych i krewnych, ale  i przyszłych moich sąsiadów: Boguckich, Strawińskich, Adama Gołuchowskiego, Horodyskich. Telegrafowali i panowie von Krahe: „Die besten Gluckwunsche” [Najlepsze powinszowania”].
 O 9-tej odchodził nasz pociąg. Koleją państwową na Stanisławów, mieliśmy dotrzeć do Husiatyna. Odprowadzono nas na dworzec z cukierkami i kwiatami. W Husiatynie stanęliśmy o 10 tej rano.

 

Husiatyn

Kareta na nas czekała, a w Sidorowie banderja [uroczysta asysta konna] chłopska od pół drogi, jakaś brama, jakieś flagi, a gdy wysiadłam i weszłam do tak cudnie umeblowanego domu, doznałam uczucia, żem tego nie warta.
Mój buduar kretonem obity, niebieskim atłasem mebelki, kominek, a na nim popiersia sławnych ludzi, lustro ogromne z wanienką blaszaną na kwiaty, a w niej cudne begonijki, biblioteczka, biblioteka, jadalnia, ale wiele czasu na podziwianie wszystkiego nie było, bo oto wózkiem zajechał proboszcz Winkler - staruszek, chory na tabes [gruźlica], ledwo wysiadł biedaczysko z pomocą furmana, błogosławił, życzył szczęścia, a zaraz potem ks. Lewicki, proboszcz unicki z tym samym. Układny i grzeczny.
  Po obiedzie ogród i folwark trzeba było obejrzeć. Biegaliśmy to tu to tam. Ale zaraz na początku spotkała nas przykrość -  Matka Kornela przyjęła do służby małżeństwo do usługi: on miał być lokajem, ona kucharką. Niestety oddała im klucze do naszych kufrów, które znacznie wcześniej od nas nadeszły, jeszcze je matka z kolei odebrała. Zastałam wszystko wypakowane, w szafach poukładane, do głowy mi nie przyszło sprawdzać wedle spisu czy się wszystko zgadza. Gdy przyszli prosząc o urlop - że wrócą na pewno, że syn we Lwowie im zachorował, odwiedzić go muszą. Naiwni byliśmy oboje. Odjechali wywożąc duży kufer pokradzionych rzeczy z mojej wyprawy...
   Majątek nasz trzymał w dzierżawie Żyd Wechsler. Stryj Edward go przyjmował, miał na wiosnę oddać majątek, zrobić jesienne i wiosenne zasiewy. Tymczasem mój mąż, czynny jak zawsze, rwał się do objęcia majątku zaraz. Żydowi było to bardzo na rękę ale nas od razu wprowadziły w wielki kłopot wydatki. Trzeba było kupować inwentarz żywy i martwy, pasze dla koni i krów.
  Na tym rozdział zamykam. Obejmował on dzieciństwo i młodość moją, aż do zamążpójścia włącznie i przyjazdu do Sidorowa. Teraz otwieram kolejny dotyczący mego gospodarowania w Sidorowie. Dzieci malutkie były mi wielką osłodą. Wreszcie piszę o sąsiedztwach naszych, jakże licznych i gościnnych.

 



                                                                                                    Część II


                                                                                                    Rozdział  I

                                                                                                     Sidorów

Dwór w Sidorowie

właściwie przypadł Janowi, najstarszemu  z rodzeństwa. Kornel dostał Słobudki, duży folwark w polu, bez drzew, bez budynków. Gdy więc stryj Mieczysław Paygert w Zaciszu poinformował Kornela, że Jan chce sprzedać Sidorów i już z kupcami traktuje, Stryj Edward [Rozwadowski] jako opiekun wdał się w tę sprawę.  Słobudki zostały sprzedane, a po zaciągnięciu niewielkiej pożyczki w Tow. Kredytowym we Lwowie, mąż mój został właścicielem Sidorowa. Majątek miał 1400 morgów obszaru, w tym 300 morgów pięknego, grabowego lasu.
 Z kolei przechodzę do omówienia wspomnień o rodzinie Paygertów.
  Ignacy Paygert otrzymał dobra od ks. Jabłonowskiego w okolicy Rawy Ruskiej. Dorobiwszy się ładnego majątku przeniósł się na Podole i kupił dla starszego syna Józefa Kalasantego - Sidorów,


Józef Kalasanty Paygert, ojciec Adama


 a dla młodszego Antoniego Krzyweńkie, jedno przy drugim położone. Obaj bracia pożenili się z siostrami Małeckimi. J. Kalasanty ze starszą Teklą (w 30 r. z zmarła na suchoty),  a Antoni z młodszą Julią i objął Krzyweńkie.
   Józef Kalasanty gospodarstwa nie lubił. 
 Jako dyletant dużo malował, pisał także wiersze jak: „Miłostki poety” i inne, większej wartości literackiej nie mające. Antoni był w interesach bardzo obrotny, widząc , że bratu w gospodarstwie niezbyt się powodzi, zaproponował iż Sidorów weźmie w dzierżawę, oczyści z długów, a brat niech jedzie do Paryża.  Tak się też stało.  Djariusz podróży do Paryża, która trwała 6 tyg. zachował się w rodzinnych papierach i był przechowywany w antycznym mahoniowym biurku.
  W tym czasie wybuchło powstanie 1863 r. i Antoni stracił nie tylko Krzyweńkie, ale i inne majątki które był nabył jak Iwanówkę, Tłuste i kilka innych. Wówczas Kalasanty chcąc przyjść bratu z pomocą wybudował dla niego w Sidorowie domek o 6 pokojach, dołączył do niego 2 morgi ogrodu wraz z sadkiem wiśniowym i tam brata osadził. Tenże tam umarł, a po nim jego żona Julia, wielkiego dowcipu i bystrości niewiasta. Dzieci mieli czworo: Stanisław zaplątany przez długie lata w romans z mężatką Padlewską, Emilię za Celestynem Wybranowskim, Zofję za Jurjewiczem i Mieczysława, który jeszcze z resztek fortuny otrzymał mająteczek Zacisze -około 250 morgów i do Sidorowa przylegający.
 Jozef Kalasanty miał dwoje dzieci syna Adama, ojca Kornela i córkę Ludwikę za Dzierzkowskim.


Ludwika Dzierzkowska, siostra Adama Paygerta

 

Adam Dzierzkowski z Chilczyc


 Obojgu dał staranne wychowanie, synowi nie żałował na podróże, a córkę kształcił we Lwowie. Po zamążpójściu dał jej Hilczyce pod Złoczowem.
 Wcześniej jeszcze prosił swoja bratową Julię, aby Ludwiką zaopiekowała się biorąc ją na bale razem ze swymi córkami. Obie, Emilia i Zofia były prześliczne, Ludwika zaledwie przystojna, toteż ciotka tak ja prezentowała:  „Oto moje córki, a to przyczepek”. O ironio losu ta przyczepka, gdy Wybranowscy stracili cały majątek, często gościła i ratowała ich u siebie w Hilczycach
  Adam ożenił się z Heleną Rozwadowską.  


Adam Paygert,ojciec Kornela


  Miał z nią czworo dzieci: Jana, Teklę, Władysława i Kornela, którego trzymał do chrztu Kornel Ujejski. Umierając na raka w Franzesbadzie [21 VII 1872]  wyznaczył go Adam na opiekuna całej osieroconej rodziny.  Z Ujejskim łączyły go więzy przyjaźni, sam zresztą był poetą i zasłynął jako tłumacz dzieł Szekspira. Podczas długiej choroby Ojca mały 5-letni Władysław i o rok młodszy Kornel przebywali u ciotki w Hilczycach.
  Drugim opiekunem małoletnich był Edward Rozwadowski z Turówki, stryj Heleny. Helena żyła z mężem 9 lat. Po jego  śmierci wyszła zamąż za Stanisława Paygerta syna Antoniego o którym była wyżej mowa. Sąsiedzi ganili ten krok, bo o ile Adam był szanowany, to Stanisław nie cieszył się ich sympatią. Ona jednak spodziewała się, że pomoże jej w wychowaniu dzieci, gdy interesami zajął się Edward Rozwadowski. Spotkał ją jednak zawód, gdy bowiem mieli ze sobą synka Stasia a ten zmarł na szkarlatynę w 7 roku życia, Stanisław zgorzkniał, mało kiedy zaglądał do Lwowa, gdzie mieszkała żona z dziećmi [pasierbami]. Nie interesował się ich wychowaniem, osiadł w Sidorowie i tam życie zakończył.
 Edward Rozwadowski wydzierżawił Sidorów najprzód Wachowiczowi z Zielonej, potym Wekslerowi.
  We Lwowie wydała matka [Helena Paygertowa] córkę swą Teklę


Tekla Kuczyńska, siostra Kornela


 za Franciszka Kuczyńskiego.  Niedługo z nim żyła, bo wkrótce na suchoty umarła. Wywieziono ją do Szmeksu [dzisiaj Słowacja], ale tam pogorszyło się jej, chciała koniecznie wracać do kraju, ale do domu już nie dojechała. Umarła w hotelu w Krakowie zostawiając małego synka, Adasia. Jej matka zajęła się jego wychowaniem, ale wtedy już była słabą, a chłopak był krnąbrny. Oddano go do zakładu OO. Jezuitów w Chyrowie. Stamtąd zresztą za różne sprawki został wydalony, a ojciec jego wciąż interesami zajęty, popadł w długi i życie sobie odebrał. Adaś stoczył się na dno nędzy. Ożenił się z jakąś prostytutką, a tak dał się we znaki rodzinie że ta umyśliła wysłać go do Ameryki. Tak się też stało. Pojechali oboje. Jednak leniwy, do żadnej pracy nieskory, nic znaleźć dla siebie nie mógł. U stryja Jana zostawił trochę klejnocików po matce, a Jan je dla siebie spieniężył, teraz bez porozumienia z nami, posłał mu pieniądze na drogę powrotną, do Lwowa. Wrócił chory na suchoty. Stryjenka Janowa zaopiekowała się nim i umieściła u swoich krewnych Truskolaskich, i tam zaopatrzony św. sakramentami, życia dokonał.
  Jan, najstarszy z synów, ożeniony z Leontyną Truskolaską rzucił się na spekulację majątkami. Sprzedawszy Kornelowi Sidorów, kupił Bortków, Streptów, Baniunin, Zubowe Mosty, Jamnę. Stryj Edward przestrzegał go kilkakrotnie, że ziemią frymarczyć się nie godzi. Nic nie pomagało. W rodzinnym majątku żony wystawił dom paradny i grobowiec rodzinny, a tak już było z nim krucho, że często robocizny folwarcznej nie miał czym zapłacić. Wciągnąwszy Kuczyńskiego do kupna  Brostka przyczynił się niemało do jego samobójstwa  Na życie potrzebowali wiele. Chciał on i brata swego, Kornela, kilkakrotnie naciągać, ale on straciwszy raz 12.000 koron, więcej już za niego weksli podpisywać nie chciał. W tym dużą zasługę miał jego teść, a mój Ojciec, który kilkakrotnie przestrzegał go, aby z bratem w żadne interesa nie wdawał się.
  Kornel  przy Sidorowie utrzymywał się. Spłacił siostrę Teklę i brata Władysława, który do gospodarstwa ochoty nie miał, natomiast wielkie zamiłowanie do rysunków i malarstwa. Dla studiów nad morzem wyjechał do Bretanii, gdzie zamieszkał u jakiegoś rybaka. Władysław łatwy i  miły w obejściu, zaprzyjaźnił się wkrótce z synami admirała Behei, którzy namówili go na wycieczkę małym jachtem do Nantes gdzie mieli spotkać się z matką. Była to niedziela. Rybak u którego mieszkał Władysław przestrzegał go mówiąc, że jest niesamowita cisza na morzu, znak niechybnie zbliżającej się burzy. Mimo to pojechali.


