Moje dzieciństwo w Sidorowie

 

Dedykuję te wspomnienia memu Drogiemu Rodzeństwu, Teresce, Zośce i Adamowi,  bez których przyjaźni nie wyobrażam sobie życia i wtedy i teraz.

Chciałabym też, aby były przybliżeniem tamtych czasów drogim nam, trzem kolejnym już, młodszym, pokoleniom.
 

Małgorzata z Paygertów Baraniecka. Luty 2008 r.

    

 

 

 

 

 

Mam zamiar opisać moje dzieciństwo

 
 
i wczesną młodość spędzoną w Sidorowie,majątku i wsi w województwie Tarnopolskim, usytuowanej 2 km od przedwojennej granicy polsko-rosyjskiej. Ten majątek należał od paru pokoleń do rodziny Paygertów.

                                                                                                                  Okolice Sidorowa

                                                               Mapa Polski przedwojennej z Sidorowem, Rudnikami i Dynowem
                                                                          
 
     Ale urodziłam się w Dynowie, w majątku i domu rodzinnym mojej Matki ,10 czerwca 1922 r. Odbyło się to w jej panieńskim pokoju w tzw. ”nowym” dworze.
 
                                               Józia i Kalunio jako narzeczeni na schodach Dynowskiego dworu (nowego)
 
 
To był największy pokój na piętrze usytuowany w rogu domu, z dwóch stron okolony balkonem i starymi, szumiącymi lipami.Mamusia przygotowywała się do porodu w Jej własny niepowtarzalny sposób: cały ranek zbierała w ogrodzie poziomki.....
     W ten oto sposób moi Dziadkowie, Stefanowie Trzeciescy, doczekali się pierwszej wnuczki ( potem dołączyła do mnie pozostała trzynastka: Stefaneczek, syn Kini; dzieci Antka Trzecieskiego- Janek, Teresa (Renia), Zygmunt, Stefek i Bernadetta – Aleksandra; córka Jakuba (Kuby) – Monika; dzieci Stefci - Krzysia, Andrzej i Basia; no i moje rodzeństwo - Adam, Tereska i Zosia). Sądzę, że się mną cieszyli, ale o tym nie mówiło się za bardzo.
     W dynowskim kościele też zostałam ochrzczona przez ks. Michała Bara, a imię Małgorzata  przyniosłam sobie w dniu urodzin. Moja Mamusia była zła. Wolała Zosię.  Ale zadecydowali „starsi”, a zwłaszcza babcia Leonia, od której decyzji nie było odwołania. Do chrztu podawała mię Ciocia Amelka Łączyńska, siostra Tatusia i Dziadzio Stefan Trzecieski.
    Potem obie z Mamusią wróciłyśmy do Sidorowa, do domu. Miałam już 6 tygodni i w pociągu jadącym do Lwowa, konduktor się zachwycił: „Jaki to grubiutki Jasio”, a na co Mamusia z dumą: „To nie Jasio, to Małgosia”. Mamusia lubiła „tłuste dzieci”.
 
                                                                               Józia z dwuletnią Małgosią, 1924 r.
 
Niestety, my wszyscy czworo, byliśmy straszliwymi chudzielcami po Tatusiu. Ale wtedy jeszcze nie.
    Epizod dynowski został powtórzony w moim dzieciństwie jeszcze raz, w 1928 roku. Wtedy znowu mieszkaliśmy w pokoju mego urodzenia. Przyjechaliśmy we czworo, z małym Adamem, aby „pokazać” się Dziadziom. Nie byli oni dla nas zbyt czuli. Dzieci to dzieci. Ale pamiętam przepiękne kwiaty, zwłaszcza róże okalające oba domy, tzw. „stary” i „nowy”. Tego u nas w Sidorowie nie było. W Dynowie dawało się odczuć gospodarską wierną „rękę” ukochanej Tekluńci Frey.
 
                                                           
                  Wizyta Paygertów w Dynowie, 1928r.. Od lewej Małgosia, Adam, Krysia i Andrzej Kunstteterowie, za nimi Tekluńcia           
 
 
Pamiętam ją doskonale: w długiej do ziemi sukni, serdecznie uśmiechającą się do nas. To ona właściwie wychowała moją Matkę i Jej rodzeństwo. Była dla nich najlepszą i najczulszą Napewno czulszą od rodzonej Matki, Leonii..A teraz to ona dbała o oba domy i ich wyposażenie. Pamiętam piękne portiery spływające wzdłuż wysokich okien, resztkę mebli, która uchroniła się przed dewastacją stacjonujących tu wojsk w czasie I wojny, zaciszne kąty.....
     Ale „panami” domu były psy. Babcia Leonia Trzecieska nie wyobrażała sobie bez nich życia i wtedy grasowało ich siedem, lub więcej. W czasie obiadu jeden z pupilków, wielki, kłapouchy, trzymał przednie łapy na obrusie, (czyli wedle jego mniemania „siedział przy stole”), a Leonia  brała jeden kęs z talerza dla siebie, a drugi dawała na.....swoim widelcu do otwartej łakomie paszczy. Tekluńcia opowiadała potem, ze nie mogła zapomnieć wyrazu moich oczu, wtedy 6 letniej dziewczynki. Ale dla Babci to nie miało żadnego znaczenia.
     Ponownie do tego domu wróciłam dopiero w 1942 r., aby w Dynowie już zostać przez kolejne 38 lat. Ale o tym będzie później.

  
                                                                                           Dwór sidorowski (od frontu)

         Wracam teraz do Sidorowa. Był to zakątek pełen słońca, szumu sosen i fontanny, a także niezwykłego piękna przyrody wokół. Na pólnoc od wsi rozsiagaly sie przepiekne góry,  tzw."miodobory". Widzielismy ich szczyty.
    Aby przybliżyć czytelnikowi wygląd naszego ogrodu, zabudowań gospodarczych i domu, musze podać parę informacji topograficznych. Samo „obejście” wokół dworu miało około 20 morgów.  Dwór był o wiele dłuższy od dynowskiego i znajdował się w jego centrum. Otaczały go sady, ogrody, folwark i dwa urocze laski.  Najpiękniejszym miejscem był ogród „angielski”, pełen dróżek i alejek,
                                                                 
                                                                                         Wejście do ogrodu angielskiego
 
ze stawem i wdzięczną glorietką usytuowaną na stożku, oplecioną dzikim winem i małym,   kamiennym fryzem na szczycie kolumienki (to była taka ozdoba ogrodu angielskiego, nawiązująca do mitologii).
 
 
                                                                Glorietka na środku ogrodu angielskiego (rysunek MB) 
                    
 
                                                                             Mali Paygertowie pod glorietką lato 1930

      Sady owocowe nie wchodziły w skład parku. Przeważały w nich jabłonie, często karłowate (znakomite do wdrapywania się), ale były i wiśnie i orzechy i urocza pasieka. Przed oczyma ciekawskich zakrywał ją wysoki szpaler i rozłożyste drzewo zwane acerem.
    Ta pasieka była dokładnie naprzeciw okien naszego dziecinnego pokoju, a za nią maliniak ze znakomitymi owocami.
     Za ogrodem angielskim i sadami był kamienny mur (kamieniołomy były wokół, tak więc wszystkie ogrodzenia  mogły być kamienne), a za nim rozciągały się zabudowania folwarczne.
     Przekroczywszy szeroką bramę miało się po prawej stronie stajnię cugową i wozownię, dalej stajnię dla owiec i chlewy, a potem  na lewo, wchodziło się na tzw. ” tok”,  czyli miejsca przeznaczonego do biegania koni. Do dziś mam w oczach furmana, który na długiej smyczy trzyma biegające konie, czasami nawet więcej niż dwa, a konie biegają i biegają w koło. To były źrebaki. Cały dzień zamknięte w zagrodzie,  wprawdzie z dużą ilością miejsca, ale jednak za małą do wybiegania się.
     W majątku było około 60 koni, z tego 40 to „fornalka”, czyli pracujące w polu, a reszta pod wierzch i do wyjazdów (zaznaczam, że nie było innego sposobu  na dojechanie  do pobliskiego Husiatyna, na stację kolejową, lub z wizyta do sąsiedztwa. Jeździło się wyłącznie powozami, a w zimie saniami).
   Na” toku” stała od strony ogrodowego muru ogromna szopa wykorzystywana do młócenia.
 
Szopa na zboże na folwarku
 
Na jej strychu był skład słomy, Jeszcze przed moim urodzeniem spłonęła duża stodoła podpalona przez opłaconego podpalacza – bolszewika. Na łożu śmierci, po 12 latach przyznał się do tego czynu. Potem, za mojej pamięci, stodoły już nie było, a jedynie spichlerz na zboże.
   Dalej rozpoczynały się stajnie fornalskie i długa stajnia krowia dla ok. 60 zwierząt. Nieopodal stajen stały tzw. kasznice, czyli takie „pawilony” z patyków, wyrabiane podobnie jak kosze, a służące do przechowywania kukurydzy w kolbach.
     Już na końcu placu stał budynek do suszenia tytoniu, który mój Ojciec produkował.
    Wychodząc z folwarku skręcało się w prawo i idąc dalej ( na południe od ogrodów), szło się koło zagrody dla źrebaków, a potem lasku sosnowego z mnóstwem maślaków w jesieni. Na końcu sośninki był rezerwuar na wodę, z której Sidorów słynął. Mój dziadek, Kornel Paygert założył wodociągi, które za swój początek miały źródło leżące ok. 1 km za folwarkiem. Dzięki nim można było zrobić fontannę na gazonie przed domem. Szczyt bicia tej wody znajdował się na tej samej wysokości co wspomniane źródło.
 
                                                                Letnie szaleństwa w fontannie - Adam i Tereska - 1936r.
 
    Woda była znakomita, lekko musująca. Wokół fontanny był basen, wewnątrz wybetonowany, gdzie można było nawet i popływać w lecie. Prawie nigdy nie zamykano wody w fontannie; jedynie na parę godzin w lecie, aby się woda nagrzała dla naszej dziecinnej kąpieli.
    W zimie fontanna zamarzała.
 
                                                                                                                     
                                     Fontanna w zimie. Narciarze od lewej: Adam, Tereska, p. Mierzejewska- nauczycielka, Małgosia
 
Wyglądała wtedy niczym zaczarowana grota, wewnątrz szafirowo - seledynowa. I wewnątrz słyszało się stale szum, niczym w kaplicy. W kwietniu lód łamano siekierą i kawałki zwożono do ziemnej piwnicy, tzw. lodowni.
 
                                                                                                         Wiosenna fontanna
 
Złożony tam nie roztapiał się przez cały rok i używano go do przechowywania mięs i legumin. Obok lodowni na podwórzu gospodarczym była jeszcze druga ziemna piwnica na jarzyny, a może i alkohole?
    Basen fontanny, po zatrzymaniu wody, był zamiatany i czyszczony, a woda spuszczana do rzeczki biegnącej pod groblą wjazdową. Po drodze był w ten sposób nawadniany warzywnik.
    Pod wspomnianą groblą był uroczy tunel z rowkiem dla płynącej wody, gdzie odbywały się cudowne dziecinne zabawy: zapory, „wodospadki”, itp.
 
                                                                        Kalunio w tunelu nad odpływem wody z fontanny
 
Dalej woda płynęła już przed ogród angielski, obok stawu w ogrodzie, nie jestem pewna, ale chyba go omijała i wpływała do tzw. żłobu, już poza ogrodem. To było błogosławieństwo dla wsi: tu pojono bydło, tu prano, moczono nowo wytworzone płótno przed rozłożeniem go słońcu do bielenia (w Sidorowie plantowało się wiele konopi służących do wyrobu płótna); jednym słowem wody nie oszczędzało się.
     To była ogromna zasługa mego Dziada, Kornela Paygerta, te wodociągi. Niestety nie zrobił kanalizacji!! Ale o tym będzie później.
     Wracając do opisu zabudowań dworskich, od strony północnej stała kuźnia. Cudo wspomnień dziecinnych: kucie koni, modelowanie rozpalonego do czerwieni, żelaza, stukot młota....
    Obok kuźni była stolarnia i rymarnia, a naprzeciw tych budynków tzw. oficyna, czyli uroczy domeczek opleciony dzikim winem, służący do przechowywania jabłek i chyba będący mieszkaniem dla ogrodnika, lub innego gościa, np. Jaszczurowej, krawcowej z Kopyczyniec, która tu mieszkała, a szyła we dworze.
     Przed bramą wjazdową, tzw. Czarną bramą”, biegła droga ze wschodu, (czyli ze wsi), na zachód, tzw. Lewada. Za nią, naprzeciw bramy, był domek dla rządcy, a byli nim: najpierw Adler,
 
                                                            Małgosia, Tereska, Adam i rządca Adler na sankach 1927 r.
 
który potem przeszedł do Moysów do Rudnik,( Adler był bardzo wysoki. Gdy niewielki Wuj Michał stał, a Adler siedział, byli jednakowego wzrostu),  a po nim Beniamin Bazar, pochodzenia żydowskiego. Benio był znacznie lepszym fachowcem , a ponadto człowiek przemiły, o subtelnej powierzchowności, znakomicie jeżdżący konno (o nim będzie też później). W najtrudniejszych dla nas chwilach dał dowody prawdziwej wiernej i pomocnej  przyjaźni.
     W tej rządcówce mieszkał też jednego roku Hucuł sprowadzony z górzystych Karpat do pomocy przy żniwach. Wiem, że na zapleczu  domu było jakieś podwórze, gdzie pamiętam stajnię świńską, a w niej kilkadziesiąt sztuk świń, czarnych i białych.
    Idąc dalej Lewadą, po prawej stronie na stoku, był bardzo miły wiśniowy sad z mnóstwem fiołków wiosną pod drzewami, a dalej, idąc w stronę północną, dochodziło się do szosy nazwanej „murowanką”. Przy niej była kępa przepięknych lip, a dalej szkoła podstawowa Sidorowa i plac „Wygon”.
     Za "Wygonem” kierując się na wschód dochodziło się do cmentarza,  (gdzie do dziś znajduje sie stary, piekny grobowiecPaygertów),
 
                                                                   Grobowiec rodziny Paygertów na cmentarzu sidorowskim
 
a na przedłużeniu tej drogi znajdowały się blisko siebie: kościół rzymsko-katolicki i cerkiew greko-katolicka.
 
                                                                                   Kościół widziany z okien dworu

    Na Wygonie, podczas uroczystości 3 Maja, Tatuś płomiennie przemawiał na prowizorycznej ambonie.
     Wracając w obręb dworu, wchodzimy "Czarną bramą"i znajdujemy się vis a vis domu. Przed nim rozciąga się gazon, a w jego czterech rogach rosną świerki, w kępach po 2-3. Front domu upiększał ganek z patyczkowymi meblami. Jego trójkątny szczyt ozdabiały muszle. Od wschodu, przy krótszej stronie domu rozciągał się taras ograniczony 6 słupkami, na których stały skrzynki z petuniami.
 
                                                                                                         Dworski taras
 
Przed domem rosło sporo róż piennych, a krzaczaste, po drugiej stronie, pod” naszymi” oknami. Z tarasu schodziło się na drogę okalającą mały gazon z „lipką Tereski”, wcale już przed wojna dużą.
     Dom był parterowy, bez piwnic, z dużym strychem, po którym nieraz biegały jesienią i zimą  jakieś kuny, czy inne dzikie zwierzaki.

Sidorowska  codzienność

                                  

     Mój Ojciec, Józef Kalasanty Paygert, otrzymał od ojca Kornela 350 ha ziemi ornej, 180 ha lasu, 40 ha obejścia( sady, ogrody, folwark), jednak  zastał majątek w roku 1921 zrujnowany. Stało się to z następujących powodów:
- jego ojciec, Kornel, wydzierżawił majątek niejakiemu Schwarzowi, pochodzenia żydowskiego. Sam otrzymał wtedy stanowisko dyrektora Banku Kredytowego  w Krakowie. Tam też studiowały i uczyły się jego dzieci, syn, Kalasanty i dwie córki, Amelia i Maria ( zwana Maryneczką). Było to na długo przed wybuchem I wojny. Jednak Schwarz gospodarował fatalnie. Wspaniała, podolska ziemia została karygodnie zaniedbana. Na polach pojawił się w wielkiej ilości perz, z którym jeszcze mój Ojciec miał problemy. Zbiory były zdecydowanie słabsze niż mogłyby być na znakomitym czarnoziemie. Dlaczego skrupulatny i oszczędny Dziadek przymykał na to oko?
- zniszczenia po I wojnie. Jeszcze jako dziecko pamiętam oba laski przeorane okopami wojennymi a zabudowania gospodarcze zniszczone. Dom był zupełnie pusty.Tak więc na starcie mój Ojciec miał gigantyczną pracę. Nie miał gotówki, a jeszcze musiał spłacać Ojcu, mieszkającemu już we Lwowie, różne długi i zobowiązania z racji przekazania mu majątku (w formie pieniężnej, lub w produktach). Nigdy nie był silnego zdrowia. Do tego dochodziła troska o powiększającą się rodzinę. Ale był ogromnie pracowity i niezwykle rzetelny w dotrzymywaniu zobowiązań.  Widzę Go od moich najmłodszych lat, jak od wczesnego rana, w bryczesach i butach z cholewami, objeżdża na koniu cały majątek i folwark.

 

                                                                                               Kalunio przed dworem (1914 r.) 

        Należy też dodać, że Tatuś był i wójtem wsi. Nie bardzo wiem na czym Jego praca na tym polu polegała. Na pewno jednak rozsądzał sporne kwestie. A było ich niemało i to jakich!! Słyszę kiedyś rozmowę czekających bab przed kancelarią. Mówią: „To była połowina z połowiny z czwertki”. Zdębiałam i pytam o jaką część gruntu tym kobietom chodziło. „O jedną szesnastą” – odpowiedział zupełnie bez długiego namysłu Tatuś .
      W tygodniu kilka razy jeździł bryczką do Husiatyna w sprawach administracyjnych i do rejenta Mikulego. Był to człowiek z Nim zaprzyjaźniony i wiele razy udzielił Ojcu dobrych rad.
     Jazda bryczką była dla nas dzieci zawsze ogromna frajdą, ale zważywszy nierówności naszego podolskiego terenu, była dla Tatusia na pewno męcząca.
     Wracał zawsze punktualnie na 13-tą na obiad. Ta punktualność to jeszcze jedna z Jego cech. Nie znosił spóźniania się.
    Rano, przy I śniadaniu, przy starannie nakrytym stole, z tradycyjną szklaneczka Vichy (to na żołądek), Tatuś pil kawę ze śmietanką, wnoszoną w dwóch dzbanuszkach przez lokaja Filipa. Do tego zawsze pieczywo domowe, masło, miód z własnej pasieki w kryształowym naczyńku. Potem kolejno wchodziły dzieci. Na powitanie całowaliśmy rodziców w rękę.
     Mamusia piła zawsze herbatę z mlekiem, trzymając kostkę cukru w ustach, opierając łokcie na stole.
    My dzieci dostawaliśmy garnuszek kawy zbożowej, tzw. kneipowskiej, a co drugi dzień kakao, czyli raczej ovomaltinę szwajcarską.
     Wracając do osobowości Tatusia, muszę dodać, że był nałogowym palaczem. Po obiedzie kładł się zawsze w kancelarii na "otomanie” z termoforem na brzuchu. Zawsze miał z żołądkiem problemy.
     O 17-tej był podwieczorek złożony też z kawy, albo herbaty z pieczywem i miodem, zimą jabłka, orzechy, w lecie poziomki, maliny. Po podwieczorku zajeżdżał przed ganek furman (w latach 20 tych Głowacki), później Piotr Jachimowski, prowadząc faetonik. Rodzice wsiadali, czasami z nami na ławeczce, lub koźle,(o to miejsce nieomal biliśmy się), aby objechać pola, sprawdzić robotę, zobaczyć wegetację.
     O 19 tej wracano. Tatusia w kancelarii oczekiwał Adler, a potem Benio, aby dowiedzieć się o „dyspozycjach jaśnie pana na dzień następny”.
    A potem, punktualnie o 20 tej, kolacja złożona z gotowanych jarzyn, czasami kasza, czasami kartofle z kwaśnym mlekiem.
    Przed spaniem pacierz prowadzony przez jednego z Rodziców przed ołtarzykiem wiszącym w naszym dziecinnym pokoju na ścianie, ze zwisającą serwetką spod figurki Matki Bożej i dwa flakony, zawsze za dużych jak na taki mały ołtarzyk – kwiatów. Potem Rodzice robili nam na czole krzyżyk, mówiąc: „dobranoc”.
     Toalety większe, czyli kąpiele odbywały się raz w tygodniu w tzw. garderobie, czyli pokoju dziewcząt,  służących,  gdyż tam było jedno z trzech ujęć wody,   (te codzienne, odbywały się pokoju, w miednicy z zimną wodą). A  tam w garderobie, stawiało się wannę blaszaną, wtedy dla mnie ogromną, i tam się kąpaliśmy. To było bardzo przyjemne: obfitość ciepłej wody i słodkie, cierpliwe Mamusi: „wyjdź już dziecinko”. W tej samej wodzie, po mnie, kąpał się Adam, który absolutnie z wody wychodzić nie chciał, chyba, że mu Mamusia pozwalała na przeczytanie jakiejś książki, np. ”Qvo vadis”, czy” Ogniem i Mieczem”. Na koniec do wanny wchodziła Tereska!!( A może cos pokręciłam?)
     Rodzicom  też organizowano taką toaletę, w tej samej wannie, ale w kancelarii. Przez cały dom noszono tam..... konewkami ciepłą wodę. To był mankament Sidorowa: brak kanalizacji i mała ilość ujęć wody( w kuchni, w pokoju dziewcząt i na folwarku). Ubikacje były osobno i czysto zbudowane (dla rodziców i gości i  dla dzieci), ale bez wody bieżącej!!! Myślę, że oprócz kosztów z tym związanych, mentalność ludzi sprzed I wojny była taka: trzeba czymś zająć służbę, aby mogła zarobić. A w lecie można się przecież wykąpać na dworze.. Trzeba jednak przyznać, że ludzie nie chorowali więcej niż dziś. Ale panowała gruźlica, czy jak to się wtedy mówiło suchoty i na pewno, choć o tym głośno nie było: choroby weneryczne. To samo zaobserwowałam po latach, jako żona aptekarza przy robieniu leków w jego laboratorium aptecznym w Dynowie, już w latach 50 tych.

     Ale wracam do  Rodziców. Tatuś bardzo lubił czytać wszystkie aktualne periodyki, a i sam pisał do nich artykuły, np. do „Naszej przyszłości. ” Zawsze potem czytał je głośno Mamusi chodząc po pokoju i trzymając ręce pod szelkami, ale też i uważnie słuchając Jej uwag i opinii. Ona zaś posiadała duża wiedzę humanistyczną, głównie z nauki domowej, ale bardzo rzetelnej. Potrafiła więc właściwie formułować swoje uwagi. Była spostrzegawcza i bardzo rozsądna. Wychowana  surowo i spartańsko w rodzinnym, dynowskim domu,  miała usposobienie lękliwe i uległe, nie znosiła też konfliktów; wolała usuwać się z pola walki,  niż wygrywać.
     Z racji takiego charakteru była bardzo kochana przez wszystkich domowników, nie wyłączając służby. Lubiła ich słuchać, w lot łapała powiązania rodzinne, zawsze gotowa pomóc. W przedpokoju była mała szafka, naturalnie zamykana na klucz. To była Jej apteczka. Ta prawdziwa działała dopiero w Husiatynie, a wiec podręczna, domowa okazywała się niezwykle potrzebna. Potrzebujący, czy to ze służby, czy ze wsi, nigdy nie odchodził z pustymi rękami, a do leku dodawało się często osełkę sera czy masła, Były to, naturalnie, leki nieszkodliwe, proste takie jak maść borowa, cynkowa, jodyna, aspiryna Bayera, bańki, termometr, środki przeczyszczające, rycynus, bandaże i waty.
      Tatuś często zapadał w zimie na nieżyty dróg oddechowych. Wtedy wołało się ze wsi nieznaną mi z nazwiska, wysoką kobietę, która stawiała mu banki. Gdy już „pod” nimi leżał, „ucinał” sobie z nią wielce „uczoną ”rozmowę o życiu na wsi i jej zapatrywaniach na to i owo. Było to zabawne, nawet i dla nas, dzieci.
 
                                                                            Małgosia i Adam wzorowo pozują, r. 1927

     Za te bańki, kobieta dostawała tzw. „kupkę czyszczenia”, czyli stertę gałęzi z lasu, na opał. Może i pieniądze też. W razie choroby poważniejszej, jak np. szkarlatyna nas 4-ga,  proszono z Husiatyna o przyjazd prawdziwego lekarza. Był nim dr Joszpa, Żyd . Bardzo  brzydki, o wyjątkowo semickim wyglądzie, ale swój fach znał dobrze. Drugim lekarzem był dr Parafinowicz, a w Probużnej – dr Brandman. Tego ostatniego doskonale pamiętam z roku1925 lub 26. Stwierdził u malutkiej Tereski wrzód w gardle, a u Adama krzywicę kości. Zalecił.......złamanie obu nóżek, (!), operacyjnie, aby je w potem wyprostować. Dwie hiobowe wieści. Zaczyna się oczekiwanie, czy wrzód pęknie, czy też dziecko może się udusić....
    Na takie dictum obaj panowie, czyli Tatuś i doktor rozpoczęli partię szachów w salonie, a Mamusia - litanię za pośrednictwem św. Tereski, rok wcześniej kanonizowanej. Jej żarliwa wiara do dziś została mi w pamięci i sercu....
    Panowie, po kolejnej partii wracają do dziecka. Tereska zakaszlała i krew polała się po buzi. Doktor zagląda do gardła i mówi: ”wrzód pękł, dziecko uratowane”. Potem wracała już bardzo szybko do zdrowia, a i nogi Adama wyprostowały się same i dzięki rozsądkowi Mamusi, dziecko uniknęło straszliwej operacji.
    Los Brandmanna był tragiczny: w lasku, w Tłusteńkiem, popełnił wraz z  żoną samobójstwo. Podobno był to rodzaj ucieczki przed pogromem hitlerowskim w latach 40 tych. Dowiedziałam się tego od Myszki Mieczychowskiej-Czerwińskiej dopiero w latach 90 tych.
      W Wasylkowcach (to było jedno z naszych bliskich sąsiedztw.) w  majątku gospodarował Stanisław Ujejski, wdowiec po młodszej siostrze babci Emilii Paygertowej, Stefanii. Pomagała mu córka,  Krysi. Tam też , mieszkał i pracował dr Kunicki, uroczy, mądry, a nade wszystko ofiarny lekarz, typ Judyma. Często było tak: zbadał chorą kobietę, dał jej pieniądze na wykup recepty i ....kurę na rosół, na wzmocnienie. W Wasylkowcach posiadał mały majątek, około 300 morgów. Wiele lat po wojnie widziałam w telewizji reportaż o nim z Gubina, gdzie wiele ludzi z Sidorowa osiedliło się. On tez tam wśród nich wiele jeszcze lat mieszkał, leczył, pomagał, jak ongiś. Opowiadali o nim w tv prości, wdzięczni, ludzie. ”Przeszedł przez życie dobrze czyniąc”...
    W Sidorowie, we wsi był też i chłop, który znakomicie składał złamania, zwichnięcia. Drugim „lekarzem”, z Bożej laski był chłop Szołupka, którego wolało się do wzdętych krów. Działo się tak po zjedzeniu przez nie mokrej koniczyny, „ takiej po deszczu”. Mamusia opowiadała mi:” Wchodzę do stajni, a tu cała obora wzdęta”. Szybko zawołany Szołupka, nakłuwał brzuchy krów w odpowiednim miejscu i zaraz krowa wracała do swego dawnego wyglądu, a całą obora ryczała ze szczęścia.
     Do naszego Dziadzia, Kornela, który przyjeżdżał do Sidorowa na lato, a cierpiał na nadciśnienie, przywoziło się z Husiatyna fryzjera Kanarka, specjalistę od stawiania pijawek. (Ja także sprzedawałam po wojnie pijawki w aptece mego Kazika w Dynowie. Chłopi nagminnie je kupowali: „na głowę”, „jak strzyka, na dyszcz”, „na kolano”, nawet „na serce”.)
     Mało dotąd pisałam o naszej Mamusi. W moich wspomnieniach z lat 20 tych była bardzo ładna, postawna, o grubych warkoczach upinanych w tzw. ”chignon”, czyli kok przypiety szylkretowymi szpilami. Ale jeszcze przed urodzeniem Zosi pojechala do Lwowa, chyba na pogrzeb Babci Ludwiki Chamcowej ( matki Leonii Trzecieskiej) i tam scięła włosy.  Wraca, wchodzi do dziecinnego pokoju ładna, bardzo młoda i bardzo modna. Ja po południu obowiązkowo leżałam przy zacienionych oknach. Odsuwam zasłonę i pytam:” Mamusia czy ciocia”? Myślałam o Helusi Kulikowskiej ( drugiej córce Stanisława Ujejskiego, mieszkającej w Zaciszu, 2 km od Sidorowa). Dopiero jak się odezwała, poznaliśmy, że to nikt obcy. Dziecko zawsze bardzo przeżywa zmianę wyglądu drogiej mu osoby. Ale potem przyzwyczailiśmy się szybko.
    W chwilach podniosłych takich jak suma w kościele, przyjazd gości, wyjazd do Czortkowa, Mamusia fryzowała sobie grzywkę gorącymi szczypcami, potem ładnie ją sobie rozczesując.
    Miała wiele wdzięku, skromności i  ogromne poczucie humoru, a także zdolność narracji.
    W Jej pokoju stała   toaletka, owalne, srebrne lustro, oraz „nowoczesny” jak na owe czasy, przyrząd do grzania szczypiec, czyli tzw. „żelazka do fryzowania”. Stały też tam różne kremy Lacoderma, ale nigdy szminki czy pudry. W niedzielę czasami mogłyśmy oglądnąć zawartość środkowej szufladki zamkniętej na kluczyk. Naszym oczom przedstawiał się istny raj: pierścionki z brylantami, niektóre zwane „markizami”, broszki np. cała gałązka róży z kwiatem rozwiniętym, a wszystko wysadzane brylantami, łańcuchy. Czasami, na Boże Narodzenie broszka była przypinana. „Jak będziesz duża, to dostaniesz”. Tak się zawsze kończyła ta wizyta  w sejfie Mamusi (wszystko to zostało upłynnione w czasie wojny we Lwowie, na życie).
     Na toaletce Tatusia widziałam znakomite wody kolońskie w ładnych flakonach kryształowych, bardzo dużo różnych szczotek i szczoteczek do czesania, przybory do manicure. Szafa z porządnymi ubraniami byłą rzadko otwierana. Ojciec albo jeździł konno, albo w latach 30 tych autem z szoferem (choć sam też umiał doskonale prowadzić). „ To nie są miejsca na wytworne garnitury”- mawiał. Ale jak już jeździł do Lwowa ( 300 km, pociągiem), ubrany był znakomicie.
      Wyjątkowo eleganckim mężczyzna był Kornel.
 
                                                                                               Kornel Paygert w 1912 r.
 
Ubrany zawsze idealnie „pod kolor”, czyli koszula, chusteczka w butonierce, krawat i garnitur były zawsze doskonale dobrane. Do koszuli spinki biżuteryjne i podobna szpilka do krawata. Mankiety i kołnierzyki koszuli były sztywno wykrochmalone i lśniące (zresztą mój mąż, zaraz po ślubie w 45 roku, nosił podobne). Takiej elegancji i wyglądu wymagała Jego żona, Emilka.
     Kornel był człowiekiem w czasach mego dzieciństwa prawie ociemniałym. Prowadził życie przy biurku, dyktując sekretarce, lub słuchając, gdy ona czytała mu gazety. Taki tryb życia nie powodował zużycia ubrań, a ponadto środowisko lwowskie, w którym się obracał wymagało zadbania i elegancji. W swoim domu, przy ulicy Chmielowskiego, urządzał znane ”środy” literackie. Zapraszał zawsze na omówienie konkretnego tematu. Na początku ktoś wygłaszał referat, a potem była dyskusja. Służąca w białej koronce na głowie , czarnej sukience i białym fartuszku,  roznosiła herbatę i ciasteczka, ale nigdy niczego więcej. Panowie palili też cygara i dyskutowali do późna.
    Żona Kornela, Emilia z Bohdanów, była piękną kobietą, ale nigdy nie widziałam jej śmiejącej się, wesołej.
 
                                                                                         Emilia z Bochdanów Paygertowa
 
Nie miała osobistego uroku ani wdzięku. Ale pięknie grała na fortepianie.  Niestety Kornel muzyki nie znosił. Zawsze wiec chcąc zagrać, Babcia pytała, czy „pan już wyszedł”, naturalnie prowadzony przez sekretarkę, na spacer. Nie było to dobre małżeństwo, w przeciwieństwie do moich Rodziców.
     Jak już wspomniałam, Kornel nie mógł obejść się bez sekretarki. Kto to był? Z zamierzchłej przeszłości pamiętam pannę Manię, dość brzydką, ale poczciwą. Potem były to kolejno panny Żebrowskie ( zubożałe ziemianki, wyrzucone z majątku „zza kordonu” czyli z Rosji po rewolucji bolszewickiej w 1917 r.) : Zosia, Ada, Jola i Roma.  Wszystkie były wychowankami Niepokalanek z Jazłowca,  znakomicie mówiły po francusku i Kornel był z nich bardzo zadowolony.
    Kolejna sekretarką była panna Berezowska, a po niej Tułodziecka.  Była postawna i elegancka.  Gdy w latach 30 tych Kornel przyjechał z nią na wakacje do Sidorowa, powiedział: „Chciałbym Józiu, aby Filip podawał półmisek pannie Tułodzieckiej przed Tobą”. Mamusię bardzo to zdziwiło, ale jak zwykle, nie zaoponowała.
 
                                                         
                                                                                Kornel Paygert w Truskawcu w 1912 r.

     Kornel nie był ani ciepły, ani łatwy w obejściu, ale dodać muszę, że sprawiedliwy. Umiał wynagradzać wszystkie swoje faux pas. Pamiętam piękna lampę salonową, na wysokim, jakby biedermajerowskim cokołku z zielonym abażurem, którą Mamusia dostała od niego po jakiejś, zapewne niesprawiedliwej, uwadze.
     Adam i ja otrzymaliśmy efektywne wyposażenie, gdy poszliśmy do gimnazjum, że nie wspomnę już o pięknych i drogich prezentach dla nas, dzieci, z okazji Bożego Narodzenia czy Wielkanocy. Gdy przyjeżdżał na wakacje, przywoził prezenty sportowe; huśtawka, kręgielnia, krykiet.
     Hojnie obdarowywał i synową, czyli Mamusię, która przypadła mu do serca z racji swojej skromności i uroku.

Nasi domownicy


         Chciałabym teraz opowiedzieć o wnętrzu naszego domu i ludziach, którzy nas tam otaczali.
      Zacznę od przemiłego Werli, a może Władka?, nie pamiętam. Przez rok, zastępując Filipa, pełnił rolę lokaja. Był to człowiek o miłej powierzchowności i subtelnym profilu. Kochał książki i czytał je nam dzieciom z zamiłowaniem i ekspresją. Druga osoba, która nam czytała, to Babcia Emilka. Przyjeżdzajac z Kornelem na lato do naszego domu, cale letnie popołudnia nam poświęcała. Czytała pięknie. I w ten sposób poznaliśmy „Serce” Amicisa, „Oko proroka” Łozińskiego; Robinsona częściowo nam opowiedziała. Po takich spotkaniach każdy dostawał od Babci kostkę cukru lub czekolady.

 

                                                                           Józia z malutką Małgosią i Adasiem, 1923 r.

      Naturalnie mieliśmy bony. Pierwszą była „stara bońcia”, która po wysłużonych już latach w innych dworach, pielęgnowała i Tereskę. Widzę jej sylwetkę potężną i grubą i dość ostry głos, którym zwraca się do niańki, Sabiny, prosząc ją o nowe majtki dla Adasia, a gdy dostaje je przez okno, mówi: ”Ciebie Pan Bóg ciężko pokażę za te majtki zmoczone”.
 
             
                                                                                     Adam pod potrójnym jesionem, 1925 r.
 
Miałam wtedy chyba ze 4 lata i ta scena dokładnie utkwiła mi w pamięci.  Wtedy miało miejsce zabawne wydarzenie, ktorego bohatetem był mały, chyba 2 letni Adam. Przybyli na wizytę goście zapytali malca: "A czyim ty jestes synkiem"? " Niani i Taty" brzmiała rezolutna odpowiedź, która ciut speszyla biednego Tatusia. "Dureń jesteś" skwitował występ synka.
     Rok później bońcia u nas umarła.  Pamiętam szum, księdza, ministranta... Leży na cmentarzu sidorowskim zaraz na prawo przy wejściu, z czarnym krzyżem. Była też i p. Waniurska, dobra i kochana, ale chora na poważna chorobę zwaną sklerodermą. Tatuś stale sprowadzał do niej lekarzy. Po odejściu od nas została umieszczona we lwowskim szpitalu dla nieuleczalnie chorych i niebawem umarła.
     Potem pamiętam Zosię Dąbrowską, która bardzo lubiła hodowlę królików. Czasami we trojkę szukaliśmy uciekinierów po krzakach. To ona zaczęła uczyć mię czytania i pisania, nieźle też rysowała, ale cieszyłam się, gdy odeszła. Nawet bardzo!! Aby „dokończyć” mojej edukacji na tym polu, Rodzice prosili nauczyciela szkoły gminnej ze wsi, pana Krukiewicza. Sądzę, że to  mu się udało.
       Jedną z moich nianiek  w latach 20 tych była Helcia Głowacka, siostra furmana. Jej młodsza siostra,  Jadwiga była nianią Zosi, ukochaną Incią.
     Musze wspomnieć i o kucharzach. Pierwszym był chyba Jaszczur, drugim, już w latach 30 tych Olejnik. Kojarzy mi się z miłymi wspomnieniami. Lubił namiętnie czytać, buszując po naszej i rodziców bibliotekach w czasie rodzinnych wyjść do kościoła. Był zręczny i umiejętny; przygotowywał Adamowi i mnie pyszne smakołyki przy wyjazdach do Chyrowa i Jazłowca.  Miał troje dzieci: Izię, moja rówieśnicę, Zenka w wieku Tereski i Henię, z która bawiła się mała Zosia. Często przychodzili do nas na zabawę, a i czasami brali udział w różnych „reprezentacjach” (nomenklatura panny Sienkiewiczówny, reżyserki), czyli przedstawieniach.
     To właśnie Olejnikowi wydawałam produkty do gotowania ze spiżarni pod nieobecność Mamusi, ale to były już lata 30-te.
      Osobą do pomocy w kuchni była  kulawa Antosia, ale bardzo urodziwa i nadzwyczaj pomocna. Typ jak od Tetmajera.
     Lokaj Filip służył u nas najdłużej jako, ze Kornel nie wyobrażał sobie pobytu u nas bez jego obsługi. Cierpliwie znosił też „apoplektyczne” wybuchy starszego pana i zawsze doskonale na tym wychodził.
     Mówiąc o służbie nie można zapomnieć fornala, którego pamiętam jako pilnującego spichlerza. Był to Kobyłka, jeniec z armii rosyjskiej z I wojny, a potem wcielony do armii austriackiej. Zdaniem Tatusia był on najlepszym z całej służby. A do tego niebywale silny. Fama głosiła, że potrafił w zębach podnieść korzec zboża!!! Ogolnie rzecz biorac mielismy w domu 5 osób słuzby: dwie dziewczyny do sprzątania, prania, prasowania, lokaja, kucharza i podkuchenną. Na folwarku  byl furman , stajenny,i gumienny, czyli klucznik. Fornali obsługujacych konie bylo około  20. Byli wynagradzani  w postaci tzw.ordynarii, czyli zboża, użyczenia pola pod kartofle oraz drewna na opał. Benio i kucharz mieli jeszcze utrzymanie dla swoich krów.   
     Babcia Emilka była dla nas w dzieciństwie dobra i serdeczna. Kiedyś Rodzice pojechali do Lwowa, a my z Dziadziami wybraliśmy się pole. W czasie naszych szaleństw na ściernisku, bardzo poraniłam sobie kostki, ale na razie nic Babci nie powiedziałam. W domu rzecz się wydała, a  Babcia z ogromną troskliwością, klęcząc na ziemi, opatrywała mi moje „rany”. Innym wesołym i ciepłym odruchem był moment zakraplania oczu Dziadzia. Jedne krople do lewego, drugie do prawego. Jak tu się nie pomylić stojąc twarzą do pacjenta? Babcia odwracała się wtedy tyłem i zaznaczała prawe oka Dziadzia na swoim prawym i to samo z lewym. Zaśmiewaliśmy się wtedy z tego, a przecież Babci o to chodziło.
     Widzę ją jeszcze teraz jak żywą, w sukni do ziemi i fartuszku równie długim w niebieskie paski, bardzo prostą, jeszcze młodą.
     W Sidorowie mieliśmy mnóstwo drobiu, zwłaszcza indyków, (które potem były wysyłane do Lwowa, do eleganckiego George`a, zawsze w zimie, zaszyte w płotno. Dochodziły w ciagu jednego dnia, (tak wtedy funkcjonowaly swietne pociagi zwane lux-torpedami), ), kur i kaczek, a cala wieś była pełna gęsi; zawsze widziałam pełno pierza. Zimą odbywały się „tłoki”, czyli darcie  go. Kobiety oddzierały puch gęsi od „kregoslupa” piora. Naturalnie chodziło o puch do poduszek. Kobiety, które przychodziły na „tłokę” ze wsi, zawsze wychodziły po poczęstunku i zapłacie.
     Innym gromadnym spotkaniem pracowników było zrywanie jabłek i znoszenie ich do schowka na zimę, trzęsienie orzechów, obrywanie liści tytoniowych i nizanie ich na długie sznury do suszenia.
 
                                                                                                      Jesienny zbiór jabłek

     Ważną i dochodowa czynnością było plantowanie konopi: żęcie, moczenie, suszenie, czesanie na drucianych szczotkach, nadziewanie już miękkich i suchych na kądziel i przędzenie. Była to piękna i wdzięczna praca. Przędzenie bardzo lubiła Mamusia.
     Nitki nawinięte na czółenko zanosiło się do tkacza, który tkał tzw. werety, czyli długie pasma płótna, które czekało jeszcze moczenie i suszenie na słońcu.
     W naszym dalszym sąsiedztwie, w Koszyłowcach, 9 km od Jazłowca, u pp. Modzelewskich była znakomita produkcja takiego płótna, hafty i szycie pięknych portier i zasłon. Ale tamto płótno pochodziło ze lnu. Konopie są do tkanin grubszych.
    Pani Modzelewska miała całą szkółkę dziewcząt haftujących, a po wojnie to ona założyła tego typu wyroby i prace w Cepelii.
    Natomiast nasze sidorowskie werety były robione na użytek własny.
    Las był przez Tatusia bardzo chroniony i pilnowany. Zajmował się tym leśniczy Chałupa, ojciec 24 (!) dzieci, bardzo przez mego Ojca ceniony.
     Las posiadał około 200 morgów. Jesienią odbywały się tam polowania na  zające, lisy, bażanty i borsuki. Ale gdy na Św. Józefa przyjeżdżali z Rudnik Moysowie, Wuj Michał, zapalony myśliwy, polował wtedy na rogacze. Miał on do polowania specjalny strój: buty na lekkim obcasiku, kapelusik z piórkiem oraz broń taką i owaką, którą trzymał na specjalnych pasach. Był do lasu zawożony końmi. Tam z tzw. ambonki obserwował zwierzynę. Pomimo żyłki myśliwskiej,  bardzo ją kochał, a samo polowanie traktował jak swoiste święto. Mówił, że trzeba strzelać tak, aby zwierzęcia nie męczyć, nigdy z tyłu, gdy nie ma szans na ucieczkę.
     Potem o swoich obserwacjach leśnych opowiadał nam żywo podczas kolacji.
     W lecie też przyjeżdżał na jakieś zwierzę. Ale jakie? Nie pamiętam.
      Nasz Adam, jako kilkunastoletni chłopiec jeździł do Krogulca, do Potockich, na polowanie dzikich kaczek i słonek. Jego trofeum to był wspaniały jastrząb, z rozpostartymi skrzydłami, który już po wypchaniu, witał gości  w przedpokoju. Podobnie piękna skóra borsuka, upolowanego przez Stefanka, wisiała u Moysów w Rudnikach.
     Zimowe polowania to było dla nas przeżyciem nie lada. Zjeżdżały sanie z zaproszonymi, mróz skrzypiał, słońce świeciło. W domu przygotowywało się wspaniały bankiet na zgłodniałych po polowaniu. Trofea wiozły specjalne sanki, a kucharz je segergował i chował do lodowni. Potem gotował z nich buliony, które, po zastygnięciu, były znakomitym dodatkiem do różnych potraw.
     Ale jeszcze przed powrotem myśliwych, woziło się im II śniadanie do lasu (np. bigos). Filip uganiał cały dzień: czyścił broń pomagał zdejmować ośnieżone odzienie i buty myśliwych, korzystal z napiwków a wieczorem bywał już mocno podchmielony. Pewnego razu został za to mocno przez Tatusia skarcony: podczas pracy trzeba być do końca trzeźwym, nie można w takim stanie podawać do stołu.  Nic sobie z tego nie robiąc, wszedł brawurowo do salonu i powiedział: ”za pysk dziękuję (widać, że został przez Tatusia trochę otrzeźwiony), ale za pracę nie dziękuję”. Naturalnie, że to wzbudziło ogólną wesołość. A Filip, już wytrzeźwiony, grzecznie podawał do stołu w białych rękawiczkach.
     Do tych bankietów myśliwskich panie nie zasiadały, nawet pani domu. Cóż, jedna z naszych nauczycielek (lata 33-34), chyba panna Mierzejewska, była niepocieszona.
      Pisałam już o kucharzach, ale chyba ostatnim na tym stanowisku był Kijowski i on specjalizował się we wspaniałych potrawach dla myśliwych.  Pracował poprzednio w jakimś znamienitym domu i tam się fachu wyuczył.


Narodziny Zosi

      19 sierpnia 30 r. urodziła się Zosia, nasza najmłodsza siostrzyczka. Była to dla nas wielka radość, ale i ewenement na dużą  klasę. Pamiętam, że był to wtorek, a jeszcze w niedzielę byliśmy z Mamusią w polu, dzielnie, dziarsko spacerującą, w białej sukience w czarne kropki. Jak dobrze to pamiętam!! A we wtorek rano, gdy jeszcze byliśmy w łóżkach, "madame” z Husiatyna zaanonsowała nam: „macie siostrzyczkę”. Odpowiedzieliśmy piskiem i radością!!
     Zośka jest od nas dużo młodsza: ode mnie o 8, od Adama o 7, a  od Tereski - 5 lat. Jest to znaczna różnica wieku, zwłaszcza w rodzeństwie razem  wychowującym się, ale kochaliśmy ją szalenie, a Adam chyba najbardziej. Ja uważałam ją trochę jak żywą laleczkę, ale potrafiłam długo obserwować jej buzię, ruchy i codziennie postępujący rozwój.
    Do chrztu podawały Zośkę dwie pary: państwo Boguccy z Czarnokoniec (przyjaciele Rodziców z majątku nieopodal Kopyczyniec) oraz Jurkowie Kunstteterowie (siostra Mamusi, Stefcia, z mężem) ze Stryja.
 
                        W dniu chrztu św. Zośki, 1930 r., w angielskim ogrodzie: Stefcia Kunstteter, Kalunio, Małgosia, Tereska i Adam
 
                                   Nowy samochód Kalunia (Praha): Adam przy kierownicy, obok kierowca, z tyłu Małgosia i Tereska
 
 Do sidorowskiego kościoła jechaliśmy dwoma autami,które wzbudziły w cichej wiosce trochę sensacji.  Chrztu udzielał proboszcz ks. Wałowski
.
                                                                                 Kalunio z dziećmi w ogrodzie, 1930 r.
 
                                                    Stefcia Kunstteter, Małgosia, Adam i Tereska w angielskim ogrodzie, 1930 r.

    Zośka chowała się bardzo dobrze. Adam często kołysał ją na wózku, wysokim, patyczkowym, z budą. Pamiętam ją wesołą, uśmiechniętą na rękach różnych ludzi, np. Halinki Wilkansówny, naszej nauczycielki w latach 30 tych. Nianią Zośki była wspomniana już Incia, Jadwiga Głowacka, siostra Helci i furmana  Głowackiego. Największym problemem małej Zosi był strach przed trąbieniem stróża nocnego, który w ten sposób dawał państwu znać o swej czujności. W końcu Tatuś zakazał mu tego.
    My starsi mięliśmy już wtedy jakieś lekcje i obowiązki. Mała Zosia była więc bez towarzystwa. Zlecono więc Filipowi spacery z nią po ogromnym ogrodzie, aby „była na świeżym powietrzu”. On jednak wolał chodzić na papierosa do kuźni czy stolarni na rozmowę z chłopami. A  dziecko stało obok zadzierając główkę w podziwie wobec kopcących i ryczących ze śmiechu. Szczytem wszystkiego było, gdy pewnego dnia zastałam ją w ogrodzie z paluszkiem na buzi: „cicho, Ip śpi”,  przy Filipie chrapiącym w najlepsze na ogrodowej ławce, Filipie, który właśnie miał jej pilnować.!!
     Wieczorami nasza starsza trójka szalała w ogrodzie angielskim. Stał tam olbrzymi jesion, a właściwie trzy, zrośnięte ze sobą.
 
                         Trójpienny jesion, miejcse zabaw od zawsze. 7-miesięczny Adam i dwuletnia Małgosia z boną Czerkawską, 1924 r.
 
Wchodziliśmy do środka przez mały schodek, górę czasami nakrywaliśmy kocem i miejsce do zabaw było wspaniałe. Był to raz domek, raz schowek, w zależności od naszej fantazji. Bawiliśmy się też tam w puszczyka. Jeden się chował, a puszczyk wołając: hu hu hu, wychodził na łów. Oczywiście nie była to zabawa dla 3 letniego dziecka. Uciekaliśmy przed nią, kryliśmy się, aby nie biegła za nami. I wtedy rozlegał się tragiczny ryk...
    Potem już Mamusia czytała jej książeczki. Gdy pytała czy rozumie, zawsze otrzymywała rezolutną odpowiedź: „wiem Mamusiu”. To było bardzo zdolne, ale przede wszystkim spokojne dziecko. Już wtedy patrzyła z pewnym dystansem na świat.
Przepadała za zwierzętami i wogóle sie ich nie bała. Jako mała, 6-7 letnia dziewczynka wchodziła do zagrody młodych , a więc bardzo silnych, a jednocześnie głupich koni i biegała niczym sprężynka pomiedzy ich nogami, starając się uniknąć kopnięcia. Potem jak bomba uciekała. Kiedyś tak się wtedy potłukła, że do dziś ma niewyjęte z rany kamyczki w kolanie.
 
                                                                                                  Zosia 6-letnia, 1936 r.

     Gdy przychodziła zima, całą naszą czwórkę ciągnął na sankach Filip,  jednocześnie biegnąc. Byliśmy z nim związani nie przez sympatię do nas, której szczególnie nie wyczuwałam, ale poprzez dużo razem przeżytych chwil.  Filip nic z ówczesnej polityki nie rozumiał, ale będąc Rusinem (dziś nazywa się ich Ukraińcami), potrafił, już po wybuchu II wojny, słysząc samolot wojenny, powiedzieć: „ Hitler leci samostijną Ukrainę budować.”

Nasze nauczycielki

        A teraz trochę o naszych domowych nauczycielkach. Wspomniałam już, że w latach 30 tych nauczycielką była u nas Halina Wilkans,
                 
                                                                      Adam, Tereska i Małgosia z nauczycielką Haliną Wilkans, 1931 r.
 
 
a jej siostra Rena pracowała w Zaciszu u Kulikowskich ucząc Irkę ( Helusia Kulikowska, matka Irki, była drugą córką Stanisława Ujejskiego i Stefanii, siostry Emilii Paygertowej”. Zacisze było naszym najbliższym sąsiedztwem, ok. 2 km od Sidorowa). Obie z Irką, stwierdziłyśmy po latach, już w Warszawie, że nie przepadałyśmy za nimi oboma. Zwłaszcza ja.
     Po odejściu Halinki, uczyła nas panna Czarnecka, a potem Gołębska. Oboje z Adamem byliśmy w jednej klasie. Ja zostałam „zdegradowana”, aby nie trzymać nauczycielki do trzech różnych klas; to było za kosztowne. Dziś jest to bez znaczenia, ale ja wtedy źle się z tym czułam. Wracając do Gołębskiej to znany był epizod z Adamem, który chcąc ją dotknąć, powiedział: ”Pani wcale nie jest jeszcze taka stara”. Chyba jednak zbyt nad tym stwierdzeniem nie cierpiała...
     Potem nastała era Zinki Sienkiewiczówny, siostrzenicy Henryka (era, bo była u nas w dwóch nawrotach). Była to postać bardzo ciekawa.
    Byliśmy wtedy w klasie czwartej. Zinka była punktualna i obowiązkowa, ale i wymagająca. Zadawane przez nią „tematowe” zadania matematyczne były dla mnie męczarnią. Nie miałam zupełnie głowy do przedmiotów ścisłych. Ale pięknie uczyła nas po francusku, którego to języka nauczyła się w Jazłowcu u Niepokalanek. Ponadto 4 razy w roku przygotowywała dla całego domu piękne przedstawienia, recytacje, żywe obrazy, tańce itp. Te spektakle odbywały się albo z racji imienin Rodziców, albo uroczystości patriotycznych. Umiała pisać wierszyki i ilustrować laurki, dowcipnie i umiejętnie. Pamiętam doskonałą karykaturę sławnej Kasztanki Pilsudskiego.
     Niestety była głuchawa i ciut za „stara” jak do tak małych dzieci, miała, bowiem, dobrze po 40-tce. To czasami utrudniało nasz kontakt.
     Ale znała mnóstwo ludzi jeszcze  z  Młodej Polski. Ubolewała nad przedwczesną śmiercią Adasia Żeromskiego, syna Stefana, który chyba był jej sympatią. Opowiadała ciekawie o swoich znanych przyjaźniach towarzyskich; wszyscy słuchali jej przy stole z przyjemnością

Święta i tradycje  domu

        Opowiem teraz o świętach Bożego Narodzenia w naszym domu i o udziale w nich Zinki.
      Cały adwent trwały przygotowania różnych świątecznych zwyczajów: było to robienie ozdób na drzewko i przygotowywanie własnych prezentów. W latach 20_ tych mocno wierzyliśmy w „ingerencję” aniołka w tym względzie, ale już potem chyba sami zorientowaliśmy się co i jak. Wydawało się nam, że i mała Zosia wierzy i uporczywie podtrzymywaliśmy tę jej wiarę. Gdy wyciągaliśmy prezenty spod drzewka, wykrzykiwaliśmy: „popatrz Zosiu, co mi aniołek przyniósł”.
     Wiadomo,że adwent to czas, gdy oprócz wzmożonej pracy wewnętrznej (inspirowała to Mamusia, która nas uczyła religii), trzeba się było też zabrać za korespondencję. Chodziło przede wszystkim o życzenia do Dziadziów w Dynowie i Lwowie. Gdy już starannie je napisaliśmy, wkładało się listy do ażurowej skrzyneczki wiszącej w jadalnym pokoju. Stamtąd listonosz Nadkierniczny zabierał je na pocztę. Pani Zinka nazywała go „Nadczłowiek”. Pytała: „ Czy Nadczłowiek już był po listy”?
       A jak wyglądały same Święta?
     Zawsze oczekiwaliśmy wilii z bijącym sercem. Do salonu nie wolno nam było od rana wchodzić. Drzwi były zamknięte. I te od przedpokoju i od sypialni Rodziców.
    Do wilii zasiadaliśmy o 18 tej, w pięknie udekorowanej jadalni, z 4- ma snopami zbóż w rogach pokoju. Czasem na wilię przychodził proboszcz, ks. Wałowski. Zazwyczaj bardzo się spóźniał. Tatuś pytał zniecierpliwiony parobka Grzesia, czy ksiądz już idzie. Na to było niezmienne: ”Ksiądz się już zbiro”. Ale gdy  przychodził, atmosfera była bardzo miła, a rozmowa ciekawa.
       Na stole kandelabry, najpiękniejszy obrus, sianko, strucla z opłatkami. Życzenia, dzielenie się opłatkiem i waza barszczu z uszkami, którą wnosił Filip. Potem doskonałe potrawy rybne, ale dokładnie już ich nie pamiętam, naturalnie kutia podolska i kompot z suszu oraz makowniki.
      Po kompotach nagle rozlegał się w salonie dzwonek. („Aniołem „ był Filip, który dzwonił srebrnym dzwoneczkiem i natychmiast się chował) .Wydawał się on nam daleki, „jak z nieba”. Pędziliśmy, drzwi otwierały się szeroko: naszym zachwyconym oczom ukazywało się drzewko - kolos rozjarzone świeczkami, sztucznymi ogniami i mnóstwem świecidełek, szklanych i metalowych, „takich, aby się nie spaliły”. Na szczycie - wielka głowa Anioła i chyba szpic, (który Adam potem nazywał: „lewatywa”).
     A pod drzewkiem??? Czegóż tam nie było przez cały ciąg wspomnień z lat 20-tych i 30-tych? Prezenty były najczęściej przysyłane przez Kornela ze Lwowa: lalki, zbroja dla Adama z czasów ks. Józefa Poniatowskiego, prawdziwa, nie zabawka;  raz dostałam miniaturowe pianinko, raz skrzypki. A mała Zosia dostała kiedyś lalę z cała wyprawką. Taką „córeczką” trzeba się było opiekować, ubierać, układać do spania, karmić flaszeczką.  Sądzę, że było to dla małej dziewczynki bardziej wychowawcze, niż lalka barbie, o minie zblazowanej panny oczekującej hołdów.
     Potem były prezenciki własnej roboty, bo tego bardzo pilnowała Zinka. Ona też takowe wykonywała. Utkwiły mi w oczach dwie łupiny orzecha połączone ze sobą i wymoszczone liliową, atłasową draperyjką, którą się ściągało złotym sznureczkiem i z tego powstała mała sakieweczka na biżuterię.
     Po ogólnej radości, Mamusia intonowała kolędy od „Bóg się rodzi”, a po całym ich zestawie zaczynały się ukochane przez nas pastorałki, które Mamusia znała zawsze w całości, jak „ W tej kolędzie kto tam będzie”, czy „Biegł Kuba przez lasek”.
  Potem było dzielenie się opłatkiem ze służbą, Filip szedł na wieś do domu, a na koniec pasterka, na która się szło lub jechało saniami, w zależności od ilości śniegu. Kościół drżał w posadach, jak mawiał Tatuś, po zaintonowaniu: „Wśród nocnej ciszy”.
    Okres poświąteczny to czas kolędników. Były kolędy i nawet całe inscenizacje. Niektóre naprawdę bardzo ekspresyjne, np. gdy śmierć ścinała głowę Herodowi. Nigdy nie wychodzili od nas z pustymi rękami.
    Dzieciństwo mego Ojca w Sidorowie nie znało takich przyjemności. Emilka była oschła: „drzewko to zwyczaj niemiecki”. Teraz, gdy Mamusia, na wzór obyczajów dynowskich, ubogaciła zwyczaje świąteczne, wniosła w nie ciepło, a dzieci szczerą radość, był naprawdę szczęśliwy.
     Święta spędzaliśmy zawsze sami; nigdy nie pamiętam na nich Dziadków dynowskich lub lwowskich, ani nikogo z rodzeństwa Rodziców. Takie to wtedy były zwyczaje.
      Na Nowy Rok cała grupa fornali przyprowadzała konia przed ganek, ubranego we wstążki przy uszach. Zaczynali piękny, chóralny śpiew, Tatuś otwierał drzwi, konia wprowadzano do przedpokoju. Jakże wydawał się nam ogromny!! Po obdarowaniu, zaczynali w podzięce zabawne przyśpiewki, np.:” a ta nasza pani piękna jak lelija”... i inne, których już nie pamiętam.
     Powrócę jeszcze do postaci Zinki. Wedle jej pomysłu i reżyserii wykonywaliśmy wiele przedstawień. Zazwyczaj był to dzień św. Józefa, jej i Mamusi Patrona.
    Kiedyś przygotowała dwie sztuczki: 1. Czerwony Kapturek po francusku, czyli Le petit Chaperon Rouge, 2. romantyczna historyjka duszków leśnych.
    Długie przygotowania odbywały się sekrecie przed Rodzicami. Sekret był „twardy”; nie wolno było puścić pary z ust. Również w sekrecie Zinka zdobyła wilczą maskę w Husiatynie. Reszta strojów nie była trudna do wykonania w domu.
    Kiedyś Mamusia wraca z pola. Mówi: „Jestem głodna jak wilk.". A na to malutka, 3 letnia, Zosia z całą powagą: ”Wilk to sekel!!" (czyli sekret).
     Wreszcie wszystko jest  przygotowane: teksty wyuczone, próby odbyte, scena w salonie skończona (to stolarz Topolnicki). Atmosfera pełna maksymalnego napięcia.
   Przed samym Świętem przyjechali pięknym autem, buickiem, Moysowie z Rudnik (ta wizyta na imieniny Mamusi była przemiłą, rodzinna tradycją).
 
                      Wizyta Moysów w Sidorowie 1934r.. Od lewej: Małgosia, Adam, Kinia, panna Mierzejewska - nauczycielka, Tereska
 
                                                                                      To samo towarzystwo ze Stefankiem
                                  
Ich majątek leżał na Pokuciu, w wojew. kołomyjskim, przy zbiegu 3 rzek: Prutu, Rybnicy i Czeremoszu. Była to przepiękna okolica z górami w tle (Karpaty Wschodnie), z mnóstwem lasów i szumu górskich rzek. Sądzę, że z odpoczynkami jechało się stamtąd do nas parę godzin. Przy kierownicy siedział szofer, stary Zasławski. Z Wujostwem przyjeżdżał zawsze nasz ukochany kuzyn, Stefaneczek, mój rówieśnik.
    Wszyscy goście nocowali w bibliotece i gościnnym. Z wujem Michałem ”przyjeżdżała” gumowa wanna. Ciocia Kinia, pomagała mężowi w toalecie, robiąc mu prysznic od głowy począwszy. Dla tej, wręcz przesadnej dbałości o czystość, Michał miał ogoloną głowę do „łysej pały”.
     Dzień św. Józefa zaczynaliśmy od zbierania fiołków dla Kochanej Solenizantki. A potem, o 17 tej było przedstawienie.
     Opiszę to o Czerwonym Kapturku.
 Goście siedzą w salonie, Moysowie z Rodzicami w I rzędzie. Wuj jest krótkowidzem, przysuwa krzesło jak najbliżej sceny. A na niej  stoi obszerne łóżko. Spod kołdry widać pysk wilka, którego gra Adam. Czerwony Kapturek (Tereska) puka. „Entrez”- warczy wilk i zaczyna się dialog,  zdziwionego zmianą babci, Kapturka z wilkiem. Naturalnie po francusku. Ale wuj nie dosłyszał, wchodzi na scenę przytrzymując ręką druga parę binokli i mówi :”"repetez ." Aktorzy spanikowani. Od czego tu zacząć? Wszyscy stracili głowy. Wobec tego Zinka spuściła kurtynę i kazała nam grać od nowa.
     Potem była druga sztuczka, mała Zosia „zagrała” jednego z duszków leśnych i motylków, a towarzyszyła jej Henia Olejnik, córeczka kucharza. Brawa były ogromne. Spektakl też podobał się służbie, a nade wszystko Olejnikowi.
      Imieniny Tatusia wypadały 4 lipca. Ogrodnik robił nam wtedy bukiety płasko ubite na metalowym stelażu i gęsiego wchodziliśmy do jadalnego pokoju, aby wyrecytować Solenizantowi wierszowane życzenia.
 Wieczorem był też spektakl, ale inny niż ten ze św. Józefa: był to pokaz tańców i poezji polskiej. Dyrygentem tańców był fotograf wiejski - Kulczycki. Ten człowiek, bardzo zdolny i umiejętny, tańce prowadził znakomicie.
  Pokaz odbywał się w dużym salonie, a widownią był drugi, mniejszy. Kulczycki grał na harmonii, a krakowiaka tańczyło 3 pary: Adam ze mną, Tereska z Zenkiem Olejnikiem, a malutka Zosia z Henią. Wszyscy mieliśmy krakowskie stroje.
 
                                                                         Przedstawienie imieninowe dla Kalunia, 1932 r.

   W części deklamatorskiej recytowałam kiedyś „Rozmowę dwóch stawów” Mickiewicza.  Pamiętam ten wiersz do dziś: ”Na koniec szmerów muszych i ptaszęcej wrzawy, odezwały się chórem podwójnym dwa stawy. Ten fortissimo zabrzmiał, tamten nuci z cicha, ten zdaje się wyrzekać, tamten tylko wzdycha. Tak do siebie gadały dwa stawy przez pola, jak grające na przemian dwie harfy Eola”.
     Adam też recytował, a był to koncert Wojskiego z” Pana Tadeusza”.
     Zinka aranżowała czasami do naszych przedstawień i gości. Tak wiec raz Stefaneczek był poproszony do udziału w’ żywym obrazie” pt.” Leszek Biały i Goworek”.  Ja byłam królowa Heleną. Ubrana w „gronostaje”, czyli ręcznik z naklejonymi ogonkami, u moich stop, siedziała na małym troniku, Tereska, czyli Leszek Biały, obok stał Goworek- Adam, w kolczudze z ażurowego swetra Mamusi, a Stefanek, troje Olejników i Zosia – to naród polski składający dary królowi. Darami były poduszki z kanap.
 
 Żywy obraz na imieniny Józi . Od lewej: Goworek (Adam),  "Naród polski" (Zosia), Królowa Helena (Małgosia), "Naród Polski (Izia Olejnik córka kucharza), Leszek Biały (Tereska), "Naród polski" ( Stefanek i Zenek Olejnik, syn kucharza) 
 
 
 
Najbliższe sąsiedztwo
 
       Najbliższym było Zacisze, na zachód od Sidorowa. Mieszkali tam wujostwo Kulikowscy. Helusia z Ujejskich była cioteczną siostrą Tatusia. Ich jedynaczka Irka wydawała się nam bardzo światowa. Świetnie jeździła konno, znała wiele osób, była odważna i obyta. Miała przepiękne zabawki. Jej wspaniała lalka miała takie samo ubranko jak prawdziwa dziewczynka. Gdy Irka przyjeżdżała do nas, rozbierała ją z płaszczyka tak jak siebie i ten płaszczyk wisiał na normalnym wieszaku.
      W latach 30 tych bardzo zbliżyłyśmy się do siebie. Częściej jeszcze przyjeżdżała do Sidorowa. Obie byłyśmy na naszym pierwszym balu, organizowanym przez KOPL, czyli Korpus Ochrony Pogranicza. Ale był to niewypał. Bardzo nie podobała się nam rubaszność oficerów, zupełnie nam,” panienkom ze dworu” nie znana.Wracałyśmy razem powozem z Wasylkowiec w milczeniu. Potem widzę jej sylwetkę przygotowującą mi łóżko z białą, wykrochmaloną pościelą.....
 
                                                                               Irka Kulikowska w Sidorowie, 1938 r. lato

    Nasze dalsze spotkania naznaczone były już tragizmem wojny: razem przeżywałyśmy wrzesień 39 r. i aresztowanie jej dziadka, Stanisława Ujejskiego razem z Tatusiem już 17-go, w dniu wkroczenia bolszewików do Polski. Ona sama wyjechała potem jakąś furką do Lwowa, właściwie w nieznane, gdyż nie była pewna, czy odnajdzie tam matkę(ale, Bogu dzięki spotkały się szczęśliwie).
     Na północy sąsiadowaliśmy z Suchodołem, w którym majątek mieli pp. Korytkowie. On był ojcem chrzestnym Tereski, ona była śliczna i urocza. Ich dwaj synowie, Tomek i Staś nigdy do nas nie przyjeżdżali. Po wojnie chyba zostali w Londynie.
    Na wschód, tuż nad Zbruczem (rzeką graniczna z Rosją, czyli wtedy ze Związkiem Radzieckim), mieszkali w Szydłowcu pp. Strawińscy. Ich jedyna córka Marysia umarła w młodości na gruźlicę.
     W Husiatynie mieszkał już wcześniej wspomniany rejent Mikuli. Ich dwie córeczki były wychowywane w niewyobrażalnych dla nas pieleszach. Jedna z nich miała w ogrodzie prawdziwy domek dla lalek z całym umeblowaniem i wygodnym dla nas wejściem. Można się tam było swobodnie bawić w dnie deszczowe.
     Te dziewczynki zostały razem z matką wywiezione w czasie wojny na tzw. „zatyły Rosji”, czyli na Syberię, do ciężkich prac w lasach.. Wypieszczone, rozkapryszone! Co za ironia losu. Nie mam żadnych dalszych wiadomości o nich. Zapewne tam pomarły. Rejent przeżył wojnę.
     Na pólnoc od Husiatyna w miejscowości Skałat był majątek Grzymałów-Wolańskich , a na południu w Skale - siedziba Agenora Goluchowskiego.
     Mówiąc o sąsiedztwie, nie mogę nie wspomnieć Stasia Zaliwskiego, starego kawalera, domokrążcę. „Zapuszczał korzenie” w każdym dworze do którego przyjechał. Swoim zachowaniem, śmieszną frazeologią przypominał postać rodem z Fredry. Wieczorami, gdy byliśmy już w łóżkach, przychodził i opowiadał nam bajki. Bardzo to lubiliśmy.
    W lecie do naszego lasu usytuowanego na stoku ruiny zamku Kalinowskich (Tatuś był ich właścicielem)
                                                                  
                                                                              Ruiny zamku Kalinowskich z oddali

                                                                                                       Kalunio na zamku
 
przyjeżdżali na obozy harcerze, których potem widywaliśmy w kościele, w niedziele.
          W zimie przyjeżdżali Bracia Albertyni kwestować na zakon.
Pozostawali u nas przez parę dni. Mieliśmy wtedy gramofon i wiele modnych, ówczesnych szlagierów na płytach. Słuchali tego z przyjemnością. I ciekawością. Widać, że troszkę tęsknili do przyjemności życiowych. Odjeżdżali wyładowana furą pełną połci słoniny, worów z kaszą i mąką... do drugiego dworu, do drugiej plebani. Wspominaliśmy ich z przyjemnością.

Parę uwag o topografii i socjologii naszej podolskiej krainy.

    Krajobraz Podola był zarówno bardzo falisty (głębokie jary), jak i równiny, monotonny. Taką najbliższą nam równiną była przestrzeń pomiędzy Sidorowem a Tłusteńkiem. Głównie się ją odczuwało podczas zimowej sanny..
    Oprócz Zbrucza, wpadającego do Dniestru, nie było wokół nas większej rzeki (oprócz małej Młynówki w Suchodole). Jak sama nazwa wskazuje, była to rzeka brudna, a przede wszystkim graniczna. Za nią leżała już straszliwa bolszewia. Z rozkazu Stalina ludność ukraińska była skazywana na powolną głodową śmierć. Zabierano im wszystko co zdołali na tej żyznej ziemi wyhodować, a była to kara i ostrzeżenie za to, że Ukraińcy nie chcieli oddać swojej ziemi władzy ludowej. Umierali więc z głodu...
    W latach 20 tych nie widywano tam, za rzeką, zupełnie ludzi, ani żadnego zwierzęcia. Panowała straszliwa, grobowa cisza. A przecież dzieliła nas tylko mała, brudna rzeczka... Dwa światy, oddzielone nieprzebytym murem. Ten wschodni, straszliwy poznałam dopiero 17 września 39 roku, gdy zabierano w odmęt szatański, czyli bolszewickie więzienie mego ukochanego Tatusia i starego wuja Stanisława Ujejskiego... Niebawem wszystko się skończyło: my wysiedleni, nasz ukochany dom zniszczony bombą i doszczętnie rozgrabiony, park zrównany z ziemią. Teraz znowu wszystko jest ponownie porośnięte trawą, na której pasą się spokojne krowy - jak zawsze....
    Ludność Sidorowa stanowili Polacy i Rusini (dziś mówi się - Ukraińcy). Dużo było i Żydów. Wszyscy żyli w idealnej harmonii i spokoju. Przez 17 lat życia tamże nie pamiętam burd, bijatyk, awantur pomiędzy ludnością. Wprawdzie złodziejstwo (kradzenie jabłek) było zawsze, ale nie na większą skalę. Dość powiedzieć, że nie zamykało się drzwi od ganku na noc na klucz. Po ogrodzie chodził jedynie nocny stróż, ale przecież był bez broni.
    Polacy i Rusini żenili się między sobą, a ich wspólnym językiem był dzisiejszy ukraiński; wtedy mówiono „ruski”.
     Mamusia nie tolerowała tego języka, zwłaszcza, że u nas służyli tylko Polacy. Kazała im mówić wyłącznie po polsku. Naturalnie, za Jej plecami, przechodzili szybko na bliższy im, ruski.
Inaczej zachowywała się Ciocia Kinia. U niej, w Rudnikach, ze służbą rozmawiało się po ukraińsku. Podobnie było w Berehu u Włodzimierzów Radzimińskich (żoną Włodzia była siostra Leonii Trzecieskiej, kochana Ciocia Gabryjelka). Tam nawet besztano po rusku. Kinia też doskonale poznała ten język. No cóż, każda z sióstr miała swoje racje, ale historia przyznała ją Kini.
    Podczas wojny, we Lwowie, sami  musieliśmy poznać ten język, w gramatyce i pisowni, aby móc uczyć się w ówczesnych szkołach. W mojej malarskiej szkole też  językiem wykładowym był wyłącznie ukraiński. Tak więc do dziś doskonale rozumiem w tym języku i sprawdziłam to podczas pielgrzymki do Czortkowa w 1991 r..
 
Pogoda w naszych stronach

  Na Podolu zimy były bardzo ostre, śnieżne.
 
                             
                                                                         Malutka Małgosia przed tarasem w zimie 1925 r.
 
                                          Mali Paygertowie ze Stefankiem i Kinią Moysową na sankach przed dworem, 1934 r.
 
                                                      Kalunio i Michał Moysa na saniach z dziećmi i Stefankiem, 1934r.
 
                                                                                     Tereska, Stefanek i Adam, 1934 r.
 
Pamiętam nasz z Tatusiem powrót z wizyty w Tłusteńkiem, od pp. Horodyskich, w okresie świątecznym. Jechaliśmy eleganckimi, czarnymi, wizytowymi saniami, a ja w wizytowych pantofelkach. Padało cały czas. W połowie powrotnej drogi Jachimowski mówi, że nic już nie widzi: „zadute, het”. Tatuś wyszedł z sań i obaj z furmanem szli z koniusiami zostawiając im, koniom, inicjatywę dojścia do domu. W ten sposób dojechaliśmy szczęśliwie, a ja, siedząc w saniach rozpamiętywałam w myślach obraz Wierusza - Kowalskiego „Powrót z balu” młodej dziewczyny, również wśród zasp śnieżnych, z furmanem, równie delikatnie prowadzącym konia....
Za to lata były upalne , ale i burzowe. Te zlewy i pioruny pamiętam doskonale. Nasz dom stał niżej w stosunku do pól. Ulewa waliła wiec w niego z impetem prawie górskim. Widzę jeszcze te kłębowiska żółtych potoków... Służba miała przygotowane zawczasu worki z piaskiem. Pioruny waliły jeden za drugim. Kiedyś jeden uderzył w psią budę. Miś o mało nie oszalał, a potem już jak słyszał grzmoty, chował się gdzie mógł. Po uderzeniu w stajnię cugową, koniusie  były następnego dnia głuchawe i jakby po wódce.
 Z dziecinnych lat słyszę szept błagalnych modlitw, widzę zapaloną gromnicę lub dźwięk dzwoneczka Loretańskiego. Było się, czego bać... Na drugi dzień, po burzy, jechało się w pole oglądać zniszczenia.
Tatuś uprawiał zawsze zboża, rzepaki, groch, ale największy nacisk kładł na buraki nasienne i buraki cukrowe. Była u nas i koniczyna i lucerna, konopie i tytoń a nade wszystko kukurydza. Po burzy zawsze były duże materialne straty.  A przecież tylko z rolnej produkcji żyło się, spłacało zobowiązania wobec Kornela, kształciło dzieci.


Konie

Opowiem teraz o handlu końmi. Zajmował się tym wysoki, prawie 2 metrowy Żyd z Probużnej, Moszko. Prezentując konia, trzymał go za uzdę i biegł z nim wokół gazonu. Oczywiście była to prezentacja konia pod wierzch, albo do cugowej stajni. „Fornalkę” pokazywało się na folwarku. Myślę, że i koń i Moszko zawsze byli tego dnia trochę na rauszu. Moszko gadał i gadał, bardzo głośno, wychwalał konia jak mógł, ale jego ceny były niezwykle wygórowane.. Potem następowało targowanie. Znane w rodzinie było powiedzenie furmana Jachimowskiego: „ Rin, (czyli Ruben, imię Moszka) ne szpanuj, bo se urwe”.
Oglądając konia, kładło się nacisk na jego kolana i pęciny, długość szyi, ładne trzymanie głowy i „odsadzenie” ogona. Ponadto koń do cugowego zaprzęgu powinien umieć iść w parze, podobnie jak drugi, wyrzucać przednie nogi i podobnie jak on trzymać głowę. Wtedy dopiero podobało się to nabywcy.
Kiedyś Moszko przyprowadził taką piękną parę gniadych koni. Pokazom, wrzaskom nie było końca. W końcu Tatuś oba konie kupił. Mogłyby ciągnąć karetę królewską.
Tatuś i Adam wybrali się nimi do Jazłowca na 9 lipca, w 1939 r., na koronację cudownego posagu Matki Bożej Jazłowieckiej. Tymczasem w połowie drogi jeden z koni wywraca się i kończy życie..... Wezwany w popłochu weterynarz stwierdza wąglika, śmiertelną końską chorobę. Drugi koń absolutnie nie umiał chodzić w zaprzęgu bez swego partnera. Trzeba go było sprzedać. Tatuś był ogromnie przygnębiony. Tak się tymi końmi cieszył!
 W czasie końskich pokazów, Mamusia też siedziała na ganku i z rozsądkiem miarkowała ceny Moszka. Targi końskie zawsze przypominają mi znany obraz Chełmońskiego pod tym samym tytułem. To jakby było u nas, w Probużnej.....

A teraz o cyrku Korona i .... kinie
 
    Tak wiec do Czortkowa przyjechał cyrk. „Pojedziemy go obejrzeć” zaanonsowała Mamusia. Co za radość. Nigdy wcześniej w cyrku nie byliśmy. ”A wiec do jutra rano” mówi Mamusia.
Ale rano.... ja mam gorączkę!! Mam zostać w łóżku!! Do dziś pamiętam mój zawód i płacz. Wieczorem rodzina wraca. Zadowoleni, pełni wrażeń. Słucham ich przez łzy. Na dodatek można było wejść do pomieszczeń dla zwierząt. Jachimowski, który nigdy w życiu słonia nie widział, wlazł mu pomiędzy przednie łapy, myśląc, że to jakiś posąg. Słoń zdzielił go trąbą. Zrobił się szum co niemiara. Ale wszystko skończyło się na śmiechu.
A ze służbą to było kiedyś tak: Tatuś woła do telefonu służącą, która musiała z kimś się skontaktować. „Mów”, a ona zdejmuje fartuszek i poprawia sobie włosy. Ale czy można się dziwić? Były to lata dwudzieste, a wiec blisko 80 lat temu.
 Musze tez dodać,że w Sidorowie widziałam po raz pierwszy kino. Wyświetlano film o...wściekliźnie. Siedzieliśmy potwornie stłoczeni w remizie, w nieopisanym zaduchu, ale zachwyceni....

 Codzienni i wakacyjni  goście

Do tych codziennych zaliczam przede wszystkim pp. Horodyskich z Kociubiniec. Podwieczorek podawało się wtedy normalny, ale na ślicznej, angielskiej porcelanie (Mamusia dostała ja od swoich Dziadków, Antoniów Chamców ze Lwowa. Mieszkali oni na ul. Technickiej) takiej różowo-złotej. Rozmowa toczyła się wartko, o wszystkim, zbiorach, zbożu, pogodzie. Oni byli bezdzietni, jak zresztą wiele dworów wokół. W ich majątku był ogromny, 100 morgowy staw rybny.
Ich przyjazd, niezapowiedziany, bo telefonów jeszcze nie było, wzbudzał zawsze w Mamusi panikę. Zaczynało się gorączkowe fryzowanie grzywki. Pani Horodyska była taka elegancka, wyniosła i chłodna. Zazwyczaj ubierała się w różne odcienie różu, doskonale dopasowane...
Po podwieczorku był obowiązkowy spacer po ogrodzie angielskim.
Bywała tez u nas pani Koziebrodzka z Czarnokoniec. Gruba i ciekawska, kiedyś, pod nieobecność Rodziców, ale nie naszą, obejrzała cały dom. W uszach miała ogromne, butony, czyli brylantowe kolczyki. Były tak ciężkie, że naddzierały całe ucho. Obawialiśmy się, że rozedrą do końca. Ale był to nasz problem, nie jej, ona nosiła je spokojnie dalej.
Na północny-zachód od nas były już wspomniane Wasylkowce, siedziba Ujejskich, z mnóstwem cioć (Krysi- starej panny, Anny Mieczychowskiej,
                                                                                                Anna Mieczychowska
 
matki Myszki, Helusi Kulikowskiej, matki Irki oraz Marielki, późniejszej Waniowej), wujem Stefanem, starym kawalerem - to wszystko było cioteczne rodzeństwo Tatusia. Gospodarzem domu był wdowiec, Stanisław Ujejski,
 
                                                                                     Stanisław Ujejski w stroju polskim
 
bratanek poety Kornela, autora ”Maratonu”. Uroczy starszy pan, z długą siwą brodą. Mam jeszcze go przed oczami na tle amarantowej draperii w swojej muzealnej zbrojowni. Atmosfera domu była przemiła. Tu mogłam spotkać moje cioteczne siostry, a przy okazji rówieśnice i przyjaciółki: Irkę Kulikowską i Myszkę Mieczychowską (z tą ostatnią byłam w jednej klasie w Jazłowcu).
Właścicielami Białej Czortkowskiej byli inni Horodyscy, krewni Ujejskich.. Przyjaźniliśmy się z ich dziećmi, Mają i Tomkiem. Ten dom pamiętam również i z tego, że u nich zmienialiśmy konie jadąc do Jazłowca. Poprzedniego dnia jedna para koni zostawała tam wysyłana i odpoczywając, czekała na zmianę.. Ta sama czynność odbywała się w drodze powrotnej. Tomek i Maja często spędzali wakacje u Irki, w Zaciszu.
 
 Wizyta w Zaciszu u Kulikowskich. Od lewej klęczą: Irka Kulikowska, i Małgosia, siedzą Tomek Horodyski, Tereska, Maja Horodyska i Adam, 1929 r.
 
Bawiliśmy się tam razem (Sidorów był 2 km od Zacisza) kąpiąc w stawku i szalejąc po polach. Pilnowała nas nasza, wspomniana już wcześniej, nauczycielka, Halinka Wilkansówna razem ze swoja siostrą, Reną.
Nadmienić muszę , że na wszystkie wizyty jeździło się końmi.
W Tłusteńkiem mieszkali jeszcze jedni Horodyscy. Była to smutna, także bezdzietna para. Ona ogromnie pobożna, on bon vivant, co roku jeździł do Egiptu na polowania. Zanim zbudował dla żony, co podkreślał, że dla żony, kościół we wsi, miała kaplicę we dworze. Obsługiwał ją ks. Wałowski z Sidorowa, często spóźniając się na naszą sidorowską, niedzielną Mszę św., (bo zapewne po Mszy św. tamże, jeszcze musiał posiedzieć u państwa). W kościele czekał cierpliwie pokorny tłum, ale Adam buntował się na całego. Mamusia kwitowała to krótko: ”rośnie bolszewik”.
Pani Horodyska, z sejfem pełnym brylantów, elegancka, została przez bolszewię wywieziona w głąb Rosji i już nigdy nie wróciła. Ponoć umarła w pociągach bydlęcych wiozących ludzi na bezkresy Syberii. Ale to było później.
Naszymi stałymi wakacyjnymi gośćmi byli Dziadostwo Kornelowie ze Lwowa. Ale wielokrotne przyjeżdżali też i Bobrzyńscy, czyli Maryneczka, siostra Tatusia z mężem Jankiem, synem Michała, historyka, twórcy grupy Stańczyków.
 
 Wizyta Janków Bobrzyńskich z synami 1937 r.: stoją od lewej: Tereska, Oleś z Dżokiem, Józia i Małgosia; siedzą: Janek Bobrzyński i Maryneczka, Zosia i Kalunio

Jednak te obie rodziny nie chciały sobie deptać po piętach i przyjeżdżały wymiennie.
Bobrzyńscy mieli dwóch synów: Michała i Olesia. Obaj byli trochę starsi od nas. Mieszkali w Warszawie, byli światowi, obyci.
Ciocia, zupełnie niepodobna do Tatusia, ładna, pełna towarzyskiego uroku, wesoła i była bardzo uzdolniona do wszelkich czynności domowych. Miała tez głowę do interesów: w Poznaniu był jej sklep pt. ”Moja sypialnia” ze wspaniała pościelą, który dobrze prosperował.
Wuj Janek, chemik z zawodu, ale o ciągotach politycznych, spędzał wakacje na łapaniu motyli. Przyjeżdżał z całym asortymentem. Widzę go jak biega od rana w hełmie na głowie i siatką w ręku. Całe popołudnia, przy pomocy synów, pracował nad swymi trofeami. Uśmiercone owady rozciągał na deseczkach, dzieląc na gatunki, i z zegarmistrzowską starannością przybijał. Wieczorami łapał ćmy, które zlatywały się do ogromnej lampy wystawionej na zewnątrz, a dawały się złapać w rozciągnięte na stelażu płótno. Niektóre były wielkości wróbla. I znowu następowały te same czynności co przy motylach.
Gdy wyjeżdżali,wywozili masę drewnianych skrzyneczek ze swymi okazami. Wszystko to zginęło przy pierwszych bombardowaniach Warszawy w czasie wojny,na ulicy Żurawiej, gdzie mieszkali....Taki bywa nieraz koniec przedmiotów, do których ludzie za bardzo się przywiązują, wkładają w nie zbyt dużo pieniędzy, że nie wspomnę, że zbyt angażują swoim hobby innych. Jego synowie przesiadywali w pokoju wiele wakacyjnych godzin, nieraz ostro przez ojca strofowani, że nie dość starannie przypięli jakiegoś motyla.
Oleś był bardzo umuzykalniony. Przepięknie śpiewał, czasami nawet z baszty ruin zamku różne arie i pieśni. A przy tym był dobry, posłuszny, wręcz świątobliwy. Podziwialiśmy go za to.
 
                                                             Z Olesiem Bobrzyńskim. Towarzystwo pozuje na smutno, 1936 r.

Michaś, znakomity uczeń, był już na I roku studiów politycznych. Kochał górską wspinaczkę i matematykę. Zamęczał mię stale przepytywaniem z ułożonych przez siebie zadań.
 
                                                                                                     Michaś Bobrzyński

Innymi wakacyjnymi gośćmi była rodzina Kunstteterów ze Stryja. Ciocia Stefcia była siostrą Mamusi, a wuj  – oficerem w randze kapitana. Mieli troje dzieci w zbliżonym do nas wieku: Krzysię, Andrzeja i Basię. Ta ostatnia to było towarzystwo dla Zosi, wesoła i bajecznie uzdolniona aktorsko.
 
                                                                Krysia i Andrzej Kunstteter z Adamem i Tereską, 1937 r.
 
                                                                             Tereska i Andrzej Kunstteter na tarasie, 1934 r.
 
Wuj Jurek przywoził motocykl z przyczepą łódkową. Raz nawet Mamusię zawiózł w ten sposób do Czortkowa. Wielce nam wtedy zaimponowała: co za odwaga!
Ciocia była urocza. Czytywała nam jak ongiś Babcia Emilka. Była żywa, ciekawa świata, wesoła. Bardzo się nam podobała.
Najstarsza Krzysia zanudzała się u nas. „Wolę wakacje w Dynowie. Tam jest tyle ciekawej młodzieży i kino!” Całym dniami słuchała muzyki z mego patefonu i śpiewała modne szlagiery.
Ale powinnam wspomnieć i o najmłodszej siostrze Mamusi, Kini i Stefci: o cioci Hani. Inna niż rodzeństwo, trochę opóźniona w rozwoju, bardzo nieszczęśliwa ze swego staropanieństwa, nam okazywała bardzo dużo serca. W Sidorowie była dwa razy. Wiele nauczyła się w rodzinnym domu w Dynowie, dobrze znała francuski i niemiecki, lubiła geografię i historię. Lubiła też i spacery. Widzę jak niesie” na barana” małą Zosię w czasie naszej wyprawy aż nad Zbrucz. W Sidorowie odpadła jej ukochana kąpiel w Sanie, ale pocieszała się basenem przy fontannie: „ tu się chociaż nie można utopić”. Wiem, że nas lubiła, przyjemność sprawiało je przekomarzanie się z nami, cieszyła się gdy słuchamy jej dynowskich opowieści, a także... podzielamy jej strach przed burzą. Paniczny.
 
Kilka uwag o naszej domowej  edukacji i o Niżniowie
 
                                                                             Małgosia z czasów niżniowskich (10 lat)

Nauczycielki wybierała nam babcia Emilka. Naturalnie nikogo nie pytając o zdanie, a zwłaszcza naszą biedną Mamusię. Nie chciała słyszeć o Francuzce, ani edukacji u Niepokalanek. Mają być nauczycielki domowe i koniec. Wybierała je nam ze specjalnej agencji, a potem wysyłała telegram:”Wysłać wtedy a wtedy konie po taką to a taka osobę”. Mamusia nie znosiła takich niespodzianek, zresztą często nieudanych. Ale Tatuś wierzył Matce bezgranicznie. Dochodziło do tego, że Mamusia zawoziła próbkę listu przyszłej nauczycielki do grafologa, którym był rejent Mikuli. Ale nawet jego negatywne spostrzeżenia nie mogły powstrzymać biegu wypadków.
    Z takimi przysyłanymi w „ciemno” nauczycielkami przerabialiśmy kolejne klasy szkoły podstawowej. Potem Adam jeździł do Husiatyna na egzamin i był przepytywany przez dyrektora szkoły. Mnie egzaminował tylko ks. Wałowski. To miało wystarczyć....Ale raz wysłano nas z Tereską w celu takiego egzaminu do Niżniowa do Niepokalanek.
Niżniów - klasztor i kościół
 
Ja kończyłam wtedy klasę 4-tą, a Tereska 2-gą. Była to szkoła dla córek zubożałego ziemiaństwa po powstaniu styczniowym. Miała 6 klas, a w każdej było po 5-8 dziewczynek. Klasztor przytykał jedną ścianą do kościoła parafialnego. Do prezbiterium można było zaglądnąć przez tzw. lożę i stamtąd można było uczestniczyć we Mszy. św. gdy ktoś był chory i nie mógł zejść do kościoła. Ale w sypialniach trzeba było być grzecznym i cicho, bo jak mówiła s. Amata "Pan Jezus obok mieszka”.
Klasztor z kościołem okalał ogród, gdzie można było biegać do woli, a Siostry Niepokalanki, urocze w swoich białych habitach, były dla nas dobre niczym matki. Starały się być takimi dla swoich małych uczennic w pełnym tego słowa znaczeniu: jeden z pokojów był pokojem lalek. I nie tylko lalki tam mieszkały, ale i ich garderoby, domki, wózeczki. Cudo. Oczy nam z Tereską wręcz wychodziły.
Po południami dzieci odpoczywały na kocykach, a urocza s. Zofia czytała nam po francusku „Les malheurs de Sophie”.
Jednego dnia miałyśmy majówkę umajonymi furami do domu Basi Dunin, jednej z wychowanek.Najpierw przeprawiłyśmy się promem przez Dniestr, a potem droga wiodła przez wsie, pola i las. I na końcu dwór w Komarówce.  Ponieważ rozpadało się, siedziałyśmy na skórach przed kominkiem, a do jedzenia dostałyśmy coś pysznego. Jakże miłe wspomnienie pozostało mi z tego dnia! Piękna przyroda, gościnność gospodarzy, wygodny dom.
Egzamin, który miałyśmy zdać, polegał na włączeniu nas w rytm bieżącej szkoły i naturalnie wypadł on dla nas pomyślnie.
Jaka szkoda, że nie mogłyśmy zostać w Niżniowie! Ale wtedy Tatuś nie mógł sobie na to finansowo pozwolić.
W czasie wakacji Rodzice angażowali też nauczycielkę, aby mówiła do nas po francusku. Nie bardzo mieliśmy na to ochotę. Pierwszą była panna Berezowska, dawna uczennica Jazłowca, była, zubożała ziemianka, z majątku pod Kijowem wyrzucona już w czasie rewolucji bolszewickiej. Potem była ukochana przez nas panna Ada Żebrowska(a przy okazji sekretarka Kornela). Wymyślała nam wspaniałe zabawy, np. po całym obejściu były rozrzucone karteczki z napisami, poleceniami, gdzie szukać skarbów. Było ich 15 i trzeba się było dobrze nabiegać, aby wszystkie znaleźć. A skarb znajdował się w kancelarii, w jednej z szuflad biurka. Była to modna wtedy gra ogrodowa, „serceau”, ale zrobione przez Adę własnoręcznie z patyczków i sznurka.
Kochana i dobra! Ile pracy, pomysłów i wysiłku, a do tego i nudny Kornel, przy którym też miała zajęcie.
 
 
Sidorowski kościół.

Kościół górował nad okolicą. Dojeżdżając z daleka widziało się dwie, utopione w zieleni wieże. Zamek Kalinowskich (ruina) stał na wzgórzu niższym, wieś leżała niżej, a zabudowania dworskie rozciągały się za wsią od zachodu.
W pobliżu kościoła stała cerkiew greko-katolicka, której Tatuś był kolatorem.
Kościół zewnętrznie był bardzo piękny. Od północy przylegały do niego ruiny klasztoru Dominikanów. Obok kapliczka z figurą bodajże Jana Nepomucena, a całość była ogrodzona. Sam kościół był jednonawowy i zawsze słyszałam, że był zbudowany według formy strzały, czyli znaku herbowego Kalinowskich, zresztą podobnie jak i sam zamek. Czyli te dwa budynki miały ten sam początek historyczny.
W kościele nie było ławek poza tymi dwoma dla „Państwa” stojącymi poniżej balasek. Stojąc en face ołtarza przypominam sobie figury świętych Piotra i Pawła. Drzwi do zakrystii były po lewej stronie.
Ludzie podczas nabożeństwa stali, albo klęczeli opierając się o podłogę łokciami. Był to zwyczaj ukraiński, ale tylko dzięki niemu można było wytrzymać długie nabożeństwa nie siedząc.
Pamiętam jak we wczesnym dzieciństwie, siedząc obok Zinki, widziałam jak trzymając na kolanach wspaniały zarękawek, przesuwa w jego futrzanych zagłębieniach różaniec. Zaraz też pomyślałam sobie o biednych, źle ubranych chłopach stojących na lodowatej posadzce.... Bo lodownia była w kościele nie do opisania. Natomiast w lecie niezbyt dobrze umyte ciała też dawały znać o sobie...
Proboszczami byli ks. ks.: Sadowski, Wałowski, Ornatowski (kolega Tatusia z gimnazjum we Stanisławowie), oraz Malawski. Wszyscy oni dobrze zapisali się w naszej pamięci. Do dworu byli zapraszani na wilie, obiady odpustowe, czy Wielkanoc.
     W 1931 r. w czerwcu odbyła się moja I Komunia św. z rąk ks. Wałowskiego. Byłam bardzo starannie przygotowana przez Mamusię, a potem odpytana przez księdza łącznie z innymi dziećmi, około 20-ma.
Byłam skromnie ubrana w sukienkę kremowo-białą, jedwabną, obszytą podobnego koloru koronką.
 
                         I Komunia Św. Małgosi 1929 (z Tereską i Adamem)

Po uroczystości było na podwórzu kościelnym śniadanie, czyli stoły nakryte biało, z kubkami kawy zbożowej oraz dobra, słodka bułka upieczona przez gospodynię księdza. A potem był spacer z Tatusiem, co zdarzało się rzadko.
Niestety nie pamiętam podobnych uroczystości mego rodzeństwa. Wiem tylko, że Zosia przystępowała w Jazłowcu, tuż przed wojną.
Jeszcze wcześniej, bo w 29 r. Sidorów odwiedził biskup Twardowski. Witała go brama tryumfalna, tłumy ludzi i - ” 7 letnia córeczka pana dziedzica”- tak mię przedstawił proboszcz. Powiedziałam wierszyk autorstwa babci Emilki:
”Wśród większych biją i małe serduszka, radością wielką, szczerą, prawdziwą, bo oto z ust do ust, od uszka do uszka wieść płynie wielka, droga i prawdziwa...” dalej już nie pamiętam.
Adam, tak twierdzi teraz, przeżywał niezmiernie solidarnie moją tremę...
Biskup zajechał samochodem Tatusia. Tatuś niedawno go kupił, ale nie cieszyliśmy się nim za długo. Już w 31 r został odsprzedany dr Kunickiemu. Tatuś zbyt irytował się fatalnym stanem dróg, a zwłaszcza Murowanki, która, jego zdaniem,  niszczyła auto.
Zresztą auta były rzadkością. Raz wybrała się autem w podróż wakacyjną Maryneczka. Dojechali aż do Worochty (pewna analogia do Zakopanego) i tam jakiś chuligan uderzył ją kamieniem w głowę (był to otwarty kabriolet). Kurowała się później u nas. A chuligan chciał zapewne dać wyraz dezaprobacie wobec takich turystów....
 
Drobne przyjemności w zimie i lecie.


Nasze życie było niebywale skromne: praca, nauka. Ale czasami pozwalaliśmy sobie na chwile przyjemności. Dla Adama był to rower i jazda wierzchem, ja wolałam narty. Tereska walczyła z Adamem o rower, bo, naturalnie, mieliśmy tylko jeden. W lecie było też pływanie w basenie fontanny.
Moje wyprawy narciarskie na bezkresne, białe przestrzenie, odbywały się zawsze w towarzystwie Dżoka, ukochanego jamnika. Gdy bardzo zatapiał się w śniegu, widziałam tylko jego długie, fruwające uszka nad zaspami.

 

                                                                                      
Dżok

Kilka razy sunęłam za saniami ciągnionymi przez dwa konie, przyczepiona do nich linką. Była to frajda nie lada, choć na początku niełatwa.
 Jazda konna była dozwolona tylko Adamowi i to nie na wierzchowcu, bo „ może sobie coś złego zrobić”, ale fornalskim, 20 letnim staruszku, zmęczonym pracą i życiem. O tym biednym koniku mówiło się, że pamięta czasy Franciszka Józefa. Stąd nazywał się Franciszek Józef. I właśnie na nim cwałował Adam. Konisko było zupełnie białe, a do tego obwisała mu dolna warga, czym wzbudzał nasze współczucie. A Adam kochał konie. Każdego znał, rozmawiał z nimi naśladując ich rżenie, a ogier Sawa odpowiadał mu podobnym rżeniem, nawet z daleka.
 
Gospodarstwo raz jeszcze.
 
Wszystkie maszyny folwarczne były obsługiwane wyłącznie przez konie. A były to siewniki, kosiarki, snopowiązałki, kieraty, młynki, pługi, wreszcie młockarnie. Młocka odbywała się przy lokomobili parowej, ale również i  w 16 koni ciągniętej z miejsca danego, gdzie się młocka w danym roku odbywała. A była to wręcz ceremonia dla rolnika i jego rodziny: do młockarni wrzucało się całe snopy zboża i w trakcie jej pracy, worki zawieszane po bokach maszyny, stopniowo zapełniały się ziarnem. Trzeba je było wtedy szybko zdjąć, związać, powiesić na hak, a do boków młockarni przypiąć kolejne.
Całe mnóstwo ludzi musiało obsługiwać te robotę, która nadzorował Benio z pomocą Semka, dozorcy koni. (gdy byliśmy w Sidorowie w 1991 r. syn Semka, w trakcie rozmowy, tytułował Adama archaicznym : „jaśnie panie”).
„Sypie, czy nie sypie”- wołał  do Benia przejeżdżający na koniu Tatuś.
 
                                                                                           Kalunio na Szabelce 1938 r.

Byliśmy nieomal zwabiani do stodoły wspaniałym rytuałem, niezapomnianą atmosferą tych dni.  Nie mogliśmy się napatrzeć. Ta młocka to była korona całorocznej pracy rolnika.
Kurz był wszechobecny. Zwały słomy były „wypluwane” przez takie ruchome zęby maszyny, zgarniano je natychmiast, bo przecież szły następne snopy i następne.. Potem układano je w specjalne stogi na polu, twardo ubijając, aby się nie rozsypały. Te sterty z korytarzami wśród nich, to były wspaniałe miejsca zabaw dla nas. Naturalnie nie wolno nam było na nie włazić, choć, czasami, ukradkiem, próbowaliśmy. Ale były wysokie niczym dom i nie trudno sobie wyobrazić czym mógłby być dla dziecka upadek ze szczytu.
Jeszcze wcześniej przed młocką, a po żniwach, widzę nieomal jeszcze teraz Benia galopującego na koniu i wytyczającego  gałązką co dziesiątą kopę zboża na zapłatę danemu żeńcowi.
Jesienią odbywały się orki pod siejbę, a potem siewniki przejeżdżały wzdłuż i wszerz łanu z odpowiednim ziarnem.
Potem było kopanie ziemniaków, częściowo koparką, a częściowo ręczne, zbieranie buraków, cukrowych i pastewnych i „ oczynianie” ich na miejscu (czyli obcinanie liści). „Oczynione” buraki rzucano na pryzmę, a potem się je odwoziło. Nie pamiętam jednak gdzie.
Te buraki to był główny dochód Tatusia, zwłaszcza buraki nasienne, które odstawiało się do firmy „Buszczyński i Syn” do Krakowa. Ale samego ich zbioru nie pamiętam.
Były lata lepsze i gorsze. Urodzaj nigdy nie jest taki sam. Ponadto w latach 30 tych nastał straszliwy, światowy kryzys ekonomiczny. Gospodarowanie było wiec trudne. Ale Tatuś, pod koniec lat 30 tych doprowadził majątek do kwitnącego stanu... I wtedy go utracił...
Mamusia prowadziła warzywnik, sad i kurniki. Z tego też był mały dochodzik, ale nigdy nie brała go dla siebie: wszystko oszczędzało się na kształcenie dzieci.
Odbiorcami tych produktów byli wyłącznie Żydzi z Husiatyna i Kopyczyniec; oni też wydzierżawiali sady na czas zbiorów. We własnym zakresie nie można było upilnować owoców przed złodziejami. A Żyd zawsze sobie z tym dawał radę. Potem dostawało się tzw. ”odsyp” czyli jabłka dla siebie, na zimę. Mieliśmy też sporo orzechów, a i inne owoce były też.: wiśnie, śliwki, dereń, maliny.
Oprócz sadów dzierżawionych przez Żydów, był sad bliski domu, którego pilnował Kilar. Była to postać jak z obrazu „Starcy” Wyczółkowskiego. Miał w sadzie szopkę ze słomy i gałęzi. Bardzo lubiliśmy go tam odwiedzać, siedząc na prowizorycznej ławeczce i dostać najlepsze, schowane w słomie, zebrane dla dzieci jabłuszka.
Złodziei odstraszał kosturem, tak twierdził.
Potem, gdy umarł, zastąpił go Pańczyszka. Nie był zbyt lotny. Gdy wybuchła wojna, mawiał: ” Co tam wojna, gdzie tam wojna, ja się tu nie boję”, niczym z” Wesela”: „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna...”.
Stosy jabłek leżące w sadzie pachniały się, brzęczały brzękiem os i złociły się w słońcu.
Ale widzę też i beczki drewniane, w które pakowało się jabłka do Lwowa, do Dziadków. Przełożone sieczką, czekały na swój transport razem z beczkami kapusty, kartofli i marchwi, a także rezerwuarów z miodem.
Miód z naszej pasieki podbierał p. Krukiewicz, czyli nauczyciel z wiejskiej szkoły podstawowej. Na gazoniku stała taka maszyna -młynek, w która wkładało się ramki z miodem, kręciło korbką, a miód lał się do pojemnika. Zawsze wtedy dostwaliśmy na podwieczorek po plastrze takiego lejącego się miodu...
Krukiewicz był pesymistą. Na pytanie Mamusi, czy jest tego roku wiele kwiatów miododajnych, odpowiadał, że rok będzie marny, marny, ale „beczkę, niech pani dziedziczka kupi”! ”Ale na co?”
pyta Mamusia - „Na miód, proszę pani dziedziczki, na miód”. Taki był pan Krukiewicz.
 
Jak się ubieraliśmy?

Nie mieliśmy pojęcia o światowej elegancji. Mamusia była skromniutka zawsze i taka już została. Obszywająca nas pani Jaszczurowa nadawała taki styl dla wszystkich domowników. Grunt czystość, skromność i.. taniość. To były kryteria elegancji Mamusi.
Halinka Wilkansówna zrobiła na nas wrażenie. Kiedyś chciała wystąpić na balu oficerskim w Husiatynie. Prosiła o konie. Naturalnie Rodzice wyrazili zgodę. Ale wcześniej zaczęła się toaleta;  pożerałam oczyma jej suknie balową: seledynową, obszytą srebrnymi koralikami, które spływały wzdłuż całej toalety, niczym fala. Do ramienia  przyczepiona była gałązka kwiatu „pomarańczowego” , buty na francuskim obcasie, makijaż!!! Usta malowane w serduszko, mnóstwo pudru. Ale to już mi się nie podobało.” Rien ne beaux, que le vrai”- pozwoliłam sobie zacytować Mamusię..
Halinka wróciła z balu zachwycona.
To była moja pierwsza lekcja światowej elegancji. Potem już baczniej obserwowałam otoczenie. W kościele podziwiałam beret panny Krupówny, który nosiła modnie założony na jedno ucho. Była to córka naszego leśniczego.
Czasami na podwórzu ruin zamku odbywały się festyny. Widziało się mnóstwo ludzi, grała muzyka złożona z bębnów i harmonii, a głównym aktorem był pan Kulczycki. Popisywał się wszystkimi swymi umiejętnościami: wchodził na wysoki słup, śpiewał i tańczył. Na festynie była i loteria fantowa i Tereska wygrała kiedyś małego, czarnego baranka. To wspomnienie przypomniało mi inne zwierzęta naszego dzieciństwa. Opiszę je.

Nasze ukochane zwierzęta

Do baranka Tereski, który zresztą chodził za nią jak pies, Tatuś dokupił partnerkę, a ich potomstwo było początkiem późniejszej, dużej owczarni, która chętnie pasła się na lucernie. Zdjęcie, które je przedstawia, zrobiłam jako jedno z pierwszych moim własnym aparatem fotograficznym(marki Zeiss Icon).
Ukochaną klaczą Tatusia była Larina. Koń był nie tylko piękny, ale i wyjątkowo mądry i przywiązany. Poznał Tatusia po jego 2 letnim pobycie w Rosji. On ją objął za szyję, a ona lizała mu twarz....
Gdy wsiadaliśmy do powozu, odwracała łeb od dyszla patrząc, czy wszystkie dzieci już wsiadły. Niczym człowiek.
     Córka Lariny nazywała się Szabelka.Naszym ukochanym domowym  pieskiem był Dżok, śliczny jamniczek, dla którego kiedyś Zinka przygotowała specjalna choineczkę, ale obwieszoną kiełbaskami. Gdy je wszystkie już pożarł w zachwycie, konsekwencje były żałosne... W końcu Zinka zamknęła go pomiędzy oknami, bo zbyt natarczywie dopraszał się o kolejna „choinkę.”
 
                 Kiełbasy na choince (rys. MB.)
 
Niestety zginął, chyba zagryziony przez wiejskie psy.. Tereska rozpaczała, zawsze bardzo kochała zwierzęta, a psy w szczególności.  Gdy przyjechały po mnie do Jazłowca, z Mamusią, S. Asumpta dała jej malutkiego wilczurka, Asika. Tereska nosiła go w objęciach nawet na spacerach, nawet zbierając drugą ręką  bławatki. Miał rajskie życie. Potem, gdy wyrzucano nas z domu, oddaliśmy go jednej z dziewcząt ze wsi. Ale gdy w czasie wojny przyjechała do wsi po żywność (dwór był już spalony), potężne psisko rzuciło się w jej objęcia.
Mięliśmy tez przyniesione z pola dwie przepióreczki. Chodziły
za domownikami jak pieski. Niestety jedną potem zjadł kot, a druga zdechła ze smutku.

Książki i upodobania

     Czytaliśmy typowe książki młodzieżowe, ale już wcześnie Adam zagłębił się w tematykę I wojny. Kiedyś, jeszcze jako mały chłopiec powiedział poważnie: „Chcę być albo cesarzem, albo papieżem”..
Ja zachwycałam się francuskim ”Illustration”, oglądałam je tak chętnie, jak teraz telewizor. Pokazywało inny, nieznany mi dotąd świat: trochę reklam, ale ogromnie „cnotliwych”, zdjęcia ze świata polityki, reprodukcje malarstwa. Numery świąteczne tzw. Noel, były wprost genialne graficznie i tematycznie. Można było się nawet zapisać do szkoły rysunków, naturalnie korespondencyjnie: wysyłało się swój i dostawało w odpowiedzi fachowe uwagi. Było to zupełnie gratis.
Tatuś dawał do oprawy do oprawy całe roczniki. Podczas wojny schowaliśmy je na więzy kościelnej... Niestety na przepadłe jak wszystko.
Jako dzieci dostawaliśmy od Stefanka z Rudnik śliczne książki francuskie z obrazkami, już przez niego wyczytane i za dziecinne. Stefaneczek, jako jedynak był inaczej wychowywany niż my. Mógł czytać gazety dla dorosłych, słuchano jego wypowiedzi jak równego partnera, My nie śmieliśmy otworzyć ust..., gdy np. rozmawiano o sprzedaży domu po dziadkach Chamcach we Lwowie. A już na tematy tak „dorosłe” jak polityka?
Przy stole nieraz wrzały dyskusje, zwłaszcza pomiędzy Tatusiem, a nauczycielkami, zwłaszcza tymi inteligentniejszymi jak Halina Mierzejewska lub Zinka. Poruszano problemy sztuki nowoczesnej, oceny najwyższego duchowieństwa, czasami polityki. Ale my, dzieci, naturalnie do tego nie mieszaliśmy się.
Ale dodać muszę, że Rodzice byli we wszystkich dziedzinach konserwatystami.

Otaczający nas Żydzi

Całe nasze życie było z nimi związane. Mieszkało ich na Podolu bardzo dużo. A  ich operatywna obecność ogromnie ułatwiała nam życie.
Gdy się tylko przyjechało do jakiegoś miasteczka, jak spod ziemi wyrastał Żyd i proponował swoją pomoc. Czy było to zaprowadzenie do urzędu lub lekarza, czy znalezienie odpowiedniego sklepu. Czasami było to wręcz natrętne. Kiedyś Mamusia mówi: ”Kupiłam tylko naparstek, sama dam radę go ponieść”, ale Żyd nalegał i nalegał. A może jednak pani dziedziczka zdecyduje się na cos większego?
 Gdy wracałam z Jazłowca i zatrzymywałam się w Czortkowie, Żyd pojawiał się jak spod ziemi i uroczyście oznajmiał, że przyszedł nowy transport farb Iskry Karmeńskiego, ale i są modne gazowe pończoszki w takim to a takim sklepie. Cmokał aż , zalecając ich piękno.
W Czortkowie takim totumfackim był Szulim, a w Husiatynie - Szalka.
Nawet w Sidorowie mieli 3 sklepy. Jeden prowadził Naftuła, u którego Adam kupował kabzle do swego dziecinnego rewolwerku, czasami i cukierki na tzw. książeczkę, bo pieniędzy mu zbrakło, a Naftuła kusił.
Tymi kabzlami Adam kiedyś postrzelił sobie dolna wargę. Rewolwer poszedł do paki z futrami, a kontakt Adama z Naftułą urwał się.
W Czortkowie zajazd prowadziła Blimcia. Była to osoba o ogromnym uroku. Tęga, zawsze z dekoltem i włosami zebranymi pod elegancka siatkę, miała lokal 4 pokojowy i restaurację. Na zapleczu domu była wielka, sklepiona sień,  gdzie zajeżdżały powozy ziemian. Blimcia bowiem mawiała, że jej lokal jest „ziemiańsko - oficerski”.
U Blimci można było nie tylko dobrze zjeść, ale i rozgrzać się po długiej podróży, rozgościć , zostawić ubranie, gdy przeszkadzało w dalszych zakupach, lub było zmoczone, zostawić pakunki, znaleźć wygodne miejsce ulg życiowych, odpocząć, słowem był to nieomal wygodny, własny  dom.
Pamiętam jeszcze stuk kopyt o kamienną podłogę ogromnej sieni, aż się rozlegało echo i moją radość, że przyjechało się do Czortkowa.
Blimcia twierdziła, że jest u niej pokój oficerski, pokój hrabiowski i taki dla zwykłej szlachty z dziećmi, czyli dla nas.
Umiała ugościć i zachęcić do swoich dań słowami ”Dziś proszę państwa na niebiańskie poziomki ze śmietaną”(naturalnie tylko leśne; ogrodowych nie uprawiano).
Znakomicie opowiadała o gościach: ”Właśnie był u mnie Agenorek Gołuchowski”! ( czyli znany wszystkim hrabia Agenor Gołuchowski). Znała całe ziemiaństwo podolskie i wszyscy do niej zawsze zajeżdżali. My też, zwłaszcza w drodze do Jazłowca i stamtąd. Tatuś, po załatwieniu swoich spraw,  ucinał sobie u niej partyjkę szachów ze znajomymi urzędnikami.
Ale byli i Żydzi rolnicy, rzadko, ale byli. Jednym był Srul z Sidorowa, a drugim Kimelmann- ziemianin z Liczkowiec z  okolic Wasylkowiec.
Aby zakończyć wspomnienia o Żydach muszę wspomnieć o najważniejszym z nich dla nas, czyli o Beniu Bazarze,  naszym rządcy. Ożenił się jeszcze przed wojną; rodzice byli na ich ślubie typowo żydowskim. Gdy już my byliśmy we Lwowie, a Tatuś w Rosji, po wybuchu wojny niemiecko –rosyjskiej w 1941, Benio, bez lęku, przywiózł nam furę prowiantów z Sidorowa, z wypiekami własnej roboty. Było to prawdziwe bohaterstwo, że nie wspomnę o miłosierdziu wobec głodnej rodziny i pozbawionej Ojca. Ale jechać prawie 300 km w czasie wojny, bez obowiązującej opaski żydowskiej, bez żądania jakiejkolwiek zapłaty!!. Niewiarygodne, ale jednak prawdziwe. W tym samym czasie chłopi z Sidorowa rozgrabili już nasz cały majątek.
Benio przeżył wojnę, a zaraz potem wyemigrował z żoną  do Nowego. Yorku. Ich synek, Mojżesz ginął w czasie Zagłady żydowskiej, w 1944r.
 Benio  został nam w pamięci i wdzięcznym  sercu na zawsze. 
 
                                                                                                     Jazłowiec
 

Największym ewenementem w naszym ówczesnym życiu było umieszczenie Adama i mię w szkołach z internatami: Adama  do szkoły OO. Jezuitów w Chyrowie, a mnie do SS. Niepokalanek w Jazłowcu. Było to we wrześniu 35 r. Zaczęliśmy w ten sposób  4-letnie gimnazjum.
 
                   Małgosia i Adam jako gimnazjaliści - Lwów - 1938  
            
 Najpierw była ogromna radość z nowej życiowej przygody, ale potem lęk przed nieznanym oraz żal za ukochanym Sidorowem na parę lat. Rok poprzedzający spędziliśmy na przygotowywaniu się do egzaminów wstępnych i przygotowywaniu wymaganych wyprawek przez krawcową, wspominaną już  panią Jaszczurową z Kopyczyniec. Przyjeżdżała ona 2 razy w roku, aby wszystkich obszyć. Teraz miała pełne ręce roboty ekstra.
Dostaliśmy spis wymaganych strojów łącznie z bielizną. Mamusia była posłuszna: jeżeli jest napisane, że tak, trzeba uszyć dokładnie według wzoru. Ostatecznie miałam najbardziej niemodną, staroświecką wyprawkę. Trudno przecież posądzać biedne Siostry aby miały jakieś wyobrażenie o panującej modzie.
Dostałam numerek 25 (Adam 43).
 
                                                                                      Stefanek i Adam w Chyrowie, 1937 r.
 

            Adam z Michałem Moysą, 1937 r.
 
Wszystkie elementy stroju musiały być tym numerem zaznaczone, aby się nie pogubiły. Zostało to zrobione bardzo solidnie .Numerki można było kupić, wiec przyszywano je po prostu.
No i wyjechaliśmy rozstawionymi końmi do klasztoru w Jazłowcu. Droga była przepiękna,  prowadząca przez malownicze regiony Podola: głębokie jary poprzecinane rzekami, dopływami Dniestru, takimi jak Seret, Strypa, czy Złoty Potok. Cała ziemia była czerwona, w kolorze cegły, co bardzo mi się podobało.
 
                                                                                  Jazłowiec - widok na zamek i klasztor

Do Sióstr wjeżdżało się pięknym zakolem do bramy dawnego zamku Poniatowskich, wtedy już ruiny, wreszcie przez podwórze wjazd do bramy klasztoru, gdzie przez pociągnięcie sznura zaanonsowaliśmy S. Furtiance swoje przybycie.
Na podwórzu fontanienka, a zabudowania w kształcie podkowy były połączeniem klasztoru i szkoły z internatem dla wychowanek.  Siostry wychowały już wiele pokoleń, bo rozpoczęły swoja działalność w Rzymie w 1860 r.
W czasach dawniejszych, np. wtedy gdy do tej szkoły chodziły obie siostry Tatusia, Amelka i Maryneczka, przeważały dziewczynki z rodzin ziemiańskich, teraz był to prawdziwy przekrój społeczny. Siostry nie robiły żadnych różnic miedzy uczennicami.
One same miały białe habity i szafirowe peleryny do kaplicy; wyjątkowo piękny strój zakonny. Były dobre i macierzyńskie, ale i bardzo wymagające. Nie oddzielały nauki od wychowania.
 W mojej klasie było 24 uczennice. Z okien sali klasowej widziałam śliczny Jazłowczyk, rzeczkę wijącą się pod klasztorem, stoki porośnięte masą zieleni. Ale atmosfera klasy mocno mię deprymowała. Jedna trzecia koleżanek to były niżniowianki. Znakomicie obyte z reżimem klasztornym, doskonale mówiące po francusku, lepiej ode mnie naukowo przygotowane. A ja po lekcjach tylko z Adamem nie byłam przyzwyczajona do podnoszenia palców, rygoru klasowego, dyscypliny szkolnej. Było mi bardzo ciężko i serdecznie tęskniłam za kochanym i ciepłym domem.
 Ale powoli wszystko się ustabilizowało. Dzięki pięknemu otoczeniu, pokrzepieniu płynącemu z kaplicy, w której królował posag Matki Bożej Jazłowieckiej, pomocy Sióstr, które dobrze rozumiały problemy dziecka po raz pierwszy wyrwanego z domu.
W kaplicy Siostry miały szafirowe peleryny, a my białe weloniki. Siedząc w ławkach przeznaczonych dla internatu w środku kaplicy, obserwowałam dwa szeregi sióstr przystępujących do Komunii Św. Razem z nowicjuszkami było ich około 200. Patrzyłam na ich twarze, gesty, ruchy, różnicę temperamentów, które nawet na skupionych twarzach mogłam dostrzec. Widziałam w tym bogactwo typów ludzkich, a przecież zawsze interesowałam się sztuką.
Potem śniadanie w refektarzu, długie stoły, przy których każda z nas miała swoje miejsce. Była cisza, a jeżeli już trzeba się było odezwać, to po francusku. Starsze koleżanki, np. Anna Gąsiorowska, późniejsza Turowiczowa, czy Elka Sobańska późniejsza Krasicka, nawet sprzeczały się ze sobą po francusku. Siostry ogromnie dbały o naszą znajomość tego języka.
Po lekcjach następowała rekreacja w ogrodzie. Był on poprzecinany alejami, z których każda miała swoja nazwę: Turek, Litwa, Raj. Na końcu ogrodu był wzgórek, w którym znajdował się grobowiec Sióstr. One codziennie szły tam na modlitwę podczas swojej rekreacji. W grobowcu leżała jedna z założycielek Zgromadzenia, Matka Marcelina Darowska (dziś uznana za błogosławioną przez Jana Pawła II). Druga założycielka, Matka Józefa Karska zmarła w Rzymie i leżała w kościele św. Klemensa do 2001r. Byłam w Szymanowie, z Marychną, na jej ponownym pogrzebie, tym razem do grobowca szymanowskiego. Ona tez czeka na beatyfikację.
Za mojej bytności była w Jazłowcu stara Francuska, soeur Melanie, która miała w grobowcu swoja rodzona siostrę, soeur Octavie.. Prowadziła ja tam  jakaś młodsza siostra, staruszeczka była zupełnie ociemniała i zapewne, bez siostry, rodaczki, ogromnie teraz samotna. Ta scena zawsze mię wzruszała.
Po rekreacji było przygotowanie się do lekcji  na dzień następny z przerwą na błogosławieństwo w kaplicy. Nakładałyśmy znowu weloniki. Był i pyszny podwieczorek z konfiturami i owocami z ogrodu zakonnego, a o 19 tej kolacja. Można było korzystać ze swoich paczek z domu, ale obowiązkowo dzielić się nimi z koleżankami.
Mój 4 letni pobyt w tej szkole to pasmo różnych przeżyć, w tym i ciężkich, ale tez i pięknych, niezapomnianych chwil.. Wymienię parę z nich. Przede wszystkim teatr, w którym grałyśmy ambitne, dobre sztuki.
 
Przedstawienia teatralne w Jazłowcu - pierwsza z prawej Małgosia
 
Małgosia - druga z lewej
 
Siostry miały niemal prawdziwą  teatralną garderobę, powstała z osobistych strojów zamożniejszych sióstr z czasów dawnych (suknie balowe, pawie pióra, kontusiki). Kiedyś na taki jeden występ przyjechała Mamusia taxówką (w zimie to było wygodniejsze niż powóz czy sanie). Przygotowywałyśmy i tańce i recytacje i różne okazjonalne, religijne, lub patriotyczne,  akademie. Ale i miałyśmy gości: kiedyś przyjechała p. Rychter, recytatorka. Deklamowała wiersze polskie i łacińskie. Pamiętam swój zachwyt dla jej sztuki do dziś. Wtedy zrozumiałam co to znaczy dykcja i dobre aktorstwo.
Co roku na 8 grudnia do Jazłowca przyjeżdżali ułani z 14 pułku Ułanów Jazłowieckich. Śpiewali w kaplicy przejmującą pieśń: ”Szczęście i pokój daj tej ziemi Pani....”
Kiedyś obchodzono  rocznicę namalowania „Kazania Skargi” przez Matejkę. S. Klara Włoszczewska, poetka, napisała wiersz opisujący obraz i jego wymowę: ” a miedzy nimi Król i Senat i ręce Króla Jegomości bezsilne’’. Niestety nie pamiętam więcej.
Religii uczyły nas S. Alma Sołtan, a potem S. Klara. Był to początek Krucjaty Eucharystycznej.
 Po powrocie na wakacje zapalona idealizmem i zapałem misjonarskim zwołałam dziewczynki naszej służby do 10 lat,  pod znany już jesion trójpienny- i tam, przy okrągłym stole stawiałam pierwsze kroki przy zorganizowaniu takiej akcji  Chciałam, aby każda mogła się wypowiedzieć.  Był i podwieczorek na liściach łopucha: maliny, porzeczki, melony, groszek zielony, uproszone u kucharza - ciasteczka. Adam podsłuchiwał w krzakach i śmiał się, że uczę herezji. Ale nie były to herezje, tylko  najprostsza katecheza z przygotowaniem do I Komunii św. One przychodziły bardzo chętnie, może na poczęstunek, może na zabawę, ale były zadowolone i radosne.
W klasztorze uczyłam się też malować z moją ukochaną Siostrą Emilią Wilczyńską. Raz pozował nam stary dziad z miasteczka. Obie malowałyśmy tylko akwarelą. Z tą siostrą byłam do jej śmierci w Jarosławiu, w  korespondencji i parę razy odwiedziłam ją mieszkając z mężem w Dynowie.
Wielkie wrażenie robiły na mnie rekolekcje. Kaznodziejami byli ludzie prawdziwie świątobliwi. Marzyłam o Mszale Rzymskim. Kochałam gregoriański śpiew, majowe nabożeństwa, podczas których śpiewało się codziennie litanię na inną melodię, po polsku , a co drugi dzień po łacinie.
 Trzy lata po mnie szkołę  w Jazłowcu rozpoczęła też i Tereska. Było nam razem bardzo przyjemnie, ale , niestety, trwało to tylko jeden rok. We wrześniu 1939 r. wybuchła II wojna światowa, do Jazłowca już nie wróciłyśmy. Zabrakło mi do matury dwa lata liceum.
Kończąc moje jazłowieckie wspomnienia,  chcę powiedzieć słów parę o kapelanie ks. Stanisławie Deskowskim. Nie był to człowiek jeszcze stary, ale schorowany. Kazania wygłaszał na siedząco.  Nieśmiały i uciekający od ludzi, u Sióstr czuł się znakomicie duchowo. Jego kazania były mądre, głębokie, mistyczne.  Cytował w nich często poezję nawiązującą do naszego wychowania według założeń założycielki Zgromadzenia  Matki Marceliny Darowskiej.  Oto jeden z nich:
„Ducha wylać na miliony
Ciałom wszystkim rozdać chleba,
Duszy każdej myśli z nieba
Nic nie spychać nigdy w dół
Lecz do coraz wyższych kół
Iść przez drugich podnoszenie”.

 
Tragiczny wrzesień 1939 r

   Gdy cały rząd we wrześniu „wiał”( określenie Mamusi) do Rumunii przez Zaleszczyki, do Sidorowa przyjechali wozem chłopskim, pp. Korniłowiczowie z Warszawy. Z ich jedynaczką, Medzią byliśmy już od dłuższego czasu w korespondencji za pośrednictwem Zinki Sienkiewiczówny. Była bowiem jej ciotką, a Jadwiga Korniłowiczowa – córką Henryka. Tragiczny wrzesień 1939 r. kojarzę od tego czasu z ich postaciami.
15 września  pojawiła się na niebie ogromna łuna, jakby z ruin zamku. Dzień wcześniej przyjechał wuj Ujejski z Irką. Widzę ją wieczorem w przedpokoju, mówi do Tatusia:” wuju, prosimy o przygarnięcie, bo czujemy się niespokojnie w Wasylkowcach”. Naturalnie, zostali oboje. Kolacje zjedliśmy z Korniłowiczami. On w stroju pułkownika, potężny, ona cicha, niewyobrażalnie zalękniona, ale bohatersko spokojna. Medzia, 10 letnia dziewczynka, zajadająca ze smakiem wspaniałe ogrodowe gruszki - bery. Tego roku urodzaj był wspaniały.
Wiedzieliśmy już o ucieczce rządu via informacje od Żydów. To nastrajało pesymistycznie.
Rano, 16 września, Korniłowicz pożegnał się zabierając „podwodą” do Probużny.
 Twierdził, że niebawem wróci. Zasalutował przed żoną i pojechał ale nie zobaczyli się już nigdy. Zginął w Katyniu.
W niedzielę, 17 września budzi nas huk motorów. Myślimy, że to już Niemcy. Tatuś każe się nam schować w piwnicy - lodowni. Tymczasem ktoś ze służby z przestrachem woła: „Idut, idut.” Wychodzimy ze schowka, widzimy już hordę obdartego wojska z czapkami z czubami, z karabinami w rękach. Wszystkich nas zgrupowali na gazonie. Giwery, czyli karabiny obrócone w naszą stronę, wrzaski: ”Oddajtie orużje”. Nie znaliśmy tego języka. Myśleliśmy, że chodzi o róże.Każą nam otwierać nasze podręczne walizeczki. Pani Korniłowiczowa mówi: „oby mi tego nie zabrali”. W jej kuferku było gęsie pióro ze złota, wysadzane brylantami, dar Narodu za „Qvo vadis” dla Henryka Sienkiewicza.
Mnie wtedy zabrali aparat fotograficzny oraz krzyżyk bursztynowy, z którego i naśmiewali się.
Potem wrzeszcząc kazali iść z sobą Tatusiowi i Wujowi. Adam widząc na co się zanosi, pobiegł do domu po płaszcz. „Stij, bo strilaju”, na szczęście nie strzelili. Ale dzięki temu rozsądkowi 16 letniego wtedy Adama, biedny Tatuś miał w więzieniu cieplejszy przyodziewek. Odjechali jakimś wozem, czy jednym z naszych powozów do Husiatyna. Widzę jeszcze jak Tatuś elegancko siada po lewej stronie wuja....Nie wiedzieliśmy wtedy nic o ich losie przez kolejne, dwa długie miesiące.
Dom już był splądrowany. Ukradli Adama wiatrówkę, wszystkie budziki. Służba uciekła, jesteśmy głodni, Mamusia w rozpaczy, ja nic nie umiem zrobić. W końcu  pani Korniłowiczowa stanęła przy garnku z mlekiem...
Dręczyła nas ogromna niepewność. Nie mieliśmy pojęcia co się wydarzyło. Radio milczy na ten temat . Wieści przychodzą dopiero wieczorem: wojsko rosyjskie wkroczyło do Polski na całej szerokości jej granicy.
Na drogach  były tłumy uciekające przed Niemcami, inni widzieli watahy rosyjskiego wojska ciągnące na zachód. Apokaliptyczna dezorientacja. Co robić? My zamartwiamy się o Tatusia. Pani Korniłowiczowa, z całym taktem, nie dolewa do naszych obaw, obawy o swego męża. Medzia je bery cały czas.
Pierwsza noc była wyjątkowo ciężka. Śpimy wszyscy w pokoju dziecinnym ( mamy przecież gości). Stykam się z głową Mamusi, obie nie śpimy, modlimy się.
Obawialiśmy się napadu chłopstwa, a było to całkiem realne.
Rano Benio przyszedł po dyspozycje. Dojarki krowy wydoiły, dzień zapowiadał się normalnie. Ale słyszeliśmy non stop huk motorów armii wroga, która szła na zachód.
Okoliczni Żydzi przestali się pokazywać. Jeden z Ukraińców, Uryć, przysłał umyślnego, aby „wydała mu Małgosię.” Ks. Malawski, proboszcz radzi przerażonej Mamusi, aby się...zgodziła!! Ale, Bogu dzięki, sprawa jakoś ucichła.
W październiku spadł obfity śnieg. Gdy w nocy łamały się gałęzie winorośli, baliśmy się, że to napastnicy.
Jednego dnia przyjechała wataha wojska, aby zarekwirować nasze bydło, owce, konie fornalskie i najpiękniejsze meble ( Tatuś sprowadził je z sejfu w Krakowie, gdzie zostały po Kornelach, na ”bale dla córek, dwa lata przed wojną). Wydaje się, że te meble wynosił Breżniew, a w każdym razie chłop łudząco do niego podobny.
 
                                          Meble ukradzione przez Breżniewa (il. MB.)
                                         Meble ukradzione przez Breżniewa (il. MB.)

Biżuterię Mamusia nosiła stale na sobie. Czasami jeździłyśmy do Husiatyna, aby rozdawać pomidory biednym uciekinierom spod okupacji niemieckiej. Urodzaj był nadzwyczajny. Służba wyrażała żal, że” Pana nie ma”.
Pod koniec listopada stajenny Sztifko, chłopak o złotym sercu, przybiegł z wrzaskiem: ”Pan wernułsia”!! Otóż miał pantoflową pocztą wieść, zapewne od Żydów, że rzeczywiście puszczono Tatusia z Krzywego Rogu, gdzie w więzieniu dostał gangreny w ręku i nie biorąc za niego odpowiedzialności, odesłali do Lwowa. Tatusiowi urosła siwa broda i, choć miał dopiero czterdzieści kilka lat, nazywali go „staryj otiec”.
Szał radości, ale wszyscy, z rejentem Mikulim na czele, twierdzili, że bezpieczniejszym miejscem dla niego będzie teraz Lwów. Tam tez postanowił na nas czekać.
Naturalnie we wrześniu już do Jazłowca nie pojechałam, ale ogromnie tęskniłam i za szkołą i nauką. Do Sióstr pojechał Benio po książki dla mnie do następnej klasy i po moją wyprawkę tam pozostawioną. Spisał się na medal, jak zawsze. Siostra Asumpta dała mu wszystko i piękna książeczkę o sztuce pióra Siostry Rity, zresztą wydana przez same Siostry, które miały małą drukarnię na swoje podręczniki i opracowania. Wiele lat potem korzystałam z tego skryptu. Nawet gdy byłam w latach 60 tych we Włoszech.
W domu niewiele mieliśmy do roboty. Połykaliśmy więc książki, przedtem zakazywane jako, że ”zbyt dorosłe”.
Tereska, praktyczna i rozsądna jak zawsze, nocami zakradała się do kurnika i przygotowała masę drobiu,zwłaszcza indyków, którymi potem żyliśmy we Lwowie. Drób sprawiała Antosia, a wieszaliśmy go w lodowni.
Chowałyśmy też co się dało, rolowałyśmy dywany, pakowałyśmy książki, niektóre piękne, w skórę oprawne, kandelabry. Zadeponowałyśmy to na strychach wieży kościelnej. Nasze rzeczy osobiste schowaliśmy do walizek przekazując je listonoszowi Zielińskiemu, aby oddał je wyłącznie stolarzowi Topolnickiemu, gdy się po nie zgłosi. Całą porcelanę pochowałyśmy po chłopskich domach. Tak więc do Lwowa wyjechaliśmy tylko z rzeczami osobistymi . Przygotowane wcześniej indyki, chlopi, ci lepsi, bardziej do nas przywiązani, przywozili nam pare razy do Lwowa. To nam dalo przetrwać straszliwa wtedy zimę.
      Pani Korniłowiczowa z Medzią odjechały na początku października tzw. „rzemiennym dyszlem” do Warszawy. Irka wyjechała też wtedy, ale do Lwowa, na spotkanie tamże z matką. O wuju Ujejskim nie mieliśmy wieści.
Nadszedł dzień 8 grudnia, święto Niepokalanego Poczęcia NMP. Następnego dnia Rada Gminna postanowiła nas wyeksmitować. Adam zaraz wyjechał furą z cięższymi rzeczami, m.in. żelaznymi łóżkami, aby liczna rodzina miała gdzie spać we Lwowie. Tych rzeczy nie wolno nam było brać, ale jak Adam jechał, nieoceniony Benio, wsadził mu je ukradkiem na furę, poprzedniego dnia schowane w rowie. Adam jechał nie do Husiatyna, ale do Hadyńkowiec. Tam też pociągi do Lwowa zatrzymywały się, a stamtąd jego ucieczka nie rzucała się tak w oczy.
Nadszedł straszliwy dzień 9 grudnia. Już do domu napchał się tłum, który nam nawet przeszkadzał w zabraniu rękawiczek. W korytarzu jednak stał szpaler ludzi nam życzliwych, płaczących, całujących po rękach. Wsiadamy na podstawioną furę, ludzie odprowadzają nas błogosławieństwem...Jadąc drogą wjazdową skręcamy przy kępie świerków. Wewnętrzny glos mi mówi: ”Popatrz na dom”. I spojrzałam. Ostatni raz na nasz ukochany dom... Za rok został spalony od niemieckiej bomby.
W Hadyńkowcach czekałyśmy wiele godzin na odjazd pociągu. Radość, że zobaczymy Tatusia mieszał się z żalem i smutkiem za utraconym domem....
W pociągu siedziało mnóstwo Żydów starozakonnych, z siwymi włosami do ramion. Nie przestawali rozmawiać ani na chwilę. Przypominało to kumkanie żab... Zosia trzymała pudło z szachami, które wewnątrz przetaczały się, też non stop. Żydzi gadali, szachy szurały.. i tak wlokły się godziny jazdy. Mamusia czasami prosiła , aby zaprzestali, ale rejwach cichł tylko na moment.
Skończyło się moje, nasze dzieciństwo. Zaczynała się trudna młodość, którą opiszę w kolejnych pamiętnikach.
 
         Tę część moich wspomnień zakończę wierszem Mariana Hemara, który dedykuję moim Drogim Rodzicom, Rodzeństwu, wychowawcom, przyjaciołom:
         "Coraz mię dokuczliwiej dręczy
           Żywiej mnie prześladuje
           Potrzeba dziękowania, wiem za co
           Nie bardzo wiem komu.
           Ale nie mógłbym zamknąć za sobą drzwi
           Mojego domu
           I odejść  w ciemność i w deszcz
           Nie powiedziawszy, dziękuję.
 
           Nic mi to nie wybłaga
           Nikogo dla mnie nie zjedna
           Nikomu się nie przymili
           Mnie samemu najprościej,
           Po wszystkich latach życia
           Została ta jedna
           Nieodparta potrzeba
           Ostatniej przyzwoitości.
           Za poetą mówię: dziękuję
           Bo wiem za co i komu"
 


Wspomnienia te napisała Małgorzata z Paygertów Baraniecka, we wrześniu 2007 roku, czyli w 86 roku życia.
PS
  .
     Jak już wspominałam w czerwcu  1991 roku,  odbyliśmy z Adamem i Andrzejami Witkowskimi podróż do Czortkowa, Sidorowa, Jazłowca i Rudnik. Spotkani  w Sidorowie  ludzie , potomkowie naszych przyjaciół, przysłali mi kiedyś aktualną ukraińską gazetę, z artykułem o Sidorowie, tym dawnym.. Przetlumaczyłam go i zamieszczam streszczenie:
"W dawnych czasach ostatni własciciele majatku Sidorów, Paygertowie, wybudowali nowy  pałac (chyba chodziło im o nasz dwór!), a także założyli wodociąg, z którego do dziś korzystają mieszkańcy wsi.
     Ta rodzina dała polskiej kulturze znanego poetę i tlumacza różnych utworów, np. Szekspira.( zapewne chodzi o Adama Paygerta, ojca Kornela)
     Po wojnie zamarło życie w cerkwi, której proboszczem był w latach 30 tych ks. Konowalec, również i lekarz, uczestnik walk w 1918-20.
     W latach 50 tych władze zaczęły rozbierać zamek, a także, doszczętnie, pałac Paygertow. " Rozbierać łatwo, ale naprawic ciężko".
     Zniszczony wewnątrz kościół rzymsko-katolicki zasypano smieciami. A przecież były w nim unikalne zabytki w stylu barokowym i rokokowym.
    Czy w zniszczonym pałacu nie mogła byc teraz szkoła czy szpital? Już dawno w Sidorowie istniało Towarzystwo Przyjaciół Kultury. Czy nie mogło powstrzymac zniszczeń, naprawić, coby się mogło?
     Chyba burżuazja odrodziła się w nas!
     Żal serce ściska! Dziś nie ma żadnego mecenasa odbudowy starych zabytków!!" 
 
 
 
 
     A   zdjęcia z  naszej wyprawy do  Sidorowa przed 17 laty.  (1991 r.) -są w zakładce - Sidorów 1991

 Informacje biograficzne są umieszczone na końcu drugiej części Wspomnien (Lwów i Dynów)