Lwów w moich wspomnieniach

Tekst został napisany w 1986 r. przez Małgorzatę Baraniecką.


         Tereny Małopolski Wschodniej opuściłam przed 45 laty. Ale jakże ich nie wspominać! Piękne, słoneczne lata  a mroźne zimy,  różnorodna rzeźba terenu pełna spadzistych i wysokich jarów lub bezkresnych przestrzeni  i obraz wiosek ze słomianymi strzechami, wysmukłymi malwami  przy domach. Pamiętam i  ludzi z łagodnymi twarzami, gościnnych, spokojnych, ufnych.
         Te obrazy pozostały mi z dzieciństwa spędzonego na Podolu w województwie tarnopolskim około 300 kilometrów od Lwowa. Ale to on był najważniejszym tamtejszym miastem z a zarazem najpiękniejszym, niezapomnianym.
      Pamiętam go od najwcześniejszego dzieciństwa, gdy to z Rodzicami przyjeżdżaliśmy do Dziadków w odwiedziny lub do lekarzy z naszego dalekiego Podola. Było to zawsze ogromne przeżycie. Najpierw piękny dworzec z tunelowym , oszklonym dachem i polichromią wewnątrz (niestety z wiekiem pewne wiadomości ulatują: nie pamiętam nazwiska malarza). Wychodziliśmy przez okazały klasycystyczny portal i jadąc dorożką przez ulicę Sapiehy mijaliśmy wysmukłe wieże kościoła św. Elżbiety, neogotyckie, górujące nad miastem, a potem kościół Marii Magdaleny: „Tu braliśmy ślub”- opowiadali  Rodzice.
        Dziadkowie mieszkali przy ulicy Chmielowskiego, bardzo blisko Cytadeli stojącej na wzgórzu. Całe miasto było usytuowane na wielu wzniesieniach: stale trzeba było gdzieś się w   Rano budził na s stukot końskich kopyt wielkich perszeronów: bruk starego miasta stanowiły kamienie. Pamiętam jeszcze ten dźwięk i trzask z bicza woźnicy.
      Ulica Chmielowskiego biegła prostopadle do Mochnackiego, przy której była Biblioteka Uniwersytecka. A dalej już kościół św. Mikołaja z pięknym rokokowym wnętrzem. Później już w czasie II wojny widywałam tam wielu sławnych profesorów, lekarzy i innych sławnych ludzi na tamtejszych rannych Mszach św. Spotykałam tam i uroczą poetkę, kuzynkę mego Ojca, Beatę Obertyńską i jej siostrę malarkę Lelę Pawlikowską. Wracałyśmy do naszych domów razem: one na  pobliską Kaleczą gdzie mieszkały w willi matki, Maryli Wolskiej nazwanej przez nią – poetkę: Zaświeciem.
      W latach wcześniejszych zwiedzanie Lwowa zaczynaliśmy od najpiękniejszej dla dziecka wystawy Panoramy Racławickiej pędzla Wojciecha Kossaka i Jana Styki. Ogromny obraz przedstawiał pogrom Moskali przez wojsko kościuszkowskie. Eksponat ten miał własne pomieszczenie w kształcie rotundy z oszkloną kopułą skąd przenikało do wnętrza światło naturalne. Wewnątrz otoczone barierką znajdowało się okrągłe miejsce dla widza. Za nią rozpościerała się piaszczysta grobla opadająca w dół. Tu dopiero rozciągnięte wzdłuż ścian naokoło znajdowało się płótno. Ileż tam było realizmu, naturalizmu chwytającego za serce. Na grobli stał płot ułożony, tak,  że dotykał takiego samego namalowanego na płótnie.  Dalej ustawiono rzeczywisty krzyż, a gdzie indziej wóz chłopski na płótnie. Zatem autentyzm krajobrazu zlewał się z nierozłącznie z namalowanym polem bitwy. Nastrój przy Panoramie był podniosły - zniżało się glos w tym przybytku sztuki.
      Nie chcieliśmy wychodzić z Wystawy. Tak to powiew historii i realność chwili prze-mawiały do widza. A zwłaszcza tak młodego jak moje rodzeństwo i ja.
Trzeba wspomnieć, że Panorama Racławicka znajdowała się w Parku Stryjskim, najpiękniejszym w Polsce. Tak mówiono. Był to teren pofałdowany, nieomal w środku miasta, z bogatym drzewostanem - nawet limbą - i wspaniałymi kwiatami.
 Ponad parkiem, na placu Powystawowym odbywały się słynne Targi Wschodnie. Przywożono tu wszystko czym wschód darzył; dobrze pamiętam kilimy i liźniki, bajecznie kolorowe, z Huculszczyzny.
      Mali widzowie mogli jeszcze zwiedzać bogate zbiory Dzieduszyckich z wypchanymi zwierzętami, a starsi Muzeum Przemysłowe, gdzie widziałam po raz pierwszy” Lituanię „Grottgera,  czy „Śluby Jana Kazimierza”, i wiele, wiele innych.
      Jako młodzież chodziliśmy z Rodzicami do teatru. Najpierw Akademicką wysadzoną strzelistymi topolami, a potem Wałami Hetmańskimi. W ich głębi stał teatr- opera. Jego piękna elewacja klasycystyczna, z tympanonem a w głębi kopułą przywodziła na myśl porównania z najsłynniejszymi teatrami świata. Kurtyna pędzla Siemiradzkiego przedstawiała „ Pytię na delfickich trójnogach”. W antraktach chłonęliśmy wszystkie szczegóły dotyczące świata antycznego. Całe wnętrze teatru, foyer, okazałe schody, dekoracje,  kryształowe pająki były nie mniejszym przeżyciem dla widza niż aktualnie oglądana sztuka. Z aktorów zapamiętałam Jaracza.
      Po sztuce Rodzice zabierali nas dorożką na kolację do bardzo eleganckiego choć cichego lokalu pana Kozioła, bodajże przy ulicy Dominikańskiej. Kameralne pokoiki umeblowane były w różnych stylach. Dokładnie pamiętam  ten „średniowieczny”. Takich uroczych i eleganckich lokali było wtenczas dużo. Powodzeniem cieszyły się restauracje śniadaniowe i cukiernie. U Zalewskiego, na Akademickiej gromadziła się brać literacka i artystyczna, a jego wyroby były słynne w świecie.
      Mówiąc o Wałach Hetmańskich należało jeszcze wspomnieć o dwóch pięknych pomnikach mijanych w drodze do teatru - o stojących tam do dziś pomniku Mickiewicza i króla Jana Sobieskiego (ten drugi został wywieziony w czasach powojennej repatriacji do Szczecina).
      Będąc w atmosferze poteatralnej, należy opowiedzieć o bardzo charakterystycznej dla przedwojennego Lwowa audycji radiowej „Wesoła Fala”, w której grali Szczepcio i Tońko, dwaj znakomici aktorzy – komicy produkujący swoje utwory komiczno-satyryczne, A język Lwowian można było wszędzie rozpoznać: miękki, przeciągający sylaby. Doskonale to parodiowali w swoich kupletach Szczepcio i Tońko. Lwowiacy, nawet rozproszeni po świecie padają sobie, nawet do dziś, w objęcia gdy rozpoznają u  swego rozmówcy ten lwowski akcent.
      Ale wróćmy do naszego spaceru po Lwowie. Jednym z obowiązkowych punktów zwiedzania był spacer na Wysoki Zamek, z którego obserwowało się piękną panoramę miasta. Budowniczym zamku był Kazimierz Wielki. Niestety już od dawna  były tam tylko  resztki jego murów obronnych.
      Innym punktem widokowym był kopiec Unii Lubelskiej, usypany w 300- lecie podpisania tego historycznego aktu . Wysokość jego dochodziła do 450 m n.p.m. i była ponoć najwyższym punktem na tamtych ziemiach na wschód aż do Uralu.
      Godne zwiedzenia było tez muzeum Historyczne, umiejscowione w tzw. Czarnej Kamienicy przy Rynku, zabytku dawnej architektury lwowskiej, ongiś własności  Jana Sobieskiego.
      Z kościołów pamiętam okazałą  Katedrę Łacińską (czyli rzymskokatolicką), w której odbyły się słynne śluby Jana Kazimierza a przy niej przepiękną Kaplicę Boimów, renesansowy zabytek wielkiej wagi.
      Niedaleko z katedry  można było dojść do ogromnego kościoła Dominkanów z bogatym wystrojem rokokowym perlisto-złotym, oraz do Bernardynów, przy placu Bernardyńskim.
      Trzeba wiedzieć, że Lwów miał trzy katedry- oprócz łacińskiej, była katedra św. Jura (obrządku greko-katolickiego), oraz katedra ormiańska.
      Lwów miał wiele miłych i pięknych zakątków, a wszędzie było niedaleko. Takim miejscem był plac Halicki ze stara studnią i statuą Świtezianki.
      Lwów posiadał słynny uniwersytet im. Jana Kazimierza znajdujący się w parku Pojezuickim - czynny do dziś pod zmienioną nazwą. Wśród wielkich prywatnych bibliotek znajdował się Zakład Narodowy, im. Ossolińskich, który w pięknym gmachu „Ossolineum” już w 1928 r. obchodził setną rocznicę swojej działalności. I ani okupacja Lwowa przez Rosjan w czasie I wojny, ani zajęcie miasta przez Ukraińców w 1918 r., ani okres okupacji sowieckiej w latach 49-41 nie przyniosły tym zbiorom większej szkody. Obecnie „Ossolineum” znajduje się we Wrocławiu, gdzie zostało przewiezione po przymusowej emigracji mieszkańców Lwowa.
      Miedzy wojenny Lwów liczył około 300 tysięcy mieszkańców i był trzecim pod względem wielkości miastem polskim. 24 % mieszkańców stanowili Żydzi, a 9% Rusini, czyli po dzisiejszemu- Ukraińcy.
     Lwów przeszedł w swoich dziejach wiele tragedii i wstrząsów, ale jego polskość była niezaprzeczalna: czuło się ją w całym duchu miasta, w jego architekturze i sztuce.
      Moim najbliższym, choć tylko  zasłyszanym od rodziców, wspomnieniem była obrona Lwowa w 1918 r. przed najazdem Ukraińców. Do obrony miasta stanęli wszyscy, łącznie z młodymi chłopcami, prawie dziećmi. Bohaterskie walki przyniosły im zaszczytny tytuł Orląt Lwowskich. Choć wielu poginęło, wróg został odepchnięty. Cmentarz Orląt zbudowano za cmentarzem Łyczakowskim, na wysokim cyplu z leśnym zapleczem. Cmentarz ten z dostojnym mauzoleum i wypisanymi wszystkimi nazwiskami poległych, był dla wszystkich zwiedzających miejscem wielkich wzruszeń.
Straż do wejścia trzymały kamienne lwy dzierżące w łapach tablice gdzie wypisano: ”Tobie Polsko” i „Polonia semper fidelis”. Dodam, że herbem Lwowa był lew, leo po łacinie. Stąd nazwa miasta.
      Cmentarz Łyczakowski, przylegający do mauzoleum, to miejsce spoczynku wielu zasłużonych Polaków, m.in. Marii Konopnickiej czy Gabrieli Zapolskiej.
     Wiele miejsc w mieście świadczyło o ciężkich walkach z tego dramatycznego roku- jak na przykład pamiętna bitwa o pocztę, szkołę kadetów, Cytadelę i  jeszcze wiele innych uświęconych krwią bohaterskiego, nieletniego wojska. O wszystkim pamiętało starsze pokolenie i tę pamięć przekazywało nam, urodzonym już po I wojnie.
     Druga tragedia, którą już pamiętam była okupacja sowiecka w latach 39-41. Ówczesne życie Polaków, choć naznaczone trudnościami i lękiem, miało swój wymiar narodowy. Młodzież uczestniczyła w tajnych kompletach choć, oficjalnie uczono się i w szkołach pań-stwowych, rosyjskich z wykładowym językiem ukraińskim. Kościoły wypełniały tłumy. Pamiętam przejmujący nastrój rezurekcji w katedrze celebrowanej przez biskupa Twardowskiego w 1940 roku. Wszyscy żyliśmy wtedy groźbą wywozów w głąb Rosji (czyli ZSRR). W każdym domu gromadziliśmy wory sucharów, byliśmy spakowani, każda noc przejmowała lękiem.
       Do dziś pamiętam 14 kwietnia 1940 roku- w jedną noc wywieziono na Wschód ponad 10 000 ludzi. Przeważnie zabierano kobiety i dzieci; wielu mężczyzn było aresztowanych już wcześniej. Wszystkich wygnanych z domów przewożono ciężarówkami na dworzec Parzankówka. Tam nieszczęsnych ładowano do wagonów towarowych. W kościołach słychać było płacz, na ulicach płacz, a w sklepach cisza: ludzie mówili szeptem.
  Aby lepiej scharakteryzować ten okres który wtedy przeżywaliśmy zacytuję listy pewnej matki wywiezionej wraz z dziećmi. Dotarły one szczęśliwie do rodziny i pieczołowicie je przechowano. Dziś są bezcenną informacją :


      „Lwów. Ostatnie pożegnanie Lwowa. Wyjeżdżamy na Wschód - szlakiem najlepszych synów naszej historii - tj. babcia, troje dzieci i ja (dziewczętom nie pozwolono). Z  zamkniętymi oczami oddaję się w tym strasznym piekle (30 osób w wagonie, chora babcia, chora Janusia) Miłosierdziu Bożemu:” Pamiętajcie , że śmierć nie dzieli, ale zbliża tych, którym ziemia niełaskawa.” Jeżeli Bóg pozwoli, może nam każe czynić w Rosji jakieś Boże dzieło. Jak długo żyję żadne dziecko nie umrze z głodu. Ufajcie wbrew wszystkiemu. Gdyby ufność była kalkulacją, nie byłaby heroiczną cnotą. Dwa dni zamknięcia w wagonach, podróż około 3 tygodni. Dzieci anielskie. Krzyż. Szczęście.”
„Semipałatyńsk, 6.5.1940. Po trzytygodniowej podróży dantejskiej pociągiem i wołami - jesteśmy w fermie Michajłowskiej 130 km od stacji we wschodniej Azji. Na jakiś samochód władowano Marysię i inne rzeczy. Straciłam już jedno dziecko - ufam , że to pomyłka. Modlę się całą Męką - nigdy bez dna. Módlcie się o miłosierdzie.
Mieszkamy w lepiance po barakach. Oby była praca. Nie liczę, abyśmy tu przeżyli- brak jedzenia. Modlę się o mądra kolejność śmierci. Idźcie za nas do Komunii św. Tak mi bez Niej źle.”
„ Semipałatyńsk,12.5.1940. Dzieci chorowały.Kopię gnój na opał. Brak wszelkiego zaopatrzenia. Proszę o paczkę żywnościową i o ciepłe rzeczy. Przedpole pustyni Gobi, a przecież i tu miejsce na cuda Boże. Odnalazłam Marysię- wymodliłam ją. Około 150 km stąd, szalałam na stepie, przeszłam inferno, ale ją dostałam. Wierzę, że przetrwamy. Kopanie gnoju bardzo mi się podoba. Bóg łaskaw- dziki czosnek nas ratuje.”
„Semipałatyńsk, 23.5.1940. Blisko Ałtaja- Bóg tylko czuwa- widać każe przeżyć piekło i płacz głodnych dzieci. Pracuję przy gnoju- ręce wyżarte w ranach. Strach zimą- 60 stopni mrozu. Odzyskałam Marysię, Krzych zdrów. Pamiętajcie że nigdy nie jest nam dana dola poniżej nas. Do każdej trzeba dorastać. Rzecz w tym by w najniższym upodleniu zachować wielkość duszy. Z apostolstwa nie rezygnować- źle bez Komunii Św. Chodźcie często za mnie. Jeśli nie wcześniej- spotkamy się w niebie, które niedosyt ziemi po brzegi wypełni
.”


    W czerwcu 1941 r. Hitler wypowiedział wojnę Rosji. Lwów, umęczony okupacją sowiecką, miał wejść w inne rządy, w inny okres cierpień. Wojna, samoloty, pociski, bomby- zamęt. Sowieci uciekają, zatrwożona ludność lęka się o swoich przebywających w więzieniach, na zsyłce w Rosji. Co z nimi będzie? Jak się połączymy? Czy przeżyją?
  Potem okazało się ,że więźniów Sowieci zdążyli wywieść w głąb Rosji. A rządy niemieckie zaczęły się terrorem i głodem od pierwszych dni. Już  niebawem rozstrzelano 41 profesorów lwowskich z uniwersytetu i politechniki.
  W tym to okresie wrócił do nas wcześniej uwięziony Ojciec, któremu Bóg pozwolił się wydostać z podpalonego przez Sowietów wiezienia w Berdyczowie.
  Głodni i przestraszeni ludzie szukali możliwości zarobku i przeżycia.
  Ja kontynuowałam zaczętą w czasie okupacji sowieckiej Szkołę Przemysłu Artystycznego. Skupiała ona wtedy wiele osób w różnym wieku, które z znalazły w niej zatrudnienie jako wykładowcy. Pamiętam wspaniałe osobowości, jak np. nieodżałowany profesor chemii  Duchowicz, człowiek nie tylko wiedzy ale i humoru. Znakomity dydaktyk.
  Szczególną osobowością był profesor Tulie wykładający historię sztuki- wytworny, cichy pan z siwiuteńką głową. Znakomicie rysował na tablicy. Wszystkie elementy architektoniczne poszczególnych stylów, ich rozwój, specyfika - wszystko to wyrastało spod jego palców w przepiękny rysunek. A dodać należy że słuchacze byli ogromnie zróżnicowani  nie mniej on do wszystkich trafiał.
  Profesor Różycki wykładający kompozycję form przestrzennych potrafił się z największą cierpliwością pochylić nad każdym uczniem i pragnąc mu przekazać całą swoją wiedzę.
  Uczeń Malczewskiego, profesor Fediuk, wykładał po ukraińsku i znakomicie uczył malowania. Wspominam go z największym szacunkiem.
  Jeszcze za okupacji sowieckiej języka rosyjskiego uczył  profesor Wielogórski. A był to jezyk salonowo-literacki pozostający w dysproporcji z tym spotykanym na ulicy lub używanym przez sowieckich agentów. Organizowali oni tzw. „krasnyj kutok” czyli „pogadanki” w domach prywatnych, aby mieszkańcom wtłoczyć do głów rajskie wizje ustroju sowieckiego i sposobów aby mu się podporządkować.
  Podobnie jak i za okupacji sowieckiej, za tej niemieckiej tez organizowano tajne nauczanie. Narażało to obie strony, nauczycieli i uczniów na wiele niebezpieczeństw. Ale pomimo wszystko, pomimo straszliwych ciemności (obowiązkowe zaciemnienia), nikt się nie wycofywa
  Miałam szczęście i tu spotkać znakomitych profesorów: Izydorę Dąbską, panią Jarzemlińską, pannę d`Abancourt (uczącą j.francuskiego) i wielu, wielu innych. Łączyła ich nie tylko wiedza ale i głęboka religijność.
  Najmilej wspominam nasz młodzieżowe spotkania w kaplicy OO.Jezuitów na ul. Dunin-Borkowskich. Nauczaniem etyki społecznej zajmował się młody i awangardowy o.Mokrzycki. Ileż tam było spotkań, konferencji, mądrych  dni skupienia, rekolekcji,  śpiewów  gregoriańskich a nawet wycieczek.
  W 1944 r. zbliżała się do Lwowa nowa fala wojny: natarcie Rosji na wojska niemieckie. Wielkie, dramatyczne bombardowanie było się 9 kwietnia. Powstała panika. Wiele rodzin, m.in. i moja, wyemigrowały z resztkami dobytku, do Polski centralnej.
  Ale nawet i  w tym momencie wielkiej grozy wielu Lwowian nie mogło się zdecydować na ten krok opuszczenia ukochanego miasta. Do dziś tam jeszcze mieszkają, niestety w biedzie, niedostatku, jako obywatele drugiej kategorii.