Władysław Paygert, brat Kornela


 W Sidorowie matka Helena  oczekiwała go z niecierpliwością, miał bowiem wrócić na jej imieniny 18 sierpnia. Gdy termin ten upłynął, matka zatelegrafowała do tego rybaka z zapytaniem co się z synem stało. Na to przyszła dziwna odpowiedź: ”Je m`etonne que vous n`ayez pas recu de ses nouvelles par l`Ambassade d`Autriche.” [Dziwię się, że pani nie dostała wiadomości od ambasady austriackiej]. Jak to sobie tłumaczyć? Otóż wszyscy trzej, Władysław i dwaj synowie admirała utonęli. Pasy ratunkowe nic nie pomogły. Ciało Władysława wyłowili rybacy już w stanie całkowitego rozkładu i zawieźli do wioski Le Pouldu a mer tamtejszy hr. de Beaumont kazał je na tamtejszym wiejskim cmentarzyku pochować.
 Znalazł  przy nim listy do rodziny adresowane do Lwowa, zegarek i dwa napoleonodory [w obiegu do I wojny - 1 napoleondor zawierał 6,45161 g złota]. Zauważył więc, że był poddanym austryjackim i do ambasady skierował wszystkie wiadomości. Wyjechali zaraz po ciało Jan Paygert i Franciszek Kuczyński - mer oddał im wszystkie rzeczy znalezione przy nieboszczyku.
 Matka z wnuczkiem półtorarocznym [małym Kaluniem] znajdowała się w sadzie, gdy przyjechali obaj z tą żałobną wieścią. Mnie wypadło jej udzielić. Zaczęłam od tego że wiadomości są, ale jest chory. Wtedy biedaczka zerwała się: „co, chory? Muszę natychmiast jechać do niego” więc wyrzekłam ostatnie słowo: „umarł” Nie zapomnę nigdy jej bolesnego krzyku.
  Z ciałem w osobno zaplombowanym wagonie wyruszył przedsiębiorca pogrzebowy p. Spaak.  Zawód jego polegał na tym ,że rozwoził nieboszczyków po różnych częściach świata. Spieszył się, bo jakąś infantkę hiszpańską miał przywieść z Ameryki do Hiszpanii.
 Pogrzeb Władysława Paygerta odbył się w Sidorowie 5 września 1893 r. przy bardzo licznym zjeździe rodzinnym. Biedna matka była nieutulona w żalu, bardzo go kochała.


Władysław Paygert namalowany przez T. Axentowicza


  W kilka tygodni potem przyszła na świat moja starsza córka Amelia.

                                                                                                     Rozdział  II
 W 6 tygodni po ślubie wypadło nam gościć biskupa Puzynę. Wielki to był kłopot dla tak niewprawnej jeszcze gospodyni, w dodatku dzień jego  przyjazdu wypadł w piątek, nie było już czasu o jakichś  rybach pomyśleć. Jakoś ten obiad skleciliśmy. Kucharzowi Kozakiewiczowi przykazałam, aby półmiski były ładnie podane. I cóż się pokazało: po zupie wnoszą ptysie, wśród nich czerwona piwonia!!! Drugim takim incydentem był wybryk Patryka, chłopca kredensowego, który dostawał „lanie” na gazonie od mego męża, a tu biskup już w bramie.
  W lipcu wyjechaliśmy na trzy tygodnie do Karlsbadu z moim mężem dla mojej kuracji. Sezon był w pełni. Już od 5-tej rano snuli się kuracjusze dążąc do źródeł. Piłam Muhlbrunne, zaraz po wypiciu pierwszego kubka, trzeba było stawać w ogonku do drugiego. Trwało to dobre pół godziny, tak długim był ogon. Prawdziwie ciężko chorych widziało się przy Sprudlu, gorącym źródle umieszczonym w ogromnym hallu o szklanym suficie. Japończycy, Amerykanie, Duńczycy, ludzie różnych narodowości. Był nawet jakiś maharadża – indyjski biedak, na wózku. Mój mąż, w Berlinie widywał i znał wielu cudzoziemców, na wykładach miał nawet kolegów Japończyków, a mieszkając na pensji u pani Punt - Norwegów i Anglików, ale ja pierwszy raz ujrzałam taką wieżę Babel i przyglądałam się z ciekawością.
  W rok później urodził się nasz syn, a że przyszedł na świat 4 lipca, że dziad miał imię Józefa Kalasantego, że był to dzień jego patrona, więc to imię otrzymał syn nasz. Do chrztu św. trzymali go w pierwszej parze: stryj Edward Rozwadowski, były opiekun Kornela i moja Matka, a drugiej najbliżsi sąsiedzi: Strawiński z Szydłowiec z Marietą Korytkową ze Suchegodołu.
 Wszystkie troje dzieci wykarmiłam sama. Milusia przyszła na świat w przeszło rok po Kalusiu, 9 października 1893 r.. Do chrztu św. trzymali ją Władysław Bogucki z Czarnokoniec i Wybranowska.
 Maryneczka urodziła się w dwa lata później. Chrzciny odbyły się w kościele, tak jak i Kalusia, tylko Amelki w domu, bo była już chłodna jesień. Maryneczki chrzestnymi rodzicami byli: Kazimierz Horodyski z Żabiniec  i bratowa nasza Leontyna Paygertowa [żona Jana Paygerta]. Zaledwo wróciliśmy z kościoła przyjechali Adamowie Gołuchowscy z Husiatyna ze swoim stryjem z Guksztynka- zostali na obiedzie.


Stoją: bona i ks. proboszcz, od lewej: mała Amelka, Emilia z Maryneczką na kolanach, mały Kalunio i Kornel na tarasie w Sidorowie

  Rozpoczęło się pracowite życie przeplatane sąsiedzkimi rozrywkami: a to imieniny Natalii Horodyskiej 28 lipca w Żabińcach, Muszki Boguckiej 15 sierpnia w Czarnokońcach, „żywe obrazy” urządzaliśmy w Kolędzianach. Leon, Franciszek i Ludwik byli jeszcze kawalerami. W Tłusteńkiem gospodarował Kozicki. Braci Cieńskich było kilku, więc i tańce.
 W pierwszym roku po ślubie obchodziliśmy moje imieniny 11 października w Sidorowie. Podejmowaliśmy około  40 osób z bliższego i dalszego sąsiedztwa. Palił się ogień na kominku i lampę wiszącą z różowym abażurem kazaliśmy zapalić. Żydkowie z Husiatyna zagrali od ucha do ucha. Na tych imieninach był jeszcze Władysław Paygert [brat Kornela]. Bawił wtedy u nas kilkanaście dni. Widzieliśmy go wtedy po raz ostatni.
  Najbliższym sąsiedztwem były Kociubińczyki, gdzie mieszkali Potoccy, ona Korytkówna z domu, córka starego Korytki z Suchodołu. Później sprzedali Boguckim Kociubińczyki, a przenieśli się do Rokomyszy [dzisiejsza nazwa: Rukomysz] pod Buczaczem. Potem Strawińscy z Szydłowiec.
 Po śmierci stryja Mieczysława Paygerta z Zacisza ,ten folwark kupił Zdzisław Ujejski ojciec mego szwagra Stanisława,


Stanisłąw Ujejski


 który tam później mieszkał z moją siostrą [Stefania, najmłodsza z sióstr  Bochdanówien].


Stefania z Bochdanów i Stanisław Ujejscy



  Wtedy jednak Zdzisław zamieszkał tam ze swymi dwiema córkami Minią, która prowadziła mu dom, i Leosią .Wydał ją za Horodyńskiego. Mieli dwoje dzieci: Zdzisława i Helenę, a że matka wcześnie zmarła, oboje chowali się przy dziadku.
 Wymienię jeszcze dom Andrzejów Horodyskich w Kociubińcach, gdzie na św. Andrzeja zjeżdżaliśmy się ciesząc się na pasztet z wróbli i gorące kasztany, wielki specjał.
 W Horodnicy mieszkali Horodyscy, ona Olga, Ujejska z domu, na ich ślubie w  Strzeliskach byłam jako panna drużką a zdrowie Młodych wznosił Kornel Ujejski [znany już wówczas poeta]. Wielkie poruszenie: Kornel Ujejski będzie mówić! Zaczął: „Podobnie jak każda rzeka ma swoje przypływy, a żadne żary nie są w stanie morza wysuszyć..” Tylko ten wstęp zapamiętałam, a co się potem morzem i żarem stało - nie wiem.
 Ani się domyślałam wtedy, że będzie z Edwardem Rozwadowskim współopiekunem rodziny Paygertów, że trzymał do chrztu mego męża.
 Gdy Zdzisław Ujejski ożeniwszy syna z moją siostrą Stefanią przenieśli się do Wygnanki pod Czortkowem, odwiedzając go zastaliśmy Kornela [Ujejskiego]. Zamieszkał w Wygnance, bo jakoś  z synami Romanem i Kordjanem nie mógł się pogodzić, a gospodarstwo w Zubrzy pod Lwowem męczyło go nie dając dochodu. Nie mogę powiedzieć, aby był to sympatyczny starzec. Fantasta i humorzysta!  Pamiętam raz, po kolacji poproszono mię abym coś zagrała - nie jadł z nami, był jakoś nie w humorze, ale gdy usłyszał Mazurka Szopena wpadł jak bomba, w piżamie, do pokoju „Nie tak”- i potem musiałam grać a grać: po mazurkach Rapsodje Liszta, po Rapsodji  sonatę” Clair de la lune” [Księżycowa] Beethovena, aż się zmęczyłam.
 Wówczas cieszył się wielkim powodzeniem „sekretarz”: pisało się na kartkach rymy, mieszało kartki w koszyku, a kto jaką kartkę ułożył musiał do niej treść dorobić. Dla poety wybrałyśmy takie: Ewa, plewa, Adam , jadam. Napisał : „Dziś na obiad będzie plewa, rzecze do Adama Ewa, na co fuknął z gniewem Adam: jam nie świnia, plew nie jadam”. Wiele jego wierszyków powstało na tych zebraniach. Żałuję, żem jakiego nie przechowała.
 Do sąsiadów liczyli się jeszcze Kazimierzowie Cieńscy z Uwisły. Tam znów feta na 8 września. Ona była siostrą Kazimierza Horodyskiego z Żabiniec. Mieli dwie córki: jedną za Gniewoszem, młodszą za Lipskim i syna Włodzimierza.
 Korytko z Suchodołu, tzw. Parmieju co było skrótem „Panie dobrodzieju” był może ostatnim, wygasającym typem „bałagułów” Nie opuścił żadnego sąsiedzkiego zebrania.  Na migdałowe inex primable [niewymawialne  - żartobliwie kalesony] naciągał frak, biały halsztuk dopełniał toalety. Z wieku i urzędu on wznosił na imieninach zdrowie pana, lub pani domu a naszpikowane to było  „parwiejami”, co parę słów, ale nikt się już z tego nie śmiał, tolerowano staruszka.
 Nie znałam go jeszcze i nikt mi o nim nie mówił, gdy w parę dni po moim ślubie zajechał jakąś najtyczankę [?]. Widząc tę pocieszną figurę nie wiem co zrobić. Czy prosić go do salonu, czy do kancelarii? Może to jakiś interes do mego męża? Ale on wali od razu do salonu: „Parwieju z tego, przyjechałem panią przestrzec iż Kornela widziałem dziś w Husiatynie z jakąś Marysią. Ho, ho parwieju, męża trzeba krótko trzymać” Istotnie dnia tego prosiłam męża, aby zabrać do doktora dziewczynę kuchenną, która boleśnie spiekła nogę.
 Korytko, ze swoim wnukiem Mieczysławem Potockim był w stałej wojnie. I tak dziad pisze do wnuka: „Panie poruczniku, oddaj mi pan buty, które ukradłeś”. Wnuk odpisuje: „Wypraszam sobie molestowanie mię rzeczami dającymi dowód tak podle myślącego indywiduum. Kto z panem obcuje, ten jest filozofem. Mit mir, mussen sie Imre Knochen zahlen [pyskówka - chodzi chyba o groźbę obicia czyli porachowania kości ?]. A co do pańskich butów, lepsze na śmietniku w Husiatynie znaleźć można”. Nie wiem kto zrobił kopię tego listu, dość, że po sąsiedztwie długo krążył wywołując rozmaite komentarze.
 Z domem Boguckich w Czarnokońcach łączyło nas pokrewieństwo: Tomasz Małecki, właściciel Kluwiniec był rodzonym bratem Tekli i Julji Paygertowych, jednej za Kalasantym, drugiej za Antonim, a on ożeniony był z Mochnacką. Córka ich wyszła za Boguckiego i mieli syna Władysława, ożenionego z Marją Wolańską córką Matyldy z Dobków Erazmowej Wolańskiej. Zamożni byli bardzo, w posiadaniu około 20 000 morgów ziemi. Majątek ten powiększył się jeszcze spadkiem po Mikołaju Wolańskim, który choć silnie kwestionowany przez Annę Wolańską z domu Dzieduszycką, został się jednak przy Boguckich. Byli zawsze dla nas bardzo serdeczni. Na początek naszego gospodarowania ofiarowali nam śliczną, czerwoną jałówkę. Od nich tez zaczęliśmy składanie naszych wizyt w sąsiedztwie. Do dziś nie wiem z jakiego powodu, ale nie bywali u nich wszyscy Horodyscy, choć ich było tylu. Podobno powodem były jakieś plotki, ale obie strony milczały o tym dyskretnie, a my nie dopytywaliśmy się i bywaliśmy i tu i tam.
  Objąwszy gospodarstwo trzeba było pomyśleć o postawieniu paru budynków, te bowiem które zastaliśmy, były nie tylko w złym stanie ale i niedostateczne. Najpierw mój mąż wybudował szopę na groch, potem jedną stajnię, dobudówkę do drugiej, wreszcie, choć już to nie należało do budynków folwarcznych, wspaniały mur wzdłuż sadu ze strony gościńca [jest to jedyna pozostała w miarę dobrym stanie budowla dworska w dzisiejszym Sidorowie – roku 2013]. Zanadto jednak wielkie skupienie budynków okazało się fatalnym, bo podczas pożaru spaliły się jak zapałki, ocalała tylko owa szopa. A pożar wybuchł już po objęciu gospodarstwa przez mego syna [Kalunia]. Ocalał dwór, oficyna i stajnia cugowa- od pożaru dalej położone.
  I ja montowałam swoje gospodarstwo. Mąż mój kazał mi sporządzić wózek na jednego konia z daszkiem i napisem: „Mleko z  Sidorowa”, a na nim, w bańkach 2-3 litrowych odstawiałam mleko wedle zamówienia i jarzyny. Udój wieczorny i ranny przepuszczano przez chłodnik i szedł do miasta, a południowy zostawał u nas dla domu. Był aż nadto wystarczający, masło składałam na zimę ustawiając w lodowni, tak jak to Mama w Zadwórzu robiła, a ser sprzedawało się podczas żniw dobrze, po 10 centów za litr.
  Zabrałam się także energicznie za hodowlę drobiu. Mąż mój naprzeciw oficyny wystawił budyneczek, gdzie po prawej stronie była paczkarnia z wmurowanym kotłem i maglem, a drugiej strony korytarza trzy jasne kurniki, ostatni przeznaczony na kwoki. Póki trzymałam tzw. klucznicę  nigdy drobiu dochować się nie mogłam. Dopiero jak przyjęłam kobiecinę ze wsi Marysię Olejnik poszło mi lepiej. Miewałam po 300 kaczek dla których gotowały się kartofle w kotle na końcu korytarza w oficynie. Było kilkadziesiąt indyków, pantarek, a kur? Ile? Tego nie pamiętam. Babina miała dużo roboty, ale i do niczego innego jej nie używałam. Drób odstawiałam do Zakopanego  do Stamary [?] pani Kronhelmowej i do sanatorium Dłuskiego. Było z tym jednak dosyć roboty, a gdy przesyłki regularnie odchodzić musiały, do skubania donajmowałam dziewczęta ze wsi. Szyje kaczek musiały być srebrnym papierem obwiązane, a do kuperka wkładało się bukiecik z zieleniną.
 Na Wielkanoc miałam odesłać 13 indyków do sanatorium , a że za ciepło było, wysłałam je w kojcu gdzie było dosyć pośladu. Mąż mój żartował ,że to fatalna liczba, istotnie – nadszedł telegram: „Indyki mają dyfterię, zostawiamy do dyspozycji”. Mąż poradził mi: „Opuść  z ceny, bo lepszy rydz niż nic.” I to pomogło.
 Drugim moim źródłem dochodu był sad. Z początku były i świnki, ale gdy mój mąż chciał ich chów rozszerzyć i wybudował dla nich chlewnię - wysunęły się z mojej kompetencji.
 Sady z początku wydzierżawiliśmy, ale później gdy założywszy sad trzeci w tzw. dębinie, tamte otoczywszy staranną opieką, coraz ładniejsze zaczynaliśmy mieć owoce - spróbowałam je trzymać sama przy pomocy 5 stróżów. W sadzie dużym za oranżerią była buda drewniana dachem kryta, obok suszarnia. Małe, pokurczone jabłka krajał stróż i suszył na blachach nad paleniskiem. Miałam po kilka worków takiego suszu, który kupowano w adwencie. Z pozostałych jabłek robiłam dwie sorty: najlepsze, bez plamek, szły na export, resztę rozsprzedawałam po wsiach okolicznych mieniając na jaja, a nawet zboże. Niejaki Michał Żaruk ten owoc rozwoził i zawsze sprzedawał, ile z ceny uzyskanej zatrzymał dla siebie, w to nie wchodzę, ale i ja miałam niezły dochód. Ciekawy był to typ, ze skośnymi oczyma, jak u Tatara, bo też z odległej już okupacji tureckiej takie typy było można znaleźć. Obrotny, kuty na 4 nogi, a w niedziele z pobożna miną kroczył  z tacą po kościele.
 Później , gdy córki już były starsze i przyjeżdżały na wakacje z Jazłowca [szkoła średnia dla dziewcząt prowadzona przez SS. Niepokalanki od polowy 60 lat  XIX wieku], Amelka ważyła towar i prowadziła rachunki z Żarukiem. Obliczałam, że sprzedaż jabłek letnich i jesiennych pokrywała mi koszt stróżów i beczek do transportu zimowych jabłek. Raz korzystając z ładnego urodzaju wysłałam półtora wagona do Obst-Verain i do Wiednia. Zarobiłam wtedy 5000 koron. Wpierw trzeba było wysłać próbki, a wiec w koszykach 5 kilowych każde jabłko było zawinięte w cienką bibułkę i zaopatrzone nazwą gatunku- było do transportu gotowe, a więc Złota parmena, Landsberger reneta, reneta szara itd. Jeszcze zostawał jeden gatunek dużych, białych jabłek. Nazwaliśmy go „Kant-apfel”. Jeden koszyk został wysłany do Wiednia, drugi do Berlina. Stamtąd nadeszła taka odpowiedź:” Ihr sogenanter Kant - Apfel ist ein gewohnlicher Strudelapfel, und wir bedauern dass er so einen Schonen namen fuhrt” [Twój  tak zwany Kant-Apfel to zwykła strucla z jabłkami, my żałujemy, że ona ma  tylko tak piękną nazwę ???]. Jabłka wziął Wiedeń.
  Gdy mówię o gospodarstwie wspomnę,  i o ludziach z którymi je prowadziłam, o których pieczę mieć byłam powinna. Personel mój składał się z : 4 dziewcząt do krów, jednej podkuchennej, kuchcika, chłopaka do kredensu, dwóch ogrodniczków. Dziewczęta poza praniem i dojeniem pracowały w ogrodzie. Od połowy października do  marca, gdy zbiory były już pokończone, zaczynał się sezon przędzenia konopi, z których wyrabiało się worowinę na worki. A potrzeba było ich dużo, dużo przy odstawach pszenicy czy grochu, tak wiec konopi siałam dużo. W czeladnej izbie na ławie zasiadały prządki, a drugiej strony stołu chłopcy wybierali groch. Gdy grochu nie stało kazałam im prząść - bunt!! Co znów takiego! Na całym świecie chłopcy przędą, a w Sidorowie nie umieją! Otóż pokazało się, że doskonale przędą.
 Od 6 tej do 8 mej przychodziła siostra Służebniczka ażeby im coś przeczytać czy opowiedzieć. Zasiadałam i ja, uczyłyśmy się historii polskiej, katechizmu, trochę geografii, a na zakończenie, to już konieczne, jakąś powiastkę trzeba było opowiedzieć. Te wymyślałam stosownie do błędów jakie w moim personelu zauważyłam. Był to więc obroczek duchowy, ale w lekkiej formie podany, aby nikogo obrazić nie mógł. Mój Boże, jak mogłam i umiałam, a zawsze na chwałę Bożą te czytania prowadziłam zdając sobie sprawę, że jeśli im drogę do Boga ułatwię, to i obowiązki swoje lepiej spełniać będą.
  W niedzielę po nieszporach schodziłam się z kobietami ze wsi, przychodzili i chłopi dla ochronki. Czasem Siostry jakieś przedstawienie urządziły z dziećmi lub starszymi, czasem występowała latarnia czarnoksięska, ku wielkiej uciesze zebranych. Ze „Szkoły Ludowej” sprowadzałam książki do czytania, które rozdawały Służebniczki, wiele jednak przepadło, a gdy  nie chcieli złożyć się na następną przesyłkę- zaniechałam tego.
 Zaczęłam z innej beczki: sprowadziłam z Wiednia parę kg różnokolorowej włóczki, był to Ausschusswaare [towar wybrakowany], trochę spełznięta, ale znacznie tańsza. Z włóczki tej dzieci robiły na drutach szaliki na szyję, nauczyły się także wyrobu guzików. Kółka i nici sprowadzałam ze Lwowa. Guziki te wyprane i naszyte na niebieskie tekturki kupował sklep Endersa we Lwowie. Dzieci były uszczęśliwione, że mogą coś zarobić.
 Dbałam także o to, aby służba miała dobre pożywienie, dwa razy w tygodniu dostawali mięso, dziewczęta spały na łóżkach, każda miała siennik, koc i poduszkę z kurzego pierza. Na stoliku miednica i dzbanek na wodę. Sąsiadki moje skarżyły się czasem, że nie mogą dostać służby folwarcznej. Ja nie mogłam nigdy na to narzekać, jeżeli którąś z dziewczyn trzeba było, bądź dla notorycznego złego prowadzenia się, lub innej przyczyny, miałam zawsze po kilka kandydatek na jej miejsce, może i dobry wikt przyciągał je.
Pragnęłam aby stosunek dworu do wsi oprzeć na zdrowych zasadach, aby ten dwór nie był tylko stroną dającą darmo, ale wspólnymi siłami pracował, handlował i dobrobyt swój podnosił. Pod tym względem nie udało mi się ich podejrzliwości przełamać. Gdy namawiałam ich do wysyłki drobiu lub masła, mając już zbyt zapewniony dla własnych artykułów, odpowiadały mi kobiety-gospodynie: „Ej nie, my czekać nie chcemy na pieniądze, weźcie nasze kury i zapłaćcie nam tyle ile Żydzi w Husiatynie płacą”  Wyglądało to tak: „o, pany szczoś w tym majut”. Więc mi ręce opadły. Szaliki wyrabiane przez dzieci w ochronce podzieliłam w ten sposób: te, które nad nimi pracowały, otrzymały je z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Drugą część złożyłam w ochronce, około 30, z tem, że są na sprzedaż, po minimalnej cenie. Z uzyskanej gotówki chciałam znów włóczkę sprowadzić, dając zatrudnienie dzieciom i pewien zarobek .Jakież było moje zdziwienie, gdy podczas sumy w kościele ujrzałam gospodarzy z szalikami na szyjach. Poodbierali je własnym dzieciom! A z szalików złożonych w ochronce ani jeden nie został sprzedany.
 Działalność moja na tym polu została zredukowana do zera.
  Zresztą gospodarstwo zwiększało się znacznie i przysparzało roboty, ale co mię najbardziej dotknęło w tym czasie to choroba oczu moich dzieci: trachoma. Nie wiedziałam nic o tej chorobie. Zauważywszy oczy ropiejące u piastunki pojechałam z nią do Husiatyna. Tam doktór powiedział mi, że to jaglica, choroba bardzo zaraźliwa; niestety dziecięta były już zakażone. Wówczas przyszli mi pomocą moi zacni Rodzice. Dzieci zabrali do Lwowa i tam pod opieką mojej siostry Olesi pozostawały pół roku. Leczył je prof. dr Machek. Nie chcąc Rodziców moich ich dalszym pobytem obciążać, gdy już znacznie były podleczone, pojechałam po nie. Machek nauczył mię odwracać powieki i przeciągnąć je szybko sinym kamieniem. Więc sama w Sidorowie prowadziłam dalszą kurację. Były to dla mnie bardzo bolesne chwile. Biedactwa płakały, krzyczały, przebierały nóżkami, więc słodziłam im jak mogłam tę straszną kurację figami i czekoladą.

Kalunio i Amelka Paygertowie jako dzieci


Rozdział  III


  Drugim nieszczęściem , które mię w  parę lat później spotkał, to była śmierć mojej siostry Wikci w 1903 r. Przyjechała z dziećmi swymi na wakacje. Synek jej Staś przywiózł kur [odrę] z Chyrowa, pochorowały się wszystkie dzieci. Wikcia  doglądała je jeszcze zdrową będąc. W tym czasie mój mąż przebywający jako poseł na kadencji sejmowej we Lwowie, zatelegrafował po mnie, miał mieć pierwszą mowę w sejmie. Dzieci miały się już prawie dobrze, w gospodarstwie wszystko szło normalnie - pojechałam. Wikcia odbierając klucze obiecała mi trochę konfitur posmażyć,  tylko klucza od piwnicy z winem przyjąć nie chciała. Po paru dniach pobytu we Lwowie otrzymałam od Stefci Ujejskiej telegram: „Wracaj natychmiast, Wikcia ciężko chora”. Wysiadłszy na stacji w Husiatynie o 9-tej wieczór, pytam furmana, jak się ma pani Olszewska?- „A no zwarjowała”. W domu zastałam oboje Ujejskich przy jej łóżku. Była nieprzytomna. Kur uderzył jej na mózg. W koszuli wybiegła do ogrodu, ledwo nasz ekonom zdołał ją do domu odprowadzić, zaraz dał znać Ujejskim,


Stefania Ujejska


 którzy potem codziennie przyjeżdżali w pielęgnowaniu chorej. Tylko czasami była przytomna. Podczas jednej z takich chwil, spytałam czy nie zechce się wyspowiadać  - „Owszem, ale prędko, bo znów stracę przytomność”. Mówił mi potem proboszcz, że całkiem przytomnie się spowiadała. Raz powiedziała mi: „Nie chciałam wziąć klucza od piwnicy z winem, a oto jakaś półka tam spadła i musieliśmy ją otworzyć. Stłukło się 11 flaszek wina, a ja zachorowałam 11”. Innym razem dałam jej krzyżyk, zaczęła oczy mrużyć: „Jak błyszczy ten krzyżyk, jakie arabskie wonie roztacza, żadne perfumy nie dadzą się z nim porównać”.
 Umarła 11 sierpnia, a 13 był jej pogrzeb.


Grób Wiktorii Olszewskie w Sidorowie


 Matka moja przyjechała tuż przed jej śmiercią. Wikcia błagała nas, aby się dziećmi zaopiekować. Sprowadzony ze Lwowa dr. Ziembicki nie dawał żadnej nadziei. Przy sobie kazał ją zawinąć w zimne prześcieradła. Powiedziała wtedy: „dość tej męki, zastrzelcie mię”. Dr. Ziembicki powiedział nam ,że to zapalenie mózgu, straszna choroba. Dzieci zabrał ich ojciec. Zosia miała już wyrobione bezpłatne miejsce w Niżniowie [internat i szkoła podstawowa prowadzona przez Siostry Niepokalanki leżąca pomiędzy Stanisławowem a Buczaczem. Zosia potem wstąpiła do Niepokalanek przyjąwszy imię Stella], Jaś w Chyrowie [zakład szkolno –wychowawczy prowadzony przez OO. Jezuitów niedaleko Sambora], najmłodszą Jadwisię [Isię] Rodzice zabrali do siebie i przy nich wychowywała się. Na wakacje brałam ją do Sidorowa.


Isia Olszewska z Emilią oraz Amelką w Sidorowie

 

                                                                                                              Rozdział  IV

  Sąsiad nasz hr. Gołuchowski wyrobił miejsce memu mężowi w Banku Hipotecznym. Został dyrektorem filii w Tarnopolu. Urzędowanie rozpoczął zaraz. Zasiewy zrobiłam sama z ekonomem. A potem trzeba się było  zająć pakowaniem mebli, ogromnej biblioteki.



Emilia i Maryneczka w Sidorowie

Serce mi się krajało, bo żal było rzucać to wszystko. A jednak niezbadane są wyroki Boże. Któż wtedy mógł przeczuwać, że później w 1914 wybuchnie wojna, że Sidorów znajdzie się na linji frontu, że dwór zniszczonym zostanie.
 Gdy przyjechaliśmy tam z 9 armią generała Linsingena zastaliśmy konie w pokoju jadalnym, a w salonie kuchnię polową żołnierzy. Oficerowie ulokowali się na wsi, ale i  we dworze, w budynkach pełno ich było. Ukryte w lasku armaty ziały ogniem na przeciwległy brzeg Zbrucza. Meble nasze, obrazy, pościel wziął do siebie proboszcz Bessarabowicz. Obrazy schowane były w kościele.


Kościół w Sidorowie


 My dojeżdżaliśmy co dzień z Żabiniec, aby zabrać tę resztę ocalonych rzeczy. Niemcy obiecywali, że nam wagonu użyczą. Gdy tak raz pakujemy coś z wikarym Dworzańskim w kościele, granat wybuchł kilkadziesiąt kroków od nas i zabił kobietę.
  Wyjaśnić muszę, że chociaż le gros[większość] naszych rzeczy mieliśmy już w Tarnopolu, zostawiłam jednak w Sidorowie tyle, aby przez wakacje nam wystarczały. Pościel, szafy i naczynie, meble zostawiłam te, które zapisała nam ciotka Dzierzkowska [siostra Adama Paygerta] oddając majątek Chilczyce . Zawsze liczyłam na to że wakacje będziemy spędzać z dziećmi w Sidorowie. Mylne to były rachuby. Przez 3 lata nic o Sidorowie[ podczas trwania I wojny  światowej] nie wiedzieliśmy i gdyby nie to, ze mój mąż miał posadę w Banku Hipotecznym w Tarnopolu, potem  6 lat  w Stanisławowie,  a na koniec 12 w Krakowie, to nie wiem z czego byśmy żyli.


Emilia z córkami


Emila z Kaluniem i Maryneczką


(Tu następuje wyjaśnienie Amelii Łączyńskiej: Odcięcie Sidorowa nastąpiło dopiero w 1914 r w czasie ofensywy Rosjan na Austrję, przedtym, przez 10 lat przyjeżdżaliśmy co lato na wakacje do Sidorowa i wtedy ożywiał się zamknięty na zimę dwór).


W Stanisławowie Maryneczka przebyła ciężki tyfus, jak się położyła na Boże Narodzenie, tak wstała na Wielkanoc.  
Pobytu naszego w tych miejscowościach opisywać nie będę. Dzieci były już duże i dobrze te czasy pamiętają.
 Ostatnie wakacje spędziłam z nimi przed wojną.  Zaznaczyły się tym, że Zygmunt Łaczyński zaczął się starać o Milusię, a dokończył w Krakowie i tam odbył się ich ślub w 1915 r.,


Zygmunt Łączyński mąż Amelii Paygertówny


Maryneczka wyszła zamąż również w Krakowie [za Jana Bobrzyńskiego, syna Michała, historyka] w 1917, a ślub Kalusiaodbył się we Lwowie, gdzie już wtedy mieszkaliśmy, z Józefą Trzecieską z Dynowa [córką Eleonory i Stefana] 10 września 1921 r. [Ich ślub miał miejsce w kościele Marii Magdaleny, a wesele odbyło się w kasynie oficerskim].


Józef Kalasanty Paygert, jako młody dziedzic Sidorowa


  Zawiadomienie o ślubie Józefa Kalasantego Paygerta i Józefy Trzecieskiej

Jemu to przypadło dźwigać Sidorów z ruin. Początek mieli bardzo ciężki: jakieś bandy ukraińskie włóczyły się i podpalały dwory. Tak było i w Sidorowie, wprawdzie sam dwór ocalał ale wiele budynków folwarcznych spłonęło. Ocalała tylko szopa, spichlerz, stajnia cugowa [stały tam konie wyjazdowe] i ta część stajni, która była dachówką kryta.
 Pomału zagospodarowali się. Z resztek ocalałych mebli, poklejonych, połatanych, ale schludnie i czysto wyglądających, urządzili wszystkie pokoje, prócz salonu- tak , że i gości przyjąć mogli i my tam oboje na wakacje przyjeżdżaliśmy.
 Gospodarstwo zaczęło już dawać ładne dochody [Józef Kalasanty był znakomitym rolnikiem i człowiekiem ogromnie rzetelnym w obowiązkach], gdy znów chmury zaciągnęły horyzont i w 1939 r. wybuchła druga, straszna wojna światowa. Syn mój został wywieziony [do więzienia w Związku Sowieckim, co opisał w książce „Dwa razy w niewoli” ] Żona [Józefa Trzecieskich] z dziećmi mieszkały  jeszcze do grudnia w Sidorowie, ale coraz bardziej ciężka stawała się atmosfera, a więc konieczność wyjazdu coraz pilniejsza[odsyłam do Wspomnień Małgorzaty z Paygertów Baranieckiej].

                                                                                               Rozdział  V

 Objąwszy pracę w Banku Hipotecznym, mój mąż zamierzał zatrzymać majątek we własnej administracji, mieliśmy dobrego ekonoma, zresztą i ja na dłużej dojeżdżać mogłam. Po objęciu  Chilczyc, które zapisała memu mężowi ciotka Ludwika Dzierzkowska, sprzedał je Eugeniuszowi Rozwadowskiemu, spłacił długi, postawił gorzelnię i młyn i dokupił 300 morgów pola od Żyda Duba, dzierżawcy Krzyweńkiego. Rola starannie uprawiana rodziła coraz lepiej, mieliśmy raz aż trzy wagony grochu. Zdawać y się mogło ,że w tych warunkach powinno się dalej gospodarować, jednak wobec tego co wojna z sobą przyniosła - dochód z banku okazał się nieocenionym dając nam możność utrzymania się, a niekiedy i pomocy drugim. Wszak przez lat trzy nie mieliśmy nawet wiadomości co się dzieje z naszym majątkiem, a gdy z armią Linsingena wybraliśmy się do Sidorowa, zastaliśmy już tam same ruiny, o czym wspominałam. Z wielką  wdzięcznością  wspominam naszych księży Bessarabowicza i Dworzańskiego. W ciągu tych lat dewastacji jeszcze proboszcz zdołał coś niecoś dla nas ze sprzedaży drzewa odłożyć, a gdy spotykał się z jakimś sprzeciwem, wtedy uderzał ręką w stół wołają: „Teraz ja tu Paygert”. Umarł w dwa dni po naszym przyjeździe na dyssynterję- Dona eis requiem aeternam Domine [Daj mu Panie wieczny odpoczynek].
 Majątek nasz miał wtedy w dzierżawie Mojżesz Schwarz, z początku nie chcieliśmy wydzierżawić Żydom, ale ci katolicy, którzy nam się trafiali, byli to po większej części ex oficjaliści, których nawet na kaucję nie było stać, więc pomyślawszy, że lepszy wróbel w garści niż kanarek na dachu- Sidorów wziął Schwarz w dzierżawę składając kaucję w wysokości 40.000 koron, a 30.000 koron uzyskaliśmy ze sprzedaży inwentarza. Wtedy trzeba było kupić jakąś realność, ale jakoś nie pomyślało się o tym , a szkoda. Na razie procent od tych sum i pensja w banku dawały nam piękny dochód, dopóki nie nastąpiła dewaluacja, a wówczas stopniał cały kapitał. Schwarza znaliśmy jako porządnego człowieka, ale za słaby był finansowo na tak wielki obszar. Wypełniał wprawdzie warunki dzierżawne, ale nie stać go było na nawozy sztuczne- ostatnią ratę przywiózł nam do Krakowa, tam umarł i pochowany został.
   Pewnego dnia siedząc przy biurku wieczorem posłyszałam głos Muszki Boguckiej, wierzyć nie chciałam własnym uszom, wiedząc że byli na Sybir wywiezieni oboje, a oto wrócili cali i zdrowi, dzięki staraniom zięcia, Fernanda Rispaldizy. Ileż mieli do opowiadania! Urządziliśmy z nimi dwa wieczory aby Krakowianom dać możność usłyszenia ciekawych relacji. Nie umieszczam ich tutaj, bo zajęłyby zbyt dużo miejsca, zeszyt się kończy i ja pośpieszam z tym co mi jeszcze do powiedzenia zostaje, w moim wieku to każdy dzień darowany.
 Bywanie w Krakowie z córkami nie należy bynajmniej do miłych dla mnie wspomnień. Szalony snobizm panował wszechwładnie, było wprawdzie kilka szlacheckich domów, ale za mało ich było aby stworzyć osobne koło. Wszystko pięło się, nadymało - tonąc w morzu bogatej magnaterii, która z góry na nie spoglądając, niegrzecznie ich nieraz traktowała. Jakże inne były stosunki we Lwowie, gdzie z Rodzicami bywaliśmy. Tam przeważał żywioł szlachecki, życie było szczersze, łatwiejsze, z domów Potockich i Dzieduszyckich nie płynęła żadna duma, nikt nikomu nie dokuczał i z bogactwem się nie wynosił.
 Przyjmując zaproszenia, trzeba było zrewanżować się. Wydaliśmy trzy obiady po 24 osób każdy, gotował kucharz z Resursy, a wina wywiezione z Sidorowa smakowały wszystkim. Później w czasie wojny dawaliśmy herbaty, nikt do kolacji nie mógł mieć pretensji, bo to wojna była ale występowały ciastka i kanapki, których przepis miałam ze Stanisławowa. Usługiwali obaj woźni we frakach: Kubisz i Dmytrowski, a gości miewaliśmy mnóstwo. Na jednym  z takich wieczorów czytał nam Karol Hubert Roztworowski „Kaligulę”.
Podaję nazwiska znajomych, z którymi łączyły nas towarzyskie stosunki: Przewłoccy, Mańkowscy z pod Odessy, (ona Włoszka, Orsetti z domu), Stanisławowie Tarnowscy (ona Branicka z Białocerkwi, u jej rodziców żył Kozak Wernyhora; sama mi to opowiadała), Krystyna Potocka z Pod Baranów, Wojciechowie Kossakowie, Moesowie z nad Nidy, Mikołajowie Reyowie z córką (późniejszą Jabłonowską), Goetowie z Okocimia, Włodkowie, Bobrzyńscy. U tych ostatnich odbywały się namiętne dyskusje o Piłsudzkim, który pod wrażeniem obietnic Petlury, był przekonany, że gdy tylko wejdzie wojsko polskie, powstanie Ukraina jak jeden mąż, a Bobrzyński przestrzegał, odradzał, szkoda, że go nie usłuchano.
 Ostatni karnawał przed wojną, w 1914 r. był po prostu szalony. Oprócz tańcujących wtorków Pod Baranami u pani Krystyny Potockiej wspaniały bal wydali Moesowie i Goetzowie w Okocimiu o dwie stacje od Krakowa. Odszedł osobny wagon z gośćmi, w wagonach poważny major-domus wręczał gościom numera pokoi, gdzie zastaną już swoje rzeczy. Istotnie, gdy po wypiciu herbaty panie poszły się przebrać w suknie balowe, zastały wszystko w największym porządku przygotowane.
  Ze starszymi panami, już nie tańczącymi, ale z którymi nader miła była rozmowa wymienię Karola Szajnochę, Stanisława i Henryka Tomkowicza, Lucjana Rydla, Huberta Roztworowskiego. Jacek Malczewski czasami ukazywał się, miałam go za towarzysza przy obiedzie w Resursie, gdzie mój mąż zapisał się jako członek. Naprzeciw siedziała Krystyna Potocka, którą prowadził Antoni Wodzicki. Półmiski zaczynały się od niej i ode mnie. Nie lada odznaczenie. Byliśmy homini novi [nowi ludzie], to dlatego. Potym zaczęły się tańce. Przy inszym kadrylu wysunęliśmy się po angielsku [czyli bez zwracania na siebie uwagi].
  Od czasu do czasu zjawiał się u nas komendant miasta Grimm, wielka figura. Nie wszystkie nasze panie, zwłaszcza te z zabranych prowincji [zapewne chodzi o zabór rosyjski, tzw. Królestwo], mówiły po niemiecku, wdzięczną byłam więc księżnej Pawłowej Sapieżynie (Windischgraetz z domu), że rozmawiała z nim.
 Wybrałam się raz do jego biura, aby na prośbę mojej kuzynki, Konopczyny z Mogilan, wstawić się u niego prosząc o protekcję dla jej 2 synów pozostałych w obozie jeńców w Marmaros Sziget [obóz jeniecki na Węgrzech]. Po dłuższym czekaniu wchodzę: Grimm siedzi przy biurku, nie raczył nawet wstać: „Was wunschen Sie” .[Czego sobie Pani życzy] To mnie rozgniewało, nie podając mu nawet ręki pytam: „Herr Komendant ist es denn so streng bei Ihnen dass die Damen nich einmal sitzen durfen.” [Pan komendant jest tak surowy dla kobiet , że przyjmuje je siedząc]. Dopiero wstał, zgarnął papiery z krzesła; „Aber bitte” [ależ proszę].
  Gdy wybuchła wojna wszystkie nasze znajome panny i mężatki zaczęły pracować po szpitalach i moje córki rwały się do tego. Mój mąż jednak zabronił , ale ponieważ chciały koniecznie coś działać dla ojczyzny wybrałyśmy pracę przy stolikach na dworcu. Gdy zatrzymywały się pociągi na dłużej lub krócej trzeba było podać do wagonów herbatę, bulion z kostek Maggi, papierosy. Biegały z dzbankiem i szklanką do wychylających się żołnierzy. Czasami trzeba było czekać i pół godziny na pociąg, a czasami co 5 minut przelatywał i nie można było nadążyć.

                                                                                                 Rozdział  IV

   Wracam do naszego pobytu w Sidorowie razem z armią Linsingena. Umyśliliśmy oboje, że trzeba wziąć trochę zapasów do Krakowa, bo kto wie co nas czeka. Wzięłam więc 6 korcy kartofli [korzec-  w przybliżeniu 98 kg], kilka skrzyń jabłek, szynkę w marynacie w cebrzyku i różne inne prowianty. Mąż mój pierwszy pojechał do Lwowa, aby odszkodowanie za zniszczenia wojenne dostać, a ja w dwa dni później przyjechałam z powodu opóźnienia odbioru mąki z młyna. W wagonie jechał nasz konwojent Jaśko Topolnicki. Lecz wpadliśmy akurat w burzę ukraińską, [walki o Lwów pomiędzy Polakami a Ukraińcami z udziałem młodzieży i dzieci, tzw. Orląt Lwowskich, 1918/19] wagon zatrzymano na Podzamczu i wyładować nie pozwolono. Nie mieliśmy nawet takiego zamiaru, bo wóz miał iść do Krakowa, ale już wszędzie było słychać strzały, podniecenie wielkie. Zamieszkaliśmy w hotelu Europejskim, gdzie już było dużo uciekinierów ze wschodu. Właściciel hotelu, Skowron, dobry patriota, robił co mógł, aby przyjść nam z pomocą. Powoli jednak wyczerpywały się prowianty, wkrótce już tylko kilka osób przyjmowano w kuchni ofiarując barszcz z kartoflami i jakieś konserwy. Ogłaszano wprawdzie rozejm parogodzinny walczących, ale często na targu nic nie było - tylko trochę kapusty i jarzyn można było kupić. A tu na Podzamczu stoi nasz wóz pełny. Mój mąż zaczął robić starania w komendzie ukraińskiej o wydanie nam z niego żywności i ofiarując biednym miasta, to co pozostanie. Wreszcie pozwolono nam zabrać jabłka i szynkę i trochę krup, reszta poszła wcale nie dla biednych, ale dla wojska ukraińskiego!!
 Zaczęły się wtedy dnie pełne grozy i nieszczęśliwych wypadków. Zginął Fruchtman, dyrektor Banku Hipotecznego, a tuż obok nas ordynans Mieczysława Potockiego, gdy stał przy oknie. Brat mój [Tadeusz Bochdan, najmłodszy z rodzeństwa, dziedzic Zadwórza] ciężko chory, po operacji przebywał wtedy w szpitalu Czerwonego Krzyża we Lwowie


Tadeusz Bochdan, syn Hipolita


. Zaraz po przyjeździe chciałam pójść do niego, ale ukraińskie patrole krążyły po mieście nie puszczając nikogo. Dopiero nazajutrz mogłam się wybrać - już nie żył [osierocił 6 dzieci]. Zwłoki miały być przetransponowane do krypty OO. Bernardynów, więc tam poszliśmy się pomodlić - a potem przez kilka dni trwała straszna strzelanina. Wywieźli go na taczkach na cmentarz Łyczakowski bez księdza, nikt z rodziny nie stanął nad trumną. Dopiero po ustaniu działań wojennych - żona [Anna Koziebrodzka]   sprowadziła ciało do Zadwórza [ekshumacja miała miejsce w 1933 r, a Tadeusz zmarł w 1918] i tam pochowany został w grobowcu rodzinnym, gdzie już spoczywali moi Rodzice [zmarli w 1911 i 12].


 

Rodzina Bochdanów w Zadwórzu r. 1900,od lewej siedzą: Maka Geringerówna, Stefania Ujejska, Hipolit Bochdan, Eufemia Tymińska, Amelia Bochdanowa, Emilia Paygertowa pomiędzy Kaluniem i Amelką, Maria Obertyńska  ; na przodzie troje dzieci: dwoje Ujejskich(?) i Zosia Olszewska;       od lewej stoją: Wiktoria Olszewska z Isią na rękach, Tadeusz Bochdan i jego żona Anna z Koziebrodzkich, ?, Regina Parczewska , Józef K. Geringer i jego żona Helena z małyn synkiem Kaluniem na ręku, Anielcia Piotrowska, Kazimierz Obertyński

Hipolitowie w Zadwórzu z wnuczkami


Nekrolog Hipolita Bochdana 1911 r.


 

Wspomnienie po śmierci Amelii Bochdanowej 1912 r.


[Wyraźnie przepisany tekst znajduje sie na końcu pamiętnika]



Modlitewnik Amelii Bochdanowej


 Wreszcie 24 listopada mogliśmy wyruszyć do Krakowa. Zastaliśmy tam wielką konsternację: Moskale podchodzili pod miasto. Spodziewano się oblężenia, mnóstwo osób wyjechało. Lwowski bank Hipoteczny był już w Wiedniu, mój mąż jeszcze raz na tydzień wysyłał pocztę pod ich adresem tamże. Jeździł urzędnik i woźny. Po raz ostatni wysyłając ich powiedział mu pułkownik Haller: „Pojechać jeszcze mogą, ale nie ręczę czy wrócić będą mogli”.
 Wreszcie i nasz bank wyruszył do Wiednia z wszystkimi ważniejszymi dokumentami i gotówką, my pojechaliśmy również, ale po dwóch tygodniach wróciliśmy zrażeni do Niemców[ Austriaków], którzy nieżyczliwie odnosili się do Polaków, naciągając na różne datki na ich cele charytatywne, a czyż nie mieliśmy dość własnej nędzy? Wróciwszy uzyskaliśmy pozwolenie pozostania, tylko trzeba było wykazać się zapasami na pół roku wobec groźby oblężenia. Zaczęliśmy więc gorączkowo starć się o nie, w czem pomogła nam rodzina mojej Matki, Konopkowie z Mogilan i Modlnicy sprzedając nam kartofle, mąkę i trochę tłuszczów. Jakże smutny był wtedy Kraków. Biedniejszą ludność ewakuowano przymusowo. Wreszcie uspokoiło się wszystko, ci i owi zaczęli wracać, rannych przybywało, szpitale pełne. Pałac Potockich pod Baranami gdzie takie piękne bale się odbywały, zniszczony, w salonach łóżka, po korytarzach snujący się rekonwalescenci.
  Pomału wszystko wracało do normy, a Bank z Wiednia wrócił do Lwowa.


(Amelia Łączyńska prostuje w tym miejscu pewne nieścisłości: otóż oblężenie Krakowa miało miejsce na początku wojny, w 1914 r. przed wojną z Ukraińcami we Lwowie z roku 1918. Autorka wspomnień pomyliła chronologię wypadków).

                                                                                                 Rozdział  V

 W r. 1921 i my przenieśliśmy się do Lwowa. Mąż mój kupił kamieniczkę przy Chmielowskiego 11 i tam zajęliśmy I piętro. Pomimo tylu strat urządzenie było jeszcze eleganckie. Wreszcie i resztę rzeczy, które złożone były u SS. Służebniczek w Sidorowie sprowadziliśmy. Kilka pak książek było złożonych w dzwonnicy w Sidorowie. Stróż Marcin zapakował je w worki. Niestety wiele było zdekompletowanych kradzieżami wojennymi. Złożyliśmy je na strychu, niektóre tylko nadawały się do użytku w kancelarii
 Dzieci mego brata [Tadeusza] przebywały we Lwowie pod opieką pani Szczecińskiej.


Dzieci Tadeusza Bochdana w Zadwózu 1912r. (córki patrz zdjęcie poniżej),chłopcy: Stanisław z lewej, Józef z prawej (dziedzic Zadwórza)


 Opiekowali się nimi Władysław Dzieduszycki, szwagier mojej bratowej z Jezupola i Domański z Ubini. Oni to wymogli na Annie, aby z zapisu, w którym brat mój cały majątek jej oddawał, w dużej mierze na rzecz dzieci zrezygnowała.


Córki Tadeusza Bochdana w 1916 r.: Anna, Jadwiga (Preter), Ewa (Reopel), Cecylia (Bogdanowicz), Maria (Niedenthal)


 Wyszła po raz drugi za mąż [za Maksymiliana Frydeckiego] i pozostała w Zadwórzu. Dzieci uczyły się we Lwowie. Ponieważ tak Domański jak i Dzieduszycki mieszkali na wsi, obaj zwrócili się do mego męża z prośbą, aby on objął opiekę. Prosiła o to i Anna. Podjął się tego i przez 5 lat sprawował ją. Wiele z tem było i pracy i przykrości, nie ze strony dzieci, ale ich ojczyma, który gdzie mógł, tam jakąś korzyść pragnął dla siebie wyciągnąć. Był  to okres największej dewaluacji, trzeba było dochód i rozchód na 8 głów obliczać. Te obliczenia przyczyniły się do pogorszenia wzroku mego męża. Wystąpiła jaskra- złośliwy gatunek katarakty, który groził zupełną ślepotą. Dwukrotnie operował go prof. Machek. Nie obiecywał poprawy wzroku, ale chciał zatrzymać rozwój choroby. Wobec powyższego musiał mąż mój z pracy w Banku zrezygnować. Dano mu odprawę jednorazową w wysokości 14.000 franków szwajcarskich w złocie, opiekę jednak nad dziećmi Bochdanów sprawował dalej.


 

Kornel z wnukami (Małgorzatą i Adamem - małe dzieci) i synową Józefą w Sidorowie (ok. 1930 r.), pozostałe osoby to zapewne goście


Emilia i Kornel w Sidorowie z Kaluniami oraz wnukami: Małgosią, Adamem i Tereską (ok. 1928 r.)


  Pracował przy pomocy sekretarek, które pod jego dyktandem pisały różne artykuły do czasopism. Umysł jego nadzwyczaj czynny interesował się każdą dziedziną pracy społecznej. Wkrótce jednak z ich opieki zrezygnować musiał, bo zaczęły go trapić ataki apoplektyczne. Miał ich 4, przy czwartym zmarł dnia 24 marca 1936 r. [Miał 68 lat.Pogrzeb odbył się w Sidorowie]. Pierwszy miał w nocy, wtedy zacny ks. Sokołowski, wyspowiadawszy go, przysłał nam swego znajomego chirurga dr. Laskownickiego, który puszczeniem krwi uratował mu życie .Drugi atak miał w Krakowie dokąd udaliśmy się oboje, gdyż tam ze swojej działalności chciał złożyć sprawozdanie i oddać papiery. I tam krew mu puszczano. Karetką pogotowia z hotelu odjechaliśmy na dworzec. W naszym pięknym mieszkaniu  przy ul. Brackiej zainstalowała się jakaś firma mydlarska.
  We Lwowie przyjmowali wówczas Dawidowie Abrahamowiczowie. W kancelarii pana Dawida zbierali się starsi panowie i wiedli ożywione dyskusje na temat spraw politycznych, w salonie panie przy herbacie snuły ploteczki.
 W 1924 r. przebyłam w szpitalu ciężką operację żołądkową, dokonał jej dr. Schramm,  poczciwa moja córka Łączyńska


Emilia z córką Amelią 1913 r.


 najcięższe dni przebyła ze mną w szpitalu. Wróciwszy do domu tylko przez 7 miesięcy byłam zdrową, a potem bóle wróciły i trwały lat kilka.


Emilia z Córkami w badzie (?)


Trzeba było jednak nie myśleć o sobie, ale o mężu, który prawie niewidomy, los swój znosił bardzo cierpliwie. Nie mniej trzeba mu było dostarczyć pewnej rozrywki. Wówczas umyśliliśmy przyjmować co drugą środę. Wygłaszano na niej najpierw jakiś referat, potym zabierano glos w dyskusji. Referentów nigdy nie brakowało, kwestja polsko-ukraińska bardzo wówczas aktualna dała nam powód do takich dwóch ruskich śród z licznymi gośćmi. Z Rusinów [Ukraińców] wzięli w nich udział: Kość Lewicki, kanonik Łopatyński, dyrektor Torhowli Narodnej Mikołaj Zajączkowski i adwokat Starosolski- świetny mówca, który w swej mowie zaznaczył, że Rusini nie chcą być traktowani przez Polaków jako biedni krewni, ale jako równi z równymi. Osią ruskich przemówień było założenie ruskiego uniwersytetu. Oni chcieliby go mieć we Lwowie, a my zaś w Stanisławowie.
 ( Amelia Łączyńska zaznacza, że wówczas nie używano już terminu Rusin, ale wyłącznie Ukrainiec.)
 Podaję spis naszych gości: Stanisławowie Niezabitowscy, Stanisław Starzyński,, Franciszek Zamoyski, Stanisław Badeni, dwaj Moraczewscy, Franciszkowie Podlewscy, Czosnowska i Korytowska, Potworowscy, Romuald Szawłowski, Lekczyński, Mikuszewski, etnograf Fiszer, Łubieński, bracia Bilińscy, Ehrlich, Schatzel, Gerapich, Wojciech Gołuchowski, Baworowski. Nie pamiętam wszystkich.
 Na tym kończę, chcę jeszcze krótko podać opis życia mojej Matki i otoczenie w którym wzrosła, a także przy jej boku mego Ojca. Umarła w rok po nim we Lwowie w 1912 r. a Ojciec we wrześniu 1011 w Milatynie. [Oboje zostali pochowani Zadwórzu].

                                                                                                   CZĘŚĆ IV
                                                                                                  Rozdział  I


  Stanisław Konopka ojciec mojej Matki był ożeniony z Kraińską. [Zofią].  Mieli trzy córki i syna: Stefanię, Julię i Amelię- moją Matkę. Syn popełnił samobójstwo, nie wiadomo z jakiego powodu. Rodzina Konopków była bardzo stara i w krakowskim popularna. Mieli kilka domów przy ulicy Kapucyńskiej i 4 wsie: Mogilany, Modlnicę, Tomaszowice i Głogoczów.
 Ojciec mojej Matki walczył w powstaniu, [Listopadowym]  a potem osiadł w Mogilanach. W Modlnicy mieszkali trzej bracia: Józef, Tadeusz, Roman oraz ich siostra Antonina.
Józef ożenił się ze swoją stryjeczną siostrą Stefanią, siostrą mojej Matki i osiadł w Mogilanach. Roman zapisał Modlnicę swemu bratankowi Adamowi Konopce, Tadeusz dostał Tomaszowice, a Antonina Głogoczów, który zapisała bratankowi Stefanowi Konopce.
Matka moja była najmłodszą z rodzeństwa. Starsza jej siostra Julia wyszła za mąż za Gabriela Załęskiego właściciela wsi w sanockiem. Matkę moją wzięli do siebie Józefowie Konopkowie do Mogilan, a sumę jej 30.000 zł zapisanych użyli dla siebie potrącając koszt utrzymania Matki . Z odbiorem tej sumy miał później mój Ojciec sporo kłopotu. Po śmierci męża spłacała ją wdowa ratami, czy całą zdołała spłacić, nie wiem. Dzieci mieli 19 w tym 12 przy życiu. Matka moja miała trudne dzieciństwo, nikt nie pomyślał o jej nauce, dzieci siostry musiała niańczyć i w gospodarstwie pomagać. Bosą, w płóciennej sukienczynie zastała ją ciotka Jarentowska, ulitowała się nad biedactwem i po naradzie z ciotką Smarzewską i Kozłowską, umieszczono Amelcię w Krakowie na pensji panny Łaniewskiej, gdzie pobierała nauki również Femcia Tymińska, późniejsza nasza nauczycielka w Zadwórzu. Na wakacje brały ją kolejno ciotki do siebie, a gdy dorosła, Jarentowscy na karnawał do Lwowa. Obie jej kuzynki, Aleksandra i Kamila cieszyły się wielkim powodzeniem, bo były nie tylko ładne ale i zamożne. Nie brakło konkurentów, a moja Matka bywała wraz z nimi. Na jednym z balów przestawił się im mój Ojciec i dość dużo z Matką rozmawiał. Gdy wróciły do domu i już w łóżkach będąc Matka usłyszała takie zdanie: „ten Bochdan to jakiś niepokaźny człowieczek, ani ty, ani ja nie poszłybyśmy za niego, ale nie byłoby źle aby się o Amelkę posunął”. A Mama modlić się zaczęła: ”Spraw Duchu Święty, aby on zaczął starać się o mnie, abym już mogła mieć własny dom i nie tułała się po krewnych”.
Karnawał dobiegał końca, Bronisław Ujejski ze Strzelnic starał się o Aleksandrę, a Rakowski o Kamilę. Niepozornego Hipolita protegował Ujejski, ale nie można było nic wymiarkować czy o Amelcię starać się będzie, trochę jej asystował, a trochę innym pannom. Po skończonym karnawale moja Matka wyjechała do Hermanowic niedaleko Przemyśla gdzie Ojciec pełnił służbę wojskową. Raz będąc na strychu przy zbiorze orzechów spostrzegła wózek Ojca. Teraz już na dobre zaczął się o nią starać.
  Z tego okresu, czyli od roku 1856 mam kilka listów Ojca do Matki. Pisze jako narzeczony: „Zaledwo tyle tylko utargowałem, że pozwoliła mi Pani pisać do siebie, ale nie wolno mi nawet umieszczać nagłówka „Kochana”. Wielka to krzywda, ale myślę, że Pani nie zawsze będzie taka sroga”- A w innym: „...Oczy pani jak niebo włoskie..” Był wtedy we Włoszech.

                                                                                              Rozdział   II


    Chcę jeszcze dodać parę szczegółów z lat mego pobytu w Sidorowie, które za najszczęśliwsze uważam.
 Trzeba wspomnieć o jarmarkach w Ulaszkowcach, które rozpoczynały się 7 lipca i trwały kilka dni. Były one jakby echem kontraktów Dubieńskich, ale Dubno było już po tamtej stronie. Były one bardzo ożywione. Panie zaopatrywały się tam w sprzęt  kuchenny, porcelanę, mydło,   czasami można było kupić piękny wschodni dywan, lub makatę. Malarza Fałata można tam było często zobaczyć. Boguccy wynajmowali cały dworek i zjeżdżali z naczyniem i kucharzem,  gościnnie przyjmując u siebie znajomych i często nieznajomych. Było to prawdziwym dobrodziejstwem ulaszkowickim, bo garkuchnie nawet najmniej wybrednym wymaganiom sprostać nie mogły. Wieczorem u Boguckich był brydż, ale podobno uprawiano i hazard, dyskretnie, gdzie indziej.
 W Ulaszkowcach raz tylko byłam, ale mój mąż jeździł tam co roku, bo pod koniec jarmarku odbywała się licytacja koni i można było kupić ładne, zaprzęgowe. Ostatnim razem wybrał się tam z Kazimierzem Horodyskim. Przejeżdżając koło łanu z grochem zauważyli  że ślicznie zakwitł. Rok przedtem sprzedaliśmy trzy wagony grochu Viktoria, czem zachęcony mój maż uprawę jego jeszcze rozszerzył. Jakież było jego przerażenie, gdy wracając zauważył cały łan okryty białą muszką, rodzaj bardzo drobniutkich motylków, a niszczących cały zbiór. I nie było już co sprzedawać tego roku, z robaczliwych ziaren ledwo co na nasienie wybrać się dało. Tak to wynik pracy ludzkiej od Najwyższej Instancji był zależny.
 Na czele rady Powiatowej w Husiatynie stał Adam Gołuchowski. Należał i do niej mąż mój, dwa razy w tygodniu odbywały się sesje. Hrabia swoja ofiarnością przyczynił się do powstania szpitala w Husiatynie na którego poświęceniu byliśmy oboje. Pałac jego był poza miasteczkiem. Często odwiedzała go siostra Drohojowska, właścicielka Probużny. Było to także miasteczko, ale jeszcze bardziej biedne, żydowskie, nędzne niż Husiatyn. Do syna  przyjeżdżała też jego matka ze Skały. W czasie jednego z tam pobytów złożyła nam wizytę. Trzeba ją było rewizytować. Wybrałam się tam przez Tłuste i Bosyry, droga była prześliczna, a czwórka kasztanów doskonale dobranych migiem przebiegła 4 mile. W południe stanęłam na miejscu. Oprócz pani domu i dwóch jej synów, Wojciecha i Józefa były tam hrabianki – Austriaczki Rummerskirchen. Rozmowa toczyła się tylko po francusku i niemiecku. Obok salonu była nisza z wspaniałymi kwiatami, tuberozy i chryzantemy zwróciły moja uwagę. O 5 tej, po herbacie poprosiłam o konie, ale Józef nastraszył mię: „ Madame, vous ne pouvez pas partir, un de vos cheveux boite” [Pani nie może wyjechać, jeden koń okulał”]. Karmiłam wówczas najmłodsze dziecko i wracać trzeba było koniecznie, a żart był tylko trochę niesmaczny, bo w parę chwil potem moje konie stanęły przed tarasą.

   A teraz kończę te moje zapiski, które na prośbę dzieci moich sporządziłam. Nie mam pretensji literackich, dlatego ograniczyłam je tylko do czysto rodzinnych wspomnień nie dotykając politycznych czy socjalnych zagadnień. Uczyniły to już wytrawniejsze pióra.
  Tu pragnę jeszcze wyrazić moim dzieciom serdeczną wdzięczność za okazaną mi opiekę i pomoc teraz, gdy jest im tak ciężko. Dobre i zacne są te dzieci moje. Pragnęłam je zawsze na Chwałę Bożą wychować, dziękuję za wszystko Bogu a dzieci moje błogosławię


                                                                                             Matka


 A teraz spoglądam wokoło i wszędzie widzę ruiny, i spalony dwór w Stronibabach i w Zadwórzu, Czarnokońcach i Kociubińcach...
W Sidorowie, na początku II wojny zainstalowano głuchonieme dzieci. Było ich 30 i 14 opiekunek. Niestety lotnik niemiecki zrzucił bombę, która wpadła do beczki ze smalcem i w jednej chwili cały dom stanął w płomieniach. Można go było jeszcze ratować, wszak obok biła fontanna, ale chłopi rzucili się na rabunek wynosząc poduszki, kołdry.....
 Syn mój po swoim drugim wywiezieniu w głąb Rosji widział ten spalony dwór, resztki pokoi w których pleniły się chwasty...
  I tak my wszyscy teraz to  wygnańcy, tułacze... Jedni powymierali znajdując dom w Ojczyźnie Niebieskiej wedle słów św. Pawła: „Bracia, a gdyby wasz ziemski dom był zepsowany, pamiętajcie, że lepszy, wieczny macie w Niebiesiech”- drudzy płaczą na przymusowym wygnaniu i tęsknią.. Straciliśmy wszystko, aż do pamiątek rodzinnych.. Czy te czasy które nadchodzą będą lepsze??


( Amelia Łączyńska, która ten pamiętnik przepisała z rękopisu w 1948 r. napisała na koniec:” Kochanej naszej Matce, 83 letniej staruszce ,której starość upływa w ubogich warunkach, po wygnaniu ze stron rodzinnych, bez żadnej pewności co przyniesie jutro, dziękuję serdecznie za te mile wspomnienia dla nas skreślone. Będą nam zawsze miłą i cenną pamiątką”).


Dwór w Zadwórzu spalony w 1917 r.


Emilia w Dynowie w 1948 r. z Kaluniami, Kingą Moysowa, Stefanem Trzecieskim, Wnuczkami i prawnukami - Marią Witkowską (właścicielką tej strony www) na kolanach


Maria Obertyńska z córkami Boguszową i Supińską (1950 ?)


                                                                                                Zofia Piotrowska 1951 r.





[Od siebie dodam, że Prababcia Emilia  przeżyła swoje ostatnie lata w tzw. nowym dworze rodziny Trzecieskich w Dynowie. Rodzice jej synowej, Józefy, przygarnęli po wojnie całą, wyzutą z wszelkiego mienia rodzinę Paygertów.  Babcia otoczona czułą opieką Syna i Synowej zasnęła w Panu w 1952 r. i została pochowana na miejscowym (średnim) cmentarzu).

               


 W imieniu wszystkich Prawnuków też składam   Autorce Wspomnień gorące Bóg zapłać].

Do” Pamiętnika” dodaję listę rodzeństwa Emilii Paygertowej o którym tak często wspomina:
1.    Aleksandra Parczewska  1856-1929; córka: Regina;
2.    Helena Gerynger d`Oedenberg ,1859-1922, dzieci: Maria i Józef Kalasanty;
3.    Maria Obertyńska1861-1956, dzieci: Tekla, Stefania, Ewa, Józef;
4.    Emilia Paygertowa 1865-1952, dzieci: Józef-Kalasanty, Amelia, Maria;
5.    Zofia Piotrowska 1867-1951, dzieci: Tadeusz, Zygmunt, Aniela;
6.    Wiktoria Olszewska 1868-1902;dzieci: Jan, Jadwiga , Zofia;
7.    Stefania Ujejska 1870-1927, dzieci: Helena, Stefan, Anna, Krystyna, Maria-Aniela;
8.    Tadeusz  Bochdan 1871-1918 ,dzieci: Anna, Jadwiga, Antoni, Józef ,Ewa ,Cecylia, Maria, Stanisław.

Dodaję również zdjęcia z lat ostatnich autorstwa Marii I Jarosława  Janowskich pokazujące dom Bochdanów we Lwowie na Sykstuskiej, grobowiec rodzinny i kościół w Zadwórzu


Dom Bochdanów we Lwowie obecnie


Grobowiec Bochdanów w Zadwórzu obecnie




Kościół w Zadwórzu obecnie

 

Beata Obertyńska podczas wojny w armii Andersa

 


Przepisany tekst wspomnienia z gazety lwowskiej po śmierci Amelii Bochdanowej w 1912 r.

Wspomnienie pośmiertne o Amelii Hipolitowej Bochdanowej w gazecie [jakiej?]

Początek tekstu nieczytelny.....
zmarła przedwczoraj we Lwowie w 80 roku życia.
Pani Amelia Bochdanowa należała do tych pięknych, blaskiem cnót jaśniejących niewiast polskich które będąc ozdobą i chlubą domowego życia, utrzymują wspólność rodu i tradycję domu, pomnażają majątek i wywierają cichy, ale błogi wpływ.
  Ś.p. Hipolitowa Bochdanowa była córką Stanisława Konopki, dziedzica Rusteweczka i Mogilan, członka stanów galicyjskich i Zofii z Kraińskich (siostry jednego z najbardziej zasłużonych Nestorów naszego obywatelstwa, Maurycego Kraińskiego), a bratnką Michała Konopki z Zaleszan, jednego z najdzielniejszych oficerów legionów polskich.
   Idąc za głosem prawdziwego przywiązania oddała swą rękę Hipolitowi Bochdanowi, synowi Stanisława Bochdana z Zadwórza, dziarskiego oficera wojsk napoleońskich i zasłużonego deputata Stanów oraz Wiktoryji z Łodyńskich. Hipolit Bochdan był wówczas jednym z najznakomitszych oficerów inżynieryjni, w tym też charakterze po odbyciu kampanij włoskich, gdzie dał dowody głębokiej wiedzy i nieustraszonej odwagi, objął kierunek budowy Domu inwalidów wojennych i z powodzeniem budowę te zakończył. Ale natura i długoletnia nieprzerwana tradycja ciągnęła młodą parę do roli, wskutek czego Hipolit Bochdan, porzucając świetne widoki karyery wojskowej, jako major inzynieryi, wystąpił ze służby i objął rodzinny majątek Zadwórze. Na gospodarstwie rozpoczynając nowy zawód wcale się nie rozumiał, ale zapobiegliwa jego żona z początku kierowała w tym kierunku jego krokami. Z wrodzoną sobie zdolnością stał się jednak szybko pan Hipolit jednym z najznakomitszych gospodarzy w kraju i pierwszorzędną na tem polu powagą. Zadwórze przedstawiało też dzięki niezmordowanej pracy pana Hipolita i pani Amelii prawdziwy wzór rządu domowego, a przechowując wiernie dawne przykłady gościnności stało się ciepłem ogniskiem szeroko rozgałęzionej rodziny i najlepszą szkołą pracy obywatelskiej.
   Ś.p. Amelia Bochdanowa była najpoważniejszą i najczynniejszą współpracowniczką męża i najserdeczniej kochającą małżonką umiejąc złotem sercem swojem okrasić mężowi każdą chwilę spoczynku po żmudnej pracy.
  Była wzorową matką, która dom umiała trzymać w osłodzonej tkliwą dobrocią serca katolickiej karności, wychowała też wzorowo bez miękiej zniewieściałości, ale z niezłomnym hartem duszy syna i siedm córek, które powabny urok silnej cnoty i opartego na niej szczęścia zaniosły do gniazda mężów. Do końca życia zaszczepiała pani Amelia Bochdanowa w serca dzieci i licznych wnuków i prawnuków miłość Boga, przywiązanie do ziemi ojczystej w najszlachetniejszym tego słowa znaczeniu i żelazne poczucie obowiązku, które ś.p. pani Amelia uważała za niewzruszoną podstawę życia i za nieodzowny warunek szczęścia.
  Z Amelią Bochdanową znika jakby zdjęty z portretu typ matki Polski z XVI wieku. Jak dawniej bowiem matrony wyręczały mężów ilekroć ich od domu odwoływała potrzeba wojenna, tak też pani Hipolitowa była prawą ręką męża w zawiadowstwie majątkiem, gdy go zaufanie obywateli z wielkim dla kraju pożytkiem obarczyło pracą w jednej z najpoważniejszych krajowych instytucyj.
  Cześć pamięci tej czcigodnej polskiej matrony!
[ Artykuł  jest podpisany w sposób zupełnie dziś nieczytelny]
 

List Hipolita Bochdana do Amelii Konopczanki z 1855 r.


[tekst przepisany] 

  Donoszę  mojej  Pani  w  krótkości, że  już  dziś
odebrałem potrzebne papiery z Wiednia, a wiec wszystko w porządku -i triumf kompletny. Choćbym z duszy i sercem pragnął serdecznie i poufale już do Pani przemówić, nie ośmielam się tego uczynić, gdyż Pani w swojem ostatnim liście widocznie starała sie zręcznie wywinąć z danej obietnicy i bardzo się to Pani udało - jednak pocieszam sie tem, że co nie jest to będzie. Ja do Lwowa przyjadę 26-go na obiad i zgadzam sie zupełnie z projektem, któren Panie wspólnie ułożyły i o którem Mama mi doniosła. Tylko o jedną rzecz proszę bardzo moją Panią, gdybyśmy mogli tak się ułożyć, żeby nie parę dni zabawić we Lwowie tylko do wtorku ponieważ mój Major nie może mi dać na dłuższy czas urlopu, a we wtorek to jest l-go Maja. Cała moja stancja będzie wolna i do usług Pani. Gdyby więc Pani przeciw temu nic nie miała moglibyśmy, wyjechawszy ze Lwowa we wtorek rano, na wieczór wygodnie w Przemyślu stanąć i ja bym podług tego moje dyspozycje tu zostawił. Rączki Pani po tysiąc razy całując zostaję Pani szczerze kochający
Hipolit B.
21/4/1855
 

List Hipolita Bochdana do Żony Amelii z 1867 r.

[tekst przepisany]

Wiedeń dnia 9-go Grudnia 1867.
Kochana moja Amelciuniu !
Otóż jestem w Wiedniu. Stosownie do mego programu stanąłem tu wczoraj wieczór po drodze nie tak przykrej jak więcej nudnej - śniegi spadły ogromne i tu około Wiednia wszystko białe. W Wiedniu samem niezwykły widok bo sanna doskonała. Niemcy mają zabawę i powyciągawszy jakieś u Nas niepraktykowane i niewidziane sanki, sankują się już od samego rana w najlepsze. Do tej chwili nic nie robiłem jeszcze, a że pierwsza moja czynność jest pisanie do Ciebie, to masz najlepszy dowód że Cię kocham i choć od Was daleko myślą i sercem lgnę zawsze do domu. Mówisz mi nieraz, że Ciebie już nie tak kocham jak dawniej, ja zaś jestem przeciwnego zdania, bo czuję że moje przywiązanie do stadła domowego jest tak silnem, że się staje dziwactwem lub dzieciństwem i tak teraz nie zrobiwszy jeszcze nic w Wiedniu, chciałbym już w jednej chwili być z powrotem w domu i Was wszystkich uściskać. O rzeczywistym dniu mego postanowionego powrotu doniosę Ci w drugim liście. Nie chciałbym dłużej zabawić jak do przyszłej niedzieli, lecz nie wiem jeszcze jak wypadnie, bo na nieszczęście Borkowskiego nie ma w Wiedniu. Przed 8 dniami pojechał do Pesztu i do tej chwili tam siedzi. Spodziewam sie jednak, że odebrawszy mój list, któren mu wczoraj był tam posłany pospieszy z powrotem do Wiednia, a wtenczas będę dopiero wiedzieć jak rzeczy stoją. Do Beckowej poszedłem teraz t.j. o godzinie 11 1/2 przed obiadem oddać jej kuferek, któren pożyczyła Chamcowi, ale szanowna kuzynka nie jest jeszcze .......... widać sie wysypia po jakiejś wczorajszej biesiadzie. Dopiero około 2-giej myślę pójść do niej, może też mnie i przyjmie.
Bądź zdrowa kochana moja Amelciuniu. Całuję Cię po tysiąc razy z dziatkami, a proście tam Boga abym zdrów i szczęśliwie wrócił do domu. O gospodarstwie pamiętaj - dowiaduj się od Makowskiego czy gnój wożą. Powiedz mu aby dopilnował wapna, aby było dobrze ugaszone i aby wody dostatecznie dowozili, gdyż to jest najważniejsze przy gaszeniu wapna. Gorzelnikowi powiedz aby 3-ia brazarka(?) do mego przyjazdu była gotowa, bo na każden sposób trzeba będzie ze 20 krów postawić na wydój. Jeżeli droga sie poprawi ale znacznie  (bo była bardzo zła) to jedź do Niesłuchowa i gdzie chcesz z resztą, tylko bierz z sobą Wasyla i nakazuj Aleksandrowi, aby po grudzie wolno jechał z resztą sama będziesz wiedziała jak sobie dać rady. - Całuje Cię po tysiąc razy Twój kochający Cię H. Bochdan.
Femci rączki odemnie ucałuj.-

 

Dokumenty ze studiów Kornela Paygerta w Monachium i Berlinie

Pan Cornelius von Paygert
w środę, 3 grudnia , o 3-ciej po południu, będzie bronić tezy o
uzyskanie najwyższej akademickiej godności wydziału ekonomii,
w małej auli uniwersytetu.
Na tę uroczystość zaprasza Jego Magnificencję Pana Rektora , Panów senatorów i doktorów  wszystkich wydziałów, członków akademickiej społeczności i przyjaciół nauki,
dr. Franz von Bauer,
profesor   ekonomii leśnej, w chwili obecnej- dziekan wydziału narodowej gospodarki.