Shlomo Wolkowicz - Przypadkowo spotkany - a taki ważny


                                                  Wspomnienie zamieszczone w Gazecie Wyborczej 16 maja,2014
                                                                           napisane przez Adama Paygerta.

                                                                                                  

                                                                                           1.01.1922 -13.03.2014
      
 Trzynastego marca br. W Hajfie (Izrael) odszedł od nas na zawsze Shlomo Wolkowicz którego losy splotły się z całą moja rodziną za pośrednictwem jego żony Anny Nazimek (pseudo z czasów  Zagłady, którego używała w kontaktach z nami także po wojnie).
   To ona pewnego listopadowego dnia 1943 r. zjawiła się w naszym lwowskim mieszkaniu, mówiąc mojej babce Emilii Paygertowej: ”Proszę pani, jestem Żydówką”, „Nie kończ dziecko, tu masz Dom”, i tak zaczęła się nasza bliskość, nasze dzieje przeciętnie trudne i ciężkie jak na czasy wojny i Zagłady.
  Wtedy zrodziła się przyjaźń Hani z moim Domem, a także długie lata korespondencji z nią, z których wychynął ku nam jej mąż Shlomo Wolkowicz, jak ona urodzony w jakiejś bliskości  do naszego dworu na Podolu, także jak ona nam bliski, a nawet bliższy, bo Shlomo umiał wyrazić siebie, bo z pasją przyglądał się swojej osobistej historii, którą przeszedł pod okupacją niemiecką, miał „smak” do ludzi, powiem więcej :miał charyzmat kontaktu i budzenia sympatii, umiał dźwigać siebie i swoje otoczenie także w dniach największego zagrożenia i niekiedy przerażającej beznadziejności.
  Opowieść jego długiego (92-letniego) życia zaczyna się od jego „najdłuższego” dnia ( jak sam to nazwał), tj. od 3 lipca 1941. Kiedy z grupą swoich żydowskich rówieśników dokonywał na rozkaz  SS-Einsatzkommando ekshumacji setek rozstrzelanych przez wycofujące się przed Wehrmachtem oddziały sowieckiego NKWD więźniów politycznych na zamku w Złoczowie (70 km na wschód od Lwowa). Po ekshumacji młodociani grabarze sami stali się obiektem salwy dwóch ciężkich karabinów maszynowych SS. Shlomo, oszołomiony, schyla się głęboko, traci przytomność i pada pod ciężarem zwłok pracujących z nim kolegów. Pada, ale ten właśnie ciężar chroni go przed śmiercią.
  Po latach Shlomo napisze książkę pt.”Wrota piekieł”, rozpoczynającą się opisem tego wydarzenia w Złoczowie, po latach wygłosi szereg odczytów na temat swoich przeżyć wojennych w Izraelu, w Niemczech, a Polska już nie będzie dla niego jednym, wielkim cmentarzem żydowskim, ale także cenionym partnerem handlowym, miejscem importu maszyn rolniczych, a potem generatorów prądu produkowanych w Izraelu, miejscem , gdzie wszędzie można spotkać życzliwych i szczerze zainteresowanych słuchaczy, także tych, którzy czekają na dobre wieści o ludziach, o nadziei umiejącej niekiedy przeniknąć najgrubsze mury beznadziejności.
  Technicznie wykształcony, z dużym doświadczeniem organizacyjnym, a także z jakimś nerwem dociekliwości metafizycznej Shlomo był wszędzie witany jako mistrz narracji, a zarazem pociechy. Takim był w moich oczach, gdy pewnego dnia opisywałem mu w rozmowie telefonicznej moją sytuację materialną. Przerwał mi i wykrzyknął:” Adam, zaraz ci wyślę tysiąc dolarów”.  A był to prezent, a nie pożyczka. Pieniądze, oczywiście, zwróciłem, ale chyżość jego pomocy stała się dla mnie wielką lekcją życia.
  Z jego śmiercią odchodzi od nas - jego przyjaciół - ktoś dyskretnie wielki i wybitny, ktoś kto umiał rozbrajać wrogów swoją otwartością, a także duchową siłą, kto dawnych nieprzyjaciół swego narodu potrafił uhonorować szacunkiem, a także wdzięcznością. Wśród niemieckich słuchaczy swoich odczytów na temat Zagłady budził fale zachwytów. Odszedł ktoś, kto mógłby być wzorem i mistrzem kręgów związanych z tym, co się dziś nazywa głęboko humanistycznym kultem Innego, pielęgnacją szacunku dla wszelkiej inności, a zarazem aktywnej pomocy. Izraelita, a zarazem spadkobierca najlepszych wartości humanistycznych zasługuje na naszą pamięć, a także na radość wplecioną w naszą żałobę po nim, bo oto był wśród nas ktoś takiej miary ducha i życiowej energii. Był kochany i wielki. Nie zapominajmy o nim zwłaszcza wtedy, gdy wśród nas dostrzegamy tyle powodów, by cały świat widzieć jako arenę walki małych i dużych egoizmów.
  Cześć jego pamięci!