JK Paygert - Dwa razy w niewoli bolszewickiej cz. II


 Część druga

I.    Początek życia we Lwowie, 1940
   W kilkanaście dni po moim przyjeździe do Lwowa przybyła tu moja żona. Uradziłem z nią, że jak długo będzie można, pozostanie jeszcze na wsi z dziećmi. Co do mnie o powrocie do Sidorowa nie mogło być mowy, gdyż wedle posiadanych wiadomości zostałbym natychmiast aresztowany. Będąc jednak przekonany, że pobyt żony na wsi nie będzie mógł już długo trwać, rozpocząłem przygotowania do umieszczenia jej we Lwowie. Było to utrudnione ze względu na to, że w mieszkaniu mojej matki (Emilii z Bochdanów) znajdowali się jacyś nieznajomi, wojenne rozbitki, trzeba więc było dla nich wystarać się o jakieś inne locum.  Udało mi się to w końcu, choć Lwów był wówczas przeludniony. Żona przysyłała stopniowo rzeczy i wiktuały, które zdołała uratować.
   Tak upłynęło parę tygodni. W pierwszych dniach grudnia otrzymałem wiadomość, że władze bolszewickie postanowiły wyrugować rodzinę ze dworu, a w nim urządzić szpital. Wobec tego nie było innej rady jak sprowadzić rodzinę do Lwowa.
   Dnia ósmego grudnia przyjechał syn (Adam), a następnego dnia żona z resztą dzieci (Małgorzatą, Teresą i Zofią).

       

                                 Józef Kalasanty z żoną Józefą, córką Małgorzatą i synem Adamem, 1936

Opowiadała mi, że chwila wyjazdu z Sidorowa będzie należeć do najcięższych w jej życiu. Połowa wsi, przychylna dworowi, przyszła aby być obecną gdy „dziedziczka” po kilkunastu latach pracy na swym gospodarstwie opuszczać będzie progi swego domu. Namawiano ją aby została u jednego z gospodarzy wsi, ale odmówiła nie chcąc ściągać prześladowania na tych, którzy udzielą jej gościny. Wówczas prosili, aby przynajmniej przyjęła zapasy, które jej znieśli i żegnali z płaczem.
   Resztę mebli, których bolszewicy nie zrabowali, wzięli ludzie do siebie na przechowanie, a prowianty zaś, których wywieść nie zdołano, przepadły zarekwirowane przez miejscowe władze. Dwór przerobiony został nie na szpital, ale na szkołę dla dzieci głuchoniemych i częściowo urządzony meblami z pałacu księcia Sapiehy z Bilcza.
   Zaczęły się dla nas we Lwowie szare dni zimowe. Troska o byt coraz trudniejszy występowała na plan pierwszy. Zrazu były jeszcze zapasy, było trochę gotówki, którą żona uskładała ze sprzedaży owoców. Ta jednak traciła szybko wartość, gdyż bolszewicy wprowadzili z dnia na dzień w miejsce złotego w obieg handlowy, rubla.
   Nadeszły święta Bożego Narodzenia. Obchodziliśmy je w kółku rodzinnym z matką i moją siostrą Amelią Łączyńską i jej trzema córkami (Teresą, Marią i Jadwigą). Najsmutniejsze chyba dla mojej siostry, która świeżo owdowiawszy (jej mąż, Zygmunt, zmarł na początku września w rodzinnym majątku Zaborze koło Rawy Ruskiej) została sama z dziećmi w najcięższych czasach. Pocieszaliśmy się jednak, że państwa alianckie wnet wyjdą zwycięsko z wojny z Niemcami, a kiedy to nastąpi, będą musieli i bolszewicy wycofać się pod ich naciskiem. Oby tylko doczekać wiosny a wszystko na lepsze się zmieni. Nie przypuszczaliśmy, że wojna przeciągnie się jeszcze lata.
   Po świętach bolszewicy przystąpili do wyrzucania z mieszkań właścicieli realności, a przydzielali je na tzw. order rodzinom bolszewickim, które najeżdżały gromadami do naszego miasta i rozlokowywały się w opróżnionych pokojach. Patrzyliśmy jak na dziwolągi na te kobiety ubrane w najdziwaczniejsze stroje sprzed lat dwudziestu, okutane w chusty, w walonkach nie mające wyobrażenia do czego miały służyć naczynia i sprzęty znajdujące się w każdym domu. Z ornatów szyły sobie strojne suknie, a w teatrze pokazywały się w koszulach nocnych - uważając je za najelegantsze. Na szczęście kamieniczka, którą zajmowaliśmy, była stara i bolszewikom nie zależało na niej.
   W marcu 1940 r. załamała się cena złota, która do tej pory spadała bez przerwy dochodząc do 1/10 pierwotnej wartości. Spostrzegliśmy nagle, że mamy o wiele mniej środków na przeżycie, niż obliczaliśmy. Zgasły wszystkie nadzieje na szybkie uwolnienie nas z jarzma bolszewickiego. Ustały boje w Karpatach, potem nadszedł straszny dzień 13 kwietnia, kiedy to bolszewicy wywieźli ze Lwowa około 20 000 osób. Panika ogarnęła miasto. Nikt nie był pewny czy tego dnia nie przyjdą w nocy wysłannicy NKWD i nie każą mu wraz z rodziną wsiadać do samochodu aby wywieść wszystkich do odległego Kazachstanu, lub innej guberni azjatyckiej. Wypatrywano czy wieczorem nie gromadzą się auta ciężarowe pod siedzibą NKWD na ulicy Zielonej, a gdy zauważono ich koncentrację, ludność opuszczała swoje mieszkania i chroniła się byle gdzie, czasem po szafach, piwnicach, lub strychach, bo ta koncentracja była sygnałem gromadnej wywózki. Mnóstwo osób, nie mogąc znieść tych warunków, czyniło starania o wyjazd do okupacji niemieckiej. Niemcy bowiem zrobili z bolszewikami układ, na mocy którego pozwolili czterdziestu tysiącom ludzi cywilnych, uciekinierów z miejsc okupowanych przez Niemców, wrócić do swych miejsc zamieszkania. Kto chciał wyjechać podawał się za uciekiniera z tamtej strony Sanu, choć osiadły był we wschodniej Małopolsce. Bolszewicy zaprowadzili ścisłą ewidencję tych rzekomo powracających do siebie osób, a nikomu na myśl nie przyszło, że celem tej rejestracji jest zdobycie adresów ludzi, których potem z mieszkań wywożono wprost do Rosji. Całymi nocami, długich ogonkach wystawali naiwni; ci zaś co nie oglądali się na formalności, zdążyli przejechać przed czerwcem na drugą stronę. W pierwszych dniach czerwca bolszewicy urządzili prawdziwą nagonkę na tych co zdradzili się z ochotą zmiany okupanta. W ten sposób wyjechało na Sybir mnóstwo uciekinierów wojennych z zachodu, podczas gdy szczęśliwsi, mniej dbający o formalności, uciekli wypełniając ową liczbę czterdziestu tysięcy. Okazało się potem, że nie do raju uciekli.
   Te masowe wywożenia nie ograniczające się tylko do Lwowa, ale obejmujące cały kraj, stawały się coraz częstsze. Zwyczajem bolszewickim odbywało się to zawsze w nocy, a gdy człowiek budził się rano w swoim łóżku, dziękował Bogu, że jeszcze jedną noc przespał w domu. Wywożono i aresztowano ludzi z rozmaitych sfer, w pierwszym rzędzie oficerów wosk polskich czynnych i emerytowanych, przedstawicieli policji państwowej, sędziów, właścicieli nieruchomości miejskich lub wiejskich, kupców, przemysłowców. A ze wsi wywieziono prawie wszystkich gajowych, leśniczych i chłopów narodowości polskiej, osiadłych skutkiem przeprowadzonych ostatnio parcelacji obszarów dworskich.
   W czerwcu zaaresztowano mojego szwagra, Michała, barona Moysę, ożenionego z siostrą mojej żony (Kingą z Trzecieskich). Trzymano go w więzieniu w najokropniejszych warunkach około jedenastu miesięcy, aż wreszcie przypłacił to życiem. Umarł na miesiąc przed zajęciem Lwowa przez Niemców, w szpitalu więziennym. Żona jego przeprowadziła się wraz z synem (Stefanem) do naszego mieszkania i była w najcięższych chwilach nieocenioną pomocą mojej żonie.

              

                                                               Michał i Kinga Moysowie w swoim majatku w Rudnikach


   Prawdziwą klęską był przymus paszportowy. Ktokolwiek posiadający wybitniejsze stanowisko podał je, mógł być pewien aresztowania. Trzeba więc było wymyślać i udowadniać rozmaite nic nie znaczące zajęcia lub wprost zapisywać się do jakichś robót fizycznych, aby zdobyć w ten sposób paszport. Podałem więc, że byłem pracownikiem w redakcji Rolnika, co poświadczył mi profesor Janowski, na podstawie tego, że pisałem tam często artykuły. Wskutek tego zostałem zakwalifikowany przez władze jako pracownik chałupniczy, tzw. kustar. Żona otrzymała robotę w ogrodzie, gdzie ciężko pracując zarabiała 5 rubli dziennie, za które można było kupić dwa litry mleka. Dzieci zapisaliśmy do szkół. Musiały się tam uczyć języka rosyjskiego, do którego nie było ani podręczników, ani słowników. Kazano im uczyć się na pamięć wierszy nie tłumacząc ich treści.
   Moim zajęciem było codzienne staranie się o pieniądze na życie. W miarę przedłużania się okupacji było ono coraz cięższe. Umiejętna taktyka deflacyjna bolszewików doprowadziła do zupełnego załamania się cen przedmiotów zbytku, które miałem na sprzedaż, przy równoczesnym utrzymaniu wysokich cen na środki spożywcze. Tym samym życie stawało się coraz trudniejsze, a przy tym trzeba było stale utrzymywać jakieś pogotowie kasowe na wypadek wywiezienia. Sprzedawaliśmy więc coraz więcej rzeczy potrzebnych lub takich, które były cennymi pamiątkami. Sprzedałem wówczas srebra stołowe, w tzw. bazach, czyli punktach skupu, przed którymi trzeba było już o czwartej rano stać w ogonku i wysłuchiwać różnych drwin pracujących tam Żydów. Później sprzedałem porcelanę, dywany, we wrześniu sprzedałem z bólem serca fortepian matki, najcenniejsze książki z biblioteki ojca,

                           Przykład cennych zbiorów Kornela Paygerta (zdjęcie ze zbiorów P. K. Willmanna)

 

obrazy, ubrania i dalszą część biżuterii, którą chciałem koniecznie zachować na czarną godzinę.

 

        

                              Emilia Paygertowa w mieszkniu na Chmielowskiego (jeszcze przed sprzedażą fortepianu)


   O możliwości zarobku dla mnie nie było mowy. Mogłem zarobić najwyżej 5 rubli dziennie, a na życie trzeba było kilkakrotnie więcej. Nie mogłem więc żadną miara powstrzymać tej rozpędzonej fali ciągłej sprzedaży, co mnie bardzo martwiło. Chcąc odwrócić umysł od tej troski rozpocząłem studia ekonomiczne korzystając z obfitej w tym dziale biblioteki świętej pamięci ojca (Kornela). Co dzień, o ile nie szedłem sprzedawać, udawałem się z książką w ręku do parku i tam zagłębiałem się w zagadnienia ekonomiczne. Musiałem jednak przerwać te studia, bo przy zbliżającej się zimie trzeba było pomyśleć o opale. Dla zdobycia 20 kilogramów węgla musiało się stać w ogonku, a potem trzeba go było przynieść na plecach do domu.
   Sytuacja polityczna stawała się coraz gorsza i odbierała nadzieje na rychłą odmianę. Po upadku Francji, zdawało się, że padnie i Anglia. Powiększała się stopniowo ilość defetystów, a coraz więcej było takich, którzy twierdzili, że stan haniebnego podziału Polski potrwa kilkanaście lat.
   Wśród smutków i trosk jedyną weselszą chwilą był przyjazd od czasu do czasu niektórych moich dawniejszych domowników lub gospodarzy z Sidorowa. Przywozili nam wiktuały i ubrania, które moja żona pozostawiła u nich. Wiktuały, za które nigdy wynagrodzenia wziąć nie chcieli były nam wielka pomocą. Ale ich przyjazdy stawały się coraz rzadsze, bo w razie wykrycia, że jako dawni pracownicy nam pomagają, groziły im ostre represje. Raz jeden z moich gospodarzy zawiadomił mnie, że ma kupca na rower mojej córki pozostawiony u niego i że może uzyskać za niego 600 rubli. Oczywiście zgodziłem się zaraz na sprzedaż, a on wkrótce przekazał mi kwotę. Miałem więc wielu życzliwych ludzie w Sidorowie.

II. Ponowne uwięzienie
   Tak minął rok od mego powrotu z niewoli. Nastał dzień 13 listopada 1940 roku. Sprzedałem tego dnia obraz Fałata przedstawiający polowanie w Orce u księcia Radziwiłła, za siedemset rubli. Ciężko mi było się rozstawać z tym dziełem sztuki, obraz był wart kilkanaście razy więcej, a ponieważ nie mogłem uzyskać więcej, a gotówki było nam potrzeba, zgodziłem się na tę transakcję. Tej nocy z uczuciem pewnej ulgi, że mamy trochę pieniędzy w kasie położyłem się trochę wcześniej spać, ale zostałem zbudzony przez dwóch przedstawicieli NKWD. Oświadczyli, że przeprowadzają rewizję w poszukiwaniu broni. Tej jednak od dawna już nie miałem, wiec rewizji nie byłbym się obawiał, gdyby nie fakt, że przeprowadzają ją w nocy, co nasunęło mi przypuszczenie daleko gorszych rzeczy. Niestety nie omyliłem się. Zażądali mego paszportu, a gdy go przedłożyłem, zauważyli, że mi się ten dokument nie należy, bo jako „pomieszczyk” powinienem dostać paszport z nakazem wysiedlenia ze Lwowa. Byli więc już o mnie dobrze poinformowani. Próbowałem pokazać na moją obronę zaświadczenie z Oleska, że byłem jeńcem wojennym i zostałem zwolniony. Zauważyli, że nie ma ono już żadnego znaczenia i kazali mi się zbierać, aby iść z nimi. Byłem więc aresztowany. Zacząłem gorączkowo ubierać się, a moja córka przygotowała mi węzełek, do którego włożyła trochę bielizny, abym nie pozostał tak bez niczego jak za pierwszym razem.
   Tym razem bolszewicy w dalszym ciągu przeprowadzali rewizję. Na moim biurku znaleźli kilkanaście dukatów, które siostra żony dała mi do przechowywania. Zabrawszy je chcieli zagarnąć i biżuterię. Uratowała ją moja żona twierdząc, że nie ma ona żadnej wartości. Sporządzili protokół rewizji i kopie wręczyli mi.
   Pożegnałem się z matką, uściskałem żonę i dzieci i z rozdartym sercem wyszedłem z mieszkania pocieszając wszystkich, że Bóg jest z cierpiącymi.
   Wsadzili mnie do samochodu. Szofer zawracając potrącił o latarnię, powiedziałem wtedy, aby uważał, bo samochód więcej wart niż życie człowieka. Chciałem zachować przed asystującymi mnie bolszewikami swobodę ducha i pewien, acz wisielczy humor. Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się przed więzieniem zwanym Brygidki. Jeden z towarzyszących enkawudzistów wyjął legitymację i okazał ją straży, która natychmiast otworzyła bramę. Gdy mijałem ją przyszedł mi na myśl Most Dożów, „ponte dei sospiri” (chodzi chyba o” Most westchnień” w Wenecji). Czyż i moje pożegnanie ze światem miałoby być ostatnim westchnieniem?
   Zaprowadzono mnie do wielkiej sali, gdzie przy ostrej rewizji zabrali mi wszystko, co w ich mniemaniu mogło być podejrzane, nawet krawatkę, portfel z pieniędzmi i ołówek. Na szczęście srebrny zegarek, który mi został po złotym po pierwszym aresztowaniu, zostawiłem synowi. Po mnie wprowadzono następnego więźnia, poznałem w nim Rudrofa z Brodów. Mając nadzieję dostania się z nim do tej samej celi, udawałem, że go nie widzę, bo wiedziałem, że gdyby bolszewicy spostrzegli, że się znamy, byliby nas umyślnie ulokowali w innych celach. Mimo to nadzieja moja nie ziściła się, bo Rudrofa zaprowadzono gdzie indziej. Spotkanie to upewniło mnie jednak, że tej nocy musiano dokonać wielu aresztowań.
   Zaprowadzono mnie na badania lekarskie, mające ustalić, czy nie mam jakiejś zaraźliwej choroby, która nie pozwoliłaby na zamknięcie we wspólnej celi, całe jednak badanie ograniczyło się do tego, że dyżurująca pielęgniarka zapytała mnie czy czuję się zdrów, a wobec mojej potwierdzającej odpowiedzi kazała mnie odprowadzić. Idąc za dozorcą z moim węzełkiem w ręku długimi korytarzami, uderzyła mnie wszędzie panująca cisza nie pozwalająca domyślać się jak wielka ilość ludzi przebywa w mijanych celach. Doszliśmy do drzwi oznaczonych numerem 52. Tu zatrzymał się dozorca, zastanowił się chwilkę, wyjął klucz, aby drzwi otworzyć, ale popatrzywszy przez okienko, rozmyślił się i wprowadził mnie do następnej celi nr 53 i zaraz ją za mną zamknął.
   Znalazłem się w dużej izbie, gdzie spało pokotem na podłodze kilkadziesiąt osób.Oświetlała ją jedna żarówka świecąca przy suficie. Światło było słabe, musiałem więc stać chwilę w progu zanim moje oczy przyzwyczaiły się do zmroku. Pierwszym nieopisanym wrażeniem był uderzający zaduch, który tu panował i zdawało mi się, że nie wytrzymam w nim i paru minut, a jednak musiałem w tej celi przebywać długie miesiące. Gdy tak stałem u progu nie wiedząc gdzie się obrócić, do kogo przemówić, by nie zbudzić śpiących, zaczęli się mną interesować ci, których zbudził zgrzyt otwieranych drzwi. Jeden zapytał mnie z jakiego przychodzę wiezienia. Gdy odpowiedziałem, że wprost z miasta, bo przed godziną zostałem zaaresztowany, powstał szmer zainteresowania. Dopiero później dowiedziałem się, że świeżo aresztowany jest tutaj cennym nabytkiem, gdyż tylko taki posiadać może ważne wiadomości polityczne, których więźniowie byli pozbawieni. W tutejszej gwarze osobnik taki nazywany był „zuwachs” i był zasypywany niekończącymi się pytaniami. Pytano więc i mnie, jakie jest obecnie położenie państw wojujących, jakie widoki na nowe wojny, jaki nastrój na mieście, czy liczne są dalsze aresztowania itp. Odpowiadałem stojąc ciągle w progu, że obecnie Mołotow jest z wizytą w Berlinie, a wobec zbombardowania dworca Anhalskiego, musiał przyjechać na dworzec Gdański, że przyjęcie odbyło się nadzwyczaj chłodno, że skutki bombardowania są dla Niemców jak i dla Anglików straszne, że należy uważać już za wielkie niepowodzenie Niemiec, że po kilku miesiącach od pokonania Francji, nie udało się im wkroczyć do Anglii. Pytania które mi stawiano były precyzyjne, wymagano tez dokładnych odpowiedzi, co było o tyle trudne, że nie spodziewając się sie takich indagacji (pytań) i w takim miejscu nie słuchałem ostatnich komunikatów radiowych. Po sposobie zadawania pytań, zorientowałem się, że mam do czynienia z ludźmi wysoce wykształconymi. Wśród interpelantów znajdowali się: profesor dr Zaborski (profesor geografii na Uniwersytecie Warszawskim), inż. Kozakiewicz, architekt ze Lwowa i pułkownik Terlikowski. Ten ostatni wskazał mi miejsce obok siebie. Złożyłem tam mój węzełek i rozłożywszy futerko na podłodze, próbowałem zasnąć.
   Pułkownik Terlikowski był pierwszym człowiekiem którego w sali bliżej poznałem. Był on synem mojego dyrektora gimnazjalnego w Stanisławowie, a bratem inżyniera, z ramienia Stowarzyszenia Dozoru Kotłów przyjeżdżał do mnie co roku w ramach inspekcji mojej lokomobili. Mając wiec wspólnych znajomych, łatwo mi było z nim nawiązać rozmowę. Dowiedziałem się wówczas, że już przed rokiem został zaaresztowany. Żal mi było tego ujmującego starszego człowieka, który w czasie gdy chodziłem po parku z książką w ręku męczył się w więzieniu pozbawionym wszelkich wygód, a co gorsze narażonym na okradanie przez tych, którzy z nim siedzieli. Byli bowiem z nami ludzie rozmaitych sfer, poczynając od tych, którzy mieli burzliwą przeszłość i niejeden rok już przesiedział w polskich więzieniach. Wprawdzie cela nasza była przeznaczona dla więźniów politycznych, ale dostali się tu i tacy, którzy z polityką nie mieli nic wspólnego, a byli prawdziwą zmora, pastwiąc się nad tymi którzy nie mogli lub nie chcieli wchodzić z nimi w układy. Toteż pułkownik Terlikowski przygotował mnie na to, że stosunki tutaj są straszne, że to prawdziwe piekło. Zmartwiło mnie to, bo wiedziałem z poprzedniej niewoli, jak ważną rzeczą jest odpowiedni dobór towarzyszy, ale pocieszyłem się myślą, że skoro inni tu żyją i jakoś sobie radzą, to może i mnie z Bożą pomocą uda się przetrwać złe chwile.

III. Pierwsze śledztwo w Brygidkach
   Nazajutrz wczesnym rankiem już nas zbudzono. Rozdano chleb. Zdziwiłem się, że będąc dopiero kilka godzin w wiezieniu, otrzymałem już swoja porcję. Zawdzięczam to temu, że starosta naszej celi miał obowiązek zameldować dyżurnemu przed rozdaniem chleba jaki jest stan liczebny celi. Wedle podanej liczby wydzielono chleb. Każda porcja wynosiła 400 gramów.
   Stan liczebny celi stale się zmieniał. Nie było prawie nocy, aby nie przyprowadzono kogoś lub zabierano innego, czasem kilku naraz. Gdy wszedłem do celi było w niej 45 więźniów, co było cyfrą wyjątkowo niską, bo zwykle dochodziła do 60 osób. Wówczas było tak ciasno, że ludzie nie mieli gdzie spać. Kilku sypiało na progu opierając oń głowę, inni byli tak ściśnięci, że nie mogli się obrócić. Cela miała tylko dwa małe okna, które choć stale otwarte zimą i latem, nie zapobiegały okropnemu zaduchowi. Mimo, że stan liczebny więźniów wciąż się wahał, kilkunastu siedziało w tej celi od kilkunastu miesięcy. Inni przebywali w niej po kilka tygodni, po czym przenoszono ich do innych lub wywożono w głąb Rosji. Raz lub dwa w ciągu miesiąca odchodził tam z naszego więzienia duży transport. Czekaliśmy wtedy z obawą, że na nas przyjdzie kolej. Za każdym razem odchodziło od nas po kilku więźniów wywoływanych przez dyżurnego wartownika, który otwierając okienko w drzwiach czytał odnośne nazwiska. Wywoływani musieli podać swoje „otczestwo” i datę urodzenia. Gdy już tożsamość była stwierdzona, kazał im się zbierać i wychodzić z rzeczami, czyli „wieszczami”. Wiedzieliśmy wówczas, że ich więcej nie zobaczymy, gdy natomiast wartownik wywoływał więźniów bez rzeczy, wiedzieliśmy że idą na …śledztwo, czyli dopros, albo w innej sprawie i że jeszcze powrócą.
   W kilka dni po moim uwięzieniu i mnie zawezwano na śledztwo. Słysząc od towarzyszy, że bolszewicy znęcają się w okrutny sposób nad niektórymi, szedłem z obawą przed tym, co mnie spotkać może. Wprowadzono mnie, po przyjściu wielu korytarzy do ciasnej izdebki, gdzie jakiś bolszewik o niesympatycznej twarzy siedział za stołem i pisał. Przy nim stał drugi, widocznie niższy rangą, i jeszcze mniej sympatyczny. Popatrzyli na mnie badawczo i kazali usiąść na krzesełku, poczym nie zwracając uwagi pracowali dalej nad aktami.  Upłynęła dłuższa chwila zanim skończyli. Czekanie to było denerwujące, bo patrząc na ich groźne twarze można się było spodziewać najgorszego. Wreszcie prowadzący śledztwo przerwał robotę i zwrócił się do mnie żądając podania personaliów. Gdy mu je podałem spytał do jakiej organizacji należałem. Odpowiedziałem że do żadnej, wtedy krzyknął, że to niemożliwe, bo człowiek na moim stanowisku do jakiejś organizacji należeć musiał i lepiej będzie dla mnie, jeśli się przyznam od razu, niżby to oni musieli później odkryć. Widząc ich zawziętość, powiedziałem że należałem do organizacji gospodarczych a nie politycznych. I to nie pomogło. Przypuszczając wówczas, że badający może mieć o mnie dokładniejsze wiadomości, zaryzykowałem oświadczenie, że należałem do konserwatystów. Zapytał mnie wówczas co znaczy to słowo. Pojęcie „konserwatysta” było zupełnie bolszewikom obce. To mnie uspokoiło i zacząłem tłumaczyć jakie są przewodnie idee konserwatystów. Zdaje się, że te wyjaśnienia podziałały, gdyż bolszewik przestał krzyczeć i rzucać się, a powiedział tylko, że jestem oskarżony o wykorzystywanie robotników. Na to mu odpowiedziałem, że wśród służby miałem takich, którzy pracowali u mnie po kilkanaście lat, gdybym więc źle się z nimi obchodził, nie pozostawaliby tak długo. Ten argument jednak nie przekonał go, jak również i ten, że przez 20 lat nie miałem najmniejszych nieporozumień o wynagrodzenie za pracę. Zrozumiałem więc, że mam do czynienia ze złą wolą i że cokolwiek będę mówił, nie będzie to miało żadnego znaczenia, gdyż mam być oskarżony o wyzysk robotnika. W pierwszej chwila przykra mi była ta niesprawiedliwość, ale po namyśle pogodziłem się z tym, bo cóż mi mogło zależeć na opinii tych ludzi? Szukali tylko pozoru dla wykazania konieczności mego uwięzienia i żadnymi argumentami od tego odwieść się nie dadzą. Oświadczyłem więc spokojnie, że nie mam nic więcej do powiedzenia. Bolszewik napisał protokół i dał mi do podpisu. Na moją uwagę, że chciałbym naprzód zaznajomić się z jego treścią, oświadczył, że to niepotrzebne. Protokół pisany był po rosyjsku, a więc i tak bym go nie zrozumiał. Podpisałem więc z tym uczuciem, że równie dobrze mógłbym podpisać na siebie wyrok śmierci.
   Komisarz kazał zawołać dozorcę, aby mnie odprowadził. Z uczuciem ulgi opuściłem to ciasne i brudne miejsce przesłuchań i poszedłem za dozorcą, innym niż ten, który mnie przyprowadził. Ręce miałem w tył założone, bo tego wymagała „etykieta” więzienna. Spostrzegłem, że nie potrafię się wyznać w labiryncie korytarzy i powiedziałem dozorcy, że moja cela numer 53 i należy do pierwszego korpusu. Ten, zdaje się, źle mnie zrozumiał, bo zamiast do pierwszego korpusu, zaprowadził mnie do trzeciego. Przebywszy nieskończoną ilość korytarzy i schodów, zorientowałem się, że źle idziemy i powiedziałem mu to. Wpadł wówczas w niepohamowany gniew utrzymując, że ja go umyślnie w błąd wprowadziłem. Zapoznałem się wówczas z bogatym słownictwem rosyjskim, z którego czerpał hojnie rozsierdzony opiekun. Ta mnogość prawdziwie rosyjskich przekleństw zaimponowała mi. Wysłuchawszy tej kaskady słów płynących wartko z ust dozorcy, powiedziałem spokojnie: „ja niczewo nie panimaju”. To jeszcze bardziej go rozsierdziło i była chwila, kiedy mi się zdawało, że się na mnie rzuci. Ale na szczęście jakoś się opamiętał i tylko pod nosem pogroził mi pięścią.
   Zajście to, które opowiedziałem towarzyszom, rozśmieszyło ich, ale na mnie wywarło przygnębiające wrażenie, bo dawało przedsmak tego co mnie jeszcze spotkać mogło. Drugą sprawą, która mnie upokarzała, było żądanie dozorców, aby w razie spotkania więźnia z innej celi, odwrócić się natychmiast do ściany, o ile nie uczynił tego przedtem już spotkany. Tego zarządzenia przestrzegali dozorcy pilnie, a gdy się go na czas nie wykonało, można się było narazić na odwrócenie przemocą. W ten sposób bolszewicy zapobiegali porozumiewaniu się więźniów miedzy sobą po korytarzach. Jakie to było upokarzające, odczułem najsilniej, gdy spotkałem raz moją kuzynkę, Beatę Obertyńską (poetkę, wdowę po Józefie Obertyńskim, ciotecznym bracie Autora) o której wiedziałem, że jest uwięziona. Chciałem bodaj spojrzeniem wyrazić jej moje współczucie, nie mogłem tego jednak dokonać, gdyż zaraz przybiegł do mnie dozorca i wrzasnął mi do ucha abym się natychmiast odwrócił. Poczułem wtedy co to znaczy pozbawienie wolności i jak cierpi na tym godność ludzka.
   Wróciwszy do celi zacząłem rozmyślać nad przeprowadzonym śledztwem a warunki do tego sprzyjały mi, bo była już późna noc i ludzie spali. Najwięcej niepokoiło mnie to, że pod presją groźby przyznałem się do członkostwa w partii konserwatywnej. Wprawdzie sędzia śledczy, jak tu się mówiło „śledowaty” nie miał najmniejszego wyobrażenia co to jest konserwatyzm, niemniej jednak obawiałem się, że z tego powodu będę przy dalszych śledztwach indagowany o innych członków stronnictwa. Postanowiłem więc sobie, że żadnych nazwisk ujawniać nie będę.
   Nazajutrz nie było końca pytaniom towarzyszy, którzy wysłuchawszy wszystkich szczegółów śledztwa, orzekli, że będę obwiniony z paragrafu zwanego tu trzynastką, dopuszczającego na skazanie w drodze administracyjnej ludzi niewygodnych dla reżimu bolszewickiego. Jako posiadający własność wiejską i miejską, byłem uważany za kapitalistę i za to przewinienie czekać mnie może kara od pięciu do dziesięciu lat robót przymusowych w Rosji. Perspektywa niewesoła, ale pocieszałem się tym, że skoro niektórzy siedzą tu już i półtora roku nie mając do tej pory ukończonego śledztwa, to i moja sprawa potrwa dłużej a w tym czasie może dojść do wojny niemiecko-rosyjskiej i Niemcy zdobędą Lwów zanim Rosjanie mnie wywiozą. Zresztą nawet gdybym został skazany i wywieziony, nie będę sam, lecz wielu innych ze mną, a wtedy łatwiej znieść choćby najcięższą udrękę. Miałem już za sobą doświadczenie Krzywego Rogu. Przeżyłem szczęśliwie tę biedę, może uda mi się przy pomocy Bożej znieść i tę drugą. Nie martwiłem się więc przedwcześnie w myśl zasady, że dość ma dzień na swojej nędzy.
   Więcej natomiast kłopotałem się inną sprawą: jak zawiadomić moją żonę, że jestem w Brygidkach, wiedziałem bowiem ile trudu i męki kosztowało siostrę żony, aby dowiedzieć się po wielu miesiącach, że jej mąż (Michał Moysa) przebywa w więzieniu na Zamarstynowie. Chcąc wiec oszczędzić żonie tego niepokoju, postanowiłem zawiadomić ją grypsem, gdzie się znajduję. Było to przedsięwzięcie trudne, a zarazem ryzykowne, bo w razie wykrycia mogłem się dostać do karceru, to jest ciemnicy, gdzie o chlebie i wodzie, bez koca i cieplejszych rzeczy, przebywać trzeba od trzech do siedmiu dni. Mimo to zdecydowałem się wysłać do żony ów gryps. Zacząłem rozpytywać czy ktoś nie ma ołówka. Był to przedmiot zakazany i przy każdej rewizji, tzw. chatrance, ściśle ukrywany. Na szczęście znalazłem jakiś mikroskopijny kawałek ołówka, którym można było od biedy parę słów napisać. Ale i papieru nie wolno było posiadać. Miałem jednak u siebie protokół z przeprowadzonej rewizji i ten akt urzędowy pozostawiono mi. Nie ceniąc sobie jego znaczenia, oddarłem z niego kawałeczek niezapisanego papieru i tak zdobyłem materiał na list. Ważną sprawa było jak zaadresować. Nie chciałem umieszczać mego nazwiska, gdyż w razie czego mogło to narazić nie tylko mnie, ale i moją żonę. Podałem wiec tylko ulicę, numer domu i mieszkania, list włożyłem do pudełka od zapałek, które dla zwrócenia uwagi obwiązałem tasiemką i poprosiłem jednego z towarzyszy, który się chwalił, że nieraz to robił, aby przechodząc korytarzem, wyrzucił je przez okno wychodzące wprost na ulicę. Ta ostatnia czynność była najtrudniejsza, gdyż trzeba było w drodze do tzw. oborni, czyli ustępu, otworzyć okno, wyrzucić prędko pudełko i zamknąć okno z powrotem. A wszystko trzeba było wykonać tak zgrabnie, aby nie spostrzegł tego idący z tyłu dozorca. Do tego nadawało się tylko jedno okno na zakręcie korytarza. Tu wyrzucił mój towarzysz pudełko, zanim dozorca doszedł do tego miejsca, znalazło się ono na chodniku. Teraz można było spodziewać się, że list dojdzie do miejsca przeznaczenia, bo pod więzieniem kręciło się zawsze mnóstwo ludzi, którzy zbierali wyrzucone pudelka i dostarczali je rodzinom. Tak też stało się i z moim listem, a dowodem na to było to, że w kilka dni później, gdy więźniowie których nazwiska zaczynają się na literę P otrzymywali przesyłki od rodzin. I ja dostałem taką, zawierającą ściśle przedmioty o które prosiłem. Był to jeden z najszczęśliwszych dni w więzieniu. Cieszyłem się nie tylko rzeczami, których tu potrzebowałem, ale przede wszystkim tym, że żona wie już gdzie się znajduję i nie będzie potrzebowała szukać mnie po rozmaitych więzieniach.

   

             Brygidki - zdjęcie Józefa Witkowskiego z 1941 r. - przed bramą ludzie chcący dostarczyć paczki dla aresztowanych


   Później, po uwolnieniu, opowiadała mi, że zanim otrzymała mój liścik, chodziła już do prokuratora dowiadywać się gdzie jestem, ale ten nic jej nie chciał powiedzieć. Próbowałem potem jeszcze kilka razy porozumieć się z żoną poprzez mury więzienne, ale już mi się to nie udało. Trzeba było tygodniami chodzić z pudełkiem w kieszeni czekając na przychylną okazję, a gdy się ona nadarzyła, była słota na dworze i pudełko zamakało.
   Po pewnym czasie bolszewicy spostrzegli, że wyrzucamy grypsy. Okna wiec zostały szczelnie zabite gwoździami, a na zakręcie korytarza stał drugi dozorca, który bacznie śledził więźniów. Przechodziliśmy tędy dwa razy dziennie. Z konieczności zrezygnowawszy z grypsów, spoglądaliśmy z zazdrością przez mijane okno na ulicę i na codzienne życie miasta poza murami więzienia. Wydawało się nam ono niezmiernie urozmaicone w porównaniu z naszym.

IV. Nasze życie w Brygidkach
   Co dzień budzono nas o czwartej rano wzywając do mycia, które odbywało się w ustępie. Szliśmy w dwóch partiach, bo na więcej jak trzy osoby nie było tam miejsca. Maszerowaliśmy parami, ręce do tyłu, w kompletnym milczeniu. W ustępie wzdłuż jednej ściany była umieszczona długa rynna, nad którą znajdowały się kurki wodociągowe. Równocześnie mogło się myć dziesięć osób, ale ponieważ dozorca zamykał nas tylko na 5 minut, trzeba się było bardzo spieszyć aby wszyscy zdążyli się umyć.
   Po powrocie do celi wychodziła druga partia, ponieważ jednak towarzystwo w naszej celi było mieszane, przeto ci którzy wychodzili do mycia, polecali swoje rzeczy znajomym. Co do mnie powierzałem je notorycznemu złodziejowi, który siedział już za Polski, a obecnie był więźniem „politycznym”. Moje zaufanie tak mu przemawiało do ambicji, że podczas mego pobytu w celi 53 nigdy mi nic nie zginęło. Zabawne było słuchać jak wychwalał stosunki więzienne za czasów polskich: „wtedy miał pan codzienny spacer i swoje łóżko z siennikiem i kocem, nie tak jak tu, gdzie koc ma tylko ten, kto zdążył go wziąć ze sobą, a spać muszą wszyscy na podłodze. W takiej celi jak nasza mieściło się 16 łóżek, podczas gdy teraz sypia nas tu 60 ludzi. Raz na tydzień mógł pan widzieć swoją rodzinę, a raz na miesiąc napisać list. Wikt miał pan przyzwoity. Jakże to porównać dzisiejsze więzienie z ówczesnym!”
   Po rannej toalecie następowało rozdawanie chleba, czasem odbywało się ono wcześniej. Wtedy budząc się znajdowałem koło moich ust ćwierć bochenka chleba, taka bowiem była nasza dzienna porcja. Żartowałem wówczas, że choć bolszewicy mówią stale: "Ne budesz rabotat, ne budesz kuszat”, to jednak mimo naszej przymusowej bezczynności podają nam jedzenie w same usta. Troski więc o chleb nie mieliśmy żadnej, co było przeciwieństwem kłopotów z jakimi walczyłem na wolności o zapewnienie go swojej rodzinie. Dziś ciężar ten spadał na moją biedną żonę.
   Chleb rozdawał zwykle starosta przy pomocy dwóch dyżurnych. Zadaniem tych ostatnich, którzy zmieniali się codziennie kolejno, było, oprócz pomocy w rozdawaniu chleba, wynoszenie kubła tzw. paraszy, zamiatanie celi, przynoszenie wody i jej rozdzielanie, gdy trzeba było po jedzeniu umyć naczynie. Za te czynności mieli następujące przywileje: otrzymywali w czasie pełnienia służby podwójną porcję zupy oraz korzystali z jednej miednicy w celi, aby w niej przeprać bieliznę. Funkcje starosty były honorowe, nie miał żadnych przywilejów, a odpowiedzialność jego była znacznie większa: jeżeli ktoś zawinił w celi, a sprawcy nie można było wykryć, kozłem ofiarnym stawał się on sam i za wszystko musiał pokutować. Wybierała go cela miedzy sobą, a ponieważ przeważali w niej Ukraińcy, przeto starostą był u nas zawsze Ukrainiec. Zwykle piastował swą godność tak długo, dopóki przebywał w celi. Raz tylko zdarzyło się, że obrany starosta nie mógł podołać zadaniu a raczej nie znalazł dostatecznego posłuchu i został usunięty. Starosta musiał władać językiem rosyjskim, bo wobec władz tylko on występował. Najdłużej w naszej celi funkcję tę sprawował pan Bazylewicz. Był to człowiek schorowany długim pobytem w więzieniu, bo już w miesiąc po wkroczeniu bolszewicy aresztowali go, ale miał talent organizacyjny, umiał nakazać posłuch, a zostawszy starostą podzielił celę na trzy, z których każda w innej kolejce podchodziła do drzwi przy wydawaniu jedzenia. Zapobiegało się w ten sposób tłokowi, przy którym zdarzało się, że ten, co pchał się najlepiej otrzymywał podwójną porcję, a mniej energiczny odchodził z kwitkiem, bo dozorca przy wydawaniu jedzenia z kotła liczył porcje. Gdy wydano tyle, ile było osób w celi plus dwóch dyżurnych, odchodził, choć byli i tacy, którzy jeszcze nic nie otrzymali. Na śniadanie przynoszono pół litra ciemnego płynu, mogącego równie dobrze nazywać się kawa lub herbatą. Teoretycznie miał to być płyn słodki, ale ponieważ z reguły cukier kradziono w kuchni, smak jego był gorzki.
   Po śniadaniu następowała chwila odpoczynku, w czasie której wielu zasypiało na nowo, chcąc powetować sobie zbyt wczesna godzinę wstania. W innych więzieniach było to niedopuszczalne. Opowiadano mi, że trzeba tam było siedzieć na swoich workach i czekać cierpliwie apelu. Mieliśmy za to inne obostrzenie: do przesyłek, które raz na miesiąc otrzymywaliśmy od naszych rodzin, nie wolno było dołączać żadnych środków żywnościowych, co znów dopuszczalne było w innych więzieniach. U nas bolszewicy byli tak ostrożni w przyjmowaniu przesyłek, że nawet mydło krajali na kawałki, aby się przekonać czy nie ma w nim żadnego zakazanego przedmiotu.
   Gdy zbliżała się pora apelu, przychodził dozorca i pukał do drzwi. Musieliśmy wtedy natychmiast przerwać drzemkę i stanąć w dwa lub trzy szeregi, zależnie od stanu liczebnego sali, pozostawiając wolne miejsce dla urzędnika, który wchodził wraz z dozorcą do celi i sprawdzał czy stan zgadzał się z raportem starosty przy rozdawaniu chleba. Po przeliczeniu pytał zwykle czy ktoś jest chory. Ciężej chorych zabierano w parę godzin potem, a czasem dopiero za parę dni do szpitala.
   Na tym kończył się apel, potem następowało czyszczenie celi, zamiatanie, mycie podłogi, a wreszcie tępienie wszy, czego przestrzegano skrupulatnie, bo w razie zaniedbania bylibyśmy wprost zjedzeni przez pasożyty. Było to tym ważniejsze, że do łaźni, tzw. bani chodziliśmy najwyżej raz na dwa tygodnie, a bielizny do zmiany wielu nie posiadało wcale.
   Chodzenie do łaźni było wielkim urozmaiceniem w naszym monotonnym życiu. Zwykle zapowiadano nam rano, że w ciągu dnia tam pójdziemy. Musieliśmy wziąć wszystkie nasze rzeczy, nawet miseczki do jadła oraz powyciągać kołki ze ścian, na których wieszaliśmy nasze rzeczy. Gdybyśmy je zostawili, nie zastalibyśmy ich po powrocie. Wedle przepisów były niedozwolone. Uważano, że wszystkie nasze ruchomości powinniśmy trzymać w workach, które były siedzeniem w dzień, a wezgłowiem w nocy. Nie troszczyli się wcale o to gdzie mamy wieszać wypraną bieliznę. Kołki więc były dla nas konieczne. Sporządziliśmy je z drewnianego parawanu, którym był osłonięty kubeł. W ten sposób nasz „cabinet de toilette” tracił powoli swój charakter odosobnienia, ale w warunkach jakich żyliśmy nikt na takie drobiazgi nie zwracał uwagi. Ponieważ dalsze części parawanu przerobiliśmy na szachownicę, przeto, po pewnym czasie pozostał z niego tylko szkielet zasłaniający zainteresowanych tylko wtedy, gdy była na nim rozwieszona bielizna.
   Dość ciężką sprawą było wbicie kołków w ściany. Młotka nie było, na niewiele zresztą by się przydał, bo kołki były drobne i trzeba był na nie przygotowywać specjalne dziury. Nadto drewno było miękkie i łamało się przy uderzeniu. Za pomocą więc dużego gwoździa, przechowywanego starannie w czasie rewizji robiono dziurę w ścianie używając zamiast młotka obcasa buta, a potem, gdy już dziura osiągnęła odpowiednie rozmiary, wyjmowaliśmy cenny gwóźdź, wbijając w to miejsce kołek. Tę pracę trzeba było wykonać za każdym razem, gdy powracaliśmy z łaźni, gdyż wszystkie dziury po wyjętych kołkach były zagipsowane. Ciemniejsze plamy na ścianie wskazywały nam jednak gdzie należało kołki wbijać z powrotem.
   Rzeczy zabieraliśmy do łaźni, dlatego, że gdyby je zostawiano w celi, byłyby zabrane przez tych, co ja czyścili, a byli miedzy nimi zwykli aresztanci, w naszej gwarze zwani „pośmieciuchami”. Byli oni o wiele lepiej traktowani od nas i mieli większą swobodę w poruszaniu się po więzieniu. Niektórzy z nich byli nam życzliwi, co wyrażało się w wydawaniu większych porcji jedzenia pod okiem dozorcy lub przynoszeniu nam, w wielkiej tajemnicy, gazety, którą wsuwali w szparę drzwi. Niemniej jednak nie można im było ufać i dlatego bezpieczniej było brać rzeczy ze sobą, zwłaszcza, że utrudniały czyszczenie celi, a to leżało w naszym interesie. Prócz wszy prześladowały nas bowiem i pluskwy. Zwalczano je za pomocą gazowania, mimo tego jednak nie dawały się wytępić znajdując stale w przepełnionej celi doskonały żer, a w starej podłodze pełnej szpar, niedostępne dla nas kryjówki.
   Łaźnia znajdowała się daleko, trzeba było zejść dwa pietra z tobołami na plecach, pilnując przy tym obowiązkowo pary, przejść potem dwa podwórza aby w końcu dostać się do oddzielnego budynku z łaźnią. Droga ta nie byłaby zbyt uciążliwa w dzień, gdy jednak po wielogodzinnym oczekiwaniu szło się czasem późnym wieczorem przez długie korytarze i schody, dawała się dobrze we znaki, zwłaszcza, gdy szedł inny pochód więźniów. Wówczas trzeba było na mrozie, z workiem na plecach obróconym do ściany czekać dłuższą chwile, aż tamci przejdą.
   W łaźni pierwszym pomieszczeniem była rozbieralnia. Panował w niej gwar nie do opisania. Każdy musiał uważać na dwie kolejki, jedną do fryzjera a drugą do odwszalni, gdzie oddawano rzeczy do dezynfekcji parowej.  O jakimś numerowaniu oddanych rzeczy nie było mowy. Wrzucano je wprost w ręce stojącego o kilka stopni niżej robotnika, który wkładał odebrane rzeczy do komór parowych. Niektóre przedmioty niszczyły się przy tym okropnie. Zwłaszcza futra wychodziły stamtąd w opłakanym stanie. Toteż wielu wstrzymywało się z oddaniem delikatniejszych rzeczy i chowaliśmy futra po workach, ale kontrola wykrywała je i wyrzucała wszystko na podłogę co przyczyniało nowego kłopotu związanego z uporządkowaniem.
   W „gabinecie” urządzonym niezmiernie prymitywnie, urzędowało dwóch fryzjerów, którzy strzygli za jednym zamachem, maszynką „nulką” włosy, wąsy i brody. Grzebienie, szczotki, nożyczki nie egzystowały. Maszynki były tak zużyte, że raczej rwały włosy niż strzygły. Jeden z fryzjerów, zakuty Moskal, tak był nieczuły na skargi, ze gotów był strzyc klienta nawet gdy ten skakał z bólu i złości.
   Drugi, lwowski Żyd, miał lepsze maszynki i okazywał nam więcej współczucia, a przede wszystkim szeptał znajomym do ucha nowiny polityczne, chciwie przez nas chwytane. Przekonaliśmy się wnet, że jego wiadomości były najlepsze i w naszych dyskusjach często powoływaliśmy się na niego. Po paru miesiącach zabrano go, widocznie szedł więźniom zbyt na rękę.
    Gabinet fryzjerski miał dla nas trzy atrakcje. Jedną były owe nowiny polityczne, drugą możność siedzenia przez kilka minut na krześle co w zestawieniu z naszymi workami, wydawało się szczytem komfortu, a trzecią było obserwowanie swego oblicza w lustrze i śledzenia w nim zmian, które wywoływały przeżyte udręki.
   Załatwiwszy fryzjera i oddawszy rzeczy do odwszalni wchodziło się do dużego pomieszczenia, gdzie znajdowało się kilkanaście natrysków. O regulowaniu temperatury wody mowy nie było. Raz była za gorąca, raz za zimna. Puszczano ciepłą tylko na kilka minut w czasie których trzeba się było umyć, a ponieważ natrysków było mniej niż osób, nie wszyscy mogli się do nich docisnąć od razu i zdarzało się, że pewna grupa osób po zamknięciu wody gorącej mogła się już tylko myć w lodowatej.
   Potem wracało się do ubieralni, gdzie tworzyły się ogonki przed instalacją dezynfekcyjną. Każdy trzęsąc się z zimna chciał jak najprędzej otrzymać swoje ubranie, służba zaś nie mogąc podołać, wyrzucała do góry całe stosy bielizny i ubrań, a każdy porywał co mu w rękę wpadło. Zdarzało się więc, że ktoś odnalazł kamizelkę, a nie mógł jeszcze odnaleźć bielizny, nakładał więc tymczasem co miał na sobie. Było miedzy nami kilku, którzy mieli doskonałą pamięć do nazwisk i rzeczy. Ci więc wchodzili na ławkę i biorąc ze stosu pierwszy lepszy przedmiot wykrzykiwali nazwiska właścicieli ułatwiając w ten sposób sprawę. A trzeba się było spieszyć, bo po nas miała przyjść następna partia więźniów. Ile się rzeczy zmieniło przy tym umyślnie lub przypadkowo, łatwo sobie wyobrazić. Gdybyż wśród nas byli sami kulturalni ludzie, ale znajdowali się grubianie, którzy umieli wymyślać w sposób najordynarniejszy nawet za to, że się w ścisku swoje ubranie na ich rzeczy położyło.
   Choć dozorcy naglili do szybkiego ubierania się, musieliśmy czekać czasami jeszcze dobrą chwilę, zanim nas wypuszczą, a działo się to wtedy, gdy cela nie została jeszcze uporządkowana, albo gdy byliśmy ostatnią partią kąpiąca się w nocy. Wtedy był czas rozejrzeć się po ubieralni i odkrywało się przy okazji głębię tragedii ludzi przechodzących tędy. Ściany pokryte były od góry do dołu rozmaitymi napisami węglem lub jakimś ostrym narzędziem.” Kochany NN. Twój NN zawiadamia, że został skazany na 10 lat robót przymusowych.” Albo: „ NN wyjeżdża dziś z transportem”. Albo: „ NN został skazany na karę śmierci”. Te napisy, które były jedynym środkiem porozumienia się pomiędzy więźniami z rozmaitych cel, miały straszną wymowę, zwłaszcza, gdy zawiadamiały o karze śmierci. Wierzyliśmy, że jednak wybije godzina sprawiedliwości i miłosierdzia Bożego.
   Celę nasza zastawaliśmy oczyszczoną i przesiąkniętą zapachem karbolu i nafty. Podłoga była zwykle jeszcze tak mokra, ze nasze tobołki musieliśmy składać w najsuchszym miejscu w oczekiwaniu aż wyschnie. Gdy już mogliśmy je rozłożyć i powbijać z powrotem kołki do ścian, szedł dalszy porządek dnia przerwany tak ważnym wydarzeniem jak łaźnia. Jeśli to była godzina przedpołudniowa zaczynały się lekcje niemieckiego, francuskiego, angielskiego, rosyjskiego, a nawet hiszpańskiego. Udzielaliśmy ich sobie nawzajem. Ja na przykład udzielałem języka francuskiego a pobierałem angielskiego. Nauczycielem tego języka był dr Dubowy, lekarz, czołowy przedstawiciel Ukraińców, człowiek pracowity, uczynny i spokojny. Uczył w ten sposób, że opowiadał nam jakąś nowelkę po angielsku, potem kazał ją powtarzać. Była to dość trudna metoda, ale najprędzej oswajała z językiem. Część gramatyczną objął profesor Zaborski, który zwiedziwszy prawie cały świat, doskonale władał tym językiem
   Poszedłem we francuskim za przykładem dr Dubowego, opowiadałem moim słuchaczom rozmaite opowieści, a gdy widziałem naokoło siebie wlepione we mnie zaciekawione oczy, doznawałem szczególnej przyjemności. Miałem niektórych słuchaczy szczególnie inteligentnych, a ponieważ był to kurs wyższy, mogłem z nimi prowadzić rozmaite dyskusje w tym języku, poddając na przykład temat: analogie z czasów rewolucji francuskiej do chwili obecnej. Poruszałem także tematy religijne i raz w Wielki Czwartek opowiedziałem scenę Ostatniej Wieczerzy.
   Te wykłady czyniły mi wiele dobrego. Przede wszystkim pozwalały oderwać myśli od twardej rzeczywistości, zmuszając do starannego przygotowania wykładu na kilka dni wcześniej, z powodu braku ołówka i papieru polegając na własnej pamięci. Pomocnymi były mi rozmowy z bliższymi znajomymi, zwłaszcza z profesorem Zaborskim i panem Szłapką, księgarzem z Bydgoszczy, który uciekł przed Niemcami, a był z racji swego zawodu bardzo oczytany.
   Na tych zajęciach schodził nam czas do południa. Nieraz odbywało się po kilka lekcji równocześnie, wtedy w przeciwległych rogach celi tworzyły się koła złożone z kilku lub kilkunastu ludzi, którzy zasiadali na swoich workach otaczając wykładającego.
   Ci, którzy nie interesowali się pracą umysłową, a tych była mniej więcej połowa, spędzali czas na grze w szachy lub na naprawie swojej bielizny i ubrań. Szachów mieliśmy w celi kilka garniturów. Wszystkie figurki były wykonane przez więźniów z chleba, białe posypane były proszkiem do zębów, a czarne węglem, który uzyskiwało się ze spalenia niepotrzebnej szmaty. Szachownice wykonane były albo z deski parawanu, albo z chustek do nosa, ciemne pólka na nich zamalowywano calihipermanganem, o który nie było trudno przy wizytach lekarskich.
   Do naprawy bielizny więźniowie otrzymywali na parę godzin igłę, którą trzeba było zwrócić wieczorem. Nici wyciągało się z przenoszonej bielizny i skręcało kilkakrotnie, aby dokonać koniecznych naprawek.
   Na tych zajęciach schodził czas do południa, tzn. do głównego posiłku. Dostawaliśmy wtedy zupę, w której pływały czasami kawałki ryby, ale najczęściej była w niej kapusta gotowana na starym łoju baranim. Miała tak odrażający zapach i tak się nam przejadła, że tylko z trudem przełykaliśmy ją. Byliśmy uradowani, gdy czasem pokazała się grochówka, albo zupa z fasoli. W dnie świąteczne nie było żadnej odmiany, natomiast na Wielki Piątek otrzymywaliśmy w zupie kawałki mięsa, co należało do propagandy antyreligijnej.
   Obiad nie zabierał zbyt wiele czasu, dzięki doskonałej organizacji pana Bazylewicza, która utrzymała się nawet po jego odejściu. Z chwilą otwarcia drzwi i ukazania się w nich kotła ze strawą, przy którym z jednej strony stał dozorca, a z drugiej „pośmieciuch”, z dużą chochlą w ręku, miarą wydawanych porcji, ustawialiśmy się w jeden rząd i podchodzili stopniowo z miseczkami w ręku. Łyżki mieliśmy drewniane, a ponieważ było ich zawsze za mało, trzeba się było spieszyć, aby drudzy z nich mogli skorzystać. Po obiedzie było mycie naczyń i powrót do rannych zajęć. Niektórzy urządzali sobie drzemkę, na ile pozwalał na to dozorca obserwujący nas od czasu do czasu przez ”judasza”. O ile dozorca był bardziej ludzki można sobie było na to pozwolić, w każdym razie uchodziło to prędzej niż głośna rozmowa, gdyż wtedy odzywało się zaraz pukanie i surowy rozkaz: ”Ne szumiat”.
   Czasem mieliśmy urozmaicenie, gdy wołano nas na spacer tzw. prohulkę. Wychodziliśmy wtedy parami z celi i udawaliśmy się na pierwsze podwórze, gdzie chodziliśmy kilkanaście minut naokoło murów otaczających ze wszystkich stron podwórze. Gdy zbyt długo kręciliśmy się w jedną stronę, padał rozkaz: ”w tył zwrot” i wszyscy zmienialiśmy kierunek marszu. Rozmowa podczas spaceru była surowo zabroniona. Nie wolno było również rozglądać się po budowlach, gdzie były także cele więzienne. Raz rzuciłem okiem na okno, z którego wychyliła się jakaś postać, zauważył to dozorca stający w środku koła i surowo mnie zganił. Czasem podczas spaceru pilnowało nas dwóch dozorców, prócz tego obserwował nas jeszcze bolszewik z budki strażniczej umieszczonej miedzy podwórzami. Trzeba się było mieć dobrze na baczności, aby nie dostać się do karceru.
   Podwórze, po którym chodziliśmy przylegało do więzienia dla młodych chłopców, bo stale dochodziły stamtąd glosy dziecinne. Dozorcy uważali szczególnie w tym miejscu, abyśmy przechodząc pod ich oknami nie porozumiewali się z nimi. Żal mi było tych dzieci, które tylko w stosunkach bolszewickich mogły być więzione. Raz jeden z naszych próbował do nich przemówić, ale zaraz został przez dozorcę wywołany i postawiony za pokute twarzą do ściany. Stał tak przez cały czas trwania spaceru. Tego rodzaju kary zdarzały się dość często, zwłaszcza podczas okresu zaostrzonej działalności bolszewickiej. Doznawało się dziwnego poczucia upokorzenia widząc starszych, poważnych ludzi traktowanych jak dzieci. Było to jednak lepsze niż karcer.
   Czasami kara było natychmiastowe przerwanie spaceru, była to wielka przykrość, bo wychodziliśmy zaledwie co kilka dni i była to jedyna możliwość zaczerpnięcia świeżego powietrza po straszliwym zaduchu w celi. Bywały okresy, trwające czasami całymi tygodniami, gdy nie wychodziliśmy wcale. Przyczyną tego nie była pogoda lub niepogoda ale podejrzliwość władz posunięta do najwyższego stopnia. Najbardziej dawało się to odczuć w okresie pierwszego maja, a wiec bolszewickiego święta. Wówczas spacery zostały zupełnie zakazane na tydzień przed tą datą i na tydzień po niej. Po celach nie wolno zaś było inaczej rozmawiać jak szeptem, i nie wolno było chodzić tylko siedzieć godzinami, na workach, bez ruchu. W tych warunkach musieliśmy przerwać nawet nasze lekcje, a ponieważ gra w szachy została również zakazana, przeto ten okres uważam za najgorszy spędzony w więzieniu w Brygidkach.
   W cztery godziny po obiedzie prowadzono nas znowu od „oborni”, przy tym niektórzy dozorcy zabraniali nam brać ręczniki. Chowaliśmy je więc do kieszeni. Gorzej było tym, którzy w czasie służby rygorystycznych dozorców mieli do wyprania bieliznę. Był u nas zwyczaj, ze namydlano bieliznę w jedynej miednicy, która była w celi, a przepłukiwano pod kranem w „oborni”. Trzeba było tam wziąć ze sobą miednicę, a na to po południu dozorcy już nie pozwalali. Ryzykowało się więc ukrywając mokrą bieliznę, i miednicę, co było trudniejsze. Pamiętam, że sam chodziłem do umywalni mając w kieszeni ściśniętą mokrą bieliznę, którą podawali mi towarzysze do ukrycia. Ponieważ mogło się zdarzyć, że sam będę potrzebował ich pomocy, nie odmawiałem im koleżeńskiej przysługi. Na szczęście złośliwi dozorcy trafiali się stosunkowo rzadko, w przeciwnym razie życie w wiezieniu stałoby się wręcz niemożliwe.
   Do najgorszych dozorców należał ten, którego funkcją było przynoszenie więźniom rzeczy dostarczonych im przez rodziny. Był on tak grubiański, że gdy po wywołaniu czyjegoś nazwiska więzień nie podszedł prędko do okienka w drzwiach, potrafił go zwymyślać ostatnimi słowami. Po oddaniu rzeczy domagał się natychmiastowego potwierdzenia ich odbioru, zanim więzień mógł sprawdzić zawartość paczki. Rezygnując z tej kontroli, a będąc przekonany, że żona moja otrzymuje stale potwierdzenia, spróbowałem raz w największym pospiechu znajdować dwa słowa podziękowania. Nie udało mi się to jednak. Dozorca wyrwał kartkę z rąk, zanim zdążyłem coś napisać.
   Po powrocie z wieczornego mycia pozostawało parę godzin do zakończenia dnia. Wykorzystywaliśmy je na urządzanie bardzo skromnych podwieczorków. Składały się na nie resztki porcji dziennych chleba popijanych wodą. Były wiec prawdziwie więzienne. Czasem tylko były bardziej urozmaicone, gdy komuś udało się kupić trochę żywności. Raz bowiem na miesiąc wręczał dozorca staroście arkusz papieru z ołówkiem do zrobienia wykazu tych, którzy chcieliby sobie coś kupić. Oczywiście wpisać na listę mógł się ten, kto posiadał pieniądze. Wprawdzie przy sobie nikt ich mieć nie mógł, bo zabrano by je przy pierwszej rewizji, ale wolno je było mieć złożone w administracji więziennej na rachunku bieżącym. Ponieważ z chwilą aresztowania miałem przy sobie trzysta rubli, wiedziałem, że do tej kwoty mogę dysponować, wpisując się na listę zakupów. Nie mogłem jej jednak wydać jednorazowo, byłoby to zresztą nierozsądne, a tylko kwotą 75 rubli można było miesięcznie dysponować. Niektórzy mając więcej pieniędzy dochodzili do tej kwoty wpisując się na listę, ja zaś trzymając się umiarkowanego środka wypisywałem zakupy do 50 rubli miesięcznie. Gotówka moja w ten sposób mogła wystarczyć na pół roku, po czym moja żona może się dowie, że wolno przesyłać więźniom pieniądze do 50 rubli miesięcznie i zacznie mi je przesyłać. Tak się też stało. Po 6 miesiącach zacząłem otrzymywać odcinek przekazu wypełnionego jej pismem na złożone na mój rachunek 50 rubli. Otrzymując w ten sposób pieniądze, wiedziałem że znajduje środki na utrzymanie domu sprzedając w dalszym ciągu tak jak ja robiłem - obrazy, dywany i inne nieruchomości.
   Po sporządzeniu listy zakupów, starosta oddawał ją wraz z ołówkiem dozorcy i po kilku dniach ten przynosił zamówione towary oraz tzw. kwitancję administracji zawiadamiającą ile gotówki zostało na rachunku każdego więźnia. Przed tym jednak przygotowaliśmy sobie miejsce do przechowywania zakupionych produktów. Szyło się wtedy woreczki różnej wielkości, stosownie do ich przeznaczenia: mniejsze na cukier, zapałki, większe na suchary z chleba i pierniki. Kupowałem zazwyczaj, prócz innych drobiazgów, 6 bochenków chleba oraz 500 papierosów. Znaczną część tych zapasów trzeba było odstąpić tym kolegom, którzy nie mogli sobie nic kupić, albo tym wobec których miałem specjalne obowiązki, za zastąpienie mnie przy dyżurze lub wypranie bielizny. Inni kupowali także około 6 bochenków chleba, bo przy naszym mizernym wikcie była to najważniejsza pomoc. Zdarzało się wówczas, że po otrzymaniu towarów cała cela była zawalona chlebem. Składano go w wielkie stosy, gdzie się tylko dało: na piecu, w którym nie paliło się nigdy (w przepełnionej sali było to zbyteczne), we wnęce okiennej, na dwóch półkach ściennych (jedynym naszym umeblowaniu), które wskutek przeładowania zawaliły się raz i omal nie spowodowały wypadku. Wydawane przez dozorcę zamówionego towaru nazywało się tu „ławeczką”. Nazwa ta być może pochodziła stąd, że pierwotnie wydawano towar rozkładając go na ławce. Każdy musiał mieć woreczki na zakupiony towar. Do odbioru papierosów służyły czapki, do których dozorca wsypywał papierosy garściami przez okienko, zdejmując z nich uprzednio banderole, które mogłyby posłużyć do korespondencji. Śledzie i kiszone pomidory odbierało się do miseczek. Miały one dla nas specjalną wartość, jako posiadające witaminy, których nam brakowało. Stąd kupowaliśmy je chętnie i nie gardziliśmy czosnkiem. Ponieważ rozmaitość rzeczy była dość duża, trzeba było być pedantem, aby przy ciasnocie celi nie pomieszać rzeczy swoich z cudzymi i dobrze je rozlokować.
   Dzięki tym zakupom urządzaliśmy całe rauty zapraszając tych, z którymi się bliżej żyło, na pomidory i śledzie. Znikały wówczas momentalnie zapasy, ale za to rozwiązywały się języki i na miłej pogawędce, choć bez trunków, czas schodził do wieczora. Niektórzy, mniej gościnni, woleli swoje produkty rozdzielić na dłuższy czas. Źle na tym wychodzili, bo przy zaduchu panującym w celi wszystko psuło się nader szybko, nawet chleb pleśniał po paru dniach. Trzeba go było albo zjeść, albo zrobić z niego suchary. Ten ostatni sposób był stosowany często, a gdy wikt się pogarszał, suchary stawały się wielką pomocą.
   Przy końcu mego pobytu w Brygidkach mieliśmy jeszcze inne urozmaicenie ”podwieczorków”: dostawaliśmy kawałki smażonej ryby. Było to wtedy gdy pokazał się u nas szkorbut, wikt bowiem pogarszał się stale i w końcu byliśmy stale głodni. Wówczas zaczął szerzyć się szkorbut, a jego objawem było chwianie się zębów i wrzody na całym ciele. Gdyby nie produkty kupowane na „ławeczce”, nie wiem jak przetrwalibyśmy ten okres. Widocznie jednak wdała się w to władza, bo nagle pokazały się ryby na podwieczorek, kawa stała się słodka, a wstrętny kapuśniak na łoju został zastąpiony fasolanką, grochówką lub krupnikiem.
   Po podwieczorku była pora ogólnych referatów. Najczęściej zabierał głos profesor Zaborski, opowiadając coś ze swych dalekich podróży lub z kursu geografii fizycznej, na przykład o powstawaniu gór. Ten ostatni temat dotykał geologii, a tym samym i rolnictwa, poruszając sprawę tworzenia się roli. Jako więc uzupełnienie wykładów profesora objąłem wykłady z dziedziny rolnictwa zaznajamiając moich, dość licznych, słuchaczy, z powstawaniem różnych gatunków gleby, potem przeszedłem do ich własności fizycznych i chemicznych. Cieszyło mnie gdy wywoływałem dyskusję i zainteresowanie słuchaczy.
   Były także wykłady z innych dziedzin, na przykład inżynier architekt Kozakiewicz miał świetne prelekcje o stylach architektury począwszy od czasów babilońskich do najnowszych. Inżynier górnictwa, pan Wachołka mówił bardzo interesująco o urządzeniach w kopalni węgla, doktór Dubowy, lekarz o witaminach i funkcjach gruczołów w organizmie, doktor Tkaczuk, zoolog, o małżach i ślimakach. Niektórzy z prelegentów kawałkiem szkła wyjętym z okna kreślili na podłodze rozmaite rysunki. Mieliśmy nawet improwizowaną tablicę, na której wprost po mistrzowsku umiał rysować inż. Kozakiewicz.
   Na te wykłady niechętnym okiem patrzyli nasi dozorcy, a niektórzy wręcz ich zabraniali. Trzeba wiec było przerywać wykład gdy otwierało się okienko w drzwiach i pojawiała się w nich sroga twarz z oczyma skierowanego na prelegenta. Następowała krótka pauza, potem wykład toczył się dalej w przyciszonym tonie.
   Na tych wykładach, jak też i na grze w szachy, schodził czas do kolacji, którą stanowiła zwykle chochla kaszy jęczmiennej lub jaglanej. Do kolacji podchodził każdy ze swoja miseczką, jak do obiadu, tylko trzeba było uważać, aby posługacz jej nie rozbił uderzając w nią chochlą gdy kasza z niej nie schodziła. Rozbicie miseczki było katastrofa dla właściciela, bo drugiej nie dostawało się i od tej pory trzeba było czekać aż któryś kolegów sam zje prędko i odstąpi swoją, choćby nie umytą, albo zostawało się bez jedzenia.
   Po kolacji i umyciu naczyń, do czego dyżurni roznosili wodę w minimalnych porcjach, prowadzono w dalszym ciągu przerwane wykłady i gry towarzyskie. Do tych ostatnich, oprócz szachów należało i domino, które miał jeden z więźniów, i karty, które fabrykowano z pudełek od zapałek rysując na deszczułkach odpowiednie figury. Grano nie o pieniądze, tylko o papierosy, które w naszym więzieniu były monetą wymienną. Kupowano za nie i sprzedawano rozmaite przedmioty, które posiadali więźniowie.
   Gdy nadchodziła pora nocnego spoczynku, każdy musiał zamieść swoje miejsce, po czym rozkładał na nim koc, a drugim, o ile go posiadał, przykrywał się. Za poduszkę służył worek z rzeczami, który w dzień pełnił rolę krzesła. Zdarzało się, że więźniowie aresztowani niespodziewanie nie posiadali niczego, ani koca ani płaszcza. W takich wypadkach inni dzielili się z nimi swoja „pościelą”. Przypominało mi to czasy mojej pierwszej niewoli, kiedy także byłem pozbawiony wszystkiego i musiałem wdzięcznym sercem przyjmować grzeczność sąsiadów. Obecnie przyszła kolej na mnie aby pomagać innym, gdyż tym razem byłem dobrze zaopatrzony dzięki mojej żonie, która co miesiąc przynosiła mi jakiś pakunek. Dobrałem wiec sobie dwóch sąsiadów, którzy najbardziej potrzebowali pomocy i z jednym dzieliłem się moim futrem, które służyło nam za materac, drugiemu zaś odstępowałem koc do przykrycia się, gdyż miałem dwa i worek pod głowę, gdyż miałem nawet poduszkę. Ci zaś odwdzięczali mi się zastępując mnie w dyżurach lub porządkowaniu celi, co przy moim, coraz bardziej psującym się zdrowiu, było wielką ulgą. Jeden z nich pan Kaspruk, był sierżantem w wojsku polskim, drugi, pan Bigaj, właścicielem sklepu w Brzuchowicach. Obu szczerze polubiłem, bo byli gorącymi patriotami i wierzyli w zwycięstwo naszej sprawy. Byli jednak różnego usposobienia: pierwszy nie cierpiał przesady w opowiadaniu drugiego. Obydwaj swego czasu służyli w wojsku austriackim i brali udział w kampanii włoskiej. Gdy wiec jeden opowiadał o swoich przygodach z tego czasu, nie żałując jaskrawych barw, drugi zaraz prostował jego niedokładności.
    Do naszego kółka przyłączył się wnet trzeci sąsiad, pracownik introligatorski, pan Romanowski. Mógł on każdemu zaimponować w znoszeniu braków, a za każdą przysługę starał się zawsze odwdzięczyć. Miałem wiec prawdziwa przyjemność, gdy kupiwszy coś na „ławeczce” mogłem wszystkich trzech zaprosić na śledzia z pomidorami zakąszonego piernikiem z cukrem.
   Przed spaniem ktoś czasami opowiadał jakąś bajeczkę. Mistrzem w tym był pan Strychawski, magister prawa, który miał nadzwyczajną pamięć i wielki talent narratorski. Słuchało się go więc z takim zaciekawieniem, że potem sny obracały się wokół wydarzeń z jego bajek. Trzeba zaś wiedzieć, że sny w życiu więźnia odgrywają dużą rolę. Nie posiadając żadnego zajęcia, a w obliczu nieustannego niebezpieczeństwa wywozu w głąb Rosji na przymusowe roboty, wielu więźniów, zwłaszcza mniej inteligentnych, nadawało snom rozmaite znaczenia mające stanowić o ich przyszłości. Znalazł się nawet miedzy nami specjalista- znawca snów, nieszczęśliwy, schorowany człowiek, podobno były kapelmistrz jakiejś orkiestry, bardzo wrażliwy i subtelny – do którego co dzień rano cisnęli się więźniowie chcący wytłumaczenia swoich snów.  Nieraz obserwowałem z jaką powagą wysłuchiwał ich opowiadań, aby potem, na ich podstawie wyrokować przyszłość. Czy się jego wróżby sprawdziły, nie mogę stwierdzić, ale wierzono w nie święcie. On sam wychodził na tym dobrze, bo dostawał od klientów papierosy, o które nigdy nie prosił będąc z natury nieśmiałym i ambitnym. Chcieliśmy mu pomóc w ramach naszych możliwości, on jednak coraz bardziej odsuwał się od nas, rozmawiając tylko wtedy gdy chodziło o tłumaczenie snów. To jednak go ożywiało i widać było, że mówił z przekonaniem. Zdrowie jego, nadzwyczaj wątłe, podupadało coraz bardziej, aż w końcu rozchorował się poważnie, zabrano go do szpitala i już nigdy do nas nie wrócił.
   Na śnie i jego tłumaczeniu można by skończyć opis dnia w więzieniu, jednak prawie każdy obfitował w rozmaite wydarzenia, które dopiero poza opisem stałej rutyny trzeba opowiedzieć. Do takich należała na przykład ostra rewizja osobista, tzw. chatranka, która spadała na nas co kilkanaście dni jak grom. Nieraz spaliśmy już w najlepsze, gdy nagle wchodziła gromada dozorców i nakazywała surowo nie ubierając się wychodzić na korytarz, a wszystkie rzeczy zostawić w celi. Ustawieni w dwa długie szeregi marzliśmy w korytarzu, a dozorcy obchodzili nas pilnie wypatrując, czy ktoś nie ukrył czegoś pod bielizną. Biada temu u którego by znaleziona na przykład scyzoryk, jego właściciel wędrował natychmiast do karceru, a ostrość rewizji zwiększała się automatycznie. Bez względu na niską temperaturę w korytarzu, kazano nam wówczas rozbierać się do naga i wyciągać przed siebie ręce. Jakie to było upokarzające, nie trzeba dodawać.
   Podczas gdy przebywaliśmy w korytarzu w celi odbywała się rewizja rzeczy. Cała banda dozorców otwierała każdy worek wyrzucając wszystko na ziemię, zaglądała do każdej kieszeni ubrań i płaszczy. Najmniejsza kryjówka nie uszła uwagi tych dręczycieli. Co tylko wydawało się im podejrzane, było natychmiast konfiskowane. Zabierano wiec nawet sznurowadła od butów i odrywano metalowe guziki od spodni gdyż pozwalano tylko na rogowe. Można się domyślić jak to potem utrudniało ubieranie się. Ale od czego pomysłowość: sznurowadła i guziki zastępowało się potem starymi bandażami.
   Po rewizji, gdy wchodziliśmy z powrotem do celi zmarznięci, zastawaliśmy ją w największym do wyobrażenia, nieporządku. Wszystko co było na półkach, na kołkach lub w workach rzucone było na ziemię, bieliznę pomieszano z butami i naczyniami. Zobaczywszy ten bałagan po raz pierwszy, myślałem, że się nigdy w nim nie rozeznamy, ale po kilku godzinach wytrwałej pracy, dochodziliśmy do uporządkowania rzeczy. Co chwila ktoś wykrzykiwał, że mu brakuje takiego a takiego przedmiotu i prosił o oddanie. Pokazywał, na przykład, jedna skarpetkę szukając drugiej do pary i często znajdowała się na drugim końcu celi. Wiele rzeczy ginęło jednak bezpowrotnie albo odnajdowano je u tych, którzy nie mieli dobrej opinii.
    Te rewizje były dla nas prawdziwą zmorą. Raz jednak spotkała mnie przy dziennej niespodzianka, były one mniej uciążliwe niż nocne. Wołano nas z rzeczami do sali, gdzie rozkładaliśmy je do przejrzenia na ławkach. Każdy, po kolei otwierał swój worek i pokazywał jego zawartość. Dozorca, który się do mnie zbliżył, a widząc, że jestem zmęczony dźwiganiem worka, zrezygnował z rewizji i nie kazał go już otwierać. Wdał się nawet ze mną w rozmowę, pytając jaki mam zawód. Dowiedziawszy się, że jestem ziemianinem czyli „pomieszczykiem” wyraził żal, że mi tak ciężko przychodzi żyć w porównaniu do dawnych wygód.    

                                                                     Gospodarz Sidorowa

                          

 

Odpowiedziałem, że wówczas inne troski mnie gnębiły, ale niewątpliwie wolałem dawne czasy. Jedyny to raz, gdy spotkałem w więzieniu tak ludzkiego dozorcę. Prawdopodobnie usunięto go szybko, bo już go więcej nie widziałem.

V. Ponowne śledztwo i choroba
   Poznawszy Rosję nie tęskniłem do niej wcale zwłaszcza podczas zimy, toteż z ulgą oddychałem za każdym razem, gdy na liście wywoływanych nie było mojego nazwiska. Ponieważ jednak prawie równocześnie wprowadzono do celi nową partię więźniów, obdartych i zabiedzonych jak my, ogarniał mię lęk, czy pomieścimy się tu wszyscy. Cela niewielka o dwóch oknach była stale przepełniona, a po wprowadzeniu nowej partii więźniów stawała się tak ciasna, że gdy w nocy ktoś chciał się obrócić, musiał to czynić z nim cały rząd. Wyciągając zaś nogi można było potracić głowę sąsiada w drugim rzędzie. Zaduch się wzmagał, a kłótnie znękanych ludzi nie dawały spać i odpocząć innym.
   Prawie co dzień ktoś zgłaszał się do szpitala, ale wysłanie go tam zależało od pielęgniarki, która badała chorego zupełnie powierzchownie i tylko w wypadku wysokiej gorączki pozwalała go wyprawić do szpitala. Co parę godzin dozorca wzywał chorych na korytarz do oględzin. Nie wolno było wyjść naraz więcej niż 5 osobom, wiec kto zgłosił się późno, musiał czekać do następnej wizyty lekarskiej. Zdarzyło się wobec tego, że wyniesiono od nas na noszach chorego już w agonii.
   Ponieważ stan zdrowia w więzieniu stale się pogarszał, władze wprowadziły codzienną wizytę lekarską i dopuszczały do niej większą ilość zgłaszających się. Od tej pory starosta miał nakazane zgłaszać wszystkich chorych, którzy z kolei zgłaszali się do niego. Ponieważ nie miał ani ołówka, ani papieru, musiał dobrze natężać pamięć, aby nie pominąć nikogo.
   Wizyta lekarska odbywała się na korytarzu. Chorzy wychodząc z dusznej celi na zimny korytarz musieli rozebrać się przed pielęgniarką, przy której stała skrzynka z apteką. Leczenie było prymitywne: na ból gardła dawano calihipermanganium, na ból żołąda olej rycynowy. Na szkorbut objawiający się owrzodzeniem ciała przepisywała pielęgniarka kilka naświetleń lampa kwarcową, notując nazwisko chorego w zeszycie. Wówczas po kilku dniach dozorca wołał chorego do szpitala, gdzie znajdowała się kwarcówka. Po skończonej serii naświetlań chory wracał do celi, w wyjątkowych przypadkach, gdy wrzody były już wielkie, stosowano zabiegi chirurgiczne, starając się jednak zawsze oszczędzać bandaży. Przekonałem się o tym na własnej skórze nabawiwszy się szkorbutu zwanego tutaj „tiuremnoją” chorobą. Pielęgniarka nie chciała mi wówczas bandażować ran, tylko przepisywała kwarcówkę, której działanie było krótkotrwałe.
   Drugą plagą po szkorbucie był świerzb, który dotknął wszystkich bez wyjątku. Przynoszono wówczas do celi jakieś płyny, którymi smarowaliśmy się dokładnie i po jakiś czasie pozbyliśmy się tej choroby.
   Mieliśmy wtedy miedzy sobą dwóch lekarzy. Jednym z nich był pan Wilczek, zdolny chirurg. Potrafił on wydostać od pielęgniarki pewien zasób bandaży i środków dezynfekcyjnych i pomógł niejednemu. W naszych warunkach każda rana jątrzyła się całymi tygodniami, bo w tej ciasnocie niepodobna było utrzymać potrzebnej czystości. Doktor Wilczek opatrywał rany starannie, a wówczas goiły się one szybko. Żałowaliśmy bardzo gdy go zabrano. Był jednym z najnieszczęśliwszych wśród nas, bo razem z nim aresztowano także jego żonę z synkiem jedynakiem i wywieziono w głąb Rosji. Podziwiałem jego hart ducha, bo mimo tylu nieszczęść umiał zawsze opowiedzieć jakąś wesołą, dowcipna anegdotę.
   Minęło kilka tygodni od mego aresztowania, gdy zostałem wezwany powtórnie na śledztwo. Wprowadzono mnie do tego samego pokoiku i przed tego samego sędziego. Zaczął badanie do jakiej organizacji politycznej należałem, zwłaszcza czy nie należałem do syjonistów. Zdziwiony oświadczyłem, że jako Polak i katolik nie mogłem należeć do narodowej organizacji żydowskiej. Ta rozbrajająca nieświadomość stosunków politycznych wywołała mój uśmiech, co mu dało do zrozumienia, że popełnił głupstwo. Dał wiec spokój organizacjom politycznym i przeszedł znów do rzekomego wykorzystywania robotników oświadczając, że przesłuchano już w tej sprawie świadków, którzy zeznali dla mnie niekorzystnie. Poprosiłem więc o przeczytanie ich zeznań, względnie o skonfrontowanie ich ze mną. Ponieważ jedno i drugie zostało mi odmówione, oświadczyłem, jak poprzednim razem, że gdyby było jakieś rzeczywiste wykorzystywanie robotników, to chyba nie byłoby ich między nimi tylu, którzy po kilka, nawet kilkanaście lat pracowali u mnie bez przerwy. Ten argument, podobnie jak za tamtym razem został bez skutku. Następnie sędzia zapytał co robiłem czasie wojny polsko-rosyjskiej w 1920 r? To pytanie było dla mnie niebezpieczne, bo gdybym się przyznał, że byłem wtedy ochotnikiem, to postępowanie władz wobec mnie zaostrzyłoby się niewątpliwie. Powiedziałem więc, że przez krótki okres należałem do milicji obywatelskiej, a później jako urzędnik. Ministerstwa Rolnictwa, zostałem wezwany do przydzielania poszczególnym powiatom zdobytych koni i wozów. O mojej służbie wojskowej wolałem zamilczeć. Na tym śledztwo się skończyło. Sędzia dał mi do podpisania protokół oświadczając, że zostanę skazany drogą administracyjną na podstawie paragrafu 245/13 dotyczącego postępowania wobec kapitalistów, do których jako właściciel ziemski i realności we Lwowie, zostałem zaliczony.
   Wracając ze śledztwa wytłumaczyłem dokładnie dozorcy gdzie znajduje się moja cela, aby nie być narażonym na takie nieprzyjemności jak ostatnim razem. Odczuwałem pewna ulgę, że śledztwo wobec mnie zostało zakończone. Dziękowałem Bogu, ze przeszło dla mnie bez fizycznych tortur. Niepokoiła mnie myśl, że od tej chwili mogę być wywiezionym do Rosji w każdej chwili. W tym mniemaniu utwierdziło mnie jeszcze i to, że w parę dni potem zostałem wprowadzony do albumu „zbrodniarzy” przeznaczonych do wywozu. Pocieszałem się jednak myślą, że skoro już raz stamtąd wróciłem, to da Bóg, znowu powrócę, a może nawet do tego nie dojdzie, jeśli w międzyczasie wybuchnie wojna rosyjsko-niemiecka. Nie przypuszczałem, że przyjdzie mi jeszcze wiele miesięcy posiedzieć w więzieniu.
   Nie mogłem sobie przypomnieć, kto też mógł niekorzystnie dla mnie zaznawać. Dowiedziałem się dopiero kilka miesięcy po uwolnieniu, że wzywano na przesłuchania kilku moich pracowników, miedzy innymi furmana, Jaśka Topolnickiego, dobrego Polaka, którego życzliwości byłem pewien i że zeznawał przez kilka godzin w Probużni jak najkorzystniej dla mnie choć to podobno doprowadzało bolszewików do pasji. Również i zeznania innych pracowników były dla mnie korzystne. Zrozumiałem wówczas dlaczego sędzia nie dał mi do przeczytania zeznań świadków. Mówiły one bowiem coś wręcz przeciwnego do tego co mi zarzucał.
    Ale wtedy nie wiedziałem jak sprawa przedstawia się w rzeczywistości. Mimo to nie poddawałem się przygnębieniu. Pomagało mi w tym samo życie więzienne, choć szare i monotonne, dawało przecież czasem jakąś możność zapomnienia o tym co nas bolało. Porozumienia się cel między sobą dawały okazję do chwytania różnych wiadomości, a to z kolei kazało zapominać o własnych nieszczęściach. Cele były wprawdzie ściśle izolowane, ale mieliśmy sposób porozumienia się za pomocą pukania w ściany, które doskonale przepuszczały te odgłosy. Tym sposobem można było wyrazić cały alfabet. Niektórzy tak się wprawili, że z łatwością przyjmowali wszelkie wiadomości nadawane do nas i podawali nasze do sąsiadów. Raz udało się nam dostać gazetkę z celi znajdującej się pod nami. Za pomocą silnego pukania w podłogę porozumieliśmy się z tamtą celą, a wieczorem spuściliśmy przez okno sznurek obciążony na końcu, do którego tamci przywiązali gazetkę, a my wciągnęliśmy ją na górę.
   Do tych którzy zajmowali się pukaniem zaliczam w pierwszym rzędzie takiego mistrza, jakim był pan Strycharski, a także pana Korneckiego, nauczyciela polskiej szkoły w Belgii. Tuż przed wybuchem wojny przybył do kraju aby odwiedzić ojca i tu go wojna zastała. W pierwszym okresie panowania bolszewików otrzymał posadę nauczyciela na prowincji gdzie kazano mu pozdejmować portrety prezydenta i Marszałka, a umieścić Lenina i Stalina. Ponieważ jednak były one bez ram, więc stróż nie wyjmując poprzednich portretów, włożył je w te same ramy. Po pewnym zaś czasie chcąc mu dokuczyć doniósł władzom, że pod nowymi portretami znajdują się stare. Władze to oczywiście stwierdziły i to wystarczyło do aresztowania pana Korneckiego, który już kilka miesięcy przede mną siedział w celi. Na sztuce pukania znał się dobrze profesor Zaborski. Powodem jego aresztowania było usiłowanie przejścia granicy polsko-węgierskiej. Bolszewicy wywieźli go do Rosji dwa miesiące przede mną. Odczuliśmy bardzo jego stratę. Zabrakło nam jego werwy i wiedzy. Spodziewał się tego od dłuższego czasu, ale miał nadzieję, że bolszewicy użyją go jako specjalisty w instytucie geograficznym w Moskwie. Wątpię jednak czy jego marzenia ziściły się. NKWD nie oglądała się na ludzi nauki, którzy mogli się Rosji przydać. Jego długie trzymanie w więzieniu było tego dowodem.
    Porozumiewaniem się między celami zajmował się także inżynier Wachołka, lotnik z czasu I wojny. Należał do jednej z naszych organizacji narodowych na Śląsku. Z tego powodu został skazany na karę śmierci. Wniósł podanie o kasatę wyroku. Podanie zostało ponownie uwzględnione, ale zanim to nastąpiło, siedział przez parę tygodni w celi skazanych na śmieć. Pobyt w takiej celi sam w sobie starczy za najsroższą karę. Towarzysze jego odchodzili od zmysłów, gdy dozorca wywoływał jednego z nich na egzekucję, bo każdy mógł się spodziewać również wywołania w dzień lub nocy. Po uwzględnieniu jego podania, przydzielono go do naszej celi, bo śledztwo zostało przeciw niemu wznowione, a w naszej celi siedzieli właśnie tacy, przeciw którym śledztwo było w toku. Niedługo jednak cieszyliśmy się jego towarzystwem, w kilka tygodni potem zabrano go na nową rozprawę i skazano ponownie na śmierć. Imponował mi spokojem z jaką oczekiwał spodziewanego losu.
   Najbardziej ciekawi wiadomości z innych cel byli Żydzi. Do nich należał pan Appenfeld właściciel folwarku kolo Radziejowa. Ponieważ przez dłuższy czas był moim sąsiadem, chciałbym mu kilka słów poświecić. Jako starozakonny a pobożny, kilka razy dziennie nakładał czapkę na głowę, obracał się do ściany i stając modlił się odmawiając psalmy Dawida. Był także bardzo przywiązany do rodziny, ciągłe mówił o żonie i swoich najbliższych, a gdy kiedyś dostał przesyłkę, cieszył się nią jak dziecko. Był zapalonym rolnikiem i potrafił całymi godzinami mówić o płodozmianach i hodowli bydła. Wywieziono go kilka miesięcy przede mną.
   Drugim Żydem, którego poznałem, był lwowski adwokat, doktor Kahane. Podczas tamtej wojny był lotnikiem austriackim i często o tym mówił. Jako człowiek czynny, marzył o szybkim wywiezieniu do Rosji, gdzie widocznie spodziewał się móc działać. Przypuszczam jednak, że byłby się srodze rozczarował.
   Za czasów bolszewickich rządów we Lwowie został uwolniony z więzienia tylko jeden z naszych towarzyszy, a mianowicie pan Riesler, Żyd. Po zwolnieniu zawiadomił moją żonę, przez trzecią osobę, że siedział ze mną w jednej celi. Na dowód, że to uczyni, przysłała mi żona chusteczkę z wyhaftowaną literą R.
   Byli miedzy nami ludzie niezwykle wartościowi, ale i tacy, którzy przedstawiali typy ujemne. Do nich należał jeden Żyd - komunista, nazwiska jego nie pamiętam. Już za polskich czasów siedział za komunizm. Obecnie powinien dzierżyć jakąś godność bolszewicką, a nie siedzieć w więzieniu. Z początku sądziłem że to jakiś szpicel, bo i tacy znajdowali się w celach. Po kilku jednak rozmowach z nim zauważyłem, że to komunista - fanatyk, który mając jakiś uraz do warstw wyższych, trzyma się kurczowo swoich poglądów i właśnie przez ten upór stał się widocznie komunistom niewygodny. Było w naszej celi kilku innych komunistów, którzy wprawdzie dzieląc nasz los, odnosili się do nas wrogo. Trzeba ich było starannie unikać, aby się nie narazić na nieobliczalną awanturę ze strony tych ludzi zgorzkniałych i zdenerwowanych długim siedzeniem w więzieniu za nieznane przewinienia.
   Towarzyszem, który zasłużył na moja wdzięczność, gdyż mi nieraz coś naprawił lub przyszył był pan Leszczyński, starszy posterunkowy Policji Państwowej. Raz, po parotygodniowym pobycie w szpitalu, gdy wrócił do naszej celi, opowiadał mi, że leżał obok mego szwagra, Michała Moysy (męża Kingi z Trzecieskich, siostry Józefy Paygertowej), który choć osłabiony, nie wydawał mu się poważnie chory. Niestety mylił się, gdyż jak się dowiedziałem potem, umarł w parę miesięcy później w tymże szpitalu.
   Czas jakiś siedział z nami żołnierz bolszewicki z kozackiej dywizji. Tańczył świetnie kozaka przygrywając sobie na grzebieniu. Był ze mną również parę tygodni ogrodniczek z Zaborza koło Rawy Ruskiej, majątku mojej siostry Amelii Łączyńskiej. Od niego dowiedziałem się paru szczegółów o zniszczeniu jej posiadłości. Najbardziej jednak utkwił mi w pamięci młody chłopak, pomocnik młynarza w jakiejś wiosce, który choć nie miał 16 lat, potrafił wykazać taką siłę woli, że dwukrotnie urządzał głodówkę. Za pierwszym razem nie osiągnął tego czego chciał, za drugim razem wzięto go do szpitala, po czym nie widzieliśmy go już nigdy. Był zdolny i energiczny, ale do gruntu zepsuty. Atmosfera więzienna nie mogła dobrze na niego działać, zwłaszcza, że przystawał zawsze z najgorszymi elementami, których nigdy nie brakowało. Mieliśmy więc towarzystwo mieszane, w dodatku ciągle się zmieniało, co było denerwujące dla tych którzy zawiązywali jakieś szczersze więzy między sobą, a drugiej strony wprowadzało pewne urozmaicenie w naszą szarzyznę.
   Nie znając zegarka orientowaliśmy się w postępujących godzinach poprzez obserwowania cienia komina z sąsiedniego budynku. Gdy cień się na dachu wydłużał, znaczyło, że wieczór zbliża się. Potem następowała noc, dla wielu bezsenna, przerywana wywoływaniem więźniów lub wprowadzaniem nowych, zakłócana rojami pluskiew i straszną ciasnotą, gdy liczba mieszkańców celi dochodziła do 70 osób.
    Święta Bożego Narodzenia pierwszy raz w życiu spędziłem daleko od swoich. Gdy nastała noc wigilijna, zaczęliśmy sobie nawzajem składać życzenia, a potem, nieomal odruchowo, zaczęliśmy śpiewać kolędy. To wywołało niepokój naszych dozorców. Co chwila pukali do drzwi wzywając coraz ostrzejszym tonem, do zaprzestania śpiewu. Nie zważaliśmy jednak na to. Postanowiliśmy bowiem uczcić nasze święta, jak mogliśmy najlepiej, choćby wbrew woli bolszewickiej. Niebawem zauważyliśmy, że i inne cele poszły za naszym przykładem. To dodało nam pewności: śpiew nasz, początkowo słaby i przyciszony stawał się coraz potężniejszy, coraz więcej głosów przyłączało się do naszego chóru, aż wreszcie cały gmach więzienia rozbrzmiewał słowami kolędy: ”Bóg się rodzi, moc truchleje...”. Więzienie przemieniło się w jakiś olbrzymi, niewidzialny kościół, gdzie ze wszystkich kaplic rozlegały się potężnym głosem słowa chwały Bożej.
   Oczy zachodziły łzami. Nasza piękna kolęda powtarzana była już nie przez setki ale tysiące głosów, w których odczuwało się tęsknotę duszy ludzkiej za tym co boskie i wieczyste.
   Jakby dla ilustracji słów ”moc truchleje” zaniepokoili się nasi dozorcy na dobre. Nasz coraz głośniejszy śpiew zaczęli uważać za bunt, co chwilę ktoś wpadał do celi pieniąc się ze złości i grożąc komisją karną. Gdy był w celi śpiew milkł, ale gdy ją opuszczał, śpiewaliśmy na nowo zdając sobie jednak sprawę z tego, że długo to nie potrwa. Chcieliśmy jednak bodaj za cenę bicia lub karceru przedłużyć niezapomnianą chwilę. I chwila upojenia minęła. Groźba naszych dozorców została wykonana: drzwi otworzyły się z trzaskiem i wpadło do nas kilkunastu ludzi w skórzanych kurtkach z rewolwerami w jednej a nahajami w drugiej ręce. Śpiewy umilkły natychmiast, a my czuliśmy, że już nie śpiewem ale cierpieniem będziemy chwalić Boga. Przybysze rozdzielili między siebie mieszkańców celi. Każdemu z nich przypadło kilku więźniów pod opiekę. Każdy stanął przed swoją gromadką, jak lew ryczący nad ofiarą i zażądał pod rygorem natychmiastowego rozstrzelania, zachowania ciszy. Groza powiała przez salę. Przez chwilę zastanawiali się co z nami począć. W końcu jednak doszli do wniosku, że wina nasza nie była aż tak wielka i zażądali aby wystąpili ci którzy śpiewali. Nikt się nie ruszył a tylko tu i ówdzie dały się słyszeć głosy, że śpiewali wszyscy. Widząc, że nikt nikogo nie zdradzi, postanowili ukarać starostę. Naszym starostą był wówczas pan Paszkowski, murarz z zawodu, ogólnie lubiany, bo koleżeński. Wywleczono go natychmiast z celi i po chwili usłyszeliśmy jak go na korytarzu poczęstowano kilkakrotnie nahajem. Gdy go z powrotem wepchnięto do celi, twarz miał zmienioną, ale zniósł ból z chrześcijańską cierpliwością.
   Na tym skończył się ten najwznioślejszy moment jaki przeżyłem w wiezieniu. W sąsiednich celach, o ile mogliśmy dosłyszeć, odbyła się ta sama scena końcowa komisją karną i biciem starosty. Niebawem, po chwili uniesienia, cały gmach pogrążył się w ponurym milczeniu.
   W kilkanaście dni po świętach, gdy bunt wigilijny został zapomniany, wkroczył do celi, z wielką powagą, tzw. korpuśny, to jest komendant naszego oddziału (więzienie mieściło, jak mi powiadano, 10 000 ludzi podzielonych na oddziały, tzw. korpusy) i oznajmił, że wobec naszego nienagannego zachowania może w drodze wielkiej łaski zezwolić na napisanie listu do rodziny. List mógł być napisany tylko po rosyjsku lub ukraińsku i zawierać krótką notatkę o zdrowiu więźnia oraz wykaz rzeczy których potrzebował. List miał być na jednej stronie kartki, a na drugiej adres. Rozdano nam kilka ołówków i odliczono ściśle tyle ćwiartek papieru, ilu nas było.
   Ucieszyłem się, że będę mógł tym razem dać znać o sobie moim najbliższym. Prosiłem także żonę o przysłanie trochę cieplejszych rzeczy, bo sądziłem że niedługo będę wysłany na Sybir, a zima była sroga. Przypuszczałem, że list otrzymała, bo w następnym miesiącu na moją „peredacze” dostałem rzeczy o które prosiłem. O wiele później dowiedziałem się, że żadnego listu nie otrzymała, a przypadkowo tylko wysłała rzeczy, na których mi zależało. Cała więc ceremonia pisania listów była bluffem bolszewickim. Wszystkie ołówki po tej sfingowanej korespondencji musieliśmy zwrócić.
   Potem nastąpił długi okres monotonnego życia więziennego, gdzie jedynym urozmaiceniem była łaźnia, spacer, albo przeczytanie jakiejś gazetki zdobytej w nadzwyczajny sposób. Nie spostrzegliśmy się, gdy wśród tej szarzyzny życia doczekaliśmy świat Wielkanocy. Przez jakiś czas mięliśmy wątpliwości czy przypadają one w tym roku 5 czy 12 kwietnia. Datę ustaliliśmy po zapukaniu do sąsiedniej celi. Zapewniono nas, że przypada 12 kwietnia. Minęły dla nas bez żadnych ważniejszych wydarzeń.
   W miarę zbliżania się wiosny, ubywało coraz więcej dawnych znajomych, gdyż raz lub dwa w miesiącu odchodził większy transport więźniów do Rosji. Czasem wywoływano trzech lub czterech więźniów razem. Zabrano Panów Zaborskiego, Terlikowskiego, Tkaczuka, Dubowego, Wilczka i wielu innych. Mnie jednak pomijano za każdym razem.  Nowi ludzie, którzy przychodzili byli mi przeważnie obcy.
   Zawezwano mnie znowu, po raz trzeci na śledztwo. Zdziwiło mnie to, bo wiedziałem że jest już przeciw mnie zamknięte. Sędzia zapytał jednak tylko o moje stosunki finansowe, nie wspominając o przynależnościach do partii politycznych. Wróciwszy do celi zastanawiałem się nad tym, dlaczego jeszcze raz pytano o to co już poprzednio zostało ustalone i to najdokładniej. Nie znajdowałem na to odpowiedzi, chyba że chciano mnie przyłapać na niedokładności i tym większe represje zastosować jako wobec kapitalisty. Najważniejszą sprawa wydawało się być to, że moje akta raz jeszcze wrócą do prokuratora, który zdecyduje czy ma być wobec mnie przeprowadzona rozprawa sądowa, czy też mam być skazany drogą administracyjną na pewną ilość lat robót przymusowych na podstawie paragrafu 254/13. Jak zaś ten paragraf pogodzić z paragrafem 27 konstytucji bolszewickiej orzekającym, że żadnego obywatela nie wolno więzić bez rozprawy sądowej, zostanie tajemnicą systemu. Najwięcej niepokoju sprawiał mi wówczas stan mego zdrowia, który widocznie pogarszał się tak szybko, że gdyby teraz przyszło wywiezienie, nie mógłbym go znieść.
   Choroba moja zaczęła się w kwietniu. Przez kilka dni czułem ból głowy i gorączkę, przy zupełnym braku apetytu. Potem gorączka ustąpiła, ale zacząłem coraz gorzej sypiać. Lampę elektryczną u sufitu zamieniono na znacznie silniejszą i zaczęła mi ona tak dokuczać, że proponowałem towarzyszom zmianę miejsca, ale nikt nie był skory przyjąć tej propozycji. Niebawem druga przyczyna nie dawała mi spać; poczułem coraz przykrzejsze swędzenie całego ciała, które po kilku dniach pokryło się wrzodami, wreszcie doszło do tego, że głowa, kark i lewa noga były jedna raną. Był to typowy szkorbut. Obawiałem się, że jeżeli więzienie potrwa jeszcze parę miesięcy, to w najlepszym wypadku popadnę w długotrwała chorobę. Pocieszałem się tylko myślą, że jeśli pan Bóg doświadczył Joba odbierając mu nie tylko majątek, ale i ciało pokrył wrzodami, dlaczego nie miałby i mnie w ten sposób doświadczać? Wprawdzie Job miał psa, który mu rany lizał, ja zaś nie miałem takiego przyjaciela, ale zapisano mi lampę kwarcową, do której chodziłem co parę dni z panem Strycharskim. Czy zaś działalność lecznicza lampy kwarcowej jest większa od podobnych właściwości psiej śliny, stwierdzić nie mogłem. Wiedziałem jednak, że skoro Bóg wynagrodził Joba za ufność w jego miłosierdzie, to i mnie pozwoli wrócić do rodziny. Gdyby zaś inną była Jego wola, to niech to uczucie, że się z nią zgadzam, doda mi sił do znoszenia wszelkich cierpień.
   W czasie długich, nieprzespanych nocy, kiedy z jednej strony rażące światło elektryczne, a ból z powodu ropiejących ran nie dawał mi zmrużyć oka, obserwowałem potworna liczbę pluskiew, które wychodziły na żer ze swoich kryjówek. Jak długo byłem zdrów mogłem, acz z trudem, przezwyciężyć wstręt do nich, teraz jednak skoro poczułem dobrze mi znany zapach pluskwy, zrywałem się jak oparzony zdając sobie pytanie, kiedy skończy się ta męka. Przed każdą nocą czułem lęk, a ulga przychodziła dopiero o czwartej gdy przynoszono chleb. Znikało bowiem uczucie osamotnienia, kiedy wszyscy śpią, a ja jeden zasnąć nie mogę.
   Pewną ulgę przynosiła mi lampa kwarcowa, a przede wszystkim chyba modlitwa. Zorganizowaliśmy wówczas nabożeństwa majowe. Schodziliśmy się wieczorem w jednym kącie celi i odmawialiśmy półgłosem litanię do Matki Bożej oraz śpiewali cicho pieśni na Jej cześć. Obserwowałem wówczas, że ci co brali udział w tych nabożeństwach, nie upadali na duchu, ci zaś którzy straciwszy wiarę zdala się od nich trzymali, wpadali w posępne, ponure usposobienie i żal było na nich patrzeć.
   Minął cały maj. W zdrowiu moim nastąpiła lekka poprawa. Pomogły mi pewnie także śledzie spożywane w możliwie wielkich ilościach. Rany zaczęły się goić, noga, która z braku bandaży owijałem chustą od nosa, powoli wracała do normalnego wyglądu. Dokuczały mi jeszcze wrzody na głowie.
   W pierwszych dniach czerwca spotkała mnie przykra niespodzianka: zabrano mi futro, rzekomo dla przechowania go w ciągu lata. Dano mi wprawdzie pokwitowanie, ale wiedziałem, że go już nie zobaczę. Służyło mi ono za materac, a jego brak przy obecnym stanie zdrowia dawał mi się odczuć w przykry sposób.

VI. Wyrok skazujący na wywóz do Rosji
   W parę dni po odebraniu futerka w nocy z szóstego na siódmego czerwca zbudził nas glos dozorcy pytającego kto w celi nazywa się na początkową „bukwę” P. Byłem wówczas jedyny w celi, którego nazwisko zaczynało się od tej litery. Uświadomiłem sobie natychmiast, że przyszła kolej wywiezienia. Towarzysze wymienili moje nazwisko, a dozorca odezwał się: „ a no dawajte z wieszczami”. W innym wypadku zapytałbym z jakimi wieszczami mam się udać? Z Mickiewiczem, Słowackim czy Krasińskim? Ale teraz na żarty nie było czasu. Z nerwowym pospiechem zacząłem się pakować, a moi najbliżsi sąsiedzi, panowie Kaspruk i Bigaj, którzy wykonywali przy mnie wszystkie najcięższe roboty, pomagali mi pakować rzeczy, których nagromadziła się pokaźna ilość w czasie mego 7-miesiecznego tu pobytu. Ledwie zmieściły się w worku, który z wysiłkiem zarzuciłem sobie na plecy, a gdy włożyłem kapelusz omal nie krzyknąłem z bólu uraziwszy nie zagojone rany. Słowami: „Szczęść Boże” pożegnałem moich towarzyszy i wyszedłem na korytarz przynaglany przez dozorcę.
   Tutaj zauważyłem, że z innych cel wyprowadzają także po jednym lub dwóch więźniów, tak, że gromadka nasza wzrosła do 9. Każdy dźwigał worek. Uformowano nas we dwójki i poprowadzono niekończącymi się korytarzami po niezliczonej ilości schodów i zakrętów w górę i w dół, Aż doszliśmy do jakiejś większej izby, gdzie kazano nam czekać. Po pewnym czasie zaczęto nas wywoływać pojedynczo do przyległego pokoju, skąd każdy po chwili wracał. Od tych co wracali dowiedziałem się, że prokurator odczytuje wyroki skazanym droga administracyjną, każe podpisywać jakieś kartki na dowód, że się wyrok przyjmuje. Na moje pytanie: ”A może by nie podpisać?”- otrzymałem odpowiedź, że to obojętne, bolszewicy wywiozą nas za zgodą lub bez niej. Zdecydowałem się więc podpisać.
   Nie miałem jednak czasu na długie rozważanie, bo właśnie przyszła kolej na mnie. Prokurator o dziwnie niesympatycznym wyglądzie oznajmił mi, że zostałem skazany na podstawie paragrafu 254/13 na pięć lat przymusowych robót, po czym przedłożył mi dwie kartki do podpisu. Potem oznajmił, że rząd sowiecki przesiąknęty humanitarnymi uczuciami, pozwala więźniom, przed ich wywiezieniem widzieć się z rodzinami. Niech wiec wymienię kogo chciałbym widzieć, a mojemu życzeniu stanie się zadość. Odpowiedziałem uradowany, że chciałbym widzieć żonę, prokurator poinformował mnie, że mam jutro prosić dozorcę o papier i ołówek, abym mógł napisać do żony prosząc aby przyszła. Nadzieja zobaczenia jej tak mnie ucieszyła, że przestałem myśleć o skazaniu na 5 lat. Przypomniał mi o tym dopiero jeden z towarzyszy, który, gdy wróciłem do celi, zapytał mnie na ile zostałem skazany. Gdy dowiedział się, że na 5 zaczął się martwić ze spotkała go krzywda, gdyż wymierzono mu 8 lat. Pocieszałem go aby sobie zbytnio nie brał tego wyroku do serca, bo według mego najgłębszego przekonania ani on ani ja nie będziemy odbywać żadnych robót, zanim bowiem do tego dojdzie wybuchnie wojna niemiecko-bolszewicka, a wtedy, choćbyśmy byli już na terenie Rosji, to rząd polski będący w jednym obozie z Rosja upomni się o nas. Dlatego moim zdaniem kto i na ile lat został skazany nie ma żadnego znaczenia.
   Tych wywodów słuchali wszyscy z zaciekawieniem, bo tego także pragnęli. Rzeczywistość przedstawiała sie jednak zupełnie inaczej: bolszewicy mieli nad nami nieograniczona władzę, mogli nas rozstrzelać, albo zamęczyć we właściwy sobie sposób zanim przyjdzie jakakolwiek pomoc. Toteż odzywały się głosy zwątpienia czy przyjdzie to wszystko o czym mówiłem. Jak zawsze powstały dwa obozy: optymistów i pesymistów. Przewagę miał pierwszy, ale drugi wsączając w nasze dusze jad sceptycyzmu, zrobił dużo złego. Trzeba wiec było być niewzruszonej ufności w miłosierdzie Boże, aby nie upaść na duchu. W gruncie rzeczy dyskusja na ten temat była taka sama jak w celi, tylko wobec bezpośredniego niebezpieczeństwa różnice poglądów i charakterów zaostrzyły się jaskrawiej.
   W międzyczasie prokurator skończył urzędowanie, a wszyscy zostali powiadomieni o zapadłych wyrokach. Najniższym był okres 5 letnich robót przymusowych. Dotyczył on oprócz mnie dwóch lub trzech więźniów. Ośmioletni wyrok dotknął czterech, a dziesięcioletni obciążył jednego lub dwóch. Wszyscy zostaliśmy skazani na tak wysokie kary wyłącznie droga administracyjną, a wiec bez odbycia rozprawy sadowej, a winą było, jak w moim przypadku, posiadanie nieruchomego majątku, zaś u innych że byli sędziami polskimi lub należeli do policji państwowej lub w końcu za nielegalne przekraczanie granicy w Karpatach aby wydostać się z raju bolszewickiego.
   Na tym akcie, który odbywał się mniej więcej około północy, zostaliśmy odprowadzeni do osobnego oddziału przeznaczonego wyłącznie dla skazanych. Wprowadzono nas do małej, czystej celki, która ze swoją pomalowaną na czerwono podłogą sprawiała dość sympatyczne wrażenie. Miała na górze małe okno. Jedynym przedmiotem jaki się w niej znajdował była „parasza” nieosłonięta nawet parawanem. Rozłożyliśmy się w celi i okazało się, że miejsca ledwo dla nas wystarcza. Mimo to wprowadzono nazajutrz jeszcze dwóch czy trzech więźniów i zaczęło się to nieznośne, a tak dobrze znane, gniecenie się, gdzie chcąc ustąpić jednemu, potrącało się drugiego i narażało na nieustające protesty i gniewy.
   Pierwszej nocy nie spaliśmy zupełnie pod silnym wrażeniem otrzymanych wyroków. Zajęła mnie sprawa listu do żony. Układałem sobie słowa, jakich użyję, aby ją prosić o odwiedzenie mnie, a drugiej oszczędzić jej zmartwień z powodu wyroku jaki dostałem. Pytałem towarzyszy, czy i oni dostali od prokuratora pozwolenie na napisaniu listu do rodziny. Wszyscy odpowiedzieli twierdząco, co mnie ucieszyło ze względu na to, że nie będzie miedzy nami powodu do zazdrości, a także, że łatwiej będzie można wspólnymi siłami doprosić się u dozorcy przyborów do pisania. Zastanawiałem się czy nie prosić żony, aby przyprowadziła dzieci. Obawiając się jednak, że może to wywołać sprzeciw władz bolszewickich, zdecydowałem się prosić o przyprowadzenie tylko najmłodszej córeczki mającej wówczas dziesięć lat (Zofii). Sadziłem, że do niej zastrzeżeń nie będzie. Rozmyślałem także co powiem przez kilka minut widzenia z najbliższymi aby nie tylko ich nie martwić, ale jeszcze pocieszyć nadzieją, że złe minie szybko i że nastąpią dnie weselsze, a wówczas wszystko co przeżywamy teraz, będzie się nam wydawało - wobec ogromu wydarzeń historycznych - małym i nikłym.
   Wśród tych rozmyślań nadszedł ranek. Dozorca przyniósł chleb. Stwierdziliśmy z przyjemnością, że jego porcje są większe od dotychczasowych o 250 gramów. Widocznie tyle przysługiwało skazanym. Nie przypuszczałem, że w hierarchii więziennej tak zaawansuję. Zdaje się, że tylko w stosunkach bolszewickich jest możliwe traktowanie lepiej więźniów skazanych, jak będących w śledztwie, którzy mogą się okazać całkiem niewinnymi. A może chcieli nas wzmocnić przed trudami podróży? Równocześnie jednak utraciliśmy wszelką łączność z naszymi źródłami dochodów, które pozwalały nam raz na miesiąc kupować dodatkową żywność. Właśnie miałem otrzymać następnego dnia porcję żywności i papierosów za 50 rubli. Prosiłem dozorcę o przyniesienie mi tego do obecnej sali. Wszystko nadaremno i moja porcja przepadła. Żal mi było zwłaszcza papierosów, których nie tylko mnie brakowało, ale i towarzyszom, a za ich pomocą najłatwiej nawiązywać znajomości. Stała bezczynność, na którą było się teraz skazanym sprawiała, że palenie stało się wręcz koniecznością. Doszło więc do tego, że jak ktoś znalazł się już  w posiadaniu papierosa, to po kilku zaciągnięciach się dymem odstępował go sąsiadowi, a ten oddawał go następnemu. W ten sposób papieros krążył z ust do ust. Nie było to higieniczne, ale nikt na to nie zważał. Gdy któryś z bardziej namiętnych palaczy pozwalał sobie na zbyt intensywne zaciąganie się dymem, to bez ceremonii wyrywano mu papierosa i podawano drugiemu.
   Nasza cela, jak powiedziałem, była mała. Było nas na początku 9 a potem 12. Ta mała liczba w stosunku do cel, które opuściliśmy, miała ten dobry skutek, że nie było kłótni i skołatane nerwy mogły odpocząć. W długich pogawędkach zastanawialiśmy się nad tym, co się z nami stanie jeśli w najbliższych dniach nie wybuchnie wojna niemiecko-bolszewicka i zdążą nas wywieść. Przeważało zdanie, że zostaniemy przydzieleni do robót rolnych w kołchozach. Jeden z towarzyszy, sołtys z Narola, ofiarował się, że nas nauczy doić krowy, i że nie będzie się nam źle działo, bo co wydoimy, to wypijemy.
   Wśród tych pogwarek wszedł dyżurny, którego zaraz poprosiliśmy o przybory do pisania w myśl tego, co powiedział prokurator. Odpowiedział, że zgłosi nasze żądanie komendantowi korpusu, sam bowiem żadnych przyborów dać nam nie może.  Zaczynaliśmy się niecierpliwić, i gdy zjawił się drugi raz dozorca rugowaliśmy go o załatwienie naszej prośby. Rozpoczęło się oczekiwanie na decyzje naszego najważniejszego przełożonego. Tymczasem mijały godziny, żadnej decyzji władzy nie było.
   Na tym czekaniu minął cały pierwszy dzień i połowa następnego w nowej celi. Nadaremnie przekonywaliśmy dozorcę, że decyzja komendanta jest zbędna, skoro mamy wyraźne oświadczenie prokuratora. Dyżurny jednak obstawał przy swoim i to zaczęło budzić w nas niepokój, czy w ogóle będziemy mogli do rodzin napisać. Niebawem te przypuszczenia miały się zamienić w pewność, bo drugiego dnia po południu przeniesiono nas nagle do innej, dużej celi, okropnie brudnej i zaniedbanej, gdzie z góry można przewidzieć robactwo. Zastaliśmy tu dwóch nowych towarzyszy z których jeden, pan Zając, z zawodu kolejarz, poinformował nas, że nie możemy się spodziewać aby nam dano przybory do pisania, bo na pewno ich nie dostaniemy. Za tym zaś przemawia jego dotychczasowa obserwacja: jesteśmy już bowiem dla niego trzecią partią, która przechodzi przez tę celę i po kilku dniach stąd odchodzi, on zaś, z niewiadomych przyczyn zostaje zawsze zatrzymywany i czeka następnej kolejki wywiezienia. W ciągu tego czasu zauważył, że każda partia przychodzi z podobnymi jak my życzeniami, ale żadna przyborów do pisania nie otrzymała. Gdy dowiedziałem się o tym ogarnął mnie gniew. Pojąć nie mogłem w jakim celu dręczył nas prokurator perspektywą widzenia najbliższych, co mogło niejednego wstrząsnąć do głębi, aby potem, bez żadnych powodów nie dotrzymać, dobrowolnie złożonej obietnicy. Po cóż więc frazesy o ”ludzkich uczuciach” rządu sowieckiego, o których mówił. Takie postępowanie uważałem za bardziej okrutne niż znęcanie się nad więźniami w czasie śledztwa, gdyż zakrawało na drwiny z najświętszych uczuć człowieka. Półtorej doby żyłem nadzieją zobaczenia żony, aby złagodzić wrażenie, gdy żona się dowie, że jestem skazany na 5 lat, a tu nagle dowiaduję się, że w ogóle jej nie zobaczę i nawet listownie nie będzie mi dane pożegnać się z nimi i przesłać czułe słowa mej ukochanej matce. Podczas mego całego pobytu w Brygidkach nie pamiętam, aby mnie jakaś sprawa równie boleśnie dotknęła. Pesymiści znowu wzięli górę nad nami i zaczęli rozsnuwać czarne horoskopy jakiejś okropnie ciężkiej pracy w kopalni na Sybirze, gdzie wszyscy poginiemy z dala od swoich.
   Niebawem przekonałem się, że nawet nie pracując w kopalni a pozostając w więzieniu, można umrzeć nie zobaczywszy swoich najbliższych. Dowiedzieliśmy się mianowicie od drugiego towarzysza, którego zastaliśmy w celi, o śmierci mego szwagra, Michała Moysy. Wiadomość ta wstrząsnęła mną. Wiedziałem od pana Leszczyńskiego, że był chory w szpitalu, ale że mu nie groziło bezpośrednio niebezpieczeństwo. A tymczasem pan Brock, który siedział w więzieniu już od października 1939 za nielegalne przekraczanie granicy, wiec blisko dwa lata i należał do najstarszych więźniów, choć młody jeszcze człowiek, opowiadał mi teraz, że znalazł się w szpitalu więziennym w tej samej celi co Michał, a jako mniej chory, usługiwał jemu i innym chorym. Prawie na jego reku zgasł Michał, cicho, jak cichym było jego życie, bez pociechy religijnej, bez widzenia swoich najbliższych. Miał możność wyjechania za granicę, mieszkał bowiem tuż nad granica rumuńską, nie skorzystał jednak z tej okazji będąc przywiązanym do swoich Rudnik i nie chcąc rozstać się z ziemią, która tak dobrze uprawiał.
   Do naszej celi wprowadzono kilkunastu nowych więźniów. I ci spodziewali się jak my, że będą mogli napisać do swoich rodzin i taki sam spotkał ich zawód. Nie wszyscy jednak robili sympatyczne wrażenie. Byli miedzy nimi pospolici przestępcy. Pierwsza noc pouczyła mnie o tym. Rano spostrzegłem, że brakuje mi mnóstwo rzeczy w moim worku. Zgłosiłem to naszemu staroście, który wcale się tym nie zdziwił i odniósł do sprawy obojętnie. Dopiero po moich usilnych naleganiach odebrał od jednego z nowo przybyłych kilka kawałków skradzionej bielizny. Oznajmił jednak, że ponieważ mam nadmiar ruchomości, a inni nic nie mają, przeto o ile nie podzielę się z mymi towarzyszami, zostanę znowu okradziony i wtedy nie będzie mi mógł pomoc. Na takie oświadczenie zacząłem rozglądać się pomiędzy towarzyszami dowiadując się czego komu najbardziej potrzeba, aby się z nim podzielić tym, co jeszcze miałem. Mając dwie pary butów, odstąpiłem jedną temu, który był prawie bosy. Mając dwa koce, dałem jeden temu, który nie miał żadnego, a bieliznę również porozdzielałem jak mogłem, pomiędzy najbardziej potrzebujących. W ten sposób liczyłem, że uniknę dalszych kradzieży, ale nie uchroniło mnie to od nich, o czym później. Na razie żal mi było nie tyle tych rzeczy, co trudu mojej żony, który ponosiła dostarczając mi je co miesiąc, aby mnie zaopatrzyć we wszystko, a w razie wywiezienia mógłbym te rzeczy sprzedać w Rosji i ewentualnie mieć za co powrócić.
   Nie wszyscy jednak z nowych towarzyszy należeli do świata przestępczego, było miedzy nimi kilku, którzy charakterem i kulturą odbijali od reszty. Do nich należał pan Suchostaw, właściciel ziemski i przemysłowiec, człowiek obyty, z którym można było z przyjemnością rozmawiać. Był zwolennikiem rezygnacji w naszych okropnych warunkach i przytaczał cytat jednego z poetów niemieckich: ”Wenn eine Welle gegen dich geht, beuge dich nieder, die Welle geht durch und du bleibst” (Kiedy fala idzie na ciebie, kłania się tobie. Ona przechodzi, ty zostajesz). Niewątpliwie w tym powiedzeniu krył się pierwiastek rezygnacji i chęć dostosowania się do wszystkich warunków, ale zarazem był pewien optymizm, który wskazywał, że przetrwamy.
   W chwili, gdy czułem się osamotniony widząc dookoła siebie ludzi z innego środowiska, taki optymizm krzepił i zbliżał znowu do zasad naszej wiary, która każe ufać Bogu do ostatka: ”Usque ad finem, conta spem spero” (Zawsze do końca mam nadzieję).
   Po dwóch dniach pobytu w tej brudnej celi zostaliśmy przeniesieni w tym samym składzie do lepszej, ale ciemnej, bo w obu oknach umieszczone były tak zwane kosze, to jest zasłony z desek, które góra przepuszczały światło i powietrze. Po pewnym czasie powstał tu straszliwy zaduch i z prawdziwą ulgą wychodziliśmy na „prohulki”. Jako skazańcy mięliśmy osobne podwórze i aby się do niego dostać musieliśmy przejść kilka innych, które dawały wrażenie o wielkości naszego więzienia. Myślałem, że przecież kiedyś ujrzę jakieś drzewko, kawałek zieleni lub kwiatek, a tu nic, tylko szare mury, bruk i asfalt. Przypominałem sobie wówczas, że parę lat temu, o tej porze, wychodziłem na łan kwitnącego rzepaku i wsłuchiwałem się w brzęczenie nieprzeliczonych roi pszczół.
   Podupadłem znowu na zdrowiu, może przyczynił się do tego ów zaduch w celi, który w czasie upałów dawał się szczególnie we znaki. Powtórzyły mi się znowu bardzo bolesne wrzody na skroniach i karku. Zgłaszałem się do opatrunku, ale bandaży nie dawano, prosiłem więc o lampę kwarcową, lub pomieszczenie w szpitalu, ale i tego nie chciano mi przyznać. Musiałem więc stosować własny środek leczenia, który polegał na tym, że w czasie spaceru wybierałem sobie miejsce najbardziej słoneczne i za pozwoleniem dozorcy wystawiałem chory kark na działanie promieni słońca. To mi pomogło, a był to najwyższy czas, bo 20 czerwca wszedł do nas w porze południowej dozorca i kazał nam z rzeczami schodzić na dół.
   Jeszcze przed kilku dniami przyniosła mi żona ubranie letnie i buty, które prawdopodobnie będę musiał oddać potrzebującemu oraz złożyła na mój rachunek więzienny 50 rubli dając mi dowód swej pamięci. Gdy w następnym, miesiącu przyjdzie znowu pod bramę więzienną, dowie się, że mnie już w nim nie ma. Będzie to dla niej wielki ból. Oddawszy się w opiekę Bogu spakowałem rzeczy i wraz z innym zszedłem na podwórze.

VII. Wywózka ze Lwowa i wojna niemiecko - bolszewicka
   Na podwórzu więziennym stał tłum ludzi podzielony na grupy.  Przed każdą był stół, a za nim siedziała komisja bolszewicka. Jeden z jej członków brał ze stosu grubych kopert jedną i odczytywał z niej nazwisko więźnia. Na każdej kopercie naklejone były dwie fotografie wywoływanego. Ten podchodził do stołu, aby komisja mogła mu się przypatrzeć, po czym odprowadzano go na bok, gdzie rzeczy jego poddawano ostrej rewizji, a jemu samemu kazano rozebrać się do naga, przy czym badano czy nie ukrywa czego podejrzanego przy sobie. Kazano wyciągać przed siebie ręce z otwartymi dłońmi, wykonywać znane nam już przysiady, a nawet otwierać usta. Inny dozorca przeszukiwał jak najdokładniej ubranie więźnia oraz jego obuwie i bieliznę. Niektórym odrywano obcasy od butów. Widok tej rewizji, która ostrością przeszła wszelkie dotychczasowe „chatranki”, sprawiał wrażenie całkowitego podeptania godności ludzkiej. Więzień nie mógł ukryć najmniejszej rzeczy, bodaj karteczki czy medalika, nie mówiąc że niszczyła rzeczy. Butów z obdartymi obcasami nie można było naprawić, a bieliznę rozrzuconą w błocie podwórza, wyprać. Chwilami miałem wrażenie, że rewizję przeprowadzają obłąkańcy, tak była bezmyślna i drobiazgowa w swym okrucieństwie. Do przedmiotów podejrzanych należały wszystkie przedmioty metalowe, gdy na przykład miedzy moimi rzeczami znaleziono śniegowce z metalowymi sprzączkami, bolszewik obciął je natychmiast i odrzucił. Ponieważ jednak byliśmy w środku lata nie przejmowałem się zbytnio utratą śniegowców, natomiast więcej zabolało mnie odebranie cygarniczki zrobionej z chleba przez towarzyszy i drewnianej łyżki, która mi służyła jakiś czas w więzieniu, Widocznie w raju bolszewickim łyżka jest zbytkiem i więzień powinien się bez niej obejść.
   Równie przykry widok jak rewizja, sprawiał sam skład komisji bolszewickiej. Co za ohydne twarze widziało się wśród nich! Tu można się było przekonać, jak dalece zbrodnia wyciska piętno na tym, kto się jej dopuszcza. Z sadystyczną przyjemnością pastwili się nad nami.
   Ledwie skończyłem się ubierać i pakować rzeczy wkładając byle jak do worka, już odezwała się komenda, abyśmy ustawili się czwórkami. Na podwórze zajechały auta przystosowane specjalnie do przewożenia więźniów. Były one zupełnie zabudowane, a tylko górą wpadało trochę światła i powietrza. Kazano nam wsiadać i za chwilę zrobiło się tak ciasno w wozach, że nie można się było obrócić. Ci, którzy stali, zasłaniali sobą otwory a gdy zamknięto drzwi zapanowała zupełna ciemność. Po chwili ruszyliśmy w drogę, co poznałem po kołysaniu się auta. Po kilkunastu minutach jazdy dosłownie „w nieznane”, auto przestało się kołysać. Otworzono drzwi i kazano nam wysiadać. Spostrzegłem, że jesteśmy na przedmieściu lwowskim w pobliżu stacji Kleparowskiej. Obok nas przechodzili jacyś ludzie, którzy przypatrywali się nam ze współczuciem, nikt jednak nie śmiał się do nas zbliżyć, gdyż pilnujący nas dozorcy odpędzali bezwzględnie przechodniów. Gdy byłem jeszcze na wolności, odprawialiśmy często nabożeństwa za wywiezionych, miałem wiec nadzieję, że może i teraz ktoś za nas Mszę św. zamówi.
   Rzuciłem okiem na otaczający nas krajobraz, jakby chcąc się ze Lwowem pożegnać. Prowadzono nas właśnie torem kolejowym do długiego pociągu towarowego, który stał daleko za zabudowaniami stacyjnymi, w szczerym polu. Wrażenie jakie dotychczas przeżyłem było jedno: cały horyzont wydał mi się dziwnie niebieski, wszystkie rośliny, drzewa i pola przybrały ton bardziej lub, mniej błękitny. Był jasny dzień czerwcowy przed zachodem słońca, na około mnie rozległy widok przedmieścia lwowskiego. Przecierałem oczy aby się przekonać, czy one mnie tak mylą, czy zmiana oświetlenia daje krajobrazowi taka niesamowita przewagę koloru niebieskiego. Po pewnym czasie to wrażenie znikło, a wtedy zrozumiałem jaka tego była przyczyna. Otóż przebywając prawie 8 miesięcy w więzieniu, gdzie podczas spaceru nie widziałem niczego innego jak tylko szare mury, tak odwykłem od zieleni, że oczy potrzebowały trochę czasu aby się do niej przyzwyczaić.
   Droga którą szliśmy była ciężka, kilka razy schodziliśmy z nasypu kolejowego, a potem znowu wchodziliśmy, co nam odwykłym od ruchu i obciążonym workami na plecach, wydawało się bardzo ciężkie, zwłaszcza, że pilnujący nas ze wszystkich stron dozorcy wciąż przynaglali do pośpiechu. Każdy z nich prowadził psa na smyczy. Psy były tak tresowane, że przy najmniejszej próbie ucieczki rozszarpałyby więźnia.
   Wreszcie doszliśmy do przeznaczonego dla nas pociągu. Dozorcy podzielili nas na grupy po 35-40 osób każda i kazali natychmiast wsiadać do wagonów. Ucieszyłem się, gdy kolo mnie znaleźli się moi znajomi: pan Suchostaw, pan Brock i kilku innych, jak na przykład bardzo koleżeński sędzia Chinko, który częstował nas resztka swoich papierosów. Aby uniknąć krzyków dozorców, kto pierwszy wchodził do wagonu, podawał rękę pomagając wsiąść następnym. Dzięki wzajemnej pomocy byliśmy w kilka minut załadowani, po czym natychmiast zasunięto za nami drzwi i zamknięto na kłódkę.
   Otoczył nas półmrok, bo okienka były małe i zakratowane. Z prawdziwą ulgą pozrzucaliśmy nasze worki i obcieraliśmy pot obficie spływający po nas, bo upał był, pomimo wieczoru, jeszcze silny. Myliliśmy się sądząc, że ruszymy zaraz. Minęła bowiem reszta dnia 20 czerwca, minęła noc i cały następny dzień, a my ciągle jeszcze staliśmy w miejscu. Nawet lokomotywy nie przyczepiono. Wprawdzie nie spieszno nam było wyjeżdżać ze Lwowa, ale obecnie chcieliśmy już ruszyć w drogę, bo zaduch dawał się dotkliwie odczuć, a w dzień dokuczał nieznośny upał, który niewątpliwie stałby się słabszy w czasie ruchu pociągu.
   Nade wszystko jednak dokuczał nam głód. Dostawaliśmy na cały dzień dwa śledzie, cukru ile się zmieściło w dwóch pudełkach od zapałek oraz 75 gramów źle wypieczonego chleba. Żadnej zupy, żądnej herbaty, odczuwaliśmy również nieznośne pragnienie, zwłaszcza po śledziach, którego dwa wiadra dostarczonej nam wody nie mogły ugasić. Byliśmy więc brudni, zmęczeni i głodni.
   Wagon był urządzony jak te którymi jeździłem przedtem do Rosji, brakowało tylko piecyka, ale były deski w połowie wysokości i w kącie stała nieodzowna „parasza”. Zająłem górne miejsce, ale za to musiałem się dzielić kocem z innym towarzyszem. Nie dochodziły nas prawie żadne odgłosy, poza miarowymi krokami straży i ujadaniem psów policyjnych. Nad ranem obudziły nas silne detonacje. Z początku wydawały się dalekie, ale wnet stawały się coraz bliższe i częstsze.
  - To wojna, panowie- krzyknąłem- mamy wreszcie to, czego tak pragnęliśmy. Wojna miedzy tymi, którzy nas bezwstydnie rozszarpali.
   Nie wszyscy jednak byli tego samego zdania, twierdząc, że to ćwiczenia. Wówczas pan Chęć, starszy posterunkowy policji, który siedział kolo okienka, spojrzał przez nie i wskazał na ogromny pióropusz dymu, który unosił się nad Skniłowem. Wiedzieliśmy, że tam było lotnisko, a wiec jeśli stamtąd unosi się dym, to niewątpliwie lotnisko jest bombardowane, a w takim razie może być tylko wojna, bo Rosjanie nie bombardowaliby swego lotniska. Ten argument przemówił do przekonania niedowiarkom.
   Potem bomby zaczęły padać coraz bliżej, aż wreszcie mieliśmy wrażenie, że padają obok nas. Raz po raz powtarzały się tak straszliwe detonacje, że aż ziemia się trzęsła, a wagon trzeszczał jak pudełko zapałek. W przerwach odzywał się grzechot karabinów maszynowych. Nasze położenie nie było godne zazdrości. Pociąg mógł być doskonałym celem, a nawet obiektem nieprzyjacielskich ataków, mógłby bowiem wzbudzić podejrzenie, że jest naładowany materiałem wojennym. Dowiedziałem się potem od więźniów z innych wagonów, że niektóre były podziurawione kulami karabinowymi. Ofiar w ludziach, na szczęście, nie było.
   Podczas ataku lotniczego, wszyscy dozorcy ze swymi psami poznikali jak kamfora, chowając się pewnie do schronów. Mogliśmy wówczas rozbić wagon i uciec niezauważeni. Nie zrobiliśmy jednak tego, nie zrobili i inni w sąsiednich wagonach, gdyż rozbicie zamknięcia bez odpowiednich narzędzi nie było rzeczą łatwą, a po wtóre mogliśmy w czasie ucieczki stać się ofiara nie tylko strzałów bolszewickich ale i atakujących samolotów. Ryzyko wiec było zbyt wielkie. Zresztą atak trwał parę minut i nie starczyłoby czasu na wykonanie tego przedsięwzięcia.
   Odetchnęliśmy z ulgą, gdy umilkły detonacje, teraz już wszyscy pragnęli, aby pociąg ruszył jak najszybciej, bo atak mógł się powtórzyć w każdej chwili i gorsze skutki pociągnąć. Widać i bolszewicy byli tego zdania, bo w godzinę po nalocie ruszyliśmy w końcu w drogę, po przeszło dwudniowym przebywaniu w dusznych i zamkniętych wagonach.
   Pełen troski o rodzinę w tak niebezpiecznych warunkach pozostającą we Lwowie, opuszczałem miasto wraz z transportem wywożonych w głąb Rosji. Mimo wszystko nie traciłem nadziei, że nas Niemcy odbiją i dodawałem otuchy towarzyszom.
   W Krasnym staliśmy dość długo i mieliśmy czas porozumieć się z towarzyszącymi nam robotnikami, Polakami, których bolszewicy wieźli ze sobą w osobnych wagonach, aby pod dozorem strażników przynosili nam wodę i jedzenie. Dla nich były to tzw. ekspedycje karne za jakieś minutowe spóźnienia do pracy itp. Nie byli oni więźniami tak jak my, tylko konwojentami, a po odstawieniu transportu, mieli zaraz wracać. Dla nas byli wprost nieocenieni. Po kilku słowach poznaliśmy w nich od razu naszych, pełnych fantazji lwowian, tzw. Antków, którzy zrobią wszystko, aby nam przyjść z pomocą. Pan Chęć, który stale siedział przy oknie, a z racji swego zawodu znał najlepiej tych ludzi, skorzystał z chwili gdy dozorca odszedł do dalszych wagonów i nawiązał z jednym z nich krótką, urywaną rozmowę. Dowiedzieliśmy się wtedy, że rzeczywiście dziś w nocy wybuchła wojna bolszewicko-niemiecka i że transport nasz zostanie podzielony na dwie części, z których jeden odjedzie do Berdyczowa, a drugi do Kirowa. Do której części zostaniemy przydzieleni, nie mógł powiedzieć. Niemniej ta wiadomość była dla nas cenna, wynikało z niej bowiem, że tymczasem nie będziemy wywiezieni w głąb Rosji, a tylko w okolice niezbyt odległe od granic. Nasze „samopoczucie” znacznie się poprawiło.
   Konwojenci-lwowianie wyświadczyli nam jeszcze jedną wielką przysługę. Ofiarowali się zanieść do naszych rodzin karteczki od nas. Rozwinąłem więc prędko papierosa z tutka i na uzyskanym skrawku ołówkiem, który jakoś cudem uratował jeden z towarzyszy w czasie rewizji, zapisałem parę słów do żony, nie podając oczywiście swego adresu, a tylko prosząc konwojenta aby sam powiedział, że ma pisać „na Berdyczów”, czy gdzie indziej, bo po podziale transportu będzie o tym wiedział.
   Po wyjeździe z Krasnego wlekliśmy się bez końca na Brody, Zdołbunów, Sławutę, Szepetówkę, aż dopiero trzeciego dnia dotarliśmy do Berdyczowa.

                                                Poglądowa mapa transportu do więzienia w Berdyczowie

Chłód dokuczał nam coraz bardziej, pożywienie było to samo i niewystarczające. Na dłuższych postojach błagaliśmy naszych dozorców o wodę. Ci jednak pozwalali naszym konwojentom przynosić ją dopiero na specjalne polecenie. Otwierano wówczas drzwi, najpierw wchodził dozorca, a za nim konwojent z wiadrem wody, a potem natychmiast odchodzili. Nie było już mowy o porozumieniu się z konwojentem. W końcu sami dozorcy przynosili wodę, a temu co niósł i stawiał wiadro towarzyszył drugi z wymierzonym karabinem. Na karabinach pokazały się wnet i bagnety. Mięliśmy wiec uzasadnione przekonanie, że bolszewicy przepłoszeni wojną i wietrzący wszędzie niebezpieczeństwo nie będą nas oszczędzać i w razie podejrzanego ruchu z naszej strony zaczną strzelać. Toteż w czasie tych odwiedzin było u nas cicho jak makiem zasiał. I jeszcze wprowadzili jeden środek ostrożności. Oto kilka razy na dobę próbowali za pomocą pukania dużymi, drewnianymi młotami w ścianę wagonu, czy nie jest uszkodzona. Sprawiało to okropny hałas i nieraz wyrywało z najlepszego snu nasuwając podejrzenie, że to może nowe bombardowanie.

VIII. Więzienie w Berdyczowie
   Wreszcie trzeciego dnia dotarliśmy do Berdyczowa. Tu miano rozdzielić transport. Część miała zostać w Berdyczowie, a część pojechać do Kirowa. Tymczasem mijały godziny, a my wciąż siedzieliśmy na miejscu i nikt po nas nie przychodził. Gdyby nie kroki naszych opiekunów na zewnątrz wagonów, moglibyśmy sądzić, że zapomniano o nas. Dokuczał nam niesamowity głód, mieliśmy nadzieję, że po wyładowaniu dostaniemy w końcu coś ciepłego. Po kilku godzinach czekania otworzono drzwi i kazano nam formować się w czwórki. Teraz zastosowano nowy system. Nie wolno było w marszu przystanąć, a gdy droga była zajęta, trzeba było siadać od razu na ziemię, choćby to była i kałuża.
   Więzienie było w pobliżu. Tu znowu poddano nas ostrej rewizji, przy której zabrano mi poduszeczkę tak bardzo potrzebną z powodu wielu ran na głowie. Dano mi wprawdzie kwitancję, ale wiedziałem, że nie ma ona żadnego znaczenia.
   Po rewizji, która trwała parę godzin w znanych warunkach rozbierania do naga i rzucania rzeczy w błoto, poprowadzono nas do celi. Przy okazji straciłem część najlepszych znajomych, których poprowadzono gdzie indziej. Cela do której kazano mi wejść była ogromna o czterech oknach, ale już znajdowało się w niej około 100 osób. Po naszym wejściu powstał więc jeszcze większy ścisk jak w Brygidkach. To jeszcze byłoby najmniejszym złem. Z doświadczenia już wiedziałem jak człowiek potrzebuje mało miejsca dla siebie, gorszym była nieciekawa jakość tych ludzi których tu zastaliśmy. Byli to prawie bez wyjątku zwyczajni przestępcy, wyrośli w okropnych warunkach bolszewickich, nie mający żadnych hamulców moralnych, bezwyznaniowi, jednym słowem ludzie na wpół zdziczeli, typy, o jakich dotychczas pojęcia nie miałem, przy tym w największej części niemożliwie obdarci. Gdyśmy tylko weszli zaczęli nas pożądliwym okiem oglądać od stop do głów. Czułem, że nas obrabują a obecnie oceniają tylko jakie z tego będą mieć korzyści. Oglądali nas z bezgraniczną bezczelnością jakbyśmy byli zwierzętami wyprowadzonymi na targ. Jeden macał jakie mam ubranie na sobie, drugi z całym spokojem rozwiązywał worek, trzeci przeglądał rzeczy jakie tamten wyrzucał na podłogę, a czwarty interesował się specjalnie moimi bucikami. Spojrzałem na tych z którymi tu przyszedłem. Byli takim samym przedmiotem oględzin jak ja, choć może w mniejszym stopniu, gdyż mimo, że zostałem okradziony już w Brygidkach, stosunkowo lepiej byłem zaopatrzony, dzięki zapobiegliwości mojej żony.
   Wszyscy nowi towarzysze mówili wyłącznie po rosyjsku, nie mogłem ich więc zrozumieć, ale po ich gestach, gdy podawali sobie moje rzeczy z rąk do rąk, mogłem się łatwo domyśleć, że naradzali się co komu z moich rzeczy może się przydać. Gdy to zauważyłem porwała mnie pasja, odebrałem energicznie moją własność i schowałem do worka. Moje stanowcze zachowanie jakoś dziwnie pomogło. Nikt nie czuł się nim dotknięty, a ja nabrałem otuchy, że jakoś uda mi się obronić przed rzezimieszkami. Przedwczesna była to radość, ludzie ci bowiem wiedzieli, że mają czas, że jeśli nie dziś, to jutro lub pojutrze zabiorą mi to co się im będzie podobało, a ja nie będę mógł się poskarżyć dyżurnemu, bo nie tylko nic bym nie zyskał, ale naraziłoby mnie to na zemstę ze strony tych, którzy mieli nad nami ogromną przewagę fizyczną, a nadto cichą życzliwość dozorcy.
   Instynktownie więc trzymaliśmy się razem, jako nowo przybyli usiłując zająć jeden kąt celi. To znowu wywołało gwałtowny sprzeciw tamtych, którzy wiedzieli, że gdy zostaniemy w gromadzie nie tak łatwo będzie nas obrabować, czyli jak to się mówiło: przeprowadzić prywatną rewizję. Wreszcie rozlokowaliśmy się tak aby nie stracić kontaktu między sobą. Mnie przypadło najgorsze miejsce, bo tuż przy „paraszy”, co  pomijając nie miłą woń, było pierwszej zaraz nocy przyczyną prawdziwej katastrofy, parasza bowiem dla tak wielkiej liczny osób okazała się za mała, wskutek tego zaczęła się przelewać. Wilgoć którą poczułem pod kocem, zbudziła mnie ze snu zasłużonego po kilkudniowej  ciężkiej podróży. Zaalarmowałem zaraz sąsiadów, których rzeczy były tak samo zagrożone i wspólnymi siłami usiłowaliśmy odwrócić płynący ku nam strumień, a rzeczy już przemoczone rozwieszaliśmy na znajdujących się na ścianie kołkach. Nadto jeden z nas musiał stanąć na straży kolo paraszy i nie dopuścić do dalszego jej wypełnienia dopóki rano dozorcy nie pozwolą nam jej wynieść. Dziś te rzeczy mogą rozśmieszyć, ale wówczas zabrudzenie bielizny i rzeczy, których nie było można już wyprać, było prawdziwą tragedią. Nie chodziło już o samą czystość, bo z niej dawno zrezygnowaliśmy, ale o zdrowie. Przekonałem się na sobie, jak skóra reaguje na ten straszny brud, który nas otaczał. Powstają wtenczas ciągle nowe wrzody, a swędzenie staje się plagą. Przy tym uciążliwym było i to, że choć padaliśmy ze zmęczenia, nie mogliśmy spać. Ciemno malowała się dla nas perspektywą dalszego pobytu w celi - istnym piekle.
   I słowo piekło nie jest tu przesadą, gdyż, oprócz straszliwego brudu i przykrego towarzystwa, byliśmy wyraźnie krzywdzeni w stosunku do dawnych lokatorów celi. Okazało się to zaraz przy pierwszym rozdawaniu jadła. Wniesiono do celi duży kocioł jakiejś zupy, którą zaczął rozdawać starosta wybrany spośród dawnej grupy. Chcąc nam okazać swoją władzę, jej właśnie nalewał najpierw, nie zważając, że myśmy od 5 dni niczego ciepłego w ustach nie mieli. Krzywdził także i na ilości. Gdyśmy się upomnieli o swoje prawa, wpadł na nas z taką furią, że woleliśmy znieść spokojnie biedę, aniżeli narażać się na awanturę, z której nie wyszlibyśmy zwycięsko.
   Oprócz tzw. rewizji prywatnych, były jeszcze praktykowane przymusowe zamiany naszych rzeczy na łachmany towarzyszy. Nazajutrz zaczęło się bezwzględne plądrowanie naszych worków, a tego kto stawiał opór, okładano pięściami. Obrabowano mnie wówczas tak z bielizny, że prawie nic mi nie zostało. Następnie przystąpiono do przymusowej zamiany. Za buty, które miałem na sobie otrzymałem znacznie gorsze a gdybym się nie zgodził na transakcję, zostałbym bosy. Niektórzy z moich towarzyszy wyszli jeszcze gorzej na tych zamianach. Musieli oddać swoje ubrania za łachy w ostatecznym zniszczeniu. Do tych przykrości dołączyły się jeszcze inne, przede wszystkim brak wody. Ilość, która nam dawano starczała zaledwo do picia, a nie do mycia. Dalsza plagą było robactwo, które mimo kamiennej posadzki niemiłosiernie nas atakowało. O jakichkolwiek łóżkach czy pryczach mowy nie było. Sypialiśmy na tych kamiennych płytach, co dawało się okropnie odczuwać tym, którzy nie mieli koców. Choć posiadałem go jeszcze, po dwóch nocach miałem kości tak obolałe, że ledwo mogłem ruszać się.
   Zastanowił mnie wówczas sposób urządzenia naszego mieszkania. W sali mięliśmy kamienną posadzkę, na korytarzach zaś była dębowa podłoga, a wzdłuż ich ścian lakierowana boazeria na wysokość człowieka. Mimo woli odnosiło się wrażenie, że wiezienie jest urządzone na pokaz: na korytarzu lśni wszystko czystością, co przypomina raczej sanatorium, w celach natomiast panuje najohydniejszy brud. Odebrano w nich człowiekowi wszystko, co mu do życia potrzebne. Traktowano nas po prostu jak zwierzęta.
   Cela nasza była ustawiczną widownią zażartych kłótni ludzi, którzy wydzierali sobie zagrabione nam rzeczy. Te przekleństwa i wyzwiska, które się wówczas słyszało, przechodzą wszelkie wyobrażenie. Raz po raz wybuchały bójki na pięści z trudem hamowane przez „atamana”. Ta zaś rozgorączkowana atmosfera była jeszcze podniecana nieznośnym upałem, który wówczas panował. Trudno było usiedzieć w ubraniu, z drugiej strony nie można go było zdjąć z obawy przed złodziejem lub przymusową propozycje zamiany. Musieliśmy siedzieć na naszych coraz chudszych tłumoczkach w ubraniach i co chwilę wycierać pot z czoła rękoma. Chustki były w takim stanie, że się już do tego nie nadawały.
   Jedyną ulgą w tych męczarniach moralnych i fizycznych był spacer „prochulka”, na który nas co dzień wołano. Chodziliśmy przez pół godziny dwójkami wokoło podwórza. Obserwacyjne drewniane wieżyczki połączone tu były ze sobą drewnianą galerią, zbudowaną nad murem okalającym podwórze. W każdej siedział wartownik z karabinem. Miałem sposobność przypatrzyć się budynkowi. Ozdobne gzymsy na nim świadczyły, że prawdopodobnie była tu kiedyś wielkopańska rezydencja, zamieniona dziś na więzienie. Ongiś musiało tu kwitnąć bujne życie kresowe, dziś zamiast bogactwa - nieopisana nędza i niewola.
   Pobyt w tym więzieniu zaliczam do najcięższych chwil z okresu niewoli. Zdrowie moje, już poprzednio silnie nadwerężone, zaczęło znowu, gwałtownie, podupadać. Straciłem apetyt i sen. Wrzody na głowie odnowiły się, co mi ogromnie utrudniało spanie. Zabranej poduszeczki brakowało mi bardzo. Często wiec znaczną część nocy przesiadywałem na worku będąc zadowolony, że miałem przynajmniej oparcie o mur, inni bowiem i tego nie mieli. W dzień jakoś wspólnie znosiło się biedę, ale w nocy wszystko przybierało kształty o wiele groźniejsze, a chwilami zdawało mi się, że wszyscy tu poginiemy zanim nastąpi zmiana. Jedyną siłę czerpałem z przekonania, ze im więcej cierpimy, tym bliżej jest Bóg, który pragnąc dla nas najlepszego dobra zsyła nam cierpienie dla wewnętrznego wyrobienia.
   Po kilku dniach nastąpiła pewna ulga, bo przeprowadzono nas do innej celi, gdzie stosunki okazały się lepsze ze względu na to, że nie było w niej opryszków, którzy nam w tamtej celi tak zatruwali życie, ale prawie sami więźniowie polityczni. Odnalazłem swoich dawnych znajomych, panów Suchostawa i Brocka, a także poznałem pana Wojnarowskiego, sąsiada mojej siostry z powiatu rawskiego i kilku funkcjonariuszy policji z powiatów tarnopolskiego i buczackiego, a ponieważ dobrze znałem te strony, miałem z nimi wiele tematów do rozmowy.
    Drugą zmianą na lepsze było to, że otrzymaliśmy teraz prycze, które po kamiennej posadzce wydawały się nam sprężynowymi materacami. Wszystko jest względne: po kamieniu i deska dobra. Korzystając z trochę lepszych warunków, zaczęliśmy uprawiać życie kulturalne. Polegało ono na opowiadaniu sobie rozmaitych przeżyć lub rzeczy przeczytanych, znalazło się miedzy nami kilku znakomitych narratorów. Ci byli zamęczani prośbami o coraz to nowe opowiadania. Chcąc im ulżyć, musieli i inni wytężać pamięć, aby także coś ciekawego opowiedzieć. Przyszła i na mnie kolej, a wtedy opowiadałem, choć ledwie sil mi starczało, to, co słyszałem w Brygidkach o podróżach profesora Zaborskiego, lub co czytałem zanim mnie aresztowano. Opowiadania te były jednak przerywane coraz częstszymi alarmami lotniczymi. Zapowiadał je przeciągły ryk syreny. Nie trzeba dodawać jak wielką był dla nas radością. Zbliżanie się Niemców było równoznaczne z nadzieja uwolnienia nas z tiurmy (więzienia) bolszewickiej. Pragnienie wolności było tak silne, że nie zwracaliśmy uwagi na niebezpieczeństwo grożące nam w tej chwili bezpośrednio. Toteż gdy odwoływano alarm, a my spostrzegaliśmy, że więzienie istnieje jak dotychczas i nie ma w nim żadnych wyrw, przez które moglibyśmy uciec, ogarniało nas rozczarowanie. Alarmy powtarzały się coraz częściej. Parę razy podczas spaceru widzieliśmy samoloty, ale odlatywały dalej. Mimo tych rozczarowań nie traciliśmy nadziei, że Niemcy uwolnią nas z rąk bolszewickich. Nie mieliśmy wprawdzie żadnych wiadomości, bo gazet nie otrzymywaliśmy, a straż więzienna w ogóle z nami nie rozmawiała, ale wyobraźnia malowała nam sytuacje w jaskrawych kolorach i godzinami rozprawialiśmy o przewadze armii niemieckiej nad rosyjską.
   Na tych dyskusjach i przypuszczeniach minęło pierwszych 9 dni od naszego przyjazdu. Przerzucono nas jeszcze do innej celi, gdzie znowu było mieszane towarzystwo, ale gdzie z przyjemnością spotkałem pana Romanowskiego, najbliższego sąsiada z Brygidek. Siedział tu już od kilku miesięcy i twierdził, że stosunki w Brygidkach były idealne w porównaniu do obecnych. Nic więc dziwnego, że pragnęliśmy jak najszybszego wkroczenia Niemców do Berdyczowa, bo tylko od nich mogliśmy spodziewać się uwolnienia